Hokej Klub Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: GieKSa skuteczniejsza w Tychach!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarki rozegrały piątą kolejkę spotkań. Panie wygrały z drużyną AP Orlen Gdańsk 1:0 (1:0). W kolejnej rundzie spotkań drużyna zmierzy się z KKP Bydgoszcz (na wyjeździe) 25 września o godzinie 12:00 . Piłkarze GieKSy zmierzyli się na Bukowej z GKS-em Tychy. Drużyny podzieliły się punktami 1:1 (1:1). Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ.
Przygotowująca się do startu sezonu drużyna siatkarzy rozegrała dwa sparingi. W obu wygrał nasz zespół, w pierwszym 3:2 z BBTS-em Bielsko-Biała, w drugim z Cuprum Lubin 2:1. W czwartek zespół rozegra ostatnie spotkanie sparingowe, przed startem PlusLigi z Cerrad Enea Czarni Radom.
Po meczach w Hokejowej Lidze Mistrzów, drużyna hokeistów bardzo udanie rozpoczęła rozgrywki Polskiej Hokej Ligi, w której wygrała trzy pierwsze spotkania z JKH GKS-em Jastrzębie 2:1, GKS-em Tychy 1:0 oraz Comarch Cracovię 3:1. W tym tygodniu drużyna rozegra kolejne dwa spotkania wyjazdowe z KH Energą Toruń (w piątek) oraz z Ciarko STS-em Sanok (w niedzielę).
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Jeden gol wystarczył. GKS Katowice z ważnymi punktami
Na Bukowej w Katowicach mają w tym sezonie sporo radości. GKS Katowice po dzisiejszej wygranej z AP Orlen Gdańsk 1-0 utrzymuje się tuż za SMS-em Łódź w ligowej tabeli.
Mecz zaczął się z wysokiego “C” dla gospodyń. Już w 5. minucie lewą stroną pomknęła Patrycja Kozarzewska, oddała piłkę w okolicę osiemnastego metra. Tam idealnie nabiegała Anna Konkol, która potężnym strzałem umieściła piłkę pod poprzeczką interweniującej Emilii Krajewskiej.
Kibicom zgromadzonym na obiekcie w Katowicach mecz mógł się podobać. GieKSa dużo atakowała, ale niewiele z tego wynikało. Orlen Gdańsk w pierwszej części spotkania był raczej tłem dla gospodyń.
W drugiej połowie ciężko było na Bukowej szukać wrażeń. Podopieczne Karoliny Koch atakowały raz po raz, ale niewiele z tego wynikało. W 60. minucie Patrycja Kozarzewska mogła podwyższyć wynik spotkania, ale po jej strzale piłka uderzyła tylko w boczną siatkę.
Kibice mogą mieć mieszane uczucia. Z jednej strony ważne trzy punkty, z drugiej… spora szansa na więcej bramek, które były marnowane dość często.
dziennikzachodni.pl – Prezydent Katowic popiera działania GKS i żąda potępienia przez kibiców burd na meczu z Widzewem
Miejska plotka mówi, że podczas jednej z konferencji prasowych w Urzędzie Miasta Katowice doszło do gorącej dyskusji między prezydentem Marcinem Krupą, a kibicem GKS Katowice. Sprawdziliśmy ile w niej jest prawdy.
Czy podczas konferencji prasowej dotyczącej katowickiej komunikacji doszło do spięcia między prezydentem Marcinem Krupą, a kibicem GKS Katowice, który pojawił się na tym spotkaniu? Przedmiotem dyskusji miała być niechęć do zorganizowania trójstronnego spotkania z udziałem władz miasta, przedstawicieli klubu oraz Stowarzyszenia Kibiców GKS Katowice.
– Dementujemy pogłoski: do takiego zdarzenia nie doszło. Podczas przypadkowego spotkania w Strefie Kultury jeden z przedstawicieli stowarzyszenia kibiców rozmawiał z prezydentem, ale wszystko odbyło się z zachowaniem norm – poinformowała Ewa Lipka, zastępca naczelnika wydziału komunikacji społecznej.
Nie oznacza to jednak, że żądania kibiców dotyczące podjęcia negocjacji związanych z bojkotem domowych meczów GKS-u przez fanów z Bukowej zostaną spełnione.
– Prezydent podtrzymał wcześniejsze stanowisko, że oczekujemy jednoznacznego potępienia ze strony Stowarzyszenia agresywnych, niezgodnych z prawem postaw kibiców w trakcie meczu GKS Katowice – Widzew Łódź – podkreśliła Ewa Lipka.
Bojkot meczów rozgrywanych przez GKS w Katowicach trwa od lipca. Po zadymie podczas wspomnianego spotkania z Widzewem klub przygotował projekt porozumienia dotyczący odpowiedzialności prawnej i finansowej Stowarzyszenia Kibiców za ewentualne kolejne przypadki łamania prawa, a także wglądu w przygotowywane na mecze oprawy. SK odrzuciło te żądania, odmówiło także potępienia „widzewskich” wydarzeń. W odpowiedzi władze GKS podjęły kolejne działania, m.in. sklep kibiców stracił prawo do sprzedawania biletów. Konflikt dotyczył także innych kwestii – kibice krytykowali likwidację przez klub akcji „Zagraj na Bukowej” czy politykę promocyjną wokół występów GieKSY i zdobycia mistrzostwa Polski przez zespół hokeistów, klub odpowiadał sukcesami sportowymi wszystkich sekcji.
Miasto zdecydowanie stanęło po stronie prezesa Marka Szczerbowskiego i udzieliło mu poparcia. SK sprawia wrażenie zaskoczonego takim obrotem sprawy i podkreśla chęć uczestniczenia w trójstronnych rozmowach. Wygląda jednak na to, że dopóki nie zostaną zaakceptowane warunki określone przez GKS do takiego spotkania nie dojdzie.
sportdziennik.com – Brak patentu na sąsiada
W siódmym kolejnym meczu GKS Katowice nie był w stanie pokonać swojego imiennika z Tychów.
Mniej niż 700 osób oglądało ze stadionu derby między dwoma górniczymi klubami. Przykry był to widok, który sprawiał, że w chłodny i deszczowy wieczór w Katowicach można było poczuć nieuchronnie zbliżającą się jesień.
Jak wiadomo, najbardziej zaangażowani kibice GieKSy bojkotują mecze swojej drużyny z racji konfliktu między nimi a prezesem. Z kolei tyscy fani jeszcze do października nie będą meldować się w sektorach gości z racji zakazu wyjazdowego. To pokłosie burd, do których doszło w kwietniu na stadionie Widzewa. Warto też dodać, że na tyskiej ławce zabrakło w sobotę trenera Dominika Nowaka, który na bieżąco łączył się ze sztabem poprzez telefon i pokrzykiwał z… trybun stadionu. To efekt czterech żółtych kartek, które zobaczył w tym sezonie szkoleniowiec, a które poskutkowały jego zawieszeniem.
Samo spotkanie miało różne fazy, choć raczej latami wspominać nikt go nie będzie. Zaczęło się co prawda intensywnie, bo nie minął kwadrans, a obie drużyny miały już po golu. Wynik otwarł najlepszy strzelec GKS-u Tychy Mateusz Czyżycki, zamykając akcję po dograniu Petra Buchty. Fatalnie zachował się przy tej okazji kapitan GieKSy Arkadiusz Jędrych, który w niezrozumiały sposób przepuścił futbolówkę, umożliwiając rywalowi wpakowanie jej z bliska do siatki. Sytuacja miała miejsce w 6 minucie i… był to jedyny celny strzał gości przy Bukowej. Katowickiej bramki strzegł w tym spotkaniu wyjątkowo młodzieżowiec Patryk Szczuka, dla którego był to ligowy debiut w zespole trenera Rafała Góraka. Wcześniej zagrał tylko w meczu Pucharu Polski z rezerwami Pogoni Szczecin. 20-latek nie miał jednak w sobotę okazji do popełnienia błędu.
W 13 minucie gola wyrównującego strzelił Adrian Błąd, którego głowę „obsłużył” dogrywający precyzyjnie Marcin Urynowicz. Lider GieKSy po przerwie miał także kolejne sytuacje na trafienie, ale nie potrafił ich wykorzystać. Zresztą o ile przed przerwą nieco lepiej spisywali się tyszanie, którzy rządzili w środku pola głównie za sprawą aktywnego Antonio Domingueza, o tyle w drugiej połowie niepodzielnie już o tempie spotkania decydowała GieKSa.
Ogólnie jednak nie można było mówić o ogromie sytuacji. Katowiczanie tylko czterokrotnie byli w stanie trafić w światło bramki Konrada Jałochy, za co w największej mierze odpowiadał właśnie Błąd. Sytuacje te pojawiły się głównie na początku drugiej części gry, bo choć katowiczanie przeważali, brakowało im kropki nad „i”. Taki wynik oznacza, że GieKSa w ostatnich 7 spotkaniach ani razu nie pokonała sąsiada z południa. Cztery mecze zakończyły się remisami (z czego trzy ostatnie), a trzykrotnie lepsi byli tyszanie.
SIATKÓWKA
siatka.org – Tie-break w Katowicach dla gospodarzy
W ramach pierwszego sparingu rozgrywanego przed sezonem 2022/2023 w hali OS Szopienice GKS Katowice podejmował BBTS Bielsko-Biała, z którym już mierzył się w ramach Góral Cup Beskidy. W kadrze zespołu trenera Grzegorza Słabego zabrakło z powodu urazu Tomasa Rousseaux, ponadto na ból barku narzekał Piotr Hain. O wyniku tego pojedynku decydował tie-break, w nim lepsi okazali się gospodarze.
W pierwszym secie po okresie równej gry pierwsze wyraźniejsze prowadzenie wypracowali goście, między innymi dzięki serwisom Jake’a Hanes’a v(10:7) po serii udanych kontr po obronie, natomiast katowiczanom na drodze do odrobienia strat stały problemy w przyjęciu. Sytuacja zaczęła się zmieniać na naszą korzyść po akcjach Jarosza i Szymańskiego (14:16), jednak gracze BBTS utrzymali dystans punktowy po skutecznych bloku na lewym skrzydle. Wejście Damiana Domagały w pole zagrywki sprawiło, że był remis po 21. W najważniejszej części seta GKS zachował chłodne głowy i wykorzystał wszystkie mniejsze i większe potknięcia rywali, wygrywając do 22.
Tak udany start napędził GieKSę, która zaczęła kolejną partię od prowadzenia 4:1 i skutecznego finalizowana akcji po własnym przyjęciu. Bielszczanie odpowiedzieli zdecydowaniem i siłą Jake’a Hanesa i zmniejszyli straty do dwóch oczek, ale GKS wciąż prowadził i mógł liczyć na swoich liderów w ofensywie. Jednak po autowym ataku Kani BBTS wygrał trzecią akcję z rzędu i remisował 14:14, co zmusiło katowiczan do zwiększonej koncentracji. Po bloku na Quirodze BBTS prowadził 19:17, co skłoniło trenera Grzegorza Słabego do skorzystania z czasu. Przerwa pomogła, ponieważ po asie Jarosza znów katowicka ekipa była w grze. Sytuacja na parkiecie zmieniała się bardzo dynamicznie, ale po autowych zagraniach Szymańskiego i Kani na tablicy wyników pojawił się wynik 1:1 w setach.
Podrażniony GKS zaczął trzeciego seta od wyniku 4:2 i stabilniejszego przyjęcia zagrywki rywala, który jednak nie ustępował w rażeniu zagraniami zza 9. metra boiska. Wynik szybko się wyrównał, ale po dwóch punktowych zagrywkach Lewandowskiego gospodarze prowadzili 11:8. Swoje punkty dołożył też aktywny w całym meczu Jakub Szymański (15:13), odpowiadając tym samym na dynamiczne zagrania Gergyego i Hanesa po drugiej stronie siatki. Ofensywny napór GieKSy sprawił, że przełamała ona na dobre obronę rywala i w ten sposób spokojnie rozstrzygnęła seta na swoją korzyść. Do piłki setowej doprowadził efektownym asem Wiktor Mielczarek, a seta sfinalizował blok na Urbanowiczu (25:18).
Po zmianie stron w szóstce GieKSy w miejsce Jakuba Jarosza pojawił się Damian Domagała. Gracze z Bielska-Białej ruszyli do kontrnatarcia w czwartej partii (4:5), gdzie ich główną bronią było skuteczne prawe skrzydło. Szybko przypomniał o sobie Quirogia i na parkiecie trwało równie granie z beniaminkiem PlusLigi. BBTS po dobrych próbach Daltona Sinouskiego wypracował remis 20:20, co zapowiadało emocje. Gracze GKS-u zdołali obronić dwie piłki setowe po widowiskowych obronach i doprowadzić do gry na przewagi, ale zakończył ją blok na Gonzalo Quirodze doprowadzający do tie-breaka.
Agresywne wejście bielszczan w ostatniego seta dało im prowadzenie 4:2, na które GKS reagował atakami Szymańskiego i Quirogi po bloku rywali. To pomogło gospodarzom odwrócić wynik, a po autowym ataku BBTS-u z prawej strony prowadzili już 10:7. Wydawało się, że przy tak rozpędzonej i pewnej siebie drużynie końcowe zwycięstwo było kwestią czasu, ale ekipa z Katowic nie była w stanie wykorzystać trzech z rzędu piłek meczowych i konieczna była interwencja przerwą na żądanie. Ostatecznie dzieła dopełnił Szymański (15:12).
GKS Katowice – BBTS Bielsko-Biała 3:2 (25:22, 23:25, 25:18, 26:28, 15:12)
Turniej w Katowicach: GKS lepszy od Cuprum Lubin, Jastrzębski Węgiel od beniaminka
W Katowicach zakończyły się kolejne sparingowe zmagania drużyn PlusLigi. W pierwszym meczu rozegrane zostały trzy sety, choć wynik nie był klasycznie siatkarski. GKS Katowice 2:1 pokonał Cuprum Lubin, a trenerzy postanowili zakończyć spotkanie przy takim wyniku. W drugim pojedynku wicemistrzowie Polski nie dali większych szans beniaminkowi z Bielska-Białej, triumfując pewnie 3:0.
Zespoły z Katowic i Lubina rozegrały trzysetowy sparing. Pierwsza partia padła łupem gospodarzy z Katowic, którzy w jej drugiej połowie wyszli na dwupunktowe prowadzenie i już go nie oddali do końca tej części meczu. Od początku drugiej odsłony dominowali goście z Lubina. Podopieczni Pawła Ruska szybko odskoczyli, a potem jedynie powiększali swoją zaliczkę i wygrali 25:15.
Trzeci set rozpoczął się po myśli ekipy Grzegorza Słabego, która dobrze radziła sobie w ofensywie. W końcówce GKS miał nawet sześć oczek przewagi (21:15), ale rywale zdołali zmniejszyć straty. Nie na tyle, aby dogonić katowiczan, ci ostatecznie triumfowali 25:22.
Na przestrzeni całego spotkania GKS lepiej radził sobie w ataku, choć miał mniej stabilne przyjęcie. Trener Słaby dał odpocząć kilku graczom, a z dobrej strony pokazał się Damian Domagała. Atakujący wywalczył 16 oczek, notując 58% skuteczności.
Po stronie Cuprum Lubin liderem był Adam Lorenc, który zapisał na swoim koncie 14 punktów i 63% udanych ataków.
GKS Katowice – Cuprum Lubin 2:1 (25:20, 15:25, 25:22)
HOKEJ
hokej.net – GieKSa z kompletem punktów. Trzecia porażka JKH!
W najciekawiej zapowiadającym się meczu 3. kolejki Polskiej Hokej Ligi JKH GKS Jastrzębie przegrał na własnym lodzie z GKS-em Katowice 1:2. Tym samym podopieczni Róberta Kalábera ponieśli już trzecią porażkę w tym sezonie.
Pierwsza tercja rozpoczęła się od ataków gości. Pierwszą szansę miał Bartosz Fraszko, ale Bence Bálizs bez problemu obronił jego strzał. Gospodarze wyszli na prowadzenie w trzeciej minucie. Po znakomitym podaniu Dominika Jaroszaw sytuacji sam na sam z Johnem Murrayem znalazł się Patryk Pelaczyk. Rosły napastnik nie kombinował i posłał gumę pod poprzeczkę.
Chwilę później powinno być już 2:0, ale Łukasz Nalewajka z bliskiej odległości trafił tylko w parkan „Jaśka Murarza”. Dobre okazje mieli też Maciej Urbanowicz i Mark Kaleinikovas, ale katowicki golkiper znów zaimponował refleksem.
Po zmianie stron lepiej radzili sobie goście, którzy szybko odpowiedzieli, wykorzystując okres gry w przewadze. Po kapitalnym dograniu Brandona Magee z ostrego kąta krążek w bramce JKH umieścił Bartosz Fraszko. Od tamtej pory katowiczanie praktycznie nie wychodzili z tercji JKH i co chwilę bombardowali bramkę brązowych medalistów poprzedniego sezonu.
Napór przyniósł efekt w 37. minucie. Gumę w tercji środkowej przejął Igor Smal, odegrał do Shigekiego Hitosato, a ten soczystym i, co najważniejsze, precyzyjnym uderzeniem pokonał Bence Bálizsa – Mistrzowie Polski po dwóch odsłonach prowadzili 2:1.
W ostatniej części gry jastrzębianie ruszyli do ataków, a goście skutecznie je odpierali. Na półtorej minuty przed końcem meczu trener Róbert Kaláber poprosił o czas, a następnie zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on zamierzonego efektu i pełna pula pojechała do Katowic.
Ten mecz z perspektywy JKH GKS Jastrzębie wyglądał znacznie lepiej w porównaniu do poprzednich spotkań, jednak szwankowała skuteczność.
Jeden gol zdecydował. GieKSa skuteczniejsza w Tychach!
W 4. kolejce Polskiej Hokej Ligi hokeiści GKS Tychy przegrali na własnym lodowisku z GKS Katowice 0:1. Jedynego gola zdobył w przewadze Hampus Olsson. Świetne zawody rozegrał John Murray, który obronił wszystkie 34 strzały.
Derby Śląska zapowiadały się niezwykle emocjonująco. Na trybunach pojawiło się ponad 2 tysiące widzów, a całe spotkanie było twarde i momentami zapierające dech w piersiach. Pachniało fazą play-off, a sezon dopiero się rozpoczął!
Obie drużyny przystąpiły do tego spotkania agresywnie i z pełną parą . Każda z drużyn miała swoje szanse, ale ze swoich obowiązków znakomicie wywiązywali się obaj bramkarze: Tomáš Fučík i John Murray. Ich rywalizacja to osobny rozdział tego spotkania.
Po przerwie więcej szans wykreowali sobie tyszanie. W 22. minucie krążek w siatce umieścił Jean Dupuy, ale sędziowie nie zaliczyli tego trafienia. Powód? Rozjemcy uznali, że Radosław Galant przeszkadzał w interwencji “Jaśkowi Murarzowi”.
Czterdzieści minut gry nie przyniosło zmiany rezultatu i stało się jasne, że o wyniku przesądzi jeden błąd. W 45. minucie podwójną karę mniejszą otrzymał Bartosz Ciura, a katowiczanie stanęli przed świetną okazją.
Okres gry w przewadze na gola zamienił Hampus Olsson, który po zagraniu Grzegorza Pasiuta przeciągnął w bramce Tomáša Fučíka, a następnie pokonał go precyzyjnym uderzeniem z bekhendu.
Tyszanie ruszyli do odrabiania strat, ale John Murray pewnie strzegł swojego posterunku. Na niespełna minutę przed końcem regulaminowego czasu gry Andriej Sidorienko poprosił o czas, a chwilę później zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on zamierzonego efektu, choć znakomite sytuacje mieli Radosław Galant i Roman Szturc. Pełna pula pojechała do Katowic.
Niewykorzystane przewagi się zemściły. GieKSa ograła Cracovię!
W ramach 5. kolejki rozgrywek Polskiej Hokej Ligi naprzeciwko siebie stanęły zespoły reprezentujące nas w Hokejowej Lidze Mistrzów. Ostatecznie to GKS Katowice pokonał Comarch Cracovię na ich terenie.
W starcie pomiędzy pucharowiczami zdecydowanie lepiej weszli zawodnicy Comarch Cracovii, którzy w początkowej fazie meczu dwukrotnie mieli okazję do gry w przewadze. Pierwsze osłabienie GKS-u Katowice zostało wykorzystane przez Patryka Wronkę, jednak sędziowie dopatrzyli się tam zagrania wysokim kijem i gol nie został uznany. Druga przewaga krakowian była już zdecydowanie gorsza i nie zagrozili oni bramce Johna Murraya. W 15. minucie swoją sposobność do rozgrywania przewagi liczebnej otrzymali mistrzowie Polski. Katowiczanie długo utrzymywali się przy krążku, aż ten dotarł do Pasiuta, który otworzył wynik spotkania. Ostatecznie to goście zjeżdżali na pierwszą przerwę prowadząc.
Druga tercja to zdecydowanie aktywniejsza gra mistrzów Polski, którzy próbowali podwyższyć prowadzenie, jednak w 28. minucie Comarch Cracovia zdołała wykorzystać grę w przewadze i za sprawą Erika Němca doprowadziła do wyrównania. Od 34. minuty zaczęło się piekło dla hokeistów GKS-u Katowice. Najpierw na ławce kar wylądował Matias Lehtonen chwilę później Teemu Pulkkinen i mistrzowie Polski musieli bronić się w podwójnym osłabieniu. Minutę później Jakub Wanacki przewinił i w boksie kar GieKSy znajdowało się już trzech graczy. „Pasy” nie zdołały wykorzystać żadnej przewagi, jednak przed końcem drugiej tercji na ławkę kar powędrowali jeszcze Maciej Kruczek i Grzegorz Pasiut i krakowianie w trzeciej części gry ponownie stanęli przed szansą na zdobycie gola przeciwko podwójnie osłabionej GieKSie.
Katowiczanie drugi raz w tym spotkaniu odparli ataki „Pasów”, którzy nie wykorzystali podwójnej przewagi. Wszystko zemściło się na nich w 50. minucie kiedy to katowiczanie, za sprawą Brandona Magee, po raz drugi wykorzystali grę w przewadze. Formalności trafieniem do pustej bramki dopełnił Bartosz Fraszko.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Najnowsze komentarze