Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Wielosekcyjny przegląd doniesień mediów: GKS świętuje urodziny na boisku i poza nim

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.

Piłkarki kończą przygotowania się do startu Ekstraklasy w rundzie wiosennej sezonu 2020/21. Panie rozpoczną piłkarską wiosnę od rozegrania zaległego meczu z 12 kolejki. Przeciwnikiem będzie trzecia drużyna w tabeli: Medyk Konin. Spotkanie zostanie rozegrane 6 marca o  13:15, transmisję przeprowadzili kanał TVP Sport. Piłkarze rozegrali pierwsze ligowe spotkanie, po przerwie zimowej, pokonując Sokoła Ostróda 2:1, Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ.

Siatkarze rozegrali przedostatnie spotkanie sezonu zasadniczego w którym pokonali 3:1 AZS Olsztyn. Ostatni mecz rundy zasadniczej siatkarze rozegrają 03 marca z Czarnymi Radom. Wygrana w ostatnim meczu być może pozwoli na grę w play-offach Plusligi. W ćwierćfinale rozgrywek PHL nasza drużyna walczy o awans do półfinałów z RE-Plast Unią Oświęcim. Po czterech meczach stan rywalizacji jest remisowy 2:2. Poszczególne mecze zakończyły się wynikami: 0:8, 5:0, 2:4, 2:0.

 

PIŁKA NOŻNA

dziennikzachodni.pl – Pijany piłkarz GKS Katowice niszczył samochody. Co na to klub?

Patryk G., 20-letni obrońca GKS-u Katowice, został zatrzymany przez policję po tym, jak pijany niszczył samochody w centrum miasta. Grozi mu 5 lat więzienia.

Patryk G., piłkarz GKS Katowice, został w niedzielę zatrzymany pod zarzutem niszczenia mienia. 20-letni obrońca trafił w niedzielę do aresztu, a jeden z jego kolegów posiadał przy sobie narkotyki.

 

sportdziennik.com – Wychowanek ocalony

Patryk G. będzie nadal występował w GKS-ie Katowice.

[…] G. nie zostanie wyrzucony z klubu, trenuje z zespołem, przygotowując się do sobotniej inauguracji II-ligowej wiosny (GieKSa podejmie Sokół Ostróda). Nie dziwią jednak opinie, że klub wykazał się brakiem konsekwencji. Gdy latem 2019 roku czterech zawodników – Adrian Frańczak, Mateusz Kamiński, Mateusz Mączyński i Bartłomiej Poczobut – zabalowało na zakończenie zgrupowania w Rybniku-Kamieniu, skończyło się natychmiastowym rozwiązaniem kontraktów. Tym razem przy Bukowej zarządzono znacznie łagodniejszą karę, choć to przecież Patrykowi G. grozi wyrok, a kwartet „banitów z Kamienia” po prostu za ostro się zabawił.

G. to jeden z niewielu wychowanków w kadrze GKS-u. Trener Rafał Górak wierzył w niego na tyle, że uczynił go jednym z członków rady drużyny – obok Adriana Błąda czy Arkadiusza Jędrycha – zdarzało mu się nawet zakładać kapitańską opaskę. Gdy 20-latek przegrał rywalizację o miejsce w środku pola, przekwalifikowano go na prawą obronę. Jesienią nie zaliczył jednak w II lidze ani jednego występu, bo pewne miejsce w tym sektorze boiska miał Zbigniew Wojciechowski.

Teraz G. dostaje od swojego macierzystego klubu drugie życie. Pewnie łatki, jaką sam sobie przyszył w miniony weekend, nie odklei nawet w razie walnego przyczynienia się do awansu GieKSy do ekstraklasy, ale dobrą grą może spróbować odkupić swe winy. O tym, że nie zawsze rozwiązanie kontraktu musi być jedynym słusznym posunięciem, przekonała Odra Opole. Miłosz Trojak mógł wylecieć z I-ligowca za napaść na taksówkarza, uszkodzenie jego mienia oraz zniszczenie miejskiej dekoracji świątecznej, ale klub podał mu rękę, a on odwdzięcza mu się dobrą grą. Inna rzecz, że wcześniej dał się poznać jako solidny i pomagający drużynie piłkarz. G. zaczął nie od boiska, a od alkoholowej afery. Jak skończy? Jego kontrakt kończy się 30 czerwca, wtedy też pożegna się ze statusem młodzieżowca. Ale pod górkę zrobił sobie już 4 miesiące wcześniej.

 

Od GieKSy oczekiwany jest awans!

Krzysztof Pieczyński, przewodniczący Komisji Kultury, Promocji i Sportu przy Radzie Miasta Katowice, mówi o aferze z Patrykiem G., inwestycjach w infrastrukturę oraz nadziejach związanych z grą katowickich zespołów w rundzie wiosennej.

O tej sprawie mówi się w Katowicach więcej niż o nadchodzącej rundzie rewanżowej II ligi. Patryk G., 20-letni prawy obrońca GieKSy, który w nocy z soboty na niedzielę zniszczył wraz z kolegami trzy samochody na ul. Moniuszki, ostał się w klubie. Otrzymał naganę i karę finansową, która zostanie przeznaczona na cele społeczne.

– Kara powinna być przykładna i taka, żeby zabolała zawodnika – mówi Krzysztof Pieczyński, przewodniczący Komisji Kultury, Promocji i Sportu przy Radzie Miasta Katowice.

– Jestem tą sytuacją zbulwersowany i zdecydowanie ją potępiam. Takie chuligańskie zachowanie i niszczenie mienia to coś całkowicie niezrozumiałego. Osobna kwestia to ta, że na tydzień przed ligą zawodowy piłkarz chodzi pijany po ulicach naszego miasta. Znam wielu piłkarzy grających zdecydowanie wyżej. Wiadomo – zawodnik to nie zakonnik, ale jest czas zabawy i czas treningu. Takie zdarzenie w dniu ostatniego zimowego sparingu jest niedopuszczalne – dodaje Pieczyński.

[…] Incydent ten nie może jednak przyćmić tego, co dla przyszłości katowickiego futbolu jest obecnie najistotniejsze. Czyli – budowa nowego stadionu oraz walka o awans GKS-u na zaplecze ekstraklasy.

– Głośno i śmiało możemy powiedzieć, że miasto oczekuje tego awansu. Jesteśmy po dobrej, wręcz bardzo dobrej rundzie jesiennej, która rozbudziła nadzieje nie tylko dobrymi wynikami, ale też fajną grą. Miło oglądało się drużynę GieKSy.

[…] Wierzę mocno, że zespół się nie potknie i wierzę w trenera Góraka, że odpowiednio przygotował zawodników. Mamy kilkupunktową zaliczkę po jesieni, dlatego na najbliższe miesiące patrzę z optymizmem – podkreśla Pieczyński, a w świetle ponad 6-milionowej dotacji, na jaką może liczyć z samorządowej kasy miejski GKS, mówienie o czymś innym niż awans byłoby na trzecim poziomie rozgrywkowym absurdem.

Nim skończy się sezon, powinny już zostać otwarte koperty z ofertami w przetargu na budowę nowego stadionu w rejonie autostrady A4, ulic Bocheńskiego i Dobrego Urobku. Pierwotnie termin otwarcia to 11 marca. – We wtorek do Urzędu Publikacji Unii Europejskiej przekazana została informacja o przedłużonym terminie składania ofert. Nowy termin będzie znany w najbliższych dniach.

Wiąże się to z bardzo dużym zainteresowaniem potencjalnych oferentów, wykonawców. Miasto otrzymuje wiele zapytań, na które trzeba odpowiedzieć i stąd ten przesunięty termin. Tak duże zainteresowanie to bardzo dobry znak. Im szerszy wachlarz ofert do wyboru, tym większa konkurencyjność i lepiej dla zamawiającego – przyznaje nasz rozmówca.

 

tylkokobiecyfutbol.pl – Ekstraligowy raport transferowy: zima 2021 – notowanie #2

Na ostatnie godziny przed zamykającym się 1 marca okienkiem transferowym przyglądamy się ruchom kadrowym w klubach Ekstraligi. Teraz to głównie domykanie kadr i ostatnie transfery, czy wzmocnienia z grup młodzieżowych.

Najciekawiej było w Katowicach. GieKSa pozyskała Katerinę Vojtkovą młodzieżową reprezentantkę Czech. Niestety dla Ekstraligi, na mocy transferu definitywnego do pierwszoligowej Tarnovii odeszła Klaudia Kubaszek.

[…] GKS GieKSa Katowice

PRZYBYŁY : Magdalena Dragunowicz (wypożyczenie z TME UKS SMS Łódź),  Katerina Vojtkova (Banik Ostrava)

ODESZŁY : Klaudia Kubaszek (Tarnovia Tarnów)

 

2×45.info – II liga: GKS świętuje urodziny na boisku i poza nim, demolka Stali w Poznaniu, Znicz przedłuża czarną serię

[…] Udaną inaugurację mieli za to w Katowicach. Raz, że GKS pokonał Sokoła Ostróda, dwa, że został samodzielnym liderem tabeli i trzy – doczekał się uroczystego świętowania swoich 57. urodzin. Kibice zgromadzili się pod stadionem i akurat po drugiej bramce dla GieKSy odpalili fajerwerki oraz zaprezentowali rozległe racowisko ciągnące się wzdłuż i wszerz stadionu przy ul. Bukowej.

[…] Na podobnie dobrym poziomie, co kibice, stał bramkarz gości Błażej Niezgoda, bez którego katowiczanie pewnie wygraliby znacznie wyżej. 21-latej wybronił kilka naprawdę niezłych strzałów, ale jeszcze w pierwszej połowie musiał opuścić boisko z powodu urazu. No i tak się złożyło, że po błędzie zmiennika GKS wyszedł na prowadzenie, którego do końca już nie oddał.

 

SIATKÓWKA

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Indykpol AZS Olsztyn 3:1

Dla siatkarzy GKS Katowice mecz z Indykpolem AZS Olsztyn stanowił być albo nie być w grze o awans do fazy play off. Gospodarze stoczyli twardy bój i zdołali go wygrać. O wszystkim zadecyduje więc ostatnia kolejka PlusLigi!

GKS Katowice musiał wygrać z Indykpolem AZS Olsztyn, aby zachować szansę na awans do play off. Ekipa Grzegorza Słabego wystąpiła osłabiona brakiem kontuzjowanego w ostatniej chwili Jakuba Jarosza, ale osiągnęła cel!

Katowiczanie w dniu urodzin swojego klubu byli mocno zdeterminowani i mieli szansę na odniesienie zwycięstwa 3:0. W trzeciej partii zaliczyli jednak słabą grę w jego środkowej części i olsztynianie nie dali już sobie wydrzeć wypracowanej wtedy przewagi.

Mnóstwo emocji przyniósł czwarty set, który świetnie rozpoczęli goście. Przy wyniku 3:6 szkoleniowiec GieKSy wziął czas, po którym jego zespół zaczął odrabiać straty. Od stanu 15:15 katowiczanie znów złapali właściwy rytm i odnieśli bezcenne zwycięstwo.

6 marca GKS zagra u siebie z Czarnymi Radom i znów musi odnieść zwycięstwo. Jednocześnie jednak katowiczanie muszą trzymać kciuki za potknięcie Ślepska Malow Suwałki z MKS-em Będzin lub Stalą Nysa. Dwie wygrane tej drużyny za trzy punkty dadzą jej ósme miejsce bez względu na wynik GKS-u…

 

polsatsport.pl – GKS wygrał z Indykpolem AZS! Kto zagra w play-offach?

[…] Olsztynianie rozpoczęli to spotkanie od falstartu i już przy stanie 7:1 dla gospodarzy trener Daniel Castellani poprosił od drugi czas. Przerwał serię katowiczan, ale siatkarze GKS spokojnie utrzymywali wypracowaną na początku zaliczkę (12:4, 16:7). Byli skuteczniejsi w ofensywie, popełniali mniej błędów i to wystarczyło do wygrania tej partii, choć w końcówce goście zmniejszyli punktową różnicę. Wiktor Musiał wywalczył piłkę setową asem serwisowym (24:19), a Adrian Buchowski zamknął tę część meczu atakiem po bloku rywali (25:20).

Druga odsłona była bardziej wyrównana od poprzedniej. W środkowej części seta na kilka oczek odskoczyli katowiczanie (12:9), ale goście odrobili straty i uzyskali przewagę po dwóch asach serwisowych Robberta Andringi (15:16). Losy seta rozstrzygnęły się w trzech akcjach od stanu 22:22. Najpierw skutecznie zaatakował Kamil Kwasowski, po chwili Musiał zaatakował o blok, a w ostatniej akcji oglądaliśmy nieporozumienie po stronie olsztynian i atak Andringi w siatkę (25:22).

W trzeciej partii inicjatywę przejęli goście. Trener Castellani dokonał kilku roszad, które ożywiły grę jego drużyny, przede wszystkim zmienił bezbarwnego w poprzednich setach Damiana Schulza na Remigiusza Kapicę. Skuteczniejsi w ofensywie olsztynianie uzyskali zaliczkę w środkowej części seta (10:13, 12:16). Utrzymali ją w końcówce. Skuteczny atak Kapicy przyniósł piłkę setową (20:24), gospodarze obronili się w dwóch akcjach, ale w kolejnej Kapica zaatakował blok-aut (22:25).

Set numer cztery rozpoczął się po myśli siatkarzy Indykpolu AZS – po asie serwisowym Mateusza Poręby było 3:7. Gospodarze ruszyli do odrabiania strat i dopięli swego (15:15). W końcówce dominowali na parkiecie, a kluczowa dla losów seta okazała się punktowa seria od stanu 20:19 do 24:19. Dwa ataki Emanuela Kohuta, błąd rywali, atak Musiała wyprowadziły katowiczan na piłkę meczową. Kropkę nad „i” postawił Musiał atakiem po bloku rywali (25:20).

[…] MVP: Wiktor Musiał (19/32 = 59% skuteczności w ataku + 4 asy serwisowe + 1 punktowy blok).

[…] GKS Katowice – Indykpol AZS Olsztyn 3:1 (25:20, 25:22, 22:25, 25:20)

 

HOKEJ

hokej.net – Imponujący początek Unii. GieKSa zdeklasowana

Hokeiści Re-Plast Unii Oświęcim w znakomitym stylu rozpoczęli ćwierćfinałową rywalizację z GKS-em Katowice. Wicemistrzowie Polski dali pokaz świetnej skuteczności i rozbili GieKSę 8:0.

[…] Oświęcimianie lepiej odnaleźli się w realiach play-offowego pojedynku. Do niezbędnych na tym etapie sezonu waleczności i ofiarności dołożyli też takie hokejowe pierwiastki jak dokładność w rozegraniu akcji i – co najważniejsze – skuteczność. Swoje w bramce zrobił też Clarke Saunders, który obronił 19 uderzeń rywali. Jednak czystego konta zapisywanego w statystykach pozbawiła go… drobna awaria sprzętu. To właśnie przez nią na 208 sekund między słupkami bramki gości pojawił się Sebastian Lipiński.

Podopieczni Kevina Constantine’a po pierwszej odsłonie prowadzili 2:0, bo sposób na Juraja Šimbocha znaleźli kolejno Daniił Oriechin i Ryan Glenn. Rosyjski skrzydłowy, będący najlepszym strzelcem Unii, wykorzystał dogranie zza bramki Siemiona Garszyna, z kolei Glenn dobrze podłączył się do akcji ofensywnej i przymierzył ze slotu. W tym miejscu warto dodać, że gol kanadyjskiego defensora padł na pięć sekund przed przerwą i wyraźnie podciął skrzydła drużynie z alei Korfantego.

Dowód? Już 81 sekund po rozpoczęciu drugiej odsłony na 3:0 podwyższył Teddy Da Costa. Doświadczony napastnik przymierzył z nadgarstka i zdjął pajęczynę z okienka katowickiej bramki. To był jeden z dwóch kluczowych momentów tego spotkania.

Następny miał miejsce w 39. minucie. Wówczas goście zdobyli czwartego gola, wykorzystując okres gry w przewadze. Z lewego koła bulikowego huknął Gilbert Brulé i to trafienie było ozdobą całego spotkania. Takiej gry od 34-letniego Kanadyjczyka oczekują wszyscy kibice biało-niebieskich.

W trzeciej odsłonie oświęcimianie rzucili rywali na łopatki, aplikując im cztery gole. Dwa z nich zdobyli w przewadze, a przecież z tym elementem w fazie zasadniczej mieli sporo problemów.

Katowiczanie w końcówce nie zapanowali nad emocjami. Zamiast poszukać okazji do zdobycia honorowego gola i nieco poprawić nastroje, skupili się na prowokacjach i nieco ostrzejszych zagraniach. To z pewnością podgrzało atmosferę przed jutrzejszym starciem.

[…] GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 0:8 (0:2, 0:2, 0:4)

 

Katowicka metamorfoza. Hat trick Fraszki

Hokeiści GKS-u Katowice w ciągu 24 godzin przeszli prawdziwą przemianę. Podopieczni Andrieja Parfionowa pokonali na własnym lodzie Re-Plast Unię Oświęcim 5:0 i wyrównali stan ćwierćfinałowej rywalizacji.

Każdy mecz play-off jest jak rozdział książki. Choć tworzy on całość, to niesie za sobą nieco inną historię. Te słowa dziś znalazły potwierdzenie, bo katowiczanie po wstydliwej porażce 0:8, dziś pokonali oświęcimian, prezentując całkowicie inne oblicze.

Podopieczni Andrieja Parfionowa po każdej zapalnej sytuacji zachowywali się jak piraci dokonujący abordażu. Głośnymi okrzykami i gestami starali się wywrzeć presję na arbitrach i zdeprymować rywali. Zachowanie, jakich w play-offach wiele, ale tumult dochodzący z boksu gospodarzy niósł się po całej „Satelicie”.

GieKSiarze zaczęli z większą werwą niż wczoraj, a ich agresywny pressing sprawiał oświęcimianom sporo problemów. Udało im się też szybko, bo już po 188 sekundach, objąć prowadzenie. Pomogła im w tym gra w przewadze. Z linii niebieskiej uderzył Patryk Wajda, a pracujący na bramkarzu Maciej Kruczek zdołał jeszcze strącić krążek. Clarke Saunders nie miał więc żadnych szans.

Katowiczanie próbowali pójść za ciosem, ale w tej odsłonie nie zdołała znaleźć sposobu na golkipera gości. Odrobiny szczęścia i precyzji zabrakło kolejno Bartoszowi Fraszce i Grzegorzowi Pasiutowi.

Swoje szanse mieli też oświęcimianie. Podczas gry w przewadze z bulika huknął Gilbert Brulé, ale guma powędrowała nad poprzeczką. Z kolei Juraj Šimboch, prezentujący się solidniej niż wczoraj, zdołał obronić uderzenie Gregora Koblara.

W drugiej odsłonie obraz gry się nie zmienił. Bandy trzeszczały, a zawodnicy nie oszczędzali się. Wykorzystywali każdą okazję, by ostrzej potraktować rywala. Bramek jednak nie oglądaliśmy.

W 32. minucie szczęście uśmiechnęło się do golkipera gospodarzy. Po dograniu Eliezera Sherbatova guma odbiła się od katowickiego defensora, ale Juraj Šimboch zdołał zatrzymać krążek.

Chwilę później zakotłowało się pod oświęcimską bramką Na 2:0 powinien podwyższyć Andriej Stiepanow, który dostał dobre podanie od Grzegorza Pasiuta. Strzał byłego reprezentanta Białorusi pozostawił jednak sporo do życzenia.

Na dobrą sprawę losy spotkania rozstrzygnęły się w 50. minucie. Andriej Stiepanow dograł do rozpędzonego Bartosza Fraszki, a ten zgubił obrońców i uderzeniem z nadgarstka zaskoczył Clarke’a Saundersa. Ten gol podciął oświęcimianom skrzydła, a GieKSę napędził do kolejnych ataków. Efekt? Trzeci gol autorstwa Filipa Starzyńskiego, który zwieńczył kontrę Jānisa Andersonsa.

Trener Kevin Constantine na 251 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, ale nie przyniósł on zamierzonego efektu. Do gumy dopadł Bartosz Fraszko i umieścił ją w pustej bramce. 25-letni skrzydłowy chwilę później postawił pieczęć na zwycięstwie GieKSy i w sytuacji sam na sam zaskoczył Saundersa.

[…] GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 5:0 (1:0, 0:0, 4:0)

 

sportdziennik.com – Atut tafli

Zespół GKS-u przegrywa w rywalizacji, ale nie powiedział ostatniego słowa.

Hokeiści Re-Plastu Unii Oświęcim wykorzystali atut własnej tafli i zwyciężyli w trzecim ćwierćfinałowym spotkaniu play off z GKS Katowice i objęli prowadzenie w rywalizacji. Jednak wszystko wskazuje na to, że ta seria potrwa najdłużej, bo obie drużyny prezentują podobny poziom.

Obaj trenerzy nie „majstrowali” nic przy składach, ale też nie mają za dużego pola manewru. Tylko w razie nieprzewidzianego splotu wydarzeń mogą nastąpić jakieś drobne przetasowania w poszczególnych formacjach. Jedni i drudzy doskonale zdawali sobie sprawę jak ważne będzie otwarcie tego spotkania. I gospodarze rzucili się do ataku i robili sporo zamieszania w tercji gości. Juraj Szimboch był niezwykle czujny w każdej sytuacji i w I tercji zachował „czyste konto”. Clarke Saunders miał mniej strzałów, ale jeden krążek wpadł do jego siatki. Ryan Glenn stracił krążek w strefie neutralnej i Bartosz Fraszko z Andrejem Stiepanowem błyskawicznie przemieścili się do tercji gospodarzy. Ten pierwszy podał do Rosjanina, a ten nie dał najmniejszych szans bramkarzowi Unii.

Katowiczanie grali rozważnie i mieli jeszcze swoje okazję na podwyższenie rezultatu, ale Grzegorz Pasiut i Mikael Kuronen nie zdołali pokonać Saundersa. W 17 min. zanotowaliśmy pierwsze wykluczenie i do boksu kar powędrował Paul Swindlehurst. Jednak goście kiepsko rozegrali te przewagę liczebną, nie stwarzając żadnego zagrożenia i mieli poważne problemy z wjechaniem w tercję gospodarzy.

Druga odsłona w wykonaniu GKS-u była słaba. Przede wszystkim dali sobie narzucić styl gospodarzy, którzy mieli inicjatywę. Od początku wyrównująca bramka „wisiała” w powietrzu i w końcu Eliezer Szerbatow popisał się dynamiczną akcją i posłał krążek do siatki. Goście coraz częściej przebywali w boksie. Dwa razy grali w podwójnym osłabieniu 24 i 50 sek. Gdy Franssila otrzymał podwójna karę mniejszą za zranienie przeciwnika gospodarze wyszli na prowadzenie. Luka Kalan sprytnie przekierował krążek po uderzeniu z daleka i Szimboch był bez szans. Unia mogła prowadzić wyżej, bowiem w 29 min. Brett McKenzie nie zdołał posłać krążka do pustej bramki. Goście nie mieli wiele do powiedzenia i tuż przed wyrównującym golem dla Unii Mateusz Michalski strzelił w słupek. Gospodarze zdecydowanie lepiej się prezentowali i w pełni zasłużenie prowadzili.

Hokeiści GKS-u nie mieli nic do stracenia i musieli ruszyć do przodu, a przede wszystkim grać agresywnie tak jak prezentowali się w rewanżu w Katowicach. I tak też było, ale niefrasobliwa strata krążka we własnej strefie sprawiła, że Daniił Oriechin podwyższył rezultat spotkania. Jednak 21 sek. później Bartosz Fraszko zmniejszył stratę i rozpoczął się twardy boj na całej tafli. W 49 min.goście ponownie zaliczyli słupek, a tym razem trafił w niego strzałem z daleka Patryk Wajda. Mimo ambitnej postawy katowiczanom nie udało się wyrównać, a na dodatek stracili kolejnego gola. 56 sek. przed końcem trener GKS-u wycofał bramkarza, ale ten manewr nie przyniósł efektu

[…] RE-Plast Unia Oświęcim – GKS Katowice 4:2 (0:1, 2:0, 2:1)

 

Cenna wygrana GieKSy!

Hokeiści z Katowic, wygrywając 4. spotkanie ćwierćfinałowe, wyrównali stan rywalizacji.

Andrej Parfionow, trener GKS-u, uznał, że tym razem zagra na 4 pary obrońców i dokonał drobnych przetasowań w atakach, bowiem zabrakło Tomasa Kubalika. I od pierwszego gwizdka rozgorzała twarda walka, ale nieco więcej z gry mieli gospodarze. Oba zespoły miały kilka okazji do zmiany rezultatu, ale krążek nie wpadł do siatki. Eliezer Szerbatow (5 min), ani też będący tuż przed bramką Daniłł Orechin (19) nie potrafili pokonać Juraja Szimbocha. Goście również niepokoili Clarke’a Saundersa, ale ani Mateusz Michalski (6) ani też Grzegorz Pasiut (16) w dogodnych sytuacjach nie potrafili skierować krążka do bramki. Druga odsłona również zakończyła się bez bramek, ale to nie tylko wynik dobrej postawy bramkarzy, lecz kiepskiej skuteczności. Wyborną sytuację miał Michalski (33), który w osłabieniu był sam na sam, a potem Pasiut tuż przed bramką trafił w parkan golkipera Unii. Również gospodarze mieli okazje, lecz Orechin (34), a później Brule (39) również nie zdołali pokonać Szimbocha.

W końcu Stiepanow podał do Fraszki, a ten dynamicznie wjechał w tercję rywali i posłał krążek między parkanami kanadyjskiego bramkarza. Potem nastąpiła kilkuminutowa przerwa, bo ekipa techniczna nie potrafiła umocować bramki, który ciągle wyskakiwała z umocowań. W 50 min Jesse Rohtla wyskoczył z boksu kar znalazł się sam na sam, ale nie wykorzystał! W końcówce Unia wycofała bramkarza i Stiepanow posłał krążek do pustej bramki. W czwartek kolejne spotkanie w Katowicach.

RE-Plast Unia Oświęcim – GKS Katowice 0:2 (0:0, 0:0, 0:2)

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    alzek

    2 marca 2021 at 10:09

    Wiadomo już coś z tym walkowerem za mecz nr 2 z Unią? Bo podobno młodzieżowiec nie zagrał i Unia złożyła skargę!

  2. Avatar photo

    Kato

    2 marca 2021 at 13:26

    Jest jakiś czas na zgłaszanie i rozpatrywanie takich spraw.
    Chyba, bo na zdrowe myślenie, to jest zaraz po meczu lub przed następnym.
    A tu minęło już kilka dni i zostały rozegrane następne dwa mecze.

  3. Avatar photo

    Kris

    2 marca 2021 at 18:56

    Kato, bez względu na czas rozpatrywania jeśli ktos pilnujący tych spraw w drużynie niedopatrzyl to powinien ponieść konsekwencje. Wynik był już ustalony wiec co stało na przeszkodzie dać pograć młodym. Oczywiście JEŻELI miało to miejsce. Nawet jeśli dostaniemy ten walkower to wierze w hokeistów, ze pokażą charakter i wygrają te Play Offy.

  4. Avatar photo

    Kato

    2 marca 2021 at 19:55

    Kris
    Pełna zgoda z tym tematem.
    Wina czy nie, ok.
    Tylko zastanawia mnie obecnie, do kiedy można zgłosić taką sprawę wykroczenia.
    Czy po rozegraniu np. ostatniego meczu? Można wtedy jeszcze zgłosić taką sprawę.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki: 
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Kielc i Łęcznej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.

1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.

2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.

3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.

4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.

5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.

6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.

7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.

8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.

9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.

10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.

11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.

12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.

13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.

14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.

15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.

16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.

17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.

18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.

19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna  i schludna.

20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.

21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.

22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.

23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.

24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.

25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.

26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.

27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.

28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.

29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.

30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.

31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.

32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.

33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!

34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.

35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Od razu humor lepszy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.

Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.

Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.

Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.

(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).

Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.

Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.

Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.

Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.

Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.

Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.

I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.

Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.

Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.

Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.

Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.

Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.

Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.

Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.

Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.

I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.

Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.

O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.

Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?

Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.

Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.

Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.

Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.

Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.

A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.

PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga