Felietony Piłka nożna
Wielcy piłkarze, którzy grali przeciwko GieKSie w Europejskich Pucharach
Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce wznowiona zostanie 2. liga i unikniemy tak bardzo niechcianych rozstrzygnięć przy zielonym stoliku. Zanim jednak nastanie ta nowa piłkarska rzeczywistość i wrócimy do pisania o sprawach bieżących, zapraszam na jeszcze jeden wspominkowy tekst nawiązujący do występów GieKSy w europejskich pucharach.
Patrząc na to, gdzie w tym momencie znajduje się nasz klub, aż nie chce się wierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu naszym zawodnikom było dane rywalizować z piłkarzami z absolutnego topu. Naprzeciw „Trójkolorowym” stawali Mistrzowie Europy, Świata, czy nawet nominowani w plebiscycie Złotej Piłki. W tym kolejnym z serii nostalgicznych wpisów postanowiłem więc zaprezentować najlepszą według mnie jedenastkę piłkarzy, która mierzyła się z GieKSą w europejskich pucharach. Z racji tego, że wybór był naprawdę trudny i kilku piłkarzy o włos otarło się o mój dream team, to skompletowałem też ławkę rezerwowych.
Salvador Sadurní (FC Barcelona/Hiszpania)
Jeden z najlepszych bramkarzy w historii Blaugrany. Mistrz Europy z 1964 roku, a także trzykrotny zdobywca Trofeo Zamora – nagrody dla najlepszego golkipera ligi hiszpańskiej. Strzegł katalońskiej bramki w pamiętnym dwumeczu z GKS-em w Pucharze Miast Targowych w 1970 roku. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim udało mu się zachować czyste konto, ale w rewanżu na Camp Nou drogę do jego bramki udało się znaleźć Gerardowi Rotherowi oraz Jerzemu Nowokowi.
Ten mierzący zaledwie 169 centymetrów lewy obrońca bez dwóch zdań zalicza się do najwybitniejszych na tej pozycji w historii. W trakcie swojej kariery wygrał niemal wszystko, co było do wygrania. Zdobył Mistrzostwo Świata i Europy, wygrywał Ligę Mistrzów, a także sześciokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec. W reprezentacji Francji rozegrał w sumie 97 meczów, w których zdobył 2 bramki. Zanim jednak sięgnął po te wszystkie triumfy, miał okazję wybiec na murawę przy Bukowej w ramach rywalizacji o Puchar UEFA w sezonie 94/95. Filigranowy obrońca zagrał w obydwu spotkaniach pełne 90 minut, ale ostatecznie nie pomógł Bordeaux w wyeliminowaniu katowiczan.
Czołowy niemiecki środkowy defensor na przełomie wieków. W kadrze naszych zachodnich sąsiadów wystąpił 66 razy i uczestniczył w trzech imprezach rangi mistrzowskiej. W 1992 roku znalazł się w składzie reprezentacji Niemiec, która na szwedzkich boiskach sięgała po wicemistrzostwo Europy. Wybierany czterokrotnie podczas swojej kariery do drużyny sezonu w Bundeslidze. Był fundamentalną postacią defensywy w zespole Dragoslava Stepanovica, który dał GieKSie srogą lekcję futbolu w 1/8 finału Pucharu UEFA w sezonie 94/95.
Terry Butcher (Glasgow Rangers/Anglia)
Ikona klubów Ipswich Town oraz Glasgow Rangers. Wielokrotny reprezentant Anglii, z którą doszedł do półfinału Mundialu we Włoszech w 1990 roku. Potężnie zbudowany i twardo grający obrońca był postrachem napastników na Wyspach Brytyjskich w latach 80’. O jego sile i nieprzyjemnym stylu gry mogli przekonać się także nasi zawodnicy. Butcher wystąpił w obydwu meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku i mocno przyczynił się do awansu Glasgow Rangers do kolejnej fazy Pucharu UEFA. W rewanżowym meczu rozgrywanym na Stadionie Śląskim zdobył dwie bramki po uderzeniach głową. Aktualnie pracuje jako trener odpowiedzialny za grę defensywną klubu z chińskiej Superligi – Guangzhou R&F.
Mój blok defensywny uzupełnia ten efektownie grający brazylijski obrońca. Mistrz Świata z 1994 roku z USA, wybrany do jedenastki gwiazd tamtego turnieju. W reprezentacji Canarinhos rozegrał w sumie 64 mecze i zdobył 3 bramki. Na boisku wyróżniał się nie tylko wysokimi umiejętnościami, ale także wzorowym zachowaniem, dzięki czemu został wyróżniony nagrodą FIFA Fair Play w 1991 roku. Broniąc barw Bayeru Leverkusen, konfrontował się z GKS-em Katowice przy okazji dwumeczu w ramach drugiej rundy Pucharu UEFA w sezonie 90/91. Jego zespół bez problemu uporał się z Trójkolorowymi ,aplikując im w dwumeczu aż 6 bramek, z których jedna padła łupem Jorginho. Brazylijczyk w rewanżowym meczu rozgrywanym w Niemczech pokonał Janusza Jojko strzałem z rzutu wolnego.
Rui Costa (Benfica Lizbona/Portugalia)
Nie bez powodu nazywany “il Maestro”, był wirtuozem w świecie piłki. Grający z charakterystycznie nisko opuszczonymi getrami Portugalczyk, dysponował genialną techniką i przeglądem pola gry. Oglądanie meczów z jego udziałem było samą przyjemnością. Należał do złotej generacji portugalskiego futbolu, za której początek uznaje się zdobycie Mistrzostwa Świata U-20 w 1991 roku. Członkami tamtej ekipy oprócz Rui Costy byli także: Luis Figo, Jorge Costa, Joao Pinto czy Abel Xavier. Dwa lata po zwycięstwie w młodzieżowym mundialu Rui Costa miał możliwość zaprezentować swoje wysokie umiejętności w meczach przeciwko GieKSie w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jak wiemy Benfica z Costą w składzie nie bez problemów, bo w dość mocno kontrowersyjnych okolicznościach wyeliminowała nas z tamtej edycji pucharów.

Zinedine Zidane (Bordeaux/Francja)
Tego jegomościa raczej nikomu nie trzeba zbytnio przedstawiać. Szczerze mówiąc, to kompletowanie tej drużyny rozpoczynałem właśnie od niego. Bezsprzecznie jeden z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej. Wygrał wszystko, co było do wygrania drużynowo, jak i indywidualnie. Tym bardziej cieszyć może fakt, że gdzieś na początku jego drogi na szczyt stanął pewien Śląski klub, któremu udało się wyeliminować Bordeaux z nim w składzie z Pucharu UEFA. Niestety aktualnie możemy tylko rzec -“Kiedyś to było…”

Słynący ze swojego krnąbrnego charakteru genialny niemiecki pomocnik był trzykrotnie na podium w plebiscycie o Złotą Piłkę. W lidze hiszpańskiej zdobył mnóstwo trofeów, występując w barwach Barcelony, Realu Madryt i Atletico. Może pochwalić się także Mistrzostwem Europy zdobytym z reprezentacją RFN w 1980 roku, aczkolwiek jego kariera reprezentacyjna zakończyła się bardzo szybko, bo już w wieku 24 lat. Wynikało to z jego ciągłych kłopotów i nieporozumień z Niemieckim Związkiem Piłki Nożnej, selekcjonerem czy też kolegami z kadry. Po powrocie z Hiszpanii w 1993 roku Schuster zakotwiczył w Bayerze Leverkusen. W trakcie drugiego sezonu w klubie z Bundesligi wystąpił w dwumeczu 1/8 finału Pucharu UEFA przeciwko GKS-owi. W obu spotkaniach wyszedł w podstawowej jedenastce, a w rewanżu zdobył kapitalną bramkę z rzutu wolnego.
Zestawienie pomocy uzupełnia legenda belgijskiego futbolu. Kapitan reprezentacji Belgii w latach 1984-1991, wicemistrz Europy z 1980 roku i zdobywca 4 miejsca na Mistrzostwach Świata w 1986 roku. Przez całą swoją karierę nie opuścił Belgii pomimo wielu ofert z wielkich klubów. Najbliższym zakontraktowania Ceulemansa był AC Milan, ale ostatecznie do transferu nie doszło. W barwach FC Brugge zdobył ponad 200 bramek i przyczynił się do wielu sukcesów klubu. W swoim ostatnim sezonie w karierze miał okazję wystąpić w meczu Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko GKS-owi Katowice, meldując się na murawie w 80 minucie rewanżowego meczu, zmieniając Daniela Amokachiego. Katowiczanie przegrali wtedy obydwa spotkania z belgami i odpadli z rozgrywek.

Urodzony supersnajper, trzykrotnie sięgał po koronę króla strzelców Bundesligi. W sumie w najwyższej klasie rozgrywkowej naszych zachodnich sąsiadów zdobył 182 gole, co daje mu siódmą lokatę w klasyfikacji wszechczasów. W 1994 roku o jego nieprzeciętnym instynkcie strzeleckim boleśnie przekonali się piłkarze GieKSy. Kirsten zaaplikował nam w dwumeczu Pucharu UEFA trzy gole, a także dorzucił jedną asystę. Cztery lata wcześniej wystąpił także w pierwszej w historii potyczce GieKSy z Bayerem Leverkusen w europejskich pucharach. W pierwszym spotkaniu na Bukowej rozegrał 59 minut, ale nie udało mu się wpisać na listę strzelców.
Ostatnim zawodnikiem, który zarazem kompletuje ten skład, jest najlepszy strzelec w historii reprezentacji Turcji i Galatasaray Stambuł. Hakan Sukur w 112 występach w kadrze zdobył 51 bramek i poprowadził swój zespół do trzeciego miejsca na mundialu w Japonii i Korei w 2002 roku. Natomiast z zespołem ze Stambułu 8-krotnie zdobywał mistrzostwo Turcji, 6 razy krajowy puchar, a także Puchar UEFA w sezonie 99/00. Naprzeciw Trójkolorowym stanął w 1992 roku, kiedy los w I rundzie Pucharu UEFA przydzielił nam turecki Galatasaray. Niestety po bezbramkowym pierwszym meczu, GieKSa uległa na Ali Sami Yen 2:1, a jedną z bramek zdobył właśnie Sukur.
Tak prezentuje się podstawowa jedenastka najlepszych według mnie piłkarzy, którzy rywalizowali z nami w europejskich pucharach.

Chris Woods (Glasgow Rangers/Anglia)
Świetny bramkarz niestety w trakcie swojej kariery trafił na wybitnego konkurenta, jakim był Peter Shilton, co przez długi czas utrudniało mu zdobycie bluzy z numerem 1 w reprezentacji Anglii. Dwukrotnie brał udział w Mistrzostwach Świata (1986,1990) i raz Mistrzostwach Europy (1992). W sumie w reprezentacji Anglii rozegrał 43 spotkania. Będąc bramkarzem Glasgow Rangers, nie przepuścił gola pomiędzy 26 listopadem 1986 a 31 stycznia 1987 co dało mu w sumie 1197 minut z czystym kontem. W meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku zagrał dwa razy po 90 minut i przepuścił dwie bramki.
Przez ponad 15 lat był fundamentalną postacią defensywy Galatasaray oraz reprezentacji Turcji. W barwach zespołu ze Stambułu spędził całą swoją piłkarską karierę, rozgrywając w sumie 630 spotkań dla klubu. Reprezentacyjną koszulkę przywdziewał natomiast aż 102 razy i podobnie jak Sukur może pochwalić się brązowym medalem Mistrzostw Świata. Dwa razy w podstawowej jedenastce Galatasaray w meczach pucharowych z GKS-em.
Stefan Schwarz (Benfica Lizbona/Szwecja)
Twardo grający i bardzo waleczny szwedzki pomocnik. W trakcie swojej bogatej kariery przywdziewał barwy takich klubów jak: Benfica Lizbona, Arsenal Londyn czy Valencia.
Wybrany piłkarzem roku w Szwecji w 1999 roku. Z reprezentacją zdobył brązowy medal Mistrzostw Świata w 1994 roku, a dwa lata wcześniej doszedł do półfinału Mistrzostw Europy. W sumie w kadrze wystąpił w 68 meczach i zdobył 6 goli. W meczach Benfiki z GieKSą występował w linii pomocy u boku Rui Costy i Victora Peneiry.
Christophe Dugarry (Bordeaux/Francja)
Kolejny z zawodników w tym składzie obok Lizarazu i Zidane’a mogący poszczycić się złotym medalem za Mistrzostwo Świata i Europy. W przeciwieństwie do wymienionej dwójki odegrał on troszkę mniejszą rolę w tych francuskich sukcesach, bo pełnił raczej rolę rezerwowego. Jego kariera klubowa nie była już tak usłana sukcesami, jak ta reprezentacyjna, aczkolwiek występował chociażby w Barcelonie czy Milanie.

Carles Rexach (FC Barcelona/Hiszpania)
Całe życie związany z katalońskim klubem. Rozegrał w barwach Barcelony 449 oficjalnych spotkań ,co plasuje go w pierwszej dziesiątce zawodników z największą ilością występów w historii klubu. W sezonie 70/71 zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca ligi hiszpańskiej. W tym samym sezonie wpisał się także dwukrotnie na listę strzelców w meczach z GKS-em Katowice w ramach Pucharu Miast Targowych.
Wielokrotny reprezentant Anglii (84 występy i 3 bramki), występował w takich klubach jak; Manchester United, Glasgow Rangers, Chelsea Londyn, AC Milan czy PSG. Wybierany dwukrotnie najlepszym zawodnikiem Chelsea (1976,1977), a w 2013 roku trafił do Galerii Sław angielskiej piłki. Grał w obydwóch spotkaniach Glasgow Rangers z GieKSą w 1988 roku.
Ally McCoist (Glasgow Rangers/Szkocja)
Legenda Glasgow Rangers. Autor 355 goli dla klubu, co czyni go najlepszym strzelcem w historii Rangersów. Zajmuje pierwsze miejsce także pod względem ilości zdobytych hat-tricków, których ma na swoim koncie aż 28. Dwukrotnie zdobywał Europejskiego Złotego Buta (1992,1993). Z reprezentacją Szkocji uczestniczył dwa razy w Mistrzostwach Europy oraz jednym Mundialu. W sumie w kadrze rozegrał 61 meczów i zdobył 19 bramek.
Nie wystąpił w pierwszym meczu z GKS-em w Glasgow z powodu kontuzji, ale w rewanżu zagrał już pełne 90 minut.
Zapraszam również Was do przyłączenia się do tej zabawy i wytypowania swojej najlepszej jedenastki piłkarzy, którzy mierzyli się z nami w Europie. Mam nadzieję, ze podzielicie się swoimi typami w komentarzach pod tym wpisem.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

tomassi
16 maja 2020 at 20:37
moje mecze najlepsze
moje piękne wspomnienia
dzięki „roberts”
Taurus
18 maja 2020 at 11:23
Super tekst, swietna robota.
Fajnie ze zalapal sie jeden z moich ulubionych pilkarzy Ceulemans.
Chcialbym dozyc jeszcze takich czasow ponownie…