Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Wielcy piłkarze, którzy grali przeciwko GieKSie w Europejskich Pucharach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce wznowiona zostanie 2. liga i unikniemy tak bardzo niechcianych rozstrzygnięć przy zielonym stoliku. Zanim jednak nastanie ta nowa piłkarska rzeczywistość i wrócimy do pisania o sprawach bieżących, zapraszam na jeszcze jeden wspominkowy tekst nawiązujący do występów GieKSy w europejskich pucharach.

Patrząc na to, gdzie w tym momencie znajduje się nasz klub, aż nie chce się wierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu naszym zawodnikom było dane rywalizować z piłkarzami z absolutnego topu. Naprzeciw „Trójkolorowym” stawali Mistrzowie Europy, Świata, czy nawet nominowani w plebiscycie Złotej Piłki. W tym kolejnym z serii nostalgicznych wpisów postanowiłem więc zaprezentować najlepszą według mnie jedenastkę piłkarzy, która mierzyła się z GieKSą w europejskich pucharach. Z racji tego, że wybór był naprawdę trudny i kilku piłkarzy o włos otarło się o mój dream team, to skompletowałem też ławkę rezerwowych.

Bramkarz

Salvador Sadurní (FC Barcelona/Hiszpania)

Jeden z najlepszych bramkarzy w historii Blaugrany. Mistrz Europy z 1964 roku, a także trzykrotny zdobywca Trofeo Zamora – nagrody dla najlepszego golkipera ligi hiszpańskiej. Strzegł katalońskiej bramki w pamiętnym dwumeczu z GKS-em w Pucharze Miast Targowych w 1970 roku. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim udało mu się zachować czyste konto, ale w rewanżu na Camp Nou drogę do jego bramki udało się znaleźć Gerardowi Rotherowi oraz Jerzemu Nowokowi.

.


Obrona
Bixente Lizarazu (Bordeaux/Francja)

Ten mierzący zaledwie 169 centymetrów lewy obrońca bez dwóch zdań zalicza się do najwybitniejszych na tej pozycji w historii. W trakcie swojej kariery wygrał niemal wszystko, co było do wygrania. Zdobył Mistrzostwo Świata i Europy, wygrywał Ligę Mistrzów, a także sześciokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec. W reprezentacji Francji rozegrał w sumie 97 meczów, w których zdobył 2 bramki. Zanim jednak sięgnął po te wszystkie triumfy, miał okazję wybiec na murawę przy Bukowej w ramach rywalizacji o Puchar UEFA w sezonie 94/95. Filigranowy obrońca zagrał w obydwu spotkaniach pełne 90 minut, ale ostatecznie nie pomógł Bordeaux w wyeliminowaniu katowiczan.

.
Christian Wörns (Bayer Leverkusen/Niemcy)

Czołowy niemiecki środkowy defensor na przełomie wieków. W kadrze naszych zachodnich sąsiadów wystąpił 66 razy i uczestniczył w trzech imprezach rangi mistrzowskiej. W 1992 roku znalazł się w składzie reprezentacji Niemiec, która na szwedzkich boiskach sięgała po wicemistrzostwo Europy. Wybierany czterokrotnie podczas swojej kariery do drużyny sezonu w Bundeslidze. Był fundamentalną postacią defensywy w zespole Dragoslava Stepanovica, który dał GieKSie srogą lekcję futbolu w 1/8 finału Pucharu UEFA w sezonie 94/95.

Terry Butcher (Glasgow Rangers/Anglia)

Ikona klubów Ipswich Town oraz Glasgow Rangers. Wielokrotny reprezentant Anglii, z którą doszedł do półfinału Mundialu we Włoszech w 1990 roku. Potężnie zbudowany i twardo grający obrońca był postrachem napastników na Wyspach Brytyjskich w latach 80’. O jego sile i nieprzyjemnym stylu gry mogli przekonać się także nasi zawodnicy. Butcher wystąpił w obydwu meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku i mocno przyczynił się do awansu Glasgow Rangers do kolejnej fazy Pucharu UEFA. W rewanżowym meczu rozgrywanym na Stadionie Śląskim zdobył dwie bramki po uderzeniach głową. Aktualnie pracuje jako trener odpowiedzialny za grę defensywną klubu z chińskiej Superligi – Guangzhou R&F.

 

.
Jorginho (Bayer Leverkusen/Brazylia)

Mój blok defensywny uzupełnia ten efektownie grający brazylijski obrońca. Mistrz Świata z 1994 roku z USA, wybrany do jedenastki gwiazd tamtego turnieju. W reprezentacji Canarinhos rozegrał w sumie 64 mecze i zdobył 3 bramki. Na boisku wyróżniał się nie tylko wysokimi umiejętnościami, ale także wzorowym zachowaniem, dzięki czemu został wyróżniony nagrodą FIFA Fair Play w 1991 roku. Broniąc barw Bayeru Leverkusen, konfrontował się z GKS-em Katowice przy okazji dwumeczu w ramach drugiej rundy Pucharu UEFA w sezonie 90/91. Jego zespół bez problemu uporał się z Trójkolorowymi ,aplikując im w dwumeczu aż 6 bramek, z których jedna padła łupem Jorginho. Brazylijczyk w rewanżowym meczu rozgrywanym w Niemczech pokonał Janusza Jojko strzałem z rzutu wolnego.

.


Pomoc

Rui Costa (Benfica Lizbona/Portugalia)

Nie bez powodu nazywany “il Maestro”, był wirtuozem w świecie piłki. Grający z charakterystycznie nisko opuszczonymi getrami Portugalczyk, dysponował genialną techniką i przeglądem pola gry. Oglądanie meczów z jego udziałem było samą przyjemnością. Należał do złotej generacji portugalskiego futbolu, za której początek uznaje się zdobycie Mistrzostwa Świata U-20 w 1991 roku. Członkami tamtej ekipy oprócz Rui Costy byli także: Luis Figo, Jorge Costa, Joao Pinto czy Abel Xavier. Dwa lata po zwycięstwie w młodzieżowym mundialu Rui Costa miał możliwość zaprezentować swoje wysokie umiejętności w meczach przeciwko GieKSie w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jak wiemy Benfica z Costą w składzie nie bez problemów, bo w dość mocno kontrowersyjnych okolicznościach wyeliminowała nas z tamtej edycji pucharów.

.

Zinedine Zidane (Bordeaux/Francja)

Tego jegomościa raczej nikomu nie trzeba zbytnio przedstawiać. Szczerze mówiąc, to kompletowanie tej drużyny rozpoczynałem właśnie od niego. Bezsprzecznie jeden z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej. Wygrał wszystko, co było do wygrania drużynowo, jak i indywidualnie. Tym bardziej cieszyć może fakt, że gdzieś na początku jego drogi na szczyt stanął pewien Śląski klub, któremu udało się wyeliminować Bordeaux z nim w składzie z Pucharu UEFA. Niestety aktualnie możemy tylko rzec -“Kiedyś to było…”

.
Bernd Schuster (Bayer Leverkusen/Niemcy)

Słynący ze swojego krnąbrnego charakteru genialny niemiecki pomocnik był trzykrotnie na podium w plebiscycie o Złotą Piłkę. W lidze hiszpańskiej zdobył mnóstwo trofeów, występując w barwach Barcelony, Realu Madryt i Atletico. Może pochwalić się także Mistrzostwem Europy zdobytym z reprezentacją RFN w 1980 roku, aczkolwiek jego kariera reprezentacyjna zakończyła się bardzo szybko, bo już w wieku 24 lat. Wynikało to z jego ciągłych kłopotów i nieporozumień z Niemieckim Związkiem Piłki Nożnej, selekcjonerem czy też kolegami z kadry. Po powrocie z Hiszpanii w 1993 roku Schuster zakotwiczył w Bayerze Leverkusen. W trakcie drugiego sezonu w klubie z Bundesligi wystąpił w dwumeczu 1/8 finału Pucharu UEFA przeciwko GKS-owi. W obu spotkaniach wyszedł w podstawowej jedenastce, a w rewanżu zdobył kapitalną bramkę z rzutu wolnego.

.
Jan Ceulemans (FC Brugge/Belgia)

Zestawienie pomocy uzupełnia legenda belgijskiego futbolu. Kapitan reprezentacji Belgii w latach 1984-1991, wicemistrz Europy z 1980 roku i zdobywca 4 miejsca na Mistrzostwach Świata w 1986 roku. Przez całą swoją karierę nie opuścił Belgii pomimo wielu ofert z wielkich klubów. Najbliższym zakontraktowania Ceulemansa był AC Milan, ale ostatecznie do transferu nie doszło. W barwach FC Brugge zdobył ponad 200 bramek i przyczynił się do wielu sukcesów klubu. W swoim ostatnim sezonie w karierze miał okazję wystąpić w meczu Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko GKS-owi Katowice, meldując się na murawie w 80 minucie rewanżowego meczu, zmieniając Daniela Amokachiego. Katowiczanie przegrali wtedy obydwa spotkania z belgami i odpadli z rozgrywek.

.
 


 

Atak
 

Ulf Kirsten (Bayer Leverkusen/Niemcy)

Urodzony supersnajper, trzykrotnie sięgał po koronę króla strzelców Bundesligi. W sumie w najwyższej klasie rozgrywkowej naszych zachodnich sąsiadów zdobył 182 gole, co daje mu siódmą lokatę w klasyfikacji wszechczasów. W 1994 roku o jego nieprzeciętnym instynkcie strzeleckim boleśnie przekonali się piłkarze GieKSy. Kirsten zaaplikował nam w dwumeczu Pucharu UEFA trzy gole, a także dorzucił jedną asystę. Cztery lata wcześniej wystąpił także w pierwszej w historii potyczce GieKSy z Bayerem Leverkusen w europejskich pucharach. W pierwszym spotkaniu na Bukowej rozegrał 59 minut, ale nie udało mu się wpisać na listę strzelców.

.
Hakan Şükür (Galatasaray Stambuł/Turcja)

Ostatnim zawodnikiem, który zarazem kompletuje ten skład, jest najlepszy strzelec w historii reprezentacji Turcji i Galatasaray Stambuł. Hakan Sukur w 112 występach w kadrze zdobył 51 bramek i poprowadził swój zespół do trzeciego miejsca na mundialu w Japonii i Korei w 2002 roku. Natomiast z zespołem ze Stambułu 8-krotnie zdobywał mistrzostwo Turcji, 6 razy krajowy puchar, a także Puchar UEFA w sezonie 99/00. Naprzeciw Trójkolorowym stanął w 1992 roku, kiedy los w I rundzie Pucharu UEFA przydzielił nam turecki Galatasaray. Niestety po bezbramkowym pierwszym meczu, GieKSa uległa na Ali Sami Yen 2:1, a jedną z bramek zdobył właśnie Sukur.

.


Tak prezentuje się podstawowa jedenastka najlepszych według mnie piłkarzy, którzy rywalizowali z nami w europejskich pucharach.

.


 

Ławka rezerwowych
Jak napisałem na wstępie, wybór był naprawdę trudny i zdecydowałem się jeszcze dorzucić rezerwowych. Mój wybór padł na:

Chris Woods (Glasgow Rangers/Anglia)

Świetny bramkarz niestety w trakcie swojej kariery trafił na wybitnego konkurenta, jakim był Peter Shilton, co przez długi czas utrudniało mu zdobycie bluzy z numerem 1 w reprezentacji Anglii. Dwukrotnie brał udział w Mistrzostwach Świata (1986,1990) i raz Mistrzostwach Europy (1992). W sumie w reprezentacji Anglii rozegrał 43 spotkania. Będąc bramkarzem Glasgow Rangers, nie przepuścił gola pomiędzy 26 listopadem 1986 a 31 stycznia 1987 co dało mu w sumie 1197 minut z czystym kontem. W meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku zagrał dwa razy po 90 minut i przepuścił dwie bramki.

.
Bülent Korkmaz (Galatasaray Stambuł/Turcja)

Przez ponad 15 lat był fundamentalną postacią defensywy Galatasaray oraz reprezentacji Turcji. W barwach zespołu ze Stambułu spędził całą swoją piłkarską karierę, rozgrywając w sumie 630 spotkań dla klubu. Reprezentacyjną koszulkę przywdziewał natomiast aż 102 razy i podobnie jak Sukur może pochwalić się brązowym medalem Mistrzostw Świata. Dwa razy w podstawowej jedenastce Galatasaray w meczach pucharowych z GKS-em.

Stefan Schwarz (Benfica Lizbona/Szwecja)

Twardo grający i bardzo waleczny szwedzki pomocnik. W trakcie swojej bogatej kariery przywdziewał barwy takich klubów jak: Benfica Lizbona, Arsenal Londyn czy Valencia.
Wybrany piłkarzem roku w Szwecji w 1999 roku. Z reprezentacją zdobył brązowy medal Mistrzostw Świata w 1994 roku, a dwa lata wcześniej doszedł do półfinału Mistrzostw Europy. W sumie w kadrze wystąpił w 68 meczach i zdobył 6 goli. W meczach Benfiki z GieKSą występował w linii pomocy u boku Rui Costy i Victora Peneiry.

Christophe Dugarry (Bordeaux/Francja)

Kolejny z zawodników w tym składzie obok Lizarazu i Zidane’a mogący poszczycić się złotym medalem za Mistrzostwo Świata i Europy. W przeciwieństwie do wymienionej dwójki odegrał on troszkę mniejszą rolę w tych francuskich sukcesach, bo pełnił raczej rolę rezerwowego. Jego kariera klubowa nie była już tak usłana sukcesami, jak ta reprezentacyjna, aczkolwiek występował chociażby w Barcelonie czy Milanie.

.

Carles Rexach (FC Barcelona/Hiszpania)

Całe życie związany z katalońskim klubem. Rozegrał w barwach Barcelony 449 oficjalnych spotkań ,co plasuje go w pierwszej dziesiątce zawodników z największą ilością występów w historii klubu. W sezonie 70/71 zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca ligi hiszpańskiej. W tym samym sezonie wpisał się także dwukrotnie na listę strzelców w meczach z GKS-em Katowice w ramach Pucharu Miast Targowych.

.
Ray Wilkins (Glasgow Rangers/Anglia)

Wielokrotny reprezentant Anglii (84 występy i 3 bramki), występował w takich klubach jak; Manchester United, Glasgow Rangers, Chelsea Londyn, AC Milan czy PSG. Wybierany dwukrotnie najlepszym zawodnikiem Chelsea (1976,1977), a w 2013 roku trafił do Galerii Sław angielskiej piłki. Grał w obydwóch spotkaniach Glasgow Rangers z GieKSą w 1988 roku.

Ally McCoist (Glasgow Rangers/Szkocja)

Legenda Glasgow Rangers. Autor 355 goli dla klubu, co czyni go najlepszym strzelcem w historii Rangersów. Zajmuje pierwsze miejsce także pod względem ilości zdobytych hat-tricków, których ma na swoim koncie aż 28. Dwukrotnie zdobywał Europejskiego Złotego Buta (1992,1993). Z reprezentacją Szkocji uczestniczył dwa razy w Mistrzostwach Europy oraz jednym Mundialu. W sumie w kadrze rozegrał 61 meczów i zdobył 19 bramek.
Nie wystąpił w pierwszym meczu z GKS-em w Glasgow z powodu kontuzji, ale w rewanżu zagrał już pełne 90 minut.


Zapraszam również Was do przyłączenia się do tej zabawy i wytypowania swojej najlepszej jedenastki piłkarzy, którzy mierzyli się z nami w Europie. Mam nadzieję, ze podzielicie się swoimi typami w komentarzach pod tym wpisem.

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    tomassi

    16 maja 2020 at 20:37

    moje mecze najlepsze
    moje piękne wspomnienia
    dzięki „roberts”

  2. Avatar photo

    Taurus

    18 maja 2020 at 11:23

    Super tekst, swietna robota.
    Fajnie ze zalapal sie jeden z moich ulubionych pilkarzy Ceulemans.
    Chcialbym dozyc jeszcze takich czasow ponownie…

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga