Felietony Piłka nożna
Wielcy piłkarze, którzy grali przeciwko GieKSie w Europejskich Pucharach
Wszystko wskazuje na to, że już wkrótce wznowiona zostanie 2. liga i unikniemy tak bardzo niechcianych rozstrzygnięć przy zielonym stoliku. Zanim jednak nastanie ta nowa piłkarska rzeczywistość i wrócimy do pisania o sprawach bieżących, zapraszam na jeszcze jeden wspominkowy tekst nawiązujący do występów GieKSy w europejskich pucharach.
Patrząc na to, gdzie w tym momencie znajduje się nasz klub, aż nie chce się wierzyć, że jeszcze kilkanaście lat temu naszym zawodnikom było dane rywalizować z piłkarzami z absolutnego topu. Naprzeciw „Trójkolorowym” stawali Mistrzowie Europy, Świata, czy nawet nominowani w plebiscycie Złotej Piłki. W tym kolejnym z serii nostalgicznych wpisów postanowiłem więc zaprezentować najlepszą według mnie jedenastkę piłkarzy, która mierzyła się z GieKSą w europejskich pucharach. Z racji tego, że wybór był naprawdę trudny i kilku piłkarzy o włos otarło się o mój dream team, to skompletowałem też ławkę rezerwowych.
Salvador Sadurní (FC Barcelona/Hiszpania)
Jeden z najlepszych bramkarzy w historii Blaugrany. Mistrz Europy z 1964 roku, a także trzykrotny zdobywca Trofeo Zamora – nagrody dla najlepszego golkipera ligi hiszpańskiej. Strzegł katalońskiej bramki w pamiętnym dwumeczu z GKS-em w Pucharze Miast Targowych w 1970 roku. W pierwszym meczu na Stadionie Śląskim udało mu się zachować czyste konto, ale w rewanżu na Camp Nou drogę do jego bramki udało się znaleźć Gerardowi Rotherowi oraz Jerzemu Nowokowi.
Ten mierzący zaledwie 169 centymetrów lewy obrońca bez dwóch zdań zalicza się do najwybitniejszych na tej pozycji w historii. W trakcie swojej kariery wygrał niemal wszystko, co było do wygrania. Zdobył Mistrzostwo Świata i Europy, wygrywał Ligę Mistrzów, a także sześciokrotnie sięgał po mistrzostwo Niemiec. W reprezentacji Francji rozegrał w sumie 97 meczów, w których zdobył 2 bramki. Zanim jednak sięgnął po te wszystkie triumfy, miał okazję wybiec na murawę przy Bukowej w ramach rywalizacji o Puchar UEFA w sezonie 94/95. Filigranowy obrońca zagrał w obydwu spotkaniach pełne 90 minut, ale ostatecznie nie pomógł Bordeaux w wyeliminowaniu katowiczan.
Czołowy niemiecki środkowy defensor na przełomie wieków. W kadrze naszych zachodnich sąsiadów wystąpił 66 razy i uczestniczył w trzech imprezach rangi mistrzowskiej. W 1992 roku znalazł się w składzie reprezentacji Niemiec, która na szwedzkich boiskach sięgała po wicemistrzostwo Europy. Wybierany czterokrotnie podczas swojej kariery do drużyny sezonu w Bundeslidze. Był fundamentalną postacią defensywy w zespole Dragoslava Stepanovica, który dał GieKSie srogą lekcję futbolu w 1/8 finału Pucharu UEFA w sezonie 94/95.
Terry Butcher (Glasgow Rangers/Anglia)
Ikona klubów Ipswich Town oraz Glasgow Rangers. Wielokrotny reprezentant Anglii, z którą doszedł do półfinału Mundialu we Włoszech w 1990 roku. Potężnie zbudowany i twardo grający obrońca był postrachem napastników na Wyspach Brytyjskich w latach 80’. O jego sile i nieprzyjemnym stylu gry mogli przekonać się także nasi zawodnicy. Butcher wystąpił w obydwu meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku i mocno przyczynił się do awansu Glasgow Rangers do kolejnej fazy Pucharu UEFA. W rewanżowym meczu rozgrywanym na Stadionie Śląskim zdobył dwie bramki po uderzeniach głową. Aktualnie pracuje jako trener odpowiedzialny za grę defensywną klubu z chińskiej Superligi – Guangzhou R&F.
Mój blok defensywny uzupełnia ten efektownie grający brazylijski obrońca. Mistrz Świata z 1994 roku z USA, wybrany do jedenastki gwiazd tamtego turnieju. W reprezentacji Canarinhos rozegrał w sumie 64 mecze i zdobył 3 bramki. Na boisku wyróżniał się nie tylko wysokimi umiejętnościami, ale także wzorowym zachowaniem, dzięki czemu został wyróżniony nagrodą FIFA Fair Play w 1991 roku. Broniąc barw Bayeru Leverkusen, konfrontował się z GKS-em Katowice przy okazji dwumeczu w ramach drugiej rundy Pucharu UEFA w sezonie 90/91. Jego zespół bez problemu uporał się z Trójkolorowymi ,aplikując im w dwumeczu aż 6 bramek, z których jedna padła łupem Jorginho. Brazylijczyk w rewanżowym meczu rozgrywanym w Niemczech pokonał Janusza Jojko strzałem z rzutu wolnego.
Rui Costa (Benfica Lizbona/Portugalia)
Nie bez powodu nazywany “il Maestro”, był wirtuozem w świecie piłki. Grający z charakterystycznie nisko opuszczonymi getrami Portugalczyk, dysponował genialną techniką i przeglądem pola gry. Oglądanie meczów z jego udziałem było samą przyjemnością. Należał do złotej generacji portugalskiego futbolu, za której początek uznaje się zdobycie Mistrzostwa Świata U-20 w 1991 roku. Członkami tamtej ekipy oprócz Rui Costy byli także: Luis Figo, Jorge Costa, Joao Pinto czy Abel Xavier. Dwa lata po zwycięstwie w młodzieżowym mundialu Rui Costa miał możliwość zaprezentować swoje wysokie umiejętności w meczach przeciwko GieKSie w Pucharze Zdobywców Pucharów. Jak wiemy Benfica z Costą w składzie nie bez problemów, bo w dość mocno kontrowersyjnych okolicznościach wyeliminowała nas z tamtej edycji pucharów.

Zinedine Zidane (Bordeaux/Francja)
Tego jegomościa raczej nikomu nie trzeba zbytnio przedstawiać. Szczerze mówiąc, to kompletowanie tej drużyny rozpoczynałem właśnie od niego. Bezsprzecznie jeden z najlepszych zawodników w historii piłki nożnej. Wygrał wszystko, co było do wygrania drużynowo, jak i indywidualnie. Tym bardziej cieszyć może fakt, że gdzieś na początku jego drogi na szczyt stanął pewien Śląski klub, któremu udało się wyeliminować Bordeaux z nim w składzie z Pucharu UEFA. Niestety aktualnie możemy tylko rzec -“Kiedyś to było…”

Słynący ze swojego krnąbrnego charakteru genialny niemiecki pomocnik był trzykrotnie na podium w plebiscycie o Złotą Piłkę. W lidze hiszpańskiej zdobył mnóstwo trofeów, występując w barwach Barcelony, Realu Madryt i Atletico. Może pochwalić się także Mistrzostwem Europy zdobytym z reprezentacją RFN w 1980 roku, aczkolwiek jego kariera reprezentacyjna zakończyła się bardzo szybko, bo już w wieku 24 lat. Wynikało to z jego ciągłych kłopotów i nieporozumień z Niemieckim Związkiem Piłki Nożnej, selekcjonerem czy też kolegami z kadry. Po powrocie z Hiszpanii w 1993 roku Schuster zakotwiczył w Bayerze Leverkusen. W trakcie drugiego sezonu w klubie z Bundesligi wystąpił w dwumeczu 1/8 finału Pucharu UEFA przeciwko GKS-owi. W obu spotkaniach wyszedł w podstawowej jedenastce, a w rewanżu zdobył kapitalną bramkę z rzutu wolnego.
Zestawienie pomocy uzupełnia legenda belgijskiego futbolu. Kapitan reprezentacji Belgii w latach 1984-1991, wicemistrz Europy z 1980 roku i zdobywca 4 miejsca na Mistrzostwach Świata w 1986 roku. Przez całą swoją karierę nie opuścił Belgii pomimo wielu ofert z wielkich klubów. Najbliższym zakontraktowania Ceulemansa był AC Milan, ale ostatecznie do transferu nie doszło. W barwach FC Brugge zdobył ponad 200 bramek i przyczynił się do wielu sukcesów klubu. W swoim ostatnim sezonie w karierze miał okazję wystąpić w meczu Pucharu Zdobywców Pucharów przeciwko GKS-owi Katowice, meldując się na murawie w 80 minucie rewanżowego meczu, zmieniając Daniela Amokachiego. Katowiczanie przegrali wtedy obydwa spotkania z belgami i odpadli z rozgrywek.

Urodzony supersnajper, trzykrotnie sięgał po koronę króla strzelców Bundesligi. W sumie w najwyższej klasie rozgrywkowej naszych zachodnich sąsiadów zdobył 182 gole, co daje mu siódmą lokatę w klasyfikacji wszechczasów. W 1994 roku o jego nieprzeciętnym instynkcie strzeleckim boleśnie przekonali się piłkarze GieKSy. Kirsten zaaplikował nam w dwumeczu Pucharu UEFA trzy gole, a także dorzucił jedną asystę. Cztery lata wcześniej wystąpił także w pierwszej w historii potyczce GieKSy z Bayerem Leverkusen w europejskich pucharach. W pierwszym spotkaniu na Bukowej rozegrał 59 minut, ale nie udało mu się wpisać na listę strzelców.
Ostatnim zawodnikiem, który zarazem kompletuje ten skład, jest najlepszy strzelec w historii reprezentacji Turcji i Galatasaray Stambuł. Hakan Sukur w 112 występach w kadrze zdobył 51 bramek i poprowadził swój zespół do trzeciego miejsca na mundialu w Japonii i Korei w 2002 roku. Natomiast z zespołem ze Stambułu 8-krotnie zdobywał mistrzostwo Turcji, 6 razy krajowy puchar, a także Puchar UEFA w sezonie 99/00. Naprzeciw Trójkolorowym stanął w 1992 roku, kiedy los w I rundzie Pucharu UEFA przydzielił nam turecki Galatasaray. Niestety po bezbramkowym pierwszym meczu, GieKSa uległa na Ali Sami Yen 2:1, a jedną z bramek zdobył właśnie Sukur.
Tak prezentuje się podstawowa jedenastka najlepszych według mnie piłkarzy, którzy rywalizowali z nami w europejskich pucharach.

Chris Woods (Glasgow Rangers/Anglia)
Świetny bramkarz niestety w trakcie swojej kariery trafił na wybitnego konkurenta, jakim był Peter Shilton, co przez długi czas utrudniało mu zdobycie bluzy z numerem 1 w reprezentacji Anglii. Dwukrotnie brał udział w Mistrzostwach Świata (1986,1990) i raz Mistrzostwach Europy (1992). W sumie w reprezentacji Anglii rozegrał 43 spotkania. Będąc bramkarzem Glasgow Rangers, nie przepuścił gola pomiędzy 26 listopadem 1986 a 31 stycznia 1987 co dało mu w sumie 1197 minut z czystym kontem. W meczach przeciwko GKS-owi w 1988 roku zagrał dwa razy po 90 minut i przepuścił dwie bramki.
Przez ponad 15 lat był fundamentalną postacią defensywy Galatasaray oraz reprezentacji Turcji. W barwach zespołu ze Stambułu spędził całą swoją piłkarską karierę, rozgrywając w sumie 630 spotkań dla klubu. Reprezentacyjną koszulkę przywdziewał natomiast aż 102 razy i podobnie jak Sukur może pochwalić się brązowym medalem Mistrzostw Świata. Dwa razy w podstawowej jedenastce Galatasaray w meczach pucharowych z GKS-em.
Stefan Schwarz (Benfica Lizbona/Szwecja)
Twardo grający i bardzo waleczny szwedzki pomocnik. W trakcie swojej bogatej kariery przywdziewał barwy takich klubów jak: Benfica Lizbona, Arsenal Londyn czy Valencia.
Wybrany piłkarzem roku w Szwecji w 1999 roku. Z reprezentacją zdobył brązowy medal Mistrzostw Świata w 1994 roku, a dwa lata wcześniej doszedł do półfinału Mistrzostw Europy. W sumie w kadrze wystąpił w 68 meczach i zdobył 6 goli. W meczach Benfiki z GieKSą występował w linii pomocy u boku Rui Costy i Victora Peneiry.
Christophe Dugarry (Bordeaux/Francja)
Kolejny z zawodników w tym składzie obok Lizarazu i Zidane’a mogący poszczycić się złotym medalem za Mistrzostwo Świata i Europy. W przeciwieństwie do wymienionej dwójki odegrał on troszkę mniejszą rolę w tych francuskich sukcesach, bo pełnił raczej rolę rezerwowego. Jego kariera klubowa nie była już tak usłana sukcesami, jak ta reprezentacyjna, aczkolwiek występował chociażby w Barcelonie czy Milanie.

Carles Rexach (FC Barcelona/Hiszpania)
Całe życie związany z katalońskim klubem. Rozegrał w barwach Barcelony 449 oficjalnych spotkań ,co plasuje go w pierwszej dziesiątce zawodników z największą ilością występów w historii klubu. W sezonie 70/71 zdobył Trofeo Pichichi dla najlepszego strzelca ligi hiszpańskiej. W tym samym sezonie wpisał się także dwukrotnie na listę strzelców w meczach z GKS-em Katowice w ramach Pucharu Miast Targowych.
Wielokrotny reprezentant Anglii (84 występy i 3 bramki), występował w takich klubach jak; Manchester United, Glasgow Rangers, Chelsea Londyn, AC Milan czy PSG. Wybierany dwukrotnie najlepszym zawodnikiem Chelsea (1976,1977), a w 2013 roku trafił do Galerii Sław angielskiej piłki. Grał w obydwóch spotkaniach Glasgow Rangers z GieKSą w 1988 roku.
Ally McCoist (Glasgow Rangers/Szkocja)
Legenda Glasgow Rangers. Autor 355 goli dla klubu, co czyni go najlepszym strzelcem w historii Rangersów. Zajmuje pierwsze miejsce także pod względem ilości zdobytych hat-tricków, których ma na swoim koncie aż 28. Dwukrotnie zdobywał Europejskiego Złotego Buta (1992,1993). Z reprezentacją Szkocji uczestniczył dwa razy w Mistrzostwach Europy oraz jednym Mundialu. W sumie w kadrze rozegrał 61 meczów i zdobył 19 bramek.
Nie wystąpił w pierwszym meczu z GKS-em w Glasgow z powodu kontuzji, ale w rewanżu zagrał już pełne 90 minut.
Zapraszam również Was do przyłączenia się do tej zabawy i wytypowania swojej najlepszej jedenastki piłkarzy, którzy mierzyli się z nami w Europie. Mam nadzieję, ze podzielicie się swoimi typami w komentarzach pod tym wpisem.
Felietony Piłka nożna
Moje 30 lat
Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.
Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.
W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.
Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.
Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.
Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.
Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.
I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.
Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.
Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.
Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.
W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.
Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.
GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.
Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.
W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.
Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.
Piłka nożna
Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność
Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.
Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.
Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!

tomassi
16 maja 2020 at 20:37
moje mecze najlepsze
moje piękne wspomnienia
dzięki „roberts”
Taurus
18 maja 2020 at 11:23
Super tekst, swietna robota.
Fajnie ze zalapal sie jeden z moich ulubionych pilkarzy Ceulemans.
Chcialbym dozyc jeszcze takich czasow ponownie…