Piłka nożna Prasówka
Tytuły artykułów po meczu barażowym ze Stalą: „Piorun by to strzelił”, „Wielki zawód na Bukowej”, „I znowu rozczarowanie”, „Wielka klapa na koniec sezonu. Znowu”, „GKS Katowice na wyżynach frajerstwa”, „Raz się daje ciała na finiszu”
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu barażowego GKS Katowice – Stal Rzeszów 0:2 (0:1). Niestety, GieKSa kolejny raz nie zdołała sprawić nam radości z awansu…
sportdziennik.com – Piorun by to strzelił
Nad Bukową grzmiało, błyskało i lało. GieKSa kolejny rok spędzi na trzecim poziomie rozgrywkowym. Została pogrążona przez dwóch byłych zawodników. Derby Rzeszowa w finale baraży.
Kilkadziesiąt minut przed rozpoczęciem półfinałowego barażu ze Stalą nad Bukową nadciągać zaczęły ciemne burzowe chmury. Na rozgrzewce zaczęło padać, a w trakcie I połowy stadion nawiedziła nieprawdopodobna ulewa, jakiej nie pamiętają chyba najstarsi bywalcy tego miejsca. Kibice uciekali w głąb trybuny krytej, a nawet osobom zasiadającym w najwyższych rzędach deszcz lejący się z rozświetlanego błyskawicami nieba walił prosto w oczy.
Wiatr przewrócił stojące za bramką reklamowe balony, zrywało telewizyjną transmisję. Mimowolnie nasuwały się porównania sprzed roku, gdy w piękny majowy dzień GieKSa w nieprawdopodobnych okolicznościach spadła z I ligi, a czekających pod klubem wściekłych kibiców rozgoniło oberwanie chmury. Teraz niebo zaczęło płakać wcześniej…
W takim deszczowym anturażu rzeszowianie wyszli na prowadzenie. Jakże by inaczej – po golu byłego zawodnika… GKS-u. Piotr Głowacki obsłużył Damiana Michalika, ten przymierzył zza pola karnego, a piłka odbiła się jeszcze od nogi Michała Gałeckiego i wpadła pod poprzeczkę.
[…] Najboleśniejszą przed przerwą porażkę z nawierzchnią poniósł Piotr Kurbiel. Napastnik GieKSy mógł skorzystać z babola popełnionego przez defensywę Stali, miał przed sobą de facto pustą bramkę, ale wyrównania nie było. Poślizgnął się…
[…] W przerwie pogoda się uspokoiła, a z chwilą rozpoczęcia II połowy znowu na kilka minut zaczęła szaleć. GKS nie szalał, ale atakował. Bramkę zdobyła jednak Stal. Wojciech Reiman dograł z wolnego, a do siatki trafił Radosław Sylwestrzak. Kolejny z byłych zawodników GieKSy w barwach rzeszowian nawet nie celebrował specjalnie tego trafienia. Obawiano się głównie Grzegorza Goncerza (gdy w 71 minucie opuszczał boisko, pożegnały go gromkie brawa), a sprawą załatwili dwaj inni. To było tak typowe… „K… mać, GieKSa grać” – popłynęło z Blaszoka. Przestało padać… Gospodarze próbowali kruszyć mur. W 82 minucie Marcin Urynowicz uderzył po rożnym mocno, ale piłkę kapitalnie złapał Kaczorowski. Gerard Rother zaczął kierować się do wyjścia. To by było na tyle…
[…] 2 SEZONY w swej historii spędził GKS na poziomie rozgrywkowym nr 3. Teraz pora na sezon trzeci.
13 LAT kibice GKS-u czekają na awans. I jeszcze poczekają…
dziennikzachodni.pl – Wielki zawód na Bukowej
[…] W Katowicach wszyscy zdawali sobie sprawę ze stawki meczu ze Stalą. Klub robił wszystko, by wypełnić trybuny stadionu nie w 25 procentach, ale w 50 i na niespełna siedem godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego taką zgodę od władz administracyjnych dostał. Na widowni we wtorkowy wieczór mogło zasiąść 3,5 tys. widzów i choć takiej publiki nie udało się zebrać to i tak na Bukowej padł dzisiaj rekord frekwencji po restarcie rozgrywek.
Mecz GKS Katowice – Stal Rzeszów oglądało 1660 kibiców GieKSy, którzy bardzo żywiołowo dopingowali gospodarzy. Śpiewy na Bukowej niemal nie cichły, bo fani gospodarzy w tym ważnym spotkaniu nie żałowali gardeł. Okrzyki niezadowolenia z trybun pojawiły się dopiero w końcówce, gdy stało się jasne, że katowiczanie znów zawiedli swoich sympatyków i nie zdołają wrócić do Fortuna 1. Ligi.
Po meczu z trybun w kierunku piłkarzy poleciałby już tylko bluzgi, których nie będziemy tutaj cytować. Kibice mieli ogromny żal do zawodników, że zmarnowali kolejną wielką szansę.
sportslaski.pl – I znowu rozczarowanie. Koniec sezonu dla Katowic…
GKS Katowice kończy sezon 2019/20. Piłkarze trenera Rafała Góraka w półfinałowym meczu barażowym o awans do I ligi przegrali przy Bukowej ze Stalą Rzeszów. Rezultat nie był dziełem przypadku – wygrał zespół, który w końcówce rozgrywek wyraźnie się rozpędził, a w Katowicach szybciej dostosował do panujących warunków.
Początek meczu zwiastował naprawdę dobre widowisko. Spotkanie było wyrównane, jedni i drudzy mimo parnej aury narzucili dość szybkie tempo. Trybuny przy Bukowej jęknęły z rozczarowaniem, gdy w 6. minucie piłka uderzana przez Adriana Błąda poleciała tuż nad bramką rzeszowian. Kilka minut później odetchnęli za to z ulgą, gdy po kontrze Stali Damian Michalik z linii pola karnego trafił w słupek bramki strzeżonej przez Bartosza Mrozka.
Jedni i drudzy długo grali solidnie, przykładając sporą wagę do konsekwentnej obrony. Spory wpływ na dalszy przebieg gry miała potężna ulewa, jaka rozpętała się nad Katowicami. Wydawało się, że lepiej do warunków dostosowali się miejscowi, którzy w pewnym momencie założyli rywalowi niemal hokejowy zamek. Zdołali sobie stworzyć dwie okazje bramkowe – najpierw Danian Pavlas po niezłym dośrodkowaniu Macieja Stefanowicza przestrzelił głową, następnie po rzucie rożnym Błąda do siatki klatką piersiową omal nie trafił Arkadiusz Jędrych, ale kapitalnie spisał się w tej sytuacji Wiktor Kaczorowski.
[…] Goście skutecznie rozbijali ataki przeciwników, a tuż przed przerwą mogli podwyższyć swoje prowadzenie. W polu karnym Katowic zupełnie niepilnowany był Artur Pląskowski, któremu ze skrzydła precyzyjnie dogrywał Grzegorz Goncerz. Napastnik Stali uderzył głową, a piłka pofrunęła centymetry obok spojenia słupka i poprzeczki bramki gospodarzy.
Na drugą połowę oba zespoły wyszły bez zmian w składzie. Katowiczanie znowu przeważali, ale niemal nic z ich częstszego operowania piłką nie wynikało. Tymczasem w 62. minucie przyjezdni z zimną krwią wykorzystali swoją okazję do podwyższenia wyniku. Po rzucie wolnym Wojciecha Reimana zupełnie nieatakowany przez defensorów „GieKSy” Radosław Sylwestrzak pewnym uderzeniem głową skierował futbolówkę do bramki.
Drugie trafienie dla gości wyraźnie podcięło skrzydła podopiecznym trenera Rafała Góraka. Niewiele w ofensywne poczynania wnieśli rezerwowi: Marcin Urynowicz, Patryk Szwedzik i Łukasz Wroński. Do końca spotkania GKS-owi udało się stworzyć raptem jedną niezłą okazję na gola kontaktowego, ale strzał Arkadiusza Woźniaka zatrzymał Kaczorowski.
[…] Kibice „GieKSy” kolejny raz przeżywają rozczarowanie. Tylko w lipcu ich zawodnicy trzy razy mieli sukces na wyciągnięcie ręki – nie udało im się jednak ograć przed swoją publicznością Widzewa, a później wykorzystać kolejnych potknięć łodzian, tracąc punkty w Stalowej Woli i u siebie z Resovią. Drużyna, która przez większość sezonu deptała po piętach czołowej dwójce ligi odpada z ekipą, której jeszcze kilkanaście dni temu bliżej było do spadku, niż marzeń o I lidze. „GieKSa” na kolejny sezon zostaje na trzecim szczeblu rozgrywek, znowu zawodząc w decydującym momencie…
infokatowice.pl – Wielka klapa na koniec sezonu. Znowu
[…] Na początku spotkania nieznaczna przewaga należała do GieKSy, ale poza minimalnie niecelnym strzałem Błąda niewiele z tego wynikało. Stal na pierwszą akcję czekała do 12 min. i od razu mogła objąć prowadzenie. Na szczęście strzał Michalika wylądował na słupku. Mniej więcej w połowie pierwszych 45 minut nad stadionem rozpętała się nawałnica. W tym czasie katowiczanie mocno nacisnęli na swoich przeciwników, ale nie przyniosło to efektu bramkowego, a jedna z nielicznych akcji gości skończyła się bramką Michalika, którego strzał odbił się jeszcze od jednego z zawodników i zmylił Mrozka. Podopieczni trenera Rafała Góraka mogli wyrównać już kilkadziesiąt sekund później, ale Kurbiel, który miał przed sobą pustą bramkę, poślizgnął się i nie zdołał oddać strzału. W kolejnych minutach przyjezdni mądrze się bronili i bez problemu dowieźli jednobramkową przewagę do przerwy.
W drugiej połowie GieKSa niby cały czas atakowała, ale tak naprawdę tylko raz była blisko pokonania Kaczorowskiego, który jednak w końcówce świetnie obronił strzał głową Woźniaka. W tym momencie przyjezdni prowadzili już jednak 2:0 po golu Sylwestrzka w 61 min. i spokojnie kontrolowali przebieg spotkania. Tym samym katowiczanie odpadli z walki o awans i w przyszłym roku po raz kolejny będą rywalizować na drugoligowych boiskach.
gol24.pl – Baraże o 1 Ligę. Stal wygrała w Katowicach. Mamy rzeszowski finał!
[…] Stal Rzeszów zagrała bardzo konsekwentnie w defensywie, nie dała się zaskoczyć GKS-owi Katowice i wykorzystała swoje szanse z przodu. Rzeszowianie zagrali bardzo dojrzale i zwyczajnie zasłużyli na awans. Najpierw ładnego gola strzelił sprzed pola karnego Damian Michalik. Pomocnikowi pomógł jednak rykoszet. Po przerwie jednak Radosław Sylwestrzak podwyższył prowadzenie, wykorzystując podanie z rzutu wolnego i gubiąc krycie.
[…] GKS Katowice nie wróci do 1 Ligi. Podopieczni trenera Rafała Góraka zagrali ten baraż zupełnie tak, jak cały kończący się właśnie sezon. Mieli posiadanie piłki, atakowali, mieli czasem nawet przewagę liczebną, ale brakowało im skuteczności. Właśnie ona zawiodła na samym początku meczu, gdzie Stal praktycznie dała się zepchnąć we własne pole karne. Po nawałnicy piłkarzy GKS-u nadeszła nawałnica znad stadionu. W krótką chwilę obiekt przy ul. Bukowej zamienił się w basen, co pozwoliło zagrać zawodnikom nieco szybciej, ale mniej dokładnie.
[…] Po zmianie stron znów do przodu ruszyli katowiczanie. Po raz kolejny jednak zostali uśpieni w obronie i w głupi sposób stracili gola. 61. minuta, dośrodkowanie z rzutu wolnego, daleka piłka w pole karne, Kurbiel zupełnie odpuścił krycie i Radosław Sylwestrzak na wślizgu wykończył stały fragment gry.
weszlo.com – GKS Katowice na wyżynach frajerstwa. Derby Rzeszowa w finale baraży o 1. ligę
[…] Klęska w barażach jest z pewnością szczególnie bolesna dla GieKSy. Trzeba katowiczanom oddać, że wejście w dzisiejszy mecz było w ich wykonaniu więcej niż obiecujące. Stal również miała swoje okazje do wyjścia na prowadzenie, generalnie spotkanie było bardzo otwarte i dynamiczne, ale to GieKSa prowadziła grę i robiła sporo zamieszania pod bramką gości. Tylko, że – no właśnie – było to wyłącznie zamieszanie. Jakaś kotłowanina po stałym fragmencie gry, żadne klarowne sytuacje. Wkrótce miało się okazać, że gospodarze z kreowaniem sobie czystych sytuacji strzeleckich mają olbrzymie problemy.
Tak czy owak – jeżeli zanosiło się w Katowicach na gola, to raczej dla GKS-u. Tymczasem to przyjezdni wyszli na prowadzenie na kwadrans przed zakończeniem pierwszej połowy meczu. Dość szczęśliwe trafienie zanotował Damian Michalik – piłka po jego strzale odbiła się od obrońcy i przelobowała Bartosza Mrozka. Od razu było widać, że stracona bramka bardzo mocno wstrząsnęła pewnością siebie podopiecznych Rafała Góraka. Pojawiły się gesty frustracji, jakieś wzajemne pretensje. Katowiczanie natychmiast wyhamowali w ofensywie i stracili animusz, którym imponowali przez pierwsze pół godziny spotkania. Na dodatek nad stadionem przetoczyła się gigantyczna ulewa i potężna burza. Takie warunki atmosferyczne siłą rzeczy pomagały zespołowi cofniętemu do defensywy, a utrudniały życie ekipie będącej na musiku. No i utrudniały życie również widzom, zakłócając transmisję.
W grze GKS-u nie było widać pomysłu na odrobienie strat. Ciężar rozgrywania akcji brał na siebie Adrian Błąd, ale w zasadzie nie miał wyboru. Długimi fragmentami tylko on miał w ogóle ochotę, by wystawić się do grania i coś wykombinować. Reszta chowała się za plecami obrońców i czekała na otwierające podanie, które oczywiście nie miało szans powodzenia przy tak statycznej postawie.
W 62 minucie Stal Rzeszów podwyższyła prowadzenie. Do siatki trafił Radosław Sylwestrzak. I choć mecz potrwał jeszcze pół godziny, to tak naprawdę równie dobrze mógłby się zakończyć wraz z drugą bramką dla gości. To był nokaut. Piłkarze GKS-u potulnie spuścili głowy, kompletnie uszło z nich powietrze. Pogodzili się z klęską. A przyjezdnym trzeba oddać, że bronili się bardzo skutecznie. W końcówce spotkania doskonale odpychali rywali od własnego pola karnego, zmuszając ich do desperackich górnych piłek rzucanych z głębi pola. Wielkiego zagrożenia z takich zagrań naturalnie nie było. A jeśli nawet, to bardzo pewnie bronił 19-letni Wiktor Kaczorowski.
Mogą się dzisiaj w GieKSie zastanawiać, co by było gdyby nie lunęło. Gdyby Piotr Kurbiel nie poślizgnął się będąc właściwie sam na sam z pustą bramką. Ale cóż – warunki były równe dla obu drużyn. Stal sprawdziła się w takich okolicznościach przyrody zdecydowanie lepiej. A przecież mówimy o klubie, który w sezonie 2018/19 występował w III lidze. Który w tym sezonie długo musiał się martwić o utrzymanie. Teraz Stal ma szansę awansować na zaplecze Ekstraklasy. Wielka sprawa.
GKS Katowice pozostanie natomiast na trzecim szczeblu rozgrywek. Choć przecież ekipa z ulicy Bukowej miała na finiszu sezonu wszelkie argumenty, by wywalczyć nawet bezpośredni awans piętro wyżej. Chyba nie ma drugiego klubu w Polsce, który do tego stopnia wyspecjalizowałby się we frajerskich porażkach.
stalrzeszów.pl – Mamy finał baraży!
[…] Pierwsza połowa od początku wyglądała spokojnie. Obie drużyny głównie grały piłką w środkowej części boiska. W 6. minucie pierwszy strzał oddał Adrian Błąd, kapitan GKS-u Katowice. Gorąco zrobiło się w 12. minucie, kiedy to Damian Michalik po dograniu piłki od Artura Pląskowskiego uderzył w słupek. GieKSa tworzyła dużo akcji, ale nie zagrażały one zbyt zawodnikom Stali.
[…] Druga połowa rozpoczęła się tak samo spokojnie jak pierwsza. Zaczęło się od akcji gospodarzy, którzy nie potrafili ich wykończyć. Żółtą kartkę w 47. minucie otrzymał Wojciech Reiman za faul na zawodniku gospodarzy. Stal również stwarzała sobie wiele sytuacji, ale nie potrafiła ich wykończyć. GieKSa oddawała niecelne strzały, raz koło słupka, raz nad poprzeczką.
[…] Kolejna zmiana przypadła na 71. minutę. Boisko opuścił Grzegorz Goncerz, który zebrał oklaski od kibiców GKS-u, a w jego miejsce pojawił się Krystian Pieczara. Po tych zmianach gospodarze tworzyli sytuacje, ale w dalszym ciagu nie potrafili ich wykończyć. W 80. minucie strzałem zza pola karnego popisał się Szymon Kiebzak, ale trafił obok bramki. Wiktor Kaczorowski popisał się fantastyczną interwencją i na linii złapał strzał z główki Arkadiusza Woźniaka.
nowiny24.pl – Stal Rzeszów pokonała GKS Katowice i awansowała do finału! W nim zagra z Apklan Resovią
Mecz rozpoczął się z około 10-minutowym opóźnieniem, ze względu na rzuty karne, do których doszło w pierwszym meczu półfinałowym. Biało-niebiescy wiedzieli więc, że Apklan Resovia awansowała do finału i na pewno nie chcieli być gorsi.
[…] W czerwcowym spotkaniu, które odbyło się również w Katowicach, wygrał GKS 3:2, ale rzeszowianie byli bardzo chwaleni za swoją postawę.
– Wyciągnęliśmy wnioski z tamtego meczu, ale rywale zapewne uczynili to samo, bo zdawali sobie sprawę, że wygrana nie przyszła im łatwo – mówił nam przed meczem Marcin Wołowiec, który razem z Krzysztofem Łętochą posłali w bój dokładnie taką samą jedenastkę, która tak dobrze spisała się w sobotnim pojedynku ze Skrą Częstochowa.
W pierwszych minutach Stal Rzeszów oddała pole gospodarzom i gra toczyła się cały czas na połowie rzeszowian. W 7. minucie bombę z dystansu posłał Adrian Błąd, ale Wiktor Kaczorowski sparował piłkę na róg.
[…] Pewnym jednak było, że po zmianie stron GKS Katowice ruszy do zdecydowanych ataków.
I miejscowi chcieli jak najszybciej wyrównać, ale na pewno zadania nie ułatwiała im murawa, bo należy dodać, że przez przez całe spotkanie mocno nad Katowicami padało i boisko z każdą kolejną minutą było coraz bardziej nasiąknięte.
Stal spokojnie czekała na swoją szansę i się doczekała. W 61. minucie z rzutu wolnego dośrodkował Wojciech Reiman, zza pleców defensorów katowiczan wybiegł Radosław Sylwestrzak i umieścił futbolówkę w bramce.
Co ciekawie, Sylwestrzak, podobnie zresztą jak Michalik, w przeszłości byli piłkarzami GKS-u Katowice.
Po chwili strzelec drugiej bramki dla rzeszowian musiał opuścić boisko po tym, jak doszło do zderzenia głowami z Piotrem Kurbielem.
Mając prowadzenie 2:0 rzeszowianie się cofnęli i czekali na rywala na swojej połowie. Sami natomiast szukali szans w szybkich wypadach. Też jednak nie takich na hurra, tylko wszystko odbywało się z głową, a kolejne minuty, powoli, ale jednak mijały.
Im bliżej było końca, tym ataki GKS-u nabierały na sile, a Stal Rzeszów cofnęła się trochę za bardzo.
W 82. minucie katowiczanie byli bliscy złapania kontaktu. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego głową uderzał Arkadiusz Woźniak, ale kapitalnie na linii interweniował Wiktor Kaczorowski.
Sędzia doliczył do podstawowego czasu gry 4 minuty i po biało-niebieskiej części Rzeszowa zaczęło się końcowe odliczanie.
Gospodarze co chwila posyłali piłki na tzw. aferę w pole karne rzeszowian, ale tam rządzili gracze Stali.
2×45.info – Raz się daje ciała na finiszu, raz się daje ciała na finiszu… GKS 0:2 Stal
W strugach ulewnego deszczu toczyło się barażowe spotkanie GKS-u Katowice ze Stalą Rzeszów. Kibice gospodarzy od razu żartowali, że nawet niebo płacze nad grą ich zespołu. Trudno się z tym nie zgodzić, bo spadkowicz z pierwszej ligi po raz kolejny w tym sezonie nie podołał presji i wyłożył się już na pierwszej barażowej przeszkodzie, którą był beniaminek z Podkarpacia.
[…] GKS może śmiało kandydować do nagrody „rozczarowania sezonu”. Na własne życzenie nie awansował bezpośrednio do pierwszej ligi, a biorąc pod uwagę tragiczną grę w meczach pod dużą presją to takiego wyniku można było się spodziewać. Stal przyjechała do Katowic bez kompleksów i dzięki temu mogła cieszyć się z awansu. A gospodarze? Cóż, rozebrani, wygwizdani i zwyzywani przez fanów. Można powiedzieć, klasyka… Chyba tylko naiwni mogli spodziewać się, że po tak kiepskiej postawie w końcówce sezonu, GKS zdoła poradzić sobie w barażach.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































Roh
29 lipca 2020 at 10:12
Szkoda że prasa nic nie pisze o idiotycznej reformie jaka tutaj wprowadzono. Teraz szósta druzyna moze awansować kosztem tej trzeciej która powinna awansowac i wywalczyła to sobie przez czay sezon. Nie pisze tego bo jestem mibicem GKS. Take cios moze sie przytrafić kazdej druzynie. Jeden slabszy mecz w barazach i trud calego sezonu na marne. Zeby bylo smieszniej nie ma nawet rewanzu. Takie debilne reformy to tylko w Polsce chyb sa…
Gdzie tutaj sprawiedliwość?
wyszo
29 lipca 2020 at 11:13
I to jest tłumaczenie ? Kolejny frajerski mecz, mecz o stawkę który przegrywają. Co ma do tego reforma? Wystarczyło grać i zdobyć 1 ( JEDEN) punkt więcej w którymkolwiek meczu i awans by był. Jest regulamin są zasady i nie ma usprawiedliwienia. Byliśmy przeraźliwie słabi. Taka jest prawda. Nie czarujmy teraz i nie odwracajmy problemu. To kolejny już, chyba piąty rok z rzędu kiedy nieudolność , brak pomyslu, i brak walki zabiera nam nawet poczucie tego że postawa tej drużyny była solidna. W meczu o wszystko gramy jak zlepek kolegów z placu. To są profesjonaliści i oczekuje od nich profesjonalnej postawy. Można przegrać jeśli rywal był lepszy. Można przegrać jeśli dało się z siebie wszystko. Ale nie da się patrzeć na pseudo piłkarzy ślizgających się po trawie zamiast uderzyć piłkę do pustej bramki czy odpuszczajacych krycie napastnika który ma mniej goli strzelonych niż nasz stoper. Poziom tej żenady od lat jest tak samo wysoki. Od lat widać że zamiast lepiej jest gorzej. I najgorsze, że nie ma żadnych widoki i argumentów za tym że będzie lepiej.
Roh
29 lipca 2020 at 11:30
Ja tutaj nie chcialem bronić druzyny. Pisalem tylko o glupiej reformie. Wedlug mnie bezsensownej i niesprawiedliwej.
Rafał
29 lipca 2020 at 13:41
Reforma była pisana pod Łódzki Widzew by im pomóc wrazie czego w awansie (a Gks i Widzew tyle samo punktów więc nie powinno być obecnych meczów), W końcu u steru PZPN jest Boniek to co się dziwicie. Swój pomaga swoim. A Gks od 2 sesonów dno, dno i jeszcze raz dno. Kiedy to się skończy, jak rozwiążą tą frajerską drużynę i zaczną od dołu wspinaczkę jak już kiedyś.
GK
29 lipca 2020 at 14:56
Panowie zasady były ustalone wcześniej dla każdego takie same… Drużyna z 3 miejsca miała atut własnego boiska wiec teoretycznie miała łatwiej. Nie ma co wymyślać takich dziwnych argumentów dot. Reformy. Przegraliśmy awans na boisku i z tym chyba każdy się zgodzi bo był na wyciągnięcie ręki.
Rafał
29 lipca 2020 at 20:17
Owszem przegrali to kopacze bo trudno nazwać ich piłkarzami, mieli tyle okazji by wyjść na na drugie miejsce że tylko debil by nie skorzystał a z motywacją coś słabo. Teraz to tylko przychodzą tacy co czy się stoi czy się siedzi 2000 się należy bez zaangażowania. Ale Zgadzam się GK.