Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd prasy: Derby ze znakiem Q
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.
W ostatnią środę piłkarki GieKSy rozegrały przełożone wcześniej, ligowe spotkanie z Rekordem Bielsko-Biała. Nasza drużyna zrewanżowała się gospodyniom za przegraną w rozgrywkach Pucharu Polski: GieKSa wygrała 5:0 (2:0). Tym spotkaniem drużyna kobiet zakończyła piłkarską jesień. W tabeli Ekstraligi Kobiet zespół zajmuje czwartą lokatę. W piątek piłkarze rozegrali ligowe spotkanie z Miedzią Legnica – niestety GieKSa przegrała 2:3 (1:1). Prasówkę po tym spotkaniu znajdziecie TUTAJ.
Siatkarze zgodnie z przewidywaniami przegrali z wiceliderem PlusLigi zespołem Jastrzębskiego Węgla 0:3. Kolejne spotkanie siatkarze rozegrają w piątek w Kędzierzynie-Koźlu z ZAKSĄ. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30.
W minionym tygodniu hokeiści rozegrali dwa spotkania wyjazdowe. We wtorek z Cracovią, z którym zespół wygrał 4:2 oraz w piątek z GKS-em Tychy. W tym spotkaniu GieKSa musiał uznać wyższość przeciwników 3:4.
PIŁKA NOŻNA
bts.rekord.com.pl – Rekord B-B – GKS Katowice 0:5 (0:2)
Faworyzowane katowiczanki wyciągnęły wnioski z ubiegłotygodniowej, pucharowej „lekcji”. Tym razem podopieczne Witolda Zająca potraktowały gospodynie z pełną powagą i całą surowością, choć sam początek zaległego meczu 10. kolejki nie zapowiadał łatwej zdobyczy GKS-u. Tym razem bielszczanki nie wyczekiwały ataków ekipy gości przed własnym polem karnym, a starały się nieco wyżej i agresywniej natrzeć na rywalki. By taka sztuka miała szanse powodzenia potrzeba wybornego przygotowania motorycznego i niemal bezbłędnej gry indywidualnej oraz poszczególnych formacji. Wpierw zabrakło tego pierwszego, kiedy Izabela Tracz straciła piłkę w okolicy „szesnastki”, a ratując sytuację sfaulowała Kateřinę Vojtkovą. Niewiele czasu minęło od trafienia z „wapna” Emilii Zdunek, gdy na 2:0 podwyższyła prowadzenie przyjezdnych Klaudia Maciążka. Świetną asysta przy golu popisała się Karolina Koch, bezsprzecznie postać numer jeden w drugiej linii GKS-u. Na większe emocje trzeba było czekać do końcowych fragmentów pierwszej połowy. Z ok. 30-stu metrów nieznacznie chybiła K. Vojtkova, po drugiej stronie Katarzyna Moskała nie zdołała pokonać Kingi Seweryn.
Jeszcze bardziej wyraźna przewaga GieKSy zarysowała się po przerwie. Umiejętności techniczno-taktyczne i przygotowanie fizyczne pozwoliły katowiczankom na niemal pełną kontrolę nad przebiegiem drugiej części spotkania. Byłoby przesadą określić, że przyjezdne z łatwością dochodziły do sytuacji strzeleckich. Niemniej z wielu wykreowanych okazji wykorzystały trzy. Bielszczanki dopowiedziały jedynie uderzeniem Magdaleny Knysak z rzutu wolnego z 22-óch metrów. Tu na wysokości zadania stanęła młodziutka bramkarka GKS-u.
Maksymalne zaangażowanie i niesłychana ambicja, w połączeniu z łutem szczęścia, wystarczyły „rekordzistkom” przed tygodniem do pucharowego awansu. W ligowej konfrontacji górę wzięły stricte boiskowe umiejętności.
dziennikzachodni.pl – Nowy stadion GKS Katowice. Na placu budowy rozpoczęto wycinkę drzew. Czy to oznacza rozpoczęcie większych prac?
Na placu budowy nowego stadionu GKS Katowice rozpoczęły się zasadnicze prace przygotowawcze. Teren jest ogradzany, wycięto też pierwsze z około 500 drzew. Taka sama liczba ma zostać zasadzona na terenie miasta.
Sportowy kompleks powstaje w pobliżu autostrady A4 przy ulicach Bocheńskiego, Upadowej i Dobrego Urobku. Koszt inwestycji to 205.292.538,54 zł brutto. Za taką kwotę ma powstać stadion z trybunami na 14.896 osób, hala mieszcząca 2.792 kibiców, dwa boiska treningowe trawiaste, parkingi i mała infrastruktura. Pozostałe plany zostały przesunięte do drugiego etapu, którego terminy nie zostały określone.
sportdziennik.com – Trzykrotnie budowano presję
Rozmowa z Markiem Szczerbowskim, prezesem GKS-u Katowice.
Po 17 meczach pierwszej ligi GieKSa plasuje się nad strefą spadkową z dorobkiem 19 punktów. Jakie refleksje miał pan na półmetku sezonu?
Marek SZCZERBOWSKI: – Trzeba powiedzieć o dwóch obszarach. Ten pierwszy – to pierwsze 10 spotkań rundy. Graliśmy w nich widowiskowo i widowiskowo nie punktowaliśmy. Zdobywaliśmy stosunkowo dużo bramek, ale nieprzeciętnie dużo też traciliśmy. Mamy w klubie odcinki kontrolne co pięć spotkań. Był zatem odcinek po dziesięciu kolejkach, była burza mózgów, sztab wyciągnął z tego swoje wnioski i wprowadził zmianę sposobu gry. To przełożyło się na konkrety. Dzięki temu gramy z pewnością inaczej niż wcześniej, a do tego w porównaniu do pierwszego okresu bardziej efektywnie. Jeśli ten kierunek, ta tendencja zostanie utrzymana, to będzie można powiedzieć, że zakładane na tę jesień cele zostały zrealizowane.
[…] Trudno było wytrzymać ciśnienie w kwestii trenera Rafała Góraka? Przeszła przez głowę myśl, że może potrzebna będzie zmiana?
Marek SZCZERBOWSKI: – Od momentu, gdy zacząłem pracę przy Bukowej, czyli w sierpniu 2019, pewne oczekiwania i budowanie presji – nie tylko wirtualnie, ale też zgłaszane werbalnie – było trzykrotnie. Trzykrotnie z różnych stron padały różnego rodzaju komunikaty, które można było ocenić jako budowanie presji. To nie są proste tematy. Sztuką jest mimo tej presji umieć racjonalnie ocenić sytuację. Niepodejmowanie decyzji to także decyzja.
[…] Nie było pana w październiku na rozpoczęciu budowy stadionu.
Marek SZCZERBOWSKI: – Budowany jest stadion miejski, na którym ma grać GKS Katowice, ale też hala sportowa. Z niej korzystać będą też inne kluby. To, że nie było przedstawiciela zarządu GKS-u, też w jakiś sposób pokazuje, że będzie to stadion dla wielu podmiotów funkcjonujących na terenie Katowic. Wszyscy znają moje sformułowanie, w którym powiedziałem, że nie ma możliwości rozwoju klubu bez rozwoju infrastruktury. To bardzo istotny krok. Pan prezydent Marcin Krupa jest wyjątkowo prawdomównym i uczciwym człowiekiem. Nie mówię tego jako wypowiedzi o charakterze dyplomatycznym, a z serca. Znam go od wielu lat. Wiem, że jeśli powie: „budujemy”, to budujemy.
Na jakim etapie jest kwestia obowiązku zapłaty 4 milionów złotych zaległych składek do ZUS, którą oddaliście do sądu?
Marek SZCZERBOWSKI: – Wiele spraw organizacyjnych w GKS-ie Katowice zostało uporządkowanych. Ta jest w trakcie porządkowania.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Surowa lekcja mistrzów
Siatkarze Jastrzębskiego Węgla mają kłopoty personalne, ale nie mają one większego wpływu na poziom gry.
Jastrzębianie jak przystało na obrońców tytułu mistrzowskiego, udzielili GKS-owi Katowice surowej lekcji i pewnie zwyciężyli. – Nie mieliśmy żadnych argumentów na rywali i trudno się dziwić, że mecz zakończył się tak szybko– powiedział po meczu libero GKS-u Katowice, Bartosz Mariański.
– Brakowało nam zagrywki i to chyba podstawa naszego niepowodzenia. A ponadto, gdy już wynik oscylował wokół remisu, to robiliśmy niepotrzebne błędy.
Jastrzębianie pojawili się bez czterech zawodników. Rafała Szymury i Szymon Biniek przebywają na kwarantannie. Natomiast francuski atakujący Stephen Boyer złamał kości śródręcza i czeka go operacja oraz dłuższą przerwa. Z kolei Wojciech Szwed powrócił do treningów i skręcił staw skokowy. Siła uderzeniowa gości na skrzydłach spoczywała na Janie Hadravie oraz Trevorze Clevenot, oraz Tomaszu Fornalu. Obrońcy tytułu mistrzowskiego mają wystarczająco sporo atutów, by odnieść szybkie i przekonywające zwycięstwo. I tak też się stało. Była momentami wyrównana gra, ale w tych kluczowych momentami goście mieli zdecydowanie więcej jakości.
Pierwszy set był prawie bez historii, bo jastrzębianie objęli prowadzenie (12:8 i 16:10) i później ją jeszcze powiększali (22:14). W końcowych fragmentach gospodarze zdołali zdobyć kilka punktów, ale przewaga była znacząca. By nawiązać równorzędną grę z tak renomowanym rywalem to trzeba go „kąsać” zagrywką. A tymczasem była ona anemiczna i nie mogła zrobić krzywdy przyjmującym JW.
W kolejnych odsłonach było zdecydowanie więcej walki ze strony gospodarzy i nawet wynik oscylował wokół remisu. Jednak w końcowych fragmentach Jan Hadrava solidnie punktował był niemal nieuchwytny dla katowiczan. A ponadto gospodarze zaczęli „strzelać” po autach. Wszystko się skończyło w niespełna 85 minut, ale taki scenariusz był do przewidzenia.
GKS Katowice – Jastrzębski Węgiel 0:3 (17:25, 20:25, 21:25)
HOKEJ
dziennikpolski24.pl – Comarch Cracovia była zmęczona i nie dała rady GKS-owi Katowice
Comarch Cracovia w spotkaniu z GKS Katowice miała niewiele do powiedzenia i przegrała. Ale trudno się temu dziwić.
Ledwie dwa dni po zakończeniu trzydniowego półfinałowego turnieju Pucharu Kontynentalnego przyszło Comarch Cracovii rywalizować w lidze. I to z liderem. Bez Damiana Kapicy, który musi wyleczyć kontuzję mięśnia przywodziciela i nie będzie go przez miesiąc.
Gospodarze zostali powaleni na deski zaraz na początku gry. Najpierw Wronka wykorzystał błąd w obronie i w sytuacji sam na sam pokonał Pieriewozczikowa, a po 49 sekundach idealnie dograł krążek do Pasiuta, który trafił w odsłoniętą część bramki. Trener Rohaczek natychmiast zareagował i zmienił bramkarza. Gdy goście zagrali w przewadze, zdobyli trzeciego gola. Cracovia była na kolanach. Gospodarze przycisnęli w końcówce, groźnie strzelał Bodrow – ale miejscowi nic nie wskórali.
Drugą tercję krakowianie rozpoczęli od gry w przewadze, ale nie zagrozili bramce gości. Potem szukali pierwszego gola. Gra się trochę wyrównała, katowiczanie bowiem szanowali siły. Zabolotny dobrze się spisywał, broniąc m.in. strzał Hudsona z bliska w 39 min.
W trzeciej odsłonie goście mogli podwyższyć wynik, ale Fraszko trafił w słupek. Gospodarze wreszcie zdobyli gola, gdy grali 5 na 4. Gol na 3 min przed końcem dał nadzieję gospodarzom. Po chwili Nemec przestrzelił w dobrej sytuacji. Wronka „zamknął” jednak ten mecz. W końcówce z lodu zjechał bramkarz, ale „Pasy” nie zbliżyły się już do GKS-u.
sport.interia.pl – Blisko skandalu! Polała się krew. Sędziowie przegapili faul!
W niedzielę tuż przed północą Comarch Cracovia zapewniła sobie i polskiemu hokejowi awans do finału Pucharu Kontynentalnego, a niespełna dwie doby później zabrakło im sił, by skutecznie rywalizować z liderującym w ekstraklasie hokeistów GKS-em Katowice. Podopieczni Jacka Płachty, napędzani bramkami i asystami Patryka Wronki, wygrali w Krakowie 4-2.
[…] Katowiczanie rozstrzygnęli rywalizację w niespełna 10 minut. Ojcem ich zwycięstwa był filigranowy wychowanek Podhala Nowy Targ Patryk Wronka, który miał udział przy każdej z bramek. Najpierw wygrał pojedynek z Denisem Pieriewozczikowem, a później asystował kolegom. Najpierw Grzegorzowi Pasiutowi, który w wieku 34 lat przeżywa drugą młodość. Na 0-3 podwyższył w przewadze Patryk Krężołek.
[…] Na trzy minuty przed końcem Stepan Csamango spod bandy podał do Iwana Jacenki, który ładnym uderzeniem z nadgarstka zapewnił krakowianom kontakt bramkowy 2-3.
Trybuny ożywiły się z dopingiem, ale szybko uciszył je ponownie Wronka, który po podaniu Pasiuta, chytrym strzałem zza bramki pokonał Davida Zabolotnego, który w I tercji zastąpił Pieriewozczikowa.
[…] Do sporej kontrowersji doszło w 37. min. Po trafieniu kijem rany twarzy doznał Jakub Prokurat, któremu polała się krew. Sędziowie przegapili to zdarzenie. W przerwie w grze podjechał do nich kapitan gości Grzegorz Pasiut, by zgłosić pretensje. Najwyraźniej uczynił to zbyt energicznie, bo został odesłany do boksu kar na dwie minuty za niesportowe zachowanie. Pasiut osiągnął też inny efekt – sędziowie główni, po konsultacji z linowym i obejrzeniu rany Prokurata podyktowali karę meczu dla Alesza Jeżka, który udał się do szatni. Za niego do boksu kar na pięć minut poszedł Patryk Gosztyła.
Trener Rohaczek nie mógł się pogodzić z tą decyzją. W przerwie po II tercji wysłał kierownika zespołu Sebastiana Witowskiego do załogi Polskihokej.tv, która realizowała transmisję z meczu. Lektura powtórki dowiodła, że Jeżek atakiem z góry kijem chciał zatrzymać rywala. Sęk w tym, że odbita od lodu hokejka trafił w twarz lekko pochylonego Prokurata.
sportdziennik.com – Derby ze znakiem Q
Bramkarz Kamil Lewartowski otrzymał specjalne podziękowania od kibiców, bo wykazał się siłą mentalną.
Derby GKS-ów z Tychów i Katowic jak mogliśmy oczekiwać dostarczyły sporo sportowych wrażeń. Oba zespoły się nie oszczędzały i stworzyły wiele sytuacji oraz strzeliły efektowne bramki. O jedno trafienie lepsi okazali się tyszanie i tym samym przerwali serię 5 zwycięskich meczów katowiczan. Teraz właśnie tyszanie mogą pochwalić taką passą.
[…] Gospodarze zdawali sobie sprawę, że tylko agresywna gra od pierwszego gwizdka może przynieść jakieś wymierne efekty. I tak też się stało – goście zostali szybko zepchnięci do defensywy i John Murray był obstrzeliwany przez swoich byłych kolegów. Najpierw zaskoczył go Jakub Michałowski dalekim strzałem. „Jaśka Murarza” można jedynie usprawiedliwić, że przed nim było sporo zawodników i mógł być zasłonięty. A potem Jegor Fieofanow popisał się efektownym dryblingiem i z łatwością posłał krążek do siatki.
Goście dysponują wartościowymi hokeistami i doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że wcale nie wywieszą białej flagi. Patryk Wronka kilkoma dynamicznymi atakami dał o sobie znać, jego imiennik Krężołek też miał okazję, ale przeniósł krążek nad poprzeczką. Po koniec 11 min Wronka znalazł się w dogodnej sytuacji, ale był faulowany przez Olafa Bizackiego, a nieco wcześniej przez Michałowskiego. Wronka karnego wykorzystał w iście mistrzowskim stylu.
W 18 min doszło do bokserskiego starcia pomiędzy dwoma warszawiakami Filipem Starzyńskim i Mateuszem Bepierszczem. Ten pierwszy otrzymał podwójną karą mniejszą, drugi – pojedynczą. To była dobra tercja w wykonaniu obu zespołów, ale ze wskazaniem na gospodarzy.
Goście wyciągnęli właściwe wnioski z 1. odsłony i w kolejnej przejęli inicjatywę. Atakowali, lecz nie potrafili stworzyć klarownych sytuacji, choć Kamil Lewartowski musiał być cały czas skoncentrowany. W 30 min po strzale Bartłomieja Jeziorskiego krążek trafił w poprzeczkę. Tak przynajmniej wydawało się z wysokości trybun. W końcu ataki gości przyniosły efekt, bo Wronka po raz drugi zaskoczył tyskiego golkipera. Jedni i drudzy szukali okazji do zmiany rezultatu, lecz o wszystkim miała rozstrzygnąć ostatnia tercja.
A w niej wiele się działo! Gospodarze w ciągu 31 sek. zdobyli 2 gole po efektownych akcjach. Jednak ta przewaga jeszcze nie gwarantowała zwycięstwa. Gdy do boksu kar powędrował Radosław Galant, niezawodny Pasiut zdobył kontaktowego gola. Na 1:38 min przed końcem trener Jacek Płachta wziął czas i po nim wycofał Murraya. Jednak to posunięcie nie przyniosło efektu.
Obie drużyny stanęły na wysokości zadania, zaprezentowały się z jak najlepszej strony i zostały pożegnane oklaskami. A „Lewar”, bramkarz gospodarzy, otrzymał specjalne podziękowania i w pełni na nie zasłużył.
Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion
Budżet Obywatelski – głosujemy!
Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”.
Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek.
Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.
W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów).
Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie do złamania
Zastanawiam się czasem, co i dlaczego mnie wkurza w tej naszej GieKSie. Skąd ta złość na przykład po meczach z Piastem i Zagłębiem. I już dobrze wiem, skąd.
Gdyby to była drużyna słaba jakościowo, z kiepskim trenerem, pewnie jakoś godziłbym się na to, że jesteśmy gdzieś w ogonie tabeli. Ot, uznawałbym, że po prostu grają na tyle, na ile potrafią i ostatecznie w związku z tymi umiejętnościami nie ma co mieć wielkich pretensji. Tak było w niektórych sezonach lata temu. Jeszcze w „starej” ekstraklasie na przykład.
Teraz jednak jest tak, że wiem, że GKS stać na wiele. Że ta drużyna ma potencjał, że poszczególni piłkarze są przecież w stanie po prostu dobrze grać w piłkę. Udowadniają to za każdym razem, gdy mecz rozgrywany jest przy Nowej Bukowej. Istnieją na razie dwa duże mankamenty – gra obronna i gra na wyjazdach. Tak jak pisałem – gdyby nie te przywary – bylibyśmy pewnie w czwórce. Ktoś powie, że przesadzam. Ale dlaczego? Przecież mając te minusy jesteśmy drużyną środka, a naprawdę nie ma specjalnie wielkiego dystansu pomiędzy ekipami z ekstraklasy.
Wiem więc, że ten potencjał zespół ma i stąd frustracja, gdy nie jest on wykorzystywany. Oczywiście świat nie jest idealny i potencjał nie równa się efekt. Natomiast złość dotyczy tego, że na wyjazdach nie wykorzystujemy go choćby w 20 procentach. W zasadzie nie wykorzystujemy go w ogóle.
Ale to tylko taki wstęp. Bo wczoraj graliśmy u siebie. Pisałem przed meczem o statystyce, która mówi, że w końcu u siebie przegramy, a już na pewno stracimy punkty. I było tego wczoraj blisko, ale tak jak zamieściłem w tytule przedmeczowego felietonu – GieKSa stoczyła niesamowitą batalię z tą statystyką. I to batalię zwycięską, a było przecież piekielnie trudno.
Piekielnie trudno wynikowo, bo jeśli o samą grę, to przecież ona była bardzo dobra i GKS był w tym spotkaniu drużyną zdecydowanie lepszą. Jednak utrata bramki w pierwszej minucie drugiej połowy, potem – wydawałoby się – opanowanie sytuacji na 2:1 i utrata tego prowadzenia. Niejedna drużyna by się podłamała. GKS jednak grał swoje, dążył, ciągle dążył do tego, żeby jednak wygrać. A zadanie w końcówce było tym trudniejsze, że Cracovia wcale nie cofnęła się do dramatycznego bronienia remisu, tylko zwietrzyła szansę na zwycięstwo. I w 89. minucie mieli strzał w poprzeczkę.
Ofensywa GieKSy bardzo się podobała. To nie było to mozolne, bezradne próbowanie jak w Gliwicach, Lubinie czy wcześniej w Lublinie. Tutaj Katowiczanie dochodzili do sytuacji, mieli swoje dynamiczne akcje i groźne strzały. Naprawdę trzy razy trafić w obramowanie bramki w pierwszej połowie mówi o tym, że brakowało tak bardzo niewiele, by objąć prowadzenie. W drugiej już wpadało. GKS znów był u siebie efektowny i skuteczny. Kapitalnie się na to patrzyło.
To był kolejny tych meczów, w których miałem przeczucie, że GKS w końcu bramkę strzeli. Najpierw w przerwie – byłem o to absolutnie spokojny, z taką grą. Wiadomo, że bramka zaraz po przerwie wkurzyła, ale to się po prostu zdarza. Wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem GKS wyrówna, a nawet wyjdzie na prowadzenie. Wątpliwości nadeszły dopiero przy stanie 2:2, ale to już wynikało po prostu z małej ilości czasu do końca meczu. Zespół jednak konsekwentnie dążył do przodu i tego rywala na koniec decydującym ciosem trafił.
Trener dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Przede wszystkim na ławce tym razem zasiadł Arkadiusz Jędrych. I tutaj trochę się rozwinę, bo poświęciłem Arkowi trochę miejsca ostatnio. Tu absolutnie nie chodzi o robienie z zawodnika kozła ofiarnego czy żeby ktoś sugerował, że potencjalne odstawienie go to „wotum nieufności”. Wszyscy musimy sobie zdawać sprawę, że tzw. dobro drużyny, choć ja bym powiedział dobro klubu, musi być ponad kogokolwiek, niezależnie od statusu, nawet statusy legendy czy ikony. Arek jest w naszym panteonie, jakbyśmy spojrzeli na GieKSę w XXI wieku. Wielka postać i twarz wygrzebywania całego klubu ze zgliszczy.
I ucieszyła mnie ta decyzja. Nie dlatego, że wyszło na moje czy że pomyślałem sobie, że „zawodnik się doigrał”. Nic z tych rzeczy. Ucieszyłem się z tego, że trener reaguje, że liczy się dyspozycja sportowa i szukanie jak najlepszych rozwiązań na ten moment. I jeśli trener porozmawiał z kapitanem, zakomunikował mu to, a Arek bez pretensji i obrażania się zaakceptował tę decyzję – to mimo, że pewnie w jakiś sposób go to boli – to oznacza to, że jest prawdziwym kapitanem, już nie tylko na boisku. Dla mnie – patrząc szerzej – ma to większe znaczenie niż jakaś pojedyncza roszada z meczu na mecz. Jeśli takich akcji nie podejmuje się ze względu na strach przed jakimś kwasem, to nie świadczy to dobrze o zespole. Jeśli wszystko kończy się co najwyżej na „sportowej złości”, to znaczy, że drużyna naprawdę jest monolitem i dobrze funkcjonującą organizacją, w której podejmujemy takie próby, żeby usprawniać. Zresztą patrzyłem sobie na Arka kątem oka podczas rozgrzewki przed meczem i w trakcie meczu. Totalnie normalne, niesfochowane zachowanie. Nie żebym go o to wcześniej podejrzewał, absolutnie. Ale teraz to zobaczyłem. I szczerzę życzę mu powrotu do formy. Kapitan.
Ciężko ocenić defensywę w tym meczu. Bo z jednej strony uważam, że zagrała dobrze i pewnie, ale… straciła dwie bramki. Cracovia – trzeba przyznać – strzeliła je dobrze. To były bardzo dobre dośrodkowania i wykończenia. Popełniliśmy błędy, ale nie były to takie wielbłądy jak w meczach poprzednich. Przyspał trochę Marcin Wasielewski w obu sytuacjach. Przy drugim golu zawodnik rywala okazał się sprytniejszy niż Pau Resta i Lukas Klemenz.
Z drugiej strony Marcin miał udział przy dwóch bramkach GieKSy. Najpierw swoją dynamiką wdarł się w pole karne i pozwolił Al-Ammariemu na zagranie ręką, a przecież potem jeszcze dobrze dośrodkował. No i centra przy drugim golu była bardzo dobra – mocna, na dobrej wysokości, tak że Mateusz Kowalczyk mógł efektownie strzelić, a Mateusz Wdowiak dobić. Tak więc Wasyl był zamieszany w całkiem sporo bramek w tym meczu.
Jednak te tracone gole to jest dość potężny mankament, bo jak pytałem trenera na konferencji po Piaście, to mieliśmy średnią półtorej traconej bramki na mecz. W kolejnych dwóch spotkaniach cztery razy pokonywali nas piłkarze rywali, więc ta średnia wzrosła. Absolutnie musimy się w tym temacie ogarnąć.
Jak w kilku meczach – znów popisali się zmiennicy. Mieli oni olbrzymi udział przy trzecim golu. Kapitalny przechwyt wykonał Mariusz Olsen. Bartosz Wolski zaliczył całkiem dobre dośrodkowanie. A Borja świetnie – już w ramach pola karnego – obsłużył po ziemi Ilję.
No a potem już był show naszego napastnika. Oczywiście po raz kolejny zawodnik świetnie pracował w meczu. W tej sytuacji natomiast zrobił to, co rasowy napastnik umie – zastawił się, przyjął i przygotował do strzału, a potem uderzył precyzyjnie. Tak, że piłka śmignęła koło ucha Traoré i wpadła do siatki.
Tym samym Białorusin po raz drugi w ostatnim czasie dał zwycięstwo GieKSie w doliczonym czasie. No dobra… teraz tak minimalnie przed, bo zegar pokazywał 89:55. Ale nadal mieści się to w definicji hasła „jesteś tak piękna jak gol w 90. minucie”. Tak jak w życzeniach na telebimie w przerwie meczu. Ziściło się. GieKSa w lidze drugi raz, a jeszcze była wygrana na koniec meczu z Hapoelem. Wolimy strzelać w końcówce niż tracić.
Przede wszystkim jednak GKS Katowice po raz czwarty w tym sezonie odwraca wynik z przegrywania na końcowe zwycięstwo. Tak było z Radomiakiem, Hapoelem i Górnikiem. Cztery razy dokonać takiej sztuki na dystansie dwunastu meczów – to jest wyczyn. Wiadomo, że wynika on z tego, że… GKS bramki traci. Ale skoro już traci, to niech zdobędzie więcej. Dodam tylko, że w pierwszym sezonie po awansie na taką sytuację czekaliśmy aż do kwietnia i meczu z Puszczą Niepołomice. Potem jeszcze zrobiliśmy to w ostatniej kolejce w Gdańsku. A w poprzednim rozgrywkach sytuacja, w której GKS przegrywał, a jednak wygrał spotkanie zdarzyła się zaledwie raz – z Radomiakiem. Więc w obecnym sezonie – a ściślej na dystansie nawet nie dwunastu, a dziewięciu meczów – GKS odrobił straty z nawiązką więcej razy niż w całych dwóch poprzednich. I jak pisałem, że w pewnych aspektach jest „opór na rozwój”, czyli te nieszczęsne wyjazdy, to w tym aspekcie jest niesamowity progres mentalny. Nasza drużyna ma te słabsze mecze, ale generalnie jest nie do złamania.
Drugi raz ucierpiała na tym Cracovia. Pamiętamy przecież mecz przy Kałuży sprzed dwóch lat. Tam Källman trafił na 3:3 w 93. minucie, a GieKSa potrafiła jeszcze trafić za sprawą Sebastiana Milewskiego. W ogóle mecze z Pasami mają swoją historię, wygraliśmy przecież z nimi na Nowej Bukowej 2:1, a ostatnio przegraliśmy 0:3. Choć bardziej bolesna była porażka na wyjeździe, gdzie ultrasłaba tego dnia Cracovia jednak wygrała z GieKSą po golu Hasića wiosną tego roku.
Niezłomność to niezaprzeczalna cecha tej drużyny. Nie da się ich nie lubić, choć potrafią być niesforni i nieraz wkurzają. No, jak to w rodzinie bywa. Znów mieliśmy dreszczowiec na Bukowej i euforię na sam koniec. Wspaniały wieczór.
Trzeba tylko jeszcze odczarować tę bramkę po przeciwległej stronie niż Blaszok. Bo tam piłkarze GKS strzelili tylko dwie bramki. Chyba chcą, żeby kibice z Blaszoka mieli bardzo dobry widok na gole, bo dla odmiany do tej bramki pod najbardziej dopingującą trybuną trafili aż czternaście razy.


Najnowsze komentarze