Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Stadion droższy o 37 baniek
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
Piłkarze GieKSy przegrali w trzeciej kolejce Fortuna I Ligi w wyjazdowym spotkaniu z Podbeskidziem Bielsko-Biała 0:1. Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. Zespół poznał rywali w rozgrywkach Pucharu Polski. W 1/32 finału drużyna zmierzy się z rezerwami Pogoni Szczecin, spotkanie zostanie rozegrane na przełomie sierpnia i września, dokładny termin zostanie podany wkrótce. Piłkarki w ramach przygotowań do nowego sezonu rozegrały mecz sparingowy z Rekordem Bielsko-Biała, który wygrały 5:0 (1:0). Do drużyny dołączyła Weronika Kamala. Stacja TVP Sport będzie transmitować spotkanie drugiej kolejki Ekstraligi Kobiet pomiędzy Czarnymi Sosnowiec i GKS-em Katowice. Mecz zostanie rozegrany we wtorek 23 sierpnia o godzinie 17:30.
Siatkarze do treningów wrócą trzeciego sierpnia. Wczoraj hokeiści rozpoczęli przygotowania do sezonu 2022/23. W wieku 82 lat zmarł Artur Hartman sześciokrotny medalista Mistrzostw Polski w hokeju z GieKSą.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Z Czarnych Sosnowiec do GKS-u Katowice
GKS Katowice ogłosił swoje kolejne letnie wzmocnienie. Nową piłkarką ekstraligowca została Weronika Kamala, która reprezentowała ostatnio Czarnych Antrans Sosnowiec.
18-latka w minionym sezonie nie rozegrała żadnego meczu w Ekstralidze. Regularnie występowała jednak w rezerwach sosnowieckiego klubu, gdzie zanotowała 17 występów w III lidze, strzelając jedną bramkę.
Teraz utalentowana pomocniczka o występy na najwyższym szczeblu będzie walczyć w barwach „GieKSy”
– Do składu zespołu dołączyła młoda pomocniczka, która dzięki regularnej pracy ma szansę na rozwinięcie skrzydeł i podniesienie swojego poziomu. Weronika już wcześniej miała okazję trenować z naszym zespołem i przyglądaliśmy się wtedy jej możliwościom, co pomogło nam w podjęciu decyzji o zakontraktowaniu zawodniczki – powiedziała Aleksandra Noras, menedżer sekcji piłki nożnej kobiet katowickiej ekipy cytowana przez klubową stronę.
Wcześniej śląski zespół zakontraktował Nicole Zając i Patrycję Kozarzewską. GKS opuściły natomiast Matylda Bujak – nowa piłkarka Sportisu KKP Bydgoszcz, Zuzanna Witek, która przeszła do Czarnych Antrans Sosnowiec, a także Emilia Zdunek oraz Alicja Dyguś, które przeniosły się do Pogoni Szczecin.
bts.rekord.com.pl – GKS Katowice – Rekord B-B 5:0 (1:0)
Trudy trzeciego tygodnia przygotowań dały się bielszczankom wyraźnie we znaki. Nawarstwiające się zmęczenie, kilka kontuzji w zespole, spowodowały że przez większą część spotkania nie były w stanie dotrzymać kroku wyżej notowanym katowiczankom. Ekipa ze stolicy Górnego Śląska na nieco więcej pozwoliła „rekordzistkom” dopiero w końcowych 20-stu minutach pierwszej połowy. W tym czasie testowana napastniczka obiła poprzeczkę bramki GKS-u. Parę razy katowicką defensywę nękała Wiktoria Nowak, a Katarzyna Moskała oddała groźny, niestety niecelny, strzał z ostrego kąta.
Po przerwie przewaga czwartej drużyny Ekstraligi ubiegłego sezonu nie podlegała już żadnej dyskusji, co zresztą w pełni dokumentuje końcowy rezultat. Dwa sprawdziany z zespołami z wyższej półki (środowe 1:1 z AZS UJ – przyp. TP), rozegrane w raptem trzy dni, to na ten moment trochę zbyt wysoko ustawiony próg wymagań dla I-ligowych „rekordzistek”.
24kurier.pl – Rezerwy Pogoni wylosowały GKS Katowice
Trzecioligowe rezerwy Pogoni Szczecin w pierwszej rundzie Pucharu Polski na szczeblu centralnym zagrają z pierwszoligowym GKS Katowice. Pierwsza drużyna portowców do rywalizacji włączy się dopiero w drugiej rundzie Pucharu Polski.
Trzecioligowcy z Twardowskiego prawo gry w tegorocznej edycji Pucharu Polski zapewnili sobie dzięki triumfowi w pucharze na szczeblu wojewódzkim. Szczecinianie okazali się najlepszym zespołem Pomorza Zachodniego, eliminując m.in. Flotę Świnoujście i Świt Skolwin, aby w finale pokonali beniaminka III ligi Vinetę Wolin 2:0
– Dla nas to fajna przygoda. W ubiegłym sezonie wygraliśmy wojewódzki Puchar, co dało nam przepustkę do pokazania się szerszej publiczności. Starcie z zespołem z I ligi na pewno będzie dobrą weryfikacją naszych umiejętności – mówi obrońca Pogoni II Wojciech Lisowski.
Pucharowy przeciwniki rezerw Pogoni udanie rozpoczął sezon w I lidze. Wygrał wyjazdowy mecz z ŁKS 2:0 i zremisował ze spadkowiczem z ekstraklasy Termaliką Nieciecza 3:3. Portowcy jeszcze nie rozpoczęli sezonu. Pierwszy mecz w swoje grupie III ligi rozegrają 6 sierpnia z Jarotą w Jarocinie, a przed Pucharem Polski będą już po pięciu ligowych kolejkach.
sportdziennik.com – Komentarz „Sportu”. Jaka moc bojkotu?
Decyzję o bojkotowaniu meczów przy Bukowej jedni określą słowem „Zły prezes!”, drudzy – „Źli kibole!”, ale w obu przypadkach byłoby to spłycenie tematu. Kiedy wokół GieKSy zrobi się normalnie?
Wczoraj na łamach „Sportu” głos w sprawie GieKSy zabrał Marcin Krupa. Prezydent Katowic wyraził nadzieję, że decyzja fanatyków o bojkocie i nieuczestecniczeniu w meczach przy Bukowej jest chwilowa, podkreślił poparcie dla prezesa Marka Szczerbowskiego oraz przekonywał, że miasto jako właściciel jest zadowolone z sytuacji sportowej i finansowej klubu. Dodał, że cieszy się ze stabilizacji, jaką wreszcie cechuje się GKS. Być może niektórzy czytelnicy, kibice, byli zawiedzeni, spodziewając się bardziej smakowitych kąsków z ust prezydenta, podczas gdy nie powiedział w zasadzie niczego nowego. Tyle że – niech nie umknie to naszej uwadze – nowe są okoliczności, decyzja o bojkocie w geście sprzeciwu wobec rządom Marka Szczerbowskiego została ogłoszona przez kibiców raptem 8 dni temu. Marcin Krupa jasno stanął tu po stronie innej niż kibice, chwaląc jednocześnie atmosferę panującą na Bukowej podczas niedzielnego spotkania z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza i przyznając, że czasem milej jest uczestniczyć w wydarzeniu sportowym tak, niż być świadkiem „wulgaryzmów czy kibolskich zachowań”.
Tu trochę kuchni: prezydenta zahaczyłem o GieKSę przy okazji poniedziałkowej prezentacji… muzycznego programu obchodów urodzin miasta. Nie pierwszy raz prosiłem o jakąś krótką wypowiedź podczas briefingu prasowego związanego z zupełnie innym tematem. Nigdy nie odmówił, nigdy też nie miałem wrażenia, by temat klubu piłkarskiego zapalał u niego samego czy u jego medialnych służb lampkę, nakazywał bardziej niż zwykle ważyć słowa. Może to tylko moja opinia, ale to świadczy, że w mieście na hasło „GKS” albo „kibice GKS-u” nie staje się z automatu na baczność. W gruncie rzeczy: trudno się temu dziwić. To tylko wykładnik mocy sprawczej szeroko pojętego piłkarskiego środowiska na samorząd. W poprzednim sezonie, według portalu 90minut.pl, średnia frekwencja na domowych spotkaniach GieKSy wyniosła 2200 widzów. W poprzednich wyborach do rady miasta więcej głosów niż 2200 uzyskało aż 13 radnych, a przecież nie wszyscy kibice odwiedzający Bukową to katowiczanie: jeździ się tu też z Jaworzna, Mysłowic, Imielina, Zabrza, Rybnika czy Ostrawy. Potrzeba jak najszybszego zażegnania konfliktu z kibicami nie jest publicznie artykułowana nawet teraz, gdy coraz bliższa staje się perspektywa wyborów samorządowych. O ile nie zostaną o kilka miesięcy odłożone, bo i o takim scenariuszu się słyszy, to dojdzie do nich już jesienią przyszłego roku.
Klub podał, że frekwencja na meczu z Bruk-Betem wyniosła 1021 osób. Trzymając się tych danych, wychodzi zatem nieco ponad połowę mniej niż średnia z poprzedniego sezonu. Rozmawiając nieoficjalnie z zaangażowanymi kibicami, słyszę, że zadali sobie trud policzenia publiki na podstawie zdjęć i ich zdaniem na meczu nie było więcej niż 700 osób, w tym „krewni i znajomi królika”, podopieczni akademii, drużyna piłkarek, sporo vip-ów, ludzi z branży. W ten sposób, podważając frekwencję, fanatycy tworzą oczywiście obraz siły bojkotu i wytykają klubowi kolejne błędy. Tyle że również im można wytknąć hipokryzję. Nie przeszkadzało im jakoś, gdy można było podejrzewać klub o podobne praktyki w przeszłości. Pamiętam, gdy po kilku pierwszych miesiącach kadencji Marka Szczerbowskiego umówiliśmy się na wywiad i w swoim gabinecie pokazywał mi dane z sezonu 2018/19. Sporo było tam frekwencji 3-cyfrowych. Ile razy taką ogłosił klub? Ani razu; poniżej tysiąca nie zjechał nigdy.
O bojkocie, całej tej sytuacji, jedni powiedzą: „Zły prezes!”, a drudzy: „Źli kibole!” i w obu przypadkach będzie to równie absurdalne spłycenie problemu, bo każda ze stron ma swoje racje.
Powtarzam, że jeśli kibice chcą, by zaczęto w mediach traktować ich w pełni poważnie, a nie z pogardą, politowaniem czy wyśmiewaniem, to muszą po prostu zacząć gadać. Wyjść do mediów. Nie twierdzę, że do mnie, bo znam swoje miejsce w szeregu. Ale minął ponad tydzień i nadal tak naprawdę nie wiemy, o co dokładnie im chodzi. Jakie mają warunki, po których spełnieniu bojkot zostanie zawieszony. Im dłużej nie będzie to podawane do publicznej wiadomości, tym bardziej w wielu obserwatorach tej sytuacji urośnie przekonanie, że po prostu coś ukrywają. Panowie, skoro nie piszecie swojej historii, to nie dziwcie się, że ktoś czyni to za was.
Do mediów przedostał się projekt porozumienia między klubem a kibicami, niezaaprobowany przez stowarzyszenie kibiców „SK1964”, które nie chce zgodzić się choćby na branie odpowiedzialności – finansowej, prawnej – za kary nakładane przez organy związkowe czy administracyjne za zachowanie widzów na trybunach. Rozumiem tu klub i rozumiem też kibiców, bo trudno ręczyć za każdego przybyłego na stadion; za to, że pan Kowalski rzuci sobie petardę z sektora nr 5.
Ta kość niezgody tylko dowodzi, jak bardzo te relacje na linii klub – kibice popękały. Przecież w normalnym klubie, przy normalnych relacjach fanatyków z zarządem, wszystko da się dogadać. Klub ma swoje racje, obawy i potrzeby, a kibice – swoje, nie zawsze mieszczące się 100-procentowo w granicach prawa. To normalna praktyka, że gdy poświecą sobie pirotechniką, to potem płacą za to rachunek. Ale do tego trzeba normalności, zaufania. A wokół GieKSy klimat jest taki, że to zaufanie w tej konfiguracji ludzkiej wydaje się już nie do odbudowania.
Fanatyków GieKSy ocenia się teraz wyłącznie przez pryzmat meczu z Widzewem, kiedy ostrzelany został sektor gości, co skutkowało zamknięciem Bukowej na 4 spotkania i karą finansową. Co tu kryć, rzecz haniebna. Nie rozumiem, czemu „SK1964” mimo wyraźnych próśb klubu i magistratu nie odcięło się od tamtych zdarzeń, choć tak po prawdzie, to nie rozumiem też, jakie konkretne owoce miałby wydać tego typu dyplomatyczny zabieg.
Kto chce, może cały czas przypominać o tej zadymie, acz nie jest to w pełni sprawiedliwe. Była to akcja chuligańska, a pod kątem zwykłej, przyziemnej „ultraski” miałem zawsze o kibicach dobre zdanie. Nieraz na Bukową przyjeżdżały mniejsze kibicowskie ekipy i im bardziej usiłowały sprowokować gospodarzy do słownego boksowania, tym mocniej, tym głośniej z „Blaszoka” wspierano swoją drużynę. Jasne, że kultury rodem z opery nie było, ale stadion to stadion. Zmierzam do tego, że na Bukowej znacznie częściej niż rzadziej panowała naprawdę świetna atmosfera, niezależnie od frekwencji, dlatego sprowadzanie „Blaszoka” tylko i wyłącznie do „kibolstwa” nie jest uczciwe, skoro częściej widowisku dodawał niż ujmował.
Sam w świetle obecnej wiedzy i milczenia kibiców mam problem z bojkotem. Pisaliśmy już w „Sporcie” o zarzutach kibiców względem zarządu, nie będziemy już powtarzać tych argumentów o kulejącym marketingu, zwolnieniach pracowników, wpadkach wizerunkowych itd. Nie wiem, czy te wszystkie minusy marketingowe, zarządcze, są powodem dostatecznie dużym, by bojkotować to, co dla klubu sportowego jest kluczowe i co ostatnio układa się należycie, czyli występy drużyn, mecze, dobre wyniki. Do tego dorzucić można nieprzeszkadzające w tym finanse czy zupełnie poprawną jak na I-ligowe standardy komunikację, stronę internetową, media społecznościowe, na czele z dobrą telewizją.
Mam przekonanie, że za kadencji prezesa Szczerbowskiego złapano w GieKSie sportową stabilizację, sięgnięto po hokejowe mistrzostwo Polski, piłkarze zrobili awans do I ligi, stają się coraz lepszym zespołem, trener Rafał Górak ma długi kontrakt, może pracować w spokoju. Po niemal dekadzie miotania się, zwalniania szkoleniowców, podejmowania nerwowych decyzji, teraz jest inaczej.
Czasem w rozmowach ze znajomymi dzielę się też opinią, z którą zagorzałym kibicom pewnie trudno się zgodzić, bo zawsze będą od swojego klubu wymagać. Ale dopóki w Katowicach nie będzie nowego stadionu, to ten klub jest poniekąd na „stendbaju”. Trudno tu o wielkie nakłady na marketing, kwestie pozasportowe, bo sufit jest nisko. Tak – to również wina Wasza, kibiców, że na Bukową chodzi Was tylu, ilu chodzi. Do kogo macie o to pretensje? Doskonale wiecie, co jest w obecnej sytuacji GKS-u najlepszym marketingiem: wyniki, ale nawet nie zawsze one, a po prostu cel. Stawka. Emocje. Zdajmy sobie sprawę, że po raz ostatni 4000 widzów na ligowym meczu GieKSy (tak, pamiętam mecz z Banikiem, organizowany w sporym zakresie przez kibiców, ale był on towarzyski, specyficzny) zasiadło w maju 2019, gdy po porażce z Bytovią spadała z I ligi! To było jak finał. Ludzie przyszli, bo grało się o coś. O utrzymanie.
Jestem sobie w stanie wyobrazić, że w tym sezonie GKS gra o awans. To nie jest drużyna gwiazd, ale Rafał Górak i Robert Góralczyk zbudowali tu fajną bandę. Z Kudłą, Jaroszkiem, Błądem, Tanżyną, Jędrychem; zawodnikami niezmanierowanymi, którym raczej trudno źle życzyć. Jeśli będą w czołówce tabeli, jeśli będą wyniki, jeśli będzie perspektywa walki co najmniej o baraże, to ludzie przyjdą. Mimo bojkotu – tym bardziej ogłoszonego i prowadzonego w takiej formie, którą trudno zrozumieć kibicom mniej „kumatym”.
*tekst napisany przed publikacją artykułu „Jak przez trzy lata wyglądała „współpraca” Marka Szczerbowskiego z kibicami?” na stronie kibiców gieksa.pl
Stadion droższy o 37 baniek
Katowicka rada miasta uchwaliła zmiany w budżecie, związane m.in. ze wzrostem kosztów budowy nowego kompleksu sportowego.
Już nie na 248,8, a 285,9 milionów złotych brutto określony został całkowity koszt budowy nowego stadionu, hali i dwóch boisk treningowych w Katowicach przy ul. Upadowej w sąsiedztwie autostrady A4. Na wczorajszej sesji rady miasta uchwalono zmiany w budżecie na 2022 rok oraz wieloletniej prognozie finansowej, których składową był m.in. stadion. Za przyjęciem poprawek do budżetu było 21 radnych, 7 wstrzymało się. Za przesunięciami w WPF opowiedziało się 20 radnych, 8 wstrzymało się: byli to radni Koalicji Obywatelskiej oraz niezrzeszony Dawid Durał. Głosowanie przebiegło bardzo sprawnie, nie będąc poprzedzone jakąkolwiek dyskusją.
Sytuacja na rynku budowlanym i inflacja nie mogła zostać bez wpływu na cenę nowego stadionu, który zdrożał o 37 mln zł brutto. Nowa, blisko 286 mln, tak jak zakładano pierwotnie zostanie pokryta z wyemitowania 150-milionowych obligacji oraz środków własnych, których będzie jednak nie 98,8 mln, a już 135,9 mln zł. Obserwując krajobraz gospodarczy trudno wykluczyć, że na tym koniec.
Widzimy, jak skoczyły koszty budowy tej infrastruktury od momentu otwarcia kopert z ofertami w postępowaniu przetargowym. Stało się to w kwietniu 2021 roku. Założony wtedy przez miasto budżet, 230 mln zł brutto, już został przekroczony o ponad 55 milionów, a oferta złożona przez głównego wykonawcę, NDI, wzrosła o 80 mln, bo pierwotnie wynosiła 205,2 mln zł brutto. Niektórzy wręcz śmiali się nerwowo, widząc wówczas, jaką ofertę – 305 mln zł brutto – przedstawiło Bielskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego, ale dziś inwestor, miasto Katowice, zapewne przyjęłoby taką cenę w ciemno. Minęło ledwie 15 miesięcy…
Budowa stadionu, hali i 2 boisko treningowych wraz z infrastrukturą towarzyszącą ruszyła na Upadowej w październiku ub. roku.
Prace toczą się. Jak informuje najnowszy Biuletyn Informacyjny Urzędu Miasta Katowice: „Trwa wykonywanie podbudowy pod drogę od ulicy Bocheńskiego, makroniwelacje pod parkingi oraz roboty związane z sieciami wodociągowymi, kanalizacyjnymi, teletechnicznymi i elektrycznymi. Prace związane są również z budową obiektów technicznych przy boiskach terenowych. Rozpoczęło się uzdatnianie gruntu pod halę sportową i stadion”.
Inwestycja ma zakończyć się w 2024 roku (wykonawca ma na to 3 lata, umowa została podpisana 31 sierpnia 2021). Trybuny stadionu pomieszczą blisko 15 tys., a hali – blisko 3 tys. widzów.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Jeden z… „mafii”
Kolonia polskich trenerów współpracujących z innymi reprezentacjami siatkarskimi wciąż się powiększa.
Swego czasu była mafia włoska, a teraz jest polska – tak pół żartem, pół serio mówi się w siatkarskim środowisku o naszych statystykach, pracujących w reprezentacjach różnych krajów. Jednym z nich jest Damian Musiak, związany na co dzień – jako drugi trener – z GKS-em Katowice. Od połowy maja znajduje się on w sztabie szkoleniowym reprezentacji Australii. Jego przygoda wciąż trwa, bo drużynę tę czekają jeszcze dwa turnieje.
Dla Musiaka praca w okresie letnim z innymi reprezentacjami to nie nowość. Wcześniej spędził 2 sezony z reprezentacją Belgii, a ostatnie 3 z narodowym zespołem Białorusi. Oczywiście, musiał to uzgodnić z władzami GKS-u. Te nie widziały żadnych przeszkód, bo przecież takie wyzwania to zdobywanie nowych doświadczeń, co bez wątpienia może procentować w codziennym klubowym szkoleniu.
– Mateusz Nykiel, statystyk z Olsztyna, zatelefonował do mnie z informacją, że Australijczycy potrzebują do sztabu szkoleniowego tego rodzaju specjalisty i czy przypadkiem nie jestem zainteresowany – wyjaśnia początek swojej tegorocznej sportowej przygody trener Musiak.
– W czasie krótkiej rozmowy z trenerem reprezentacji Davidem Prestonem uzgodniliśmy szczegóły naszej współpracy, więc w połowie maja siedziałem w samolocie do Canberry, stolicy Australii. Tam w wielofunkcyjnym, świetnie wyposażonym ośrodku sportowym, mieliśmy pierwszy etap przygotowań. Nie ukrywam, że ucieszyłem się z tej posady, bo przecież dla mnie to nowe, a zarazem kolejne doświadczenie. Po 2 tygodniach treningów wyruszyliśmy w sportową podróż. Z Australii podróż na pierwszy turniej eliminacyjny do Brazylii trwała 54 godziny. Potem graliśmy na kolejnych kontynentach, najpierw w Sofii, a potem w Osace.
W Europie, po zakończeniu rywalizacji, zostaliśmy dłużej, w sumie uzbierało się 20 dni, i przygotowywaliśmy do występu w Japonii. Stamtąd do Australii już jest znacznie bliżej, bo 8-9 godzin lotu. Cała ekipa była długo poza domem, ale wynikało to logistyki. Nie było sensu, również ze względów ekonomicznych, by za każdym razem wracać do Australii.
Praca w nowym środowisku to spore wyzwania, nie może być zatem mowy o nudzie czy zmęczeniu. Mam okazję poznawać inne metody szkoleniowe, inne spojrzenie na naszą dyscyplinę, a ponadto spotkać nowych ludzi i wymieniać z nimi doświadczenia zawodowe. W sumie niewiele było czasu dla siebie, a i wypoczynek jest też dość specyficzny, tak daleko od własnego domu…
Siatkarze Australii podczas tegorocznej edycji Ligi Narodów byli zajęli ostatnie miejsce z dorobkiem zaledwie dwóch punktów.
– Szczerze? Nikt w ekipie australijskiej nie robił z tego powodu tragedii – dodaje szkoleniowiec. – W drużynie następuje zmiana pokoleniowa i w tegorocznej Lidze Narodów pojawiliśmy się drugim, a może nawet i trzecim składem. W reprezentacji było wielu młodych chłopaków, którzy jeszcze nie mieli okazji grać w profesjonalnym klubie. Dla nich rywalizacja na tym szczeblu to było zupełnie coś nowego i w ciągu tych 2 miesięcy zebrali nowe, bezcenne doświadczenie. Zdobyliśmy zaledwie 2 punkty, wygrywając z Bułgarami na ich boisku w Sofii.
Potem żartowaliśmy, że mamy taki sam dorobek jak w poprzednim sezonie, choć wówczas zespół był zdecydowanie silniejszy. Australijczycy nie ukrywają, że marzą o występie w igrzyskach w Paryżu, bo ten turniej dla nich ma największy prestiż.
Oczywiście, droga do tego daleka, bo przecież trzeba najpierw zdobyć kwalifikacje do eliminacji olimpijskich (decyduje ranking FIVB – przyp. red.), a potem przejść je szczęśliwie. Najpierw czekają mnie jednak inne wyzwania. Niebawem wylatuję do Seulu (rozmowa była na 2 dni przed odlotem – przyp. red.), gdzie rozegrany zostanie turniej challengerowy – w naszym przypadku o utrzymanie w siatkarskiej elicie. Natomiast dla kilku innych reprezentacji, m.in. Czech, Turcji czy gospodarzy o awans. A potem przenosimy się do Bangkoku, by rozegrać Puchar Azji. Jego wyniki zadecydują, czy Australia wystąpi w eliminacjach olimpijskich.
Początkowo te zawody był planowane w Chinach, ale ze względu na sytuację covidową przeniesiono je do Tajlandii.
Musiak zdobywa nowe doświadczenie, które na pewno zaprocentują w czasie sezonu w PlusLidze. Trochę się martwi, że nie będzie na początku przygotowań GKS-u, ale ma nadzieję, że zostanie mu to wybaczone. Początek zajęć to przede wszystkim praca nad motoryką, a to w „GieKSie” domena Piotra Karlika, trenera personalnego. Oczywiście, nad całością czuwają trener Grzegorz Słaby oraz fizjoterapeuta Grzegorz Rzetecki.
– Chyba jakoś będę musiał „wykupić” swoją nieobecność – śmieje się sympatyczny trener. – Podczas tegorocznej Ligi Narodów nasza grupa szkoleniowa była nader liczna, co najlepiej świadczy o sile naszej ligi oraz jak jesteśmy postrzegani przez siatkarski świat. Nic, tylko się cieszyć, że inne nacje sięgają po specjalistów z naszego kraju.
Michał Winiarski jest trenerem głównym reprezentacji Niemiec, Jakub Gniado odpowiada za przygotowanie fizyczne, zaś Dominik Posmyk (obaj Aluron CMC Warta Zawiercie) za statystyki. Wojciech Janas (pracował w Skrze oraz reprezentacji kraju) jest trenerem przygotowania motorycznego w drużynie Iranu, która tak dobrze spisywała się w tegorocznej edycji LN. Natomiast Bogdan Szczebak (Jastrzębski Węgiel) był jednym ze współpracowników Marka Lebedewa w reprezentacji Słowenii.
– No i jak tu nie mówić o siatkarskiej mafii? – śmieje się Musiak. – Ale tak na poważnie – to nie tylko sympatyczne spotkania na sportowym szlaku, ale również współpraca. Wymieniamy się informacjami, pomagamy sobie nawzajem, bo to specyficzna praca; wspólnie tworzymy taki rodzimy team. To niezwykle ważne w tej pracy.
To sympatyczne, że kilku naszych fachowców w okresie letnim znajduje prace w innych reprezentacjach. Jak wynika z naszych informacji, podczas mistrzostw świata, które będą rozgrywane w Katowicach, Gliwicach oraz Lublanie, to grono może jeszcze się powiększyć. I niech tak będzie, bo korzyści z tego może wynieść cała nasza rodzima siatkówka.
HOKEJ
hokej.net – Zmarł Artur Hartman. Trzykrotny mistrz Polski z GieKSą
Smutne wieści napłynęły z Katowic. Nie żyje Artur Hartman, były zawodnik katowickich klubów: Startu, Górnika i GKS-u oraz Zagłębia Sosnowiec. Miał 82 lata.
Artur Hartman swoją przygodę z hokejem rozpoczął w drużynie AZS-u Katowice. Największe sukcesy święcił jednak z GKS-em Katowice, z którym zdobył w sumie sześć medali mistrzostw Polski.
W 1965, 1968 i 1970 sięgnął po tytuł mistrzowski, w 1967 i 1969 na jego szyi zawisł srebrny medal, a w 1966 brązowy.
W sezonie 1970-71 zadebiutował w barwach Zagłębia Sosnowiec, w którym spędził cztery sezony. W debiutanckim sezonie w barwach Zagłębia uzyskał historyczny awans do pierwszej ligi strzelając w całym sezonie 6 goli.
– W 1974 zakończył hokejową karierę w Zagłębiu Sosnowiec. Potem zajął się szkoleniem młodzieży w sosnowieckim klubie. Następnie podjął pracę na kopalni KWK Sosnowiec jako górnik, aby potem przejść na zasłużoną emeryturę. Od 1981 roku mieszkał w Katowicach – wspomina Krzysztof Wojtanowski, kronikarz Zagłębia Sosnowiec.
Rodzinie oraz najbliższym Artura Hartmana składamy najszczersze kondolencje. Cześć jego pamięci!
Minister sportu potwierdza. Będą pieniądze dla polskich ekip występujących w europejskich pucharach
Kamil Bortniczuk w rozmowie z Interią potwierdził, że jeszcze w te wakacje prezydent Andrzej Duda podpisze projekt dotyczący zmiany ustawy o Polskiej Organizacji Turystycznej (POT). Polskie kluby sportowe walczące na arenie międzynarodowej otrzymają więc stosowne dofinansowanie.
To dobre informacje dla występujących w Hokejowej Lidze Mistrzów GKS-u Katowice i Comarch Cracovii, a także dla Re-Plast Unii Oświęcim, która będzie polskim przedstawicielem w rozgrywkach Pucharu Kontynentalnego.
Przypomnijmy, że idea tego rozwiązania została przedstawiona już w styczniu. Program Wsparcia Mistrzów miał na celu pomóc polskim klubom skuteczniej rywalizować na arenach międzynarodowych oraz promować polskie marki i regiony.
Realizacja tego zadań będzie odbywać się na podstawie umowy z ministrem sportu i turystyki, który będzie mógł udzielić Polskiej Organizacji Turystycznej dotacji z budżetu państwa.
Z kolei POT ma współpracować z klubami sportowymi w ramach takich dyscyplin, jak: piłka nożna, koszykówka, piłka ręczna, siatkówka, hokej na lodzie i najprawdopodobniej tenis stołowy.
– Projekt ministerstwa sportu i Polskiej Organizacji Turystycznej wyszedł już z Senatu, wkrótce będzie głosowany w Sejmie. Ustawa po podpisaniu przez Pana prezydenta wejdzie w życie jeszcze w wakacje tego roku – powiedział w rozmowie z Interią Kamil Bortniczuk, minister sportu i turystyki.
Amerykański napastnik na testach w GieKSie
Na treningu GKS Katowice pojawił się amerykański napastnik, który miał już okazję występować na polskich taflach. O kogo chodzi?
Devin Penzeca, bo o nim mowa, przez półtora roku z powodzeniem występował w pierwszoligowym Opolu HK. W poprzednim sezonie w 14 meczach zdobył 49 punktów za 23 bramki i 26 asyst. Natomiast sezon wcześniej w 7 meczach zainkasował 23 punkty.
Gdy 10 grudnia Polskę obiegła informacja o wycofaniu się opolskiego klubu z rozgrywek Młodzieżowej Hokej Ligi, 25-letni napastnik musiał poszukać sobie nowego pracodawcy. Trafił do szwedzkiego Söderhamn/Ljusne HC (Division 2 – piąty poziom rozgrywkowy). Tam w 14 meczach zdobył 31 punktów za 16 bramek i 15 asyst.
Panzeca w przeszłości był już testowany w Zagłębiu Sosnowiec i Comarch Cracovii. Czy tym razem przekona do siebie klub z Polskiej Hokej Ligi?
Ruszyły oficjalne przygotowania GieKSy
Hokeiści GKS-u Katowice oficjalnie rozpoczęli przygotowania do sezonu 2022/2023. Z zespołem trenują już wszyscy zawodnicy posiadający ważne kontrakty.
Bazą mistrzów Polski jest lodowisko „Jantor”, gdzie przyjdzie im rozgrywać też mecze Hokejowej Ligi Mistrzów. Wcześniej trenowali indywidualnie według specjalnie przygotowanych rozpisek. Dziś najpierw przeszli testy kondycyjne, a później trenowali już na lodzie.
Na zajęciach pojawili się wszyscy świeżo pozyskani gracze, a więc fiński obrońca Niko Mikkola, szwedzcy napastnicy Christian Blomqvist i Hampus Olsson oraz pierwszy Japończyk w historii GieKSy Shigeki Hitosato.
– W naszej kadrze zostało wielu chłopaków z poprzedniego sezonu. Fajnie, bo już się znamy, ale mam nadzieję, że nowi zawodnicy szybko się zaaklimatyzują i stworzymy drużynę, która będzie jeszcze lepsza niż ta z zeszłego sezonu – wyjaśnił Bartosz Fraszko, jeden z liderów katowickiego zespołu.
GieKSa będzie łączyć zajęcia na lodzie z pracą w siłowni. Rozegra też pięć meczów sparingowych. Przypomnijmy, że podopieczni Jacka Płachty dwukrotnie zmierzą się z Comarch Cracovią (10 i 16 sierpnia) i GKS-em Tychy (12 i 26 sierpnia), a raz skrzyżują kije z Re-Plast Unią Oświęcim (23 sierpnia).
Felietony Piłka nożna
Sierp i młot
O ile w drugiej rundzie przyszło nam się zmierzyć z geograficznym sąsiadem, to teraz trafiamy na rywala terytorialnie mocno egzotycznego. Choćby dlatego, że Izrael jest krajem azjatyckim, położonym na Bliskim Wschodzie. Katowiczanie będą więc mierzyli się z zespołem z innego kontynentu, z kraju targanego kontrowersjami i polityką, którego również historia piłkarska jest nierozerwalnie związana z zawirowaniami tej części świata.
Izrael był członkiem Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku. W 1964 drużyna narodowa sięgnęła nawet po Puchar Azji, kiedy to na swoich boiskach w czterozespołowym turnieju – format grupy i trzy mecze – pokonała Indie, Koreę Południową i Hong Kong. W 1970 roku Izrael awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku, gdzie przegrał z Urugwajem, ale za to zremisował ze Szwecją i Włochami. Drużyna spod znaku Gwiazdy Dawida była jedynym przedstawicielem Azji na tym Mundialu.
Narastały jednak napięcia na kontynencie. Uczestnictwo Izraela w azjatyckiej piłce nie było w smak innym państwom, głównie arabskim i muzułmańskim. Inne kraje bojkotowały rywalizację z Izraelem i mecze po prostu się nie odbywały. Na początku lat 70. otwarcie domagano się wykluczenia Izraela ze struktur azjatyckich. W końcu pod wpływek nacisków w 1974 formalnie wykluczono ten kraj ze struktur kontynentalnej federacji.
Izrael musiał szukać piłkarskiego miejsca dla siebie, choć tak naprawdę już wcześniej zdarzało mu się grać choć w eliminacjach strefy UEFA. W każdym razie już wkrótce grywali raz to w Europie, a na dłuższy czas zagościli w Oceanii. Było to o tyle problematyczne, że rywalizując z Australią i Nową Zelandią mogli co prawda jeszcze wygrywać, ale w barażu interkontynentalnym, a taki grali z Kolumbią, musieli uznać – choć minimalnie – wyższość rywala.
W związku z tymi niekomfortowymi okolicznościami, Izrael starał się o przyjęcie do UEFA i w 1994 roku stał się pełnoprawnym członkiem europejskiej federacji. Izrael od tamtego czasu jest więc od egidą UEFA, ale protesty istnieją nadal, trzy lata temu w związku z zaognieniem konfliktu w Strefie Gazy, dwanaście federacji piłkarskich wystosowało do FIFA oficjalne pisma o wykluczenie Izraelu z rozgrywek piłkarskich, jednak światowa federacja umywała ręce i permanentnie „bada sprawę”.
Kluby w UEFA swoje mecze natomiast zaczęły grać już od 1992. Choć to też nie do końca jest prawda, bo w latach 1976-1994 zespoły z Izraela występowały w Pucharze Intertoto, pamiętnym tzw. Pucharze Lata, który w swoim logu miał znane miłośnikom bukmacherki „1X2”. Drużyny z Bliskiego Wschodu mierzyły się choćby z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków. W bardziej „poważnych rozgrywkach” izraelskie kluby zaczęły grać w 1992 i występują tam do dziś. Maccabi Tel Awiw, Hapoel Tel Awiw i Maccabi Hajfa potrafiły grać w Lidze Mistrzów, z czego ten ostatni klub trzykrotnie.
Samo to pokazuje, że zespoły z Izraela mają na polu Champions Leauge większe sukcesy niż polskie. Ale nawet patrząc na bezpośrednie potyczki w XXI wieku to Izraelczycy byli minimalnie lepsi. Legia Warszawa grała w Lidze Europy z Hapoelem Tel Awiw i wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe poległa 0:2. Śląsk Wrocław po wygranej 2:1 u siebie, w Petach Tikwie z Hapoelem Beer Szewa poniósł klęskę 0:4. W końcu rok temu Raków przy Limanowskiego uległ 0:1 Maccabi Hajfa, by na Węgrzech odrobić stratę i wygrać 2:0.
W obecnym sezonie Hapoel Beer Szewa nadal jest w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, gdzie po wygranej z Vikingurem zmierzy się z Crveną Zvezdą. W Lidze Europy Maccabi Tel Awiw wygrał 1:0 i aż 5:0 z Sheriffem Tiraspol i zagra dalej z CSKA Sofia. No i w Lidze Konferencji Beitar Jerozolima wygrał na wyjeździe 1:0 z AEK Larnaka, u siebie przegrał 2:3, ale awansował po karnych i w kolejnej rundzie zmierzy się z Austrią Wiedeń. Hapoel Tel Awiw – jak wiemy – wyeliminował Łudogorec Razgrad i zagra z GKS Katowice. Samo to zestawienie pokazuje, że na tym poziomie izraelski futbol klubowy jest mocny. Drużyny przeszły swoich rywali i to wcale nie uznawanych za słabeuszy. Spacerkiem więc dla kogokolwiek rywalizacja z drużynami z tego kraju nie jest.
Pamiętajmy przy tym, że powiedzenie samego „Hapoel” czy „Maccabi” nie wystarcza do zidentyfikowania klubu. W poprzednim sezonie Hapoelów w lidze było pięć, a klubów o nazwie Maccabi cztery. To i tak mało, bo w dawniejszych czasach 90 procent drużyn w lidze miało jedną z tych dwóch nazw – które to kluby próbował pogodzić (choć to słowo średnio tu pasuje) Beitar Jerozolima.
Nas oczywiście interesuje Hapoel Tel Awiw. Hapoel, czyli „robotnik”, co wywodzi się z tradycji, socjalistycznej tradycji wielu tego typu klubów. W czerwonym herbie zresztą ma on zawarty sierp i młot, jest także sylwetka właśnie robotnika, rodem wyjętego z piosenki „Wstawaj” polskiego zespołu Proletaryat. Hapoel i jego kibice zresztą nie odżegnują się od tych tradycji, dumnie prezentując symboliczne emblematy. Radykalne grupy kibicowskie otwarcie manifestują swoje skrajnie lewicowe poglądy. Wprost na swoich oprawach umieszczali wizerunki komunistycznych ikon jak Karol Marks czy Che Guevarra.
Klub został założony po raz pierwszy w 1923 roku, ale potem był rozwiązywany i ponownie zakładany. Należał do większej organizacji zwanej Hapoel, czyli jakoby związku sportowego, który z kolei wchodził w ramy Histadrutu, czyli związku zawodowego powstałego dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Po powstaniu niepodległego państwa w 1948 organizacja ta ze swoim socjalistycznym zacięciem stała się największym związkiem zawodowym w Izraelu. Zresztą w latach przedwojennych kluby pod egidą Maccabi czy Hapoel funkcjonowały także w Polsce.
W 1928 roku Hapoel Tel Awiw zdobył Puchar Palestyny, choć po proteście rywali z Maccabi Hasmonean Jerozolima dotyczącym gry nieuprawnionego zawodnika, trofeum zostało podzielone pomiędzy te dwa kluby. W 1934 roku zespół zdobył dublet wygrywając ligę i puchar, a w lidze wygrał wszystkie 14 meczów. Z racji nieistniejącego jeszcze wówczas niepodległego państwa, rozgrywki były prowadzone w tamach Brytyjskiego Mandatu Palestyny – gdzie już wtedy o wpływy walczyli Żydzi i Arabowie, którzy chcieli zdominować terytorium i utworzyć swoje państwo.
Napięta sytuacja powodowała, że Hapoel w sezonach 1934/35 i 1938/39 mimo prowadzenia w lidze nie zostawał mistrzem, ponieważ rozgrywki były przerywane. W pierwszym przypadku przerwa nastąpiła poprzez nieporozumienia na linii Hapoel (związek) i Maccabi World Union, czyli żydowską organizację sportową zrzeszającą członków z całego świata. Maccabi organizowało wówczas swoje „igrzyska” i weszło to w paradę z ligą. Były też poza tym spory polityczne i walka o władzę oraz pieniądze. W sezonie 1938/39 grano najpierw w 1938, jednak nasiliły się działania Wielkiego Powstania Arabskiego, w którym palestyńscy Arabowie sprzeciwiali się brytyjskim wpływom i masowej imigracji Żydów, więc doszło do reorganizacji rozgrywek. Postanowiono stworzyć ligę Tel Awiwu i tam Hapoel potwierdził swoją wyższość. Przez wiele lat uznawano te tytuły za nieobowiązujące z racji przerwania sezonu. Wkrótce jednak Izraelski Związek Piłki Nożnej uznał mistrzostwa Hapoelu, natomiast FIFA i UEFA w swoich statystykach często ich nie ujmują.
W latach 40. były kolejne tytuły, choć też w „dziwnych” przeorganizowanych rozgrywkach. Raz były to „mistrzostwa” drużyn z Hapoelu, innym razem znów rozgrywki były zbojkotowane przez kolejną organizację – Beitar – prawicowy ruch młodych rewizjonistów syjonistycznych. W 1944 Hapoel prowadził w finale pucharu z Hapoel Petach Tikva 1:0, ale mecz został przerwany w 89. minucie, gdyż jeden z piłkarzy rywali, który został wyrzucony z boiska przez sędziego, nie chciał opuścić placu gry.
W 1948 powstało państwo Izrael i sytuacja się unormowała. Hapoel nie musiał już rywalizować – tak jak wcześniej – z zespołami typu Palestinian Police Forces, czyli palestyńskie siły policyjne. Od tamtego czasu Hapoel Tel Awiw zdobył osiem mistrzostw oraz dziesięć Pucharów Izraela. W 1967 klub zdobył klubowy Puchar Azji pokonując w finale malezyjski Selangor i jest to jego największy sukces w historii. Dwa lata później dotarli do finału kontynentalnego pucharu, lecz tam ulegli irańskiemu Taj Teheran 1:2 – w tamtych czasach Izrael i Iran utrzymywały jeszcze stosunki dyplomatyczne. Co ciekawe w 1988 roku Hapoel zdobył mistrzostwo, by rok później po raz pierwszy w historii spaść do drugiej ligi, jednak banicja trwała tylko rok.
Prawdziwy kryzys nadszedł dla klubu w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2015 roku właścicielem klubu stał się Amir Kabiri, biznesmen i kolekcjoner sztuki, który chciał odbudować Hapoel. Poprzedni właściciele pozostawili jednak po sobie masę ukrytych długów i pod koniec 2016 roku dług ten osiągnął niemal 100 milionów szekli, które stanowiło równowartość 26 milionów dolarów. Hapoel zwrócił się do sądu z wnioskiem o upadłość i ustanowienie zarządcy, który zajmie się spłatą. W lidze automatycznie odjęto Hapoelowi dziewięć punktów.
Kabiri mówił wówczas, że poświęcił całe swoje życie Hapoelowi i zainwestował niemal wszystkie swoje pieniądze – sumując – 19 milionów dolarów. Stwierdził, że to bardzo trudna decyzja, ale postawienie klubu w stan upadłości i utrata swojego wpływu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.
Władze izraelskiej ekstraklasy zdecydowały się na przekazanie równowartości 315 tysięcy dolarów na pokrycie bieżących wypłat w klubie i umożliwienie Hapoelowi dalszej gry. Nie uchroniło to jednak zespołu z Tel Awiu przed spadkiem. Po rundzie zasadniczej zespół zajmował ostatnie miejsce – gdyby nie odjęte punkty – byłby piąty od końca. W grupie spadkowej Hapoel walczył dzielnie, trzy razy wygrywając i trzykrotnie remisując, ale nadal nie wystarczyło to do utrzymania. Zabrakło trzech punktów. Znów jednak absencja trwała tylko rok. Hapoel zdominował drugą ligę i w cuglach awansował z powrotem.
W 2023 roku Hapoel przejęła amerykańska grupa Mintzberg, mająca też na koncie inwestycję w angielski Plymouth Argyle. Pojawiły się mocarstwowe plany powrotu Hapoelu na czołowe miejsca i przede wszystkim do europejskich pucharów. Wszystko poszło jednak źle. Dość powiedzieć, że klub prowadziło w sezonie czterech szkoleniowców. Swoje dołożyła też kolejna wojna z Hamasem, która wybuchła w październiku, a więc w trakcie trwania sezonu. Rozgrywki zawieszono, a zagraniczni zawodnicy bali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do gry Hapoel stracił rytm i notował m.in. serię dziesięciu meczów bez zwycięstwa, a w prestiżowych derbach z Maccabi Tel Awiw przegrał aż 0:5. W grupie spadkowej zespół zanotował bilans 1-1-4 i po raz trzeci w historii spadł z ligi. Między dwoma ostatnimi spadkami drużyna była zespołem środka tabeli, zajmując miejsca w sezonie zasadniczym: 8, 5, 12, 6, 11, 11. Dla porównania w czasach przed kryzysem, czyli np. w sezonach 08/09 – 11/12, czterokrotnie z rzędy klub był wicemistrzem Izraela.
W każdym razie i teraz absencja potrwała zaledwie rok, zespół z przytupem awansował z powrotem. Nawiązując jeszcze do nazw – 12 z 16 zespołów tego sezonu drugoligowego nazywały się Hapoel.
W poprzednim sezonie, jako beniaminek, Hapoel Tel Awiw zakwalifikował się do europejskich pucharów po raz pierwszy od 12 lat. W sezonie zasadniczym zajęli czwarte miejsce z bilansem 15-6-5 (bramki: 46-26). W grupie mistrzowskiej zanotowali bilans 3-2-5 (bramki: 9-9), co wystarczyło do bezproblemowego utrzymania czwartego miejsca. Hapoel podobnie jak GKS Katowice skorzystał z tego, że drużyna z czołowych miejsc, czyli 1-3, zdobyła krajowy puchar, dzięki czemu jedno miejsce więcej w lidze dało przepustkę do eliminacji Ligi Konferencji.
W trakcie sezonu Hapoel został ukarany walkowerem i odjęto mu dwa punkty za zamieszki podczas derbów z Maccabi. W obecności 30 tysięcy widzów na Bloomfield Stadium kibice jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego odpalili i rzucili na boisko duże (około czterdzieści) ilości rac, świec dymnych i innych środków pirotechnicznych. Policja zwracała uwagę jednak, że nie tylko chodziło o rzucone rekwizyty na boisko, tylko o całą otoczkę meczu i to, co się działo w mieście w tym dniu.
„Zakłócanie porządku publicznego, zamieszki, rzucanie przedmiotami, granaty dymne, fajerwerki, ranni funkcjonariusze policji oraz uszkodzenia infrastruktury stadionowej – to nie jest mecz piłkarski, lecz poważne zakłócenie porządku publicznego i akt przemocy. W związku z zamieszkami i zagrożeniem życia ludzkiego przed zaplanowanym meczem piłkarskim na stadionie Bloomfield, Policja Izraela poinformowała drużyny, zarządy klubów oraz sędziów, że podjęła decyzję o niedopuszczeniu do rozegrania tego spotkania” – cytując za Jerusalem Post napisała w swoim oświadczeniu policja.
Decyzja ta nie uspokoiła sytuacji, sfrustrowani kibice również wychodząc ze stadionem i poza nim uczestniczyli w starciach. Trzydzieści osób zostało rannych, ośmioro z nich hospitalizowano. Stanowisko zabrały władze klubu:
„Izraelska policja podjęła jednostronną decyzję o odwołaniu meczu. Atmosfera była niesamowita – świetna oprawa wizualna, rodziny, 30 tysięcy ludzi. To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy na meczu piłkarskim pojawiają się race i granaty dymne. Po prostu nie rozumiem, jak od tego przeszliśmy do odwołania spotkania. To dla mnie niepojęte. Sport powinien być wartością nadrzędną. Serce mi pęka, że tylu ludzi wraca do domu z niczym na podstawie jednostronnej decyzji. Nikt niczego nie wyjaśnił, nikt nic nie powiedział – po prostu odwołali mecz, zanim piłkarze w ogóle wyszli na boisko” – mówił jeden z działaczy.
Zarzucono również, że policja miała już wcześniej swoje konkretne nastawienie do tego meczu.
„Z wstępnych dyskusji przed meczem wynikało, że policja przygotowywała się do wojny, a nie do wydarzenia sportowego. Szokujące wydarzenia przed stadionem oraz pochopna i skandaliczna decyzja o nieodbyciu meczu dowodzą jedynie tego, że izraelska policja przejęła kontrolę nad sportem”.
Konflikt z policją miał w tym temacie nie tylko klub, ale całe władze ligi. Zarzucali oni policji upokarzające traktowanie i brak chęci do rozmowy.
„Kiedy prosiliśmy o wyjaśnienia na bieżąco, spotkaliśmy się z poniżającym i upokarzającym traktowaniem, bez jakiegokolwiek dialogu – z takim samym traktowaniem zresztą mierzyli się przedstawiciele Związku Piłki Nożnej oraz władz ligi, którzy również próbowali cofnąć tę absurdalną decyzję. Kiedy poproszono komendanta okręgowego, Haima Sargrofa, o rozmowę z prezesem ligi Erezem Halfonem i prezesem Związku Piłki Nożnej Shino Zuaretzem, ten odmówił i oświadczył, że jego decyzja jest ostateczna. Mówił o licznych obrażeniach spowodowanych pirotechniką, ale w rzeczywistości większość poszkodowanych w tym incydencie ucierpiała z powodu brutalnej przemocy policji pod koniec meczu – co było bezpośrednim skutkiem skandalicznej decyzji o odwołaniu wydarzenia”.
Policji zarzucano też dużą brutalność, także wobec osób postronnych, w tym dzieci.
„Wszyscy widzieli te wstrząsające nagrania: dzieci tratowane przez konie, policjantów bijących kibiców na oślep. Policja przejęła kontrolę nad sportem, dlatego wzywamy najważniejsze postacie w izraelskim futbolu, aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, by położyć temu kres, inaczej nie będzie już tutaj żadnej piłki nożnej. Rozumie się samo przez się, że zarząd klubu potępia wszelkie formy przemocy i będzie walczył z osobami łamiącymi prawo, nawet jeśli noszą one mundury”.
Wkrótce sąd miał rozpatrzyć skargi kibiców na przekraczanie przez policję swoich uprawnień – kibice bowiem zaczęli nosić czerwone koszulki z przekreślonymi emblematami policji właśnie, a także Maccabi oraz prawicowym ruchem „Kach” i napisem „Ultras Hapoel against the scum”. „Scum” to po angielsku szumowiny i tak też Hapoel traktuje swoich wrogów. Policja dokonywała upokarzających przeszukań, zakazywała noszenia, a w niektórych przypadkach zakazywała wejścia na stadion. Kibice zarzucali atak na wolność słowa, podając przy tym przykłady, że działania policji nie były w jakikolwiek sposób związane z agresją czy aktami przemocy ze strony kibiców. Ostatecznie sąd uznał za bezprawne zakazywanie przez policję noszenia tych koszulek i wyrażania siebie w taki sposób.
Derby Tel Awiwu to spotkanie szczególne dla obu drużyn. Kluby o nazwie Maccabi reprezentowały raczej klasę średnią i kapitalistów, kibice Hapoelu nazywali ich „szejkami” lub „burżujami”, więc w starciu z klasą robotniczą rywalizacja ta wybiegała daleko poza sportowy charakter. Mecze derbowe traktowane były jako możliwość utarcia nosa bogaczom.
Między oboma klubami dochodziło na boisku i poza nim do różnych historii, które tylko zaogniały sytuację. Felix Halfon zawodnik Hapoelu w latach 90. przeszedł do Maccabi. Ówczesny reprezentant Izraela skusił się na proponowane przez głównego rywala pieniądze, choć sam potem twierdził, że był wypychany z klubu. Uznano go za zdrajcę i przez kilka lat zawodnik żył w dużym napięciu. Swoją drogą próbował przemycić kokainę – złapano go na lotnisku i skazano na 4,5 roku więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł 2 lata wcześniej. Po kilku lata został ranny w strzelaninie w jednym z klubów nocnych.
Najgoręcej było w listopadzie 2014. Eran Zahavi, były zawodnik Hapoelu, który również przeszedł do Maccabi, strzelił w wyjazdowym meczu derbowym bramkę z rzutu karnego na 1:1, po czym wykonał swoją cieszynkę „pistolety” w stronę kibiców Hapoelu. Po dziewięciu minutach jeden z kibiców Hapoelu wbiegł na boisko i zaatakował Zahaviego. Zawodnik Maccabi nie pozostawał bez reakcji i też się odwinął oraz kopnął intruza. Sędzia pokazał mu za to czerwoną kartkę, co wywołało furię wśród piłkarzy gości, którzy wręcz rzucili się na sędziego z pretensjami. Zawodnik schodził z boiska w akompaniamencie nienawiści kibiców, a trudności całej sytuacji nadawało to, że musiał zejść do tunelu za bramką właśnie tam, gdzie siedzieli najzagorzalsi sympatycy Hapoelu i to właśnie z tej trybuny wybiegł kibic-napastnik. Przerwa w grze trwała 12 minut. Sędzia wznowił grę, ale po upływie minuty kolejni kibice wtargnęli na boisko i atakowali rywali z Maccabi, w związku z czym arbiter zakończył mecz. Zweryfikowano go jako wynik 0:0 i nie przyznano żadnej drużynie punktów.
Oba zespoły spotkały się w tym roku kalendarzowym czterokrotnie. Najpierw w krajowym pucharze Maccabi pokonało Hapoel w rzutach karnych, a potem w lidze nastąpił rewanż i w na Bloomfield w sposób spektakularny wygrał Hapoel. Do doliczonego czasu gry utrzymywało się prowadzenie Maccabi, ale w 92. minucie po dośrodkowaniu Xande Silvy piękną główką popisał się Omri Altman. Dwie minuty później w zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki wepchnął Chico. Sędzia odgwizdał spalonego, ale po analizie VAR wskazał na środek boiska wywołując nieprawdopodobną wręcz euforię wśród piłkarzy i kibiców. W grupie mistrzowskiej Maccabi wygrało pierwszy mecz 1:0, w drugim było 1:1 i tu również w końcówce – bo w 87. minucie – Hapoel wyrównał.
Bardzo bogata i obszerna jest historia Hapoelu w europejskich pucharach. Choć klub ten w tym roku wraca na europejską arenę po 12 latach, wcześniej święcił sporo triumfów z wielkimi futbolu na naszym kontynencie. W sezonie 2001/02 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA eliminując po drodze Chelsea (2:0, 1:1) i Parmę (0:0, 2:1), ulegając dopiero Milanowi. Po tych meczach europejska prasa nazwała Hapoel „Czerwonym Dżinem”. W meczu z Chelsea swoje bramki u siebie zdobywali w samej końcówce – w 89. i 94. minucie, podobnie, jak w przytoczonym dreszczowcu z Maccabi. W Pucharze UEFA 2006/07 w fazie grupowej potrafili wygrać z PSG 4:2 i to na Parc de Princes. Wyższość Hapoelu musiały uznawać takie gwiazdy światowego futbolu jak Lampard, Terry, Zola, Şükür, Cannavaro czy Pauleta. W pojedynczych meczach lub dwumeczach Hapoel potrafił wygrywać też z takimi drużynami jak Rangers, Getafe, Lokomotiw Moskwa, HSV, Celtic, Salzburg, Benfica czy Legia.
To właśnie z Legią Warszawa Hapoel spotkał się w fazie grupowej Ligi Europy w sezonie 2011/12. W meczu przy Łazienkowskiej Izraelczycy objęli prowadzenie za sprawą Toto Tamuza, potem na prowadzenie wyprowadzili Wojskowych Daniel Ljuboja i Marcin Komorowski. Wyrównał Maharan Lala, ale w 89. minucie na 3:2 trafił Miroslav Radović i dał Legii zwycięstwo. W rewanżu już się cieszył Hapoel, który wygrał 2:0, a gole zdobyli Salim Tuama i Avihay Yadin. Mimo to Legia zajęła w grupie drugie miejsce, a Hapoel trzecie.
W Hapoelu grało kilku polskich zawodników. Były bramkarz reprezentacji Jarosław Bako rozegrał w tym klubie 85 meczów w latach 1993-96. W tym samym czasie 63 występy zanotował w klubie były wieloletni zawodnik Lecha Poznań Damian Łukasik. Wkrótce do Hapoelu trafił nasz były trener, a obecnie szkoleniowiec Wieczystej – Kazimierz Moskal, który rozegrał w klubie z Tel Awiwu 90 meczów. Jak specyficzna była gra w Izraelu i z jakimi ryzykami się wiązała opowiadał właśnie Moskal, mówiąc, że był świadkiem sytuacji w której jakiś człowiek w mundurze wojskowym otworzył ogień i zaczął strzelać do ludzi siedzących w kawiarni. To był też czas, w którym Sadam Husajn groził użyciem broni chemicznej, więc ludzie w panice kupowali folie do zabezpieczenia okien oraz maski przeciwgazowe. Raz w ciągu tygodnia w Tel Awiwie były trzy zamachy samobójcze w autobusach. Moskal kilkukrotnie zastanawiał się, czy aby bezpieczniej nie byłoby wrócić do Polski.
Na marginesie zaznaczmy też, że w Izraelu grała jednak z legend GKS Katowice, czyli Jerzy Wijas. Zawodnik w barwach Hapoelu Kfar Saba zdobył Puchar Izraela w ćwierćfinale eliminując w dwumeczu m.in. Hapoel Tel Awiw, a w finale grając pełne 120 minut przeciw Shimshon TLV.
Tel Awiw, a właściwie Tel Awiw-Jafa to miasto o populacji 475 tysięcy ludzi. Wchodząca w skład nazwy miasta Jafa, to jednocześnie port i nazwa obecnej dzielnicy miasta, która do 1949 roku stanowiła miasto odrębne. Początkowo Jafa wedle rezolucji ONZ miała wchodzić w skład państwa arabskiego (Tel Awiw w skład państwa żydowskiego), ale Arabowie odrzucili ten pomysł i wywołali wojnę domową. Żydzi zajęli Jafę, a Arabów wygnali. Izrael włączył właśnie Jafę do Tel Awiwu podobnie jak wioski Asz-Szajch Muwannis, Al-Dżammasin i Sumajl, które zostały opuszczone przez Arabów.
W wyniku kolejnej odsłony wojny, czyli od wspomnianego października 2023, UEFA nie dopuściła do rozgrywania oficjalnych rozgrywek międzynarodowych na terenie Izraela. W związku z tym Hapoel nie może grać na swoim stadionie Bloomfield, powstałym w 1962 roku, obecnie niemal 30-tysięcznym obiekcie. Wcześniej Hapoel grał na starym stadionie Basa.
Kibice Hapoelu są skrajnie lewicowi. Ultras Hapoel ’99 to główna grupa ultras tego klubu, która szczyci się swoją postawą antyfaszystowską i antyrasistowską. Ultrasi Hapoelu utrzymują kontakty z innymi europejskimi grupami o podobnych poglądach politycznych, takimi jak kibice niemieckiego Sankt Pauli, którzy z powodu swojego zamiłowania do skrajnej lewicy są chyba najbardziej znani. Jakiś czas temu relacje między ultrasami Hapoelu, a ich ziomkami z St. Pauli doprowadziły do napięć z grupą kibiców Beitaru Jerozolima o nazwie „La Familia” – jedną z najbardziej znanych organizacji skrajnie prawicowych w Izraelu. Obiekt treningowy Hapoelu stał się celem ataku, a władze Izraela uznały podpalenie za celowe. Radykalna frakcja La Familii, określająca się mianem „Strażników Tradycji” zdawała się przyznać do tego czynu za pośrednictwem swojego konta na Instagramie – opublikowano tam nagranie płonącego magazynu sprzętu drużyny młodzieżowej oraz zdjęcie pobliskiego graffiti z napisem: „Holokaust nie był jedynym momentem, w którym was spalono”. Podczas jednego z meczów drugiej ligi niemieckiej pomiędzy St. Pauli a Greuther Fürth, ultrasi z St. Pauli wyrazili poparcie dla swoich izraelskich przyjaciół, prezentując na trybunie południowej transparenty z hasłem: „Solidarity with Hapoel! Fuck Beitar! Fuck Nazis!”.
Nie pozostało bez odpowiedzi. Gdy Beitar mierzył się z Hapoelem w izraelskiej ekstraklasie, La Familia przygotowała transparent z agresywną ripostą: „Drogie St. Pauli, jeśli uważacie się za takich twardzieli, przyjedźcie i stańcie ramię w ramię z UH99 przeciwko nam – pieprzyć Antifę!”.
St. Pauli nie jest jednak jedynym klubem, z którym Hapoel utrzymuje przyjazne stosunki ze względu na upodobania polityczne. Ich ziomkami jest także Omonia Nikozja, którą pamiętamy ze transparentów podczas meczu z Legią mówiącym o tym, że w 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Warszawę, widniały też na stadionie symbole sierpa i młota oraz wizerunek Che Guevarry.
7 października 2023 w wyniku ataków Hamasu pod nazwą „Burza Al-Aksa” zginęli także kibice Hapoelu. Jedną z ofiar był Omer Hermesh – postać doskonale znana wszystkim sympatykom Hapoelu. Na jego grobie złożono, szaliki i inne rekwizyty z emblematami i klubowymi barwami. Podczas pogrzebu Hermesha kibice odśpiewali hymn swojego klubu. W wyniku ataków Hamasu zginęło 30 kibiców klubu, a kolejne osoby zostały uprowadzone i przetrzymywane jako zakładnicy.
Kibice Hapoelu w Izraelu są otwarci na Arabów i mają w swojej społeczności wielu z nich. Mimo ataków ze strony wroga kibice nie zamierzali zmieniać swojego tolerancyjnego – na swój sposób – podejścia. Także i członkowie mniejszości arabskiej brali udział w uroczystościach pogrzebowych. Jak powiedział Hermesh: „Możemy słynąć z ciętego języka, ale nie jesteśmy rasistami!”.
Na oficjalnej stronie Hapoelu jest podstrona – ściana pamięci – gdzie są wyszczególnione zmarłe osoby, ze zdjęciami i krótkimi notkami tychże kibiców Hapoelu.
Po dwumeczu z Łudogorcem kibice są przeszczęśliwy. Powrót po 12 latach do piłkarskiej Europy okazuje się jak na razie bardzo udany. Komentarze nie pozostawiały wątpliwości:
„Przez wiele lat nie mieliśmy tak zaangażowanych graczy”
„Nie ma to jak Hapoel Tel Awiw”
„To wspaniałe – wracamy do starych, dobrych czasów”
„Do boju, Hapoel! Jeśli lecicie na mecz wyjazdowy, pamiętajcie: nie przepadają za nami, a ich ultras to twardzi zawodnicy – uważajcie na siebie”.
„Do wszystkich wybierających się na mecz: uważajcie na polskich nazistów”.
No właśnie. W internecie już pojawiła się narracja o tym, jacy kibice GKS nie są skrajnie prawicowi. I choć oczywiście generalnie polskim kibicom trudno zarzucić lewicowość, to w porównaniu z kibicami niektórych krajów czy regionów świata i Europy, jako naród i kibicowska społeczność jesteśmy skrajnie daleko od… skrajności. Niestety narracja, przekłamana narracja, jest przez niektóre środowiska powielana. W zeszłym roku, gdy Raków grał z Maccabi Hajfa, na trybunach meczu – na Węgrzech zresztą – izraelscy kibice wywiesili transparent o treści „Murderers since 1939”, obarczając Polaków, a nie Niemców, za Holokaust. Chcielibyśmy wierzyć, że podobnych prowokacji unikniemy podczas tego dwumeczu.
Kibice Hapoelu mają alergię na wiele rzeczy – na faszyzm czy rasizm właśnie, na tych, co myślą inaczej niż oni. Mają także alergię na żółty kolor, który powoduje u nich spazmy. Dlatego też rywalizacja – zwłaszcza na Nowej Bukowej – będzie im przypominać ich potyczki z Maccabi Tel Awiw. No i dobrze. Niech mają namiastkę derbów w swoim mieście – bo choć trudno ocenić, jak będzie wyglądał mecz w Miszkolcu – z racji na neutralny teren – to w Katowicach szykuje się kolejne piłkarskie święto. Święto, w którym z racji różnic kulturowych i światopoglądowych – będzie naszej drużynie kibicować cała Polska.
Źródła:
https://pids.pl/analiza/izrael-w-uefa-czyli-geografia-kontra-polityka/#_ftn1
Wikipedia PL
Wikipedia EN
timesofisrael.com
The Jerusalem Post
Ynet News
https://israeldesks.com/
RMF24.pl
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it
www.dw.com/en/october-7-massacre-hapoel-tel-aviv-supporters-mourn-the-death-of-well-known-fan/a-67352658
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it/a-65164429
Zdjęcie:
https://www.timesofisrael.com/
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: Zreľáka i Szkurina brałbym w ciemno
Mimo że wciąż wracamy myślami do czwartkowego zwycięstwa z MŠK Žilina, które odbiło się szerokim echem w mediach sportowych, to naszą uwagę przykuwa już ligowy pojedynek z Radomiakiem. Zarówno my, jak i nasz rywal, otwieraliśmy sezon meczem z beniaminkiem z Krakowa, jednak to Zieloni spisali się lepiej, pokonując u siebie Wieczystą. Teraz z dużymi oczekiwaniami przyjeżdżają do Katowic. Jak dobrze przygotowani są do sezonu? Gdzie szukać ich mocnych i słabych stron? Zapytaliśmy Rafała Jończyka z „Pod Gołębnikiem”.
Cieszę się, że znowu możemy się spotkać przy okazji naszego meczu w Ekstraklasie, choć w sytuacji, gdy niemal pół ligi było zagrożone spadkiem, także i Radomiak długo nie mógł być pewny utrzymania. Jak wspominasz ubiegły sezon, a szczególnie jego końcówkę?
Cały ubiegły sezon był dla nas niczym rollercoaster. Dużo się działo, niekoniecznie dobrych rzeczy, zwłaszcza w rundzie wiosennej. Sytuacja pozaboiskowa odbijała się na formie sportowej drużyny i nie ukrywam, że po meczach z Piastem i Zagłębiem pojawiły się obawy. Gra wyglądała fatalnie, zwłaszcza w Gliwicach pod wodzą Kiko Ramireza. Ucieszyłem się, gdy zastąpił go Bruno Baltazar, bo bardzo dobrze wspominam jego pierwszy pobyt w Radomiu. Złapał on serię trzech zwycięstw, co oddaliło od nas widmo spadku. Zagraliśmy bardzo emocjonujący mecz u siebie z Widzewem, okraszony zwycięską bramką Luquinhasa w doliczonym czasie gry. Dzięki temu sama końcówka sezonu była już spokojna, ale był taki moment, że obawy o ligowy byt były duże. Udało się jednak go zapewnić na trzy kolejki przed końcem. Mimo ostatnich porażek z mistrzem i wicemistrzem Polski dziesiąte miejsce uznaję za bardzo dobry wynik.
Chciałem ci pogratulować, bo dokładnie taką pozycję Radomiaka typowałeś przy okazji naszej ostatniej rozmowy. Patrząc na obraz całego sezonu możecie być w pełni zadowoleni z takiego zakończenia?
W pewnym momencie wydawało się, że uda się wycisnąć więcej, bo jedno czy dwa zwycięstwa pozwalały podłączyć się do gry o pierwszą szóstkę. Były mecze, po których tych punktów powinno było być więcej, ale ostatecznie uważam, że dziesiąte miejsce dobrze oddaje możliwości Radomiaka, zarówno pod względem sportowym, jak i finansowym.
Do nowego sezonu Zieloni przystępują nieco odmienieni. Podstawowa zmiana to trener, który o ile mi wiadomo, doskonale mówi po niemiecku, ale w odróżnieniu od wielu swoich poprzedników, nie zna portugalskiego. Widać już jego pomysł na zespół?
Z trenerem Tomaszem Kaczmarkiem komunikacja jest bardzo dobra, co nie jest bez znaczenia z dziennikarskiego punktu widzenia. Do pierwszych ocen pracy sportowej będzie można się przymierzać po 4-5 meczach o stawkę, bo sparingi, mimo że prawie wszystkie przegrane, nie są do tego odpowiednią miarą. Wielu kibiców krytykowało zespół patrząc na same wyniki, ja natomiast byłem na prawie wszystkich sparingach i widziałem, że praktycznie ani razu nie graliśmy optymalnym składem. Trener testował różne rozwiązania, nie mając do dyspozycji wszystkich zawodników, bo niektórzy dołączyli do zespołu później. Postawa zespołu w najbliższych meczach pozwoli nam powiedzieć więcej o pracy Tomasza Kaczmarka.
Nietypowo dla Radomiaka, na liście transferów przychodzących jest zadziwiająco wiele polskich nazwisk. Pewien trend się odwraca?
Radomiak jest postrzegany jako zespół typu „multikulti”, ale już od jakiegoś czasu zarząd szuka lepszego balansu w szatni pomiędzy Polakami i zawodnikami z zagranicy. Pozyskani w tym okienku gracze wydają się ciekawymi wzmocnieniami. Kryspin Szcześniak zaliczył bardzo dobre wejście, z Wieczystą był jednym z najlepszych zawodników i z miejsca wywalczył sobie pierwszy skład. Podoba mi się również transfer Kacpra Karaska, pozyskanego z Motoru. Liczę, że ten zawodnik da nam w tym sezonie trochę radości. Rywalizacja na jego pozycji jest dość duża, a dzisiaj pierwszym wyborem trenera jest Abdoul Tapsoba, natomiast Kacper z pewnością podniesie poziom rywalizacji.
Mimo to nadal sukcesywnie przeczesujecie południowe rynki w poszukiwaniu wzmocnień. Niedawno ogłoszono transfer Ronaldo za rekordową dla Radomiaka kwotę. Brzmi imponująco.
Ronaldo Lumungo Afonso to skrzydłowy, który został już zgłoszony do rozgrywek, więc jest szansa, że zadebiutuje w niedzielę. Na przedmeczowej konferencji trener Kaczmarek przyznał, że ma jeszcze dwa znaki zapytania w kadrze i sądzę, że jednym z nich jest właśnie Ronaldo. Tego zawodnika cechuje przede wszystkim szybkość, w zeszłym sezonie zanotował po pięć bramek i asyst w drugiej lidze portugalskiej, strzelonych wprawdzie rywalom z dołu tabeli, jednak jeśli przypomnimy sobie, że Capita przed transferem do Radomia również nie imponował liczbami, to możemy się spodziewać podobnej historii w przypadku Ronaldo. Sztab widzi w nim potencjał i talent do oszlifowania.
Wspomniałeś Capitę, którego żegnaliście przed wiosennym meczem z GieKSą. Bartek Jędrzejczak z twojej redakcji mówił wtedy, że dziurę po nim trudno będzie załatać. Udało się to zrobić w tym okienku?
W końcówce ubiegłego sezonu brak Capity był odczuwalny, chwilami nawet bardzo. Na ten moment nie mamy zawodnika o podobnej charakterystyce, a nie widzieliśmy jeszcze w akcji Ronaldo Lumungo. Potrzebujemy zawodnika z odpowiednim przyspieszeniem, który mógłby niepokoić rywali kontratakami i szybkimi wyjściami za linię obrony. W okresie przygotowawczym wpadł mi w oko Ché Nunnely, nowy nabytek, u którego widać potencjał, umiejętność dryblingu i szybkość, która powinna cechować naszych skrzydłowych. Uważam, że w przyszłości może rozwinąć się na tyle, że będzie wzbudzał zainteresowanie klubów zagranicznych.
Jakkolwiek nie byłaby montowana kadra Radomiaka, to kiedy trzeba dać coś ekstra, to na posterunku jest „Joao” Grzesik, wybrany zawodnikiem pierwszej kolejki Ekstraklasy. Jesienią dyskutowaliśmy o jego szansach na powołanie do kadry, którego ostatecznie się nie doczekał. Jaka jest dziś jego rola w Radomiu?
Wygląda na to, że Jankowi służy gra na skrzydle – najlepsze liczby osiągał i największe zainteresowanie mediów w kontekście kadry wzbudzał grając właśnie w pomocy. Runda wiosenna była w jego wykonaniu nieco słabsza, bo znów wrócił do gry w obronie, raz prawej, a raz lewej. Z Wieczystą znowu zagrał w drugiej linii, zaliczając bramkę i asystę. Wydaje się więc, że przekwalifikowanie go na pomocnika jest korzyścią dla drużyny, zwłaszcza że mamy dobrze obsadzone boki obrony w postaci Zié Ouattary i Conrado. Janek będzie więc mógł eksponować swoje walory ofensywne i liczę, że w tym sezonie jeszcze wiele bramek i asyst zaliczy.
Wspomniałeś już, że nie warto analizować wyników sparingów. Możemy się jednak bliżej przyjrzeć ligowemu meczowi z beniaminkiem z Krakowa. Wydaje się, że było to łatwe i spokojne zwycięstwo.
Widzę jeszcze kilka elementów do poprawy, zwłaszcza w obronie, ale wygląda na to, że klaruje się pierwsza jedenastka, która będzie w stanie skutecznie rywalizować w Ekstraklasie. Luquinhas będzie raczej grał wyżej, na pozycji 8 lub 10, a gdy skrzydła złapią optymalną formę, to będą mocne. W meczu z Wieczystą nasza gra wyglądała naprawdę przyzwoicie i nie pozwoliliśmy rywalom na wiele. Jeśli w kolejnych meczach będziemy prezentować się podobnie, to powtórka z ubiegłego sezonu jest bardzo prawdopodobna, a okolice 10 miejsca będą spokojnie w naszym zasięgu. Każde miejsce powyżej znów ocenię jako bardzo dobry wynik.
Wasz pierwszy rywal skupia na sobie uwagę mediów i kibiców, bo potencjał, zwłaszcza finansowy, jest tam ogromny. Czy równie mocni okażą się sportowo? Przed tygodniem to Radomiak zagrał tak dobrze czy Wieczysta tak słabo?
Rywale zaprezentowali się dobrze z przodu, problemy pojawiały się natomiast przede wszystkim w środku obrony. Czeka ich sporo pracy nad defensywą – jeśli to poprawią, to niejednemu w lidze urwą punkty. Uważam, że ten sezon będzie podobny do zeszłorocznego i sporo drużyn będzie zamieszanych w walkę o utrzymanie, a Wieczystą zaliczam do zespołów, które raczej się utrzymają, ale będą w tej grupie i na razie ligi nie zawojują.
Obok Bruk-Betu i Motoru Radomiak był ekipą, z którą w ubiegłym sezonie wygraliśmy oba mecze. Jak wspominasz tamte pojedynki?
Mecz w Katowicach był bardzo emocjonujący, nawet dla postronnych widzów. Spotkanie mogło się podobać, nam wprawdzie mniej, bo przegraliśmy 2:3, ale oglądaliśmy kilka bardzo ładnych bramek z obu stron. Z kolei w rewanżu mieliśmy ogromny niedosyt po porażce 0:1. Z przebiegu meczu byliśmy mimo wszystko drużyną lepszą, jeśli nie na tyle by wygrać, to przynajmniej nie przegrać. Dość nieszczęśliwa porażka po bramce Arkadiusza Jędrycha, który dobijał swój własny strzał.
Mam wrażenie, że w tamtym okresie sami wytrącaliście sobie z ręki atuty, bo na takiej nawierzchni po prostu nie da się grać kombinacyjnie w piłkę. Z tego też powodu byliśmy świadkami afery, po której z funkcji trenera zrezygnował Gonçalo Feio.
Nie chcę już do tego wracać, bo wszyscy w Radomiu chcemy zostawić za sobą wszystkie te negatywne, pozasportowe sprawy z ostatniego półrocza. Chcemy wreszcie oczyścić atmosferę po tamtych wydarzeniach i w nowy sezon wchodzić z wyczyszczonymi głowami. Trener Feio jesienią zdobył dla Radomiaka kilka cennych punktów, wiosna była już zdecydowanie słabsza. Po meczu z Katowicami doszło do szeroko opisywanego incydentu pomiędzy trenerem i radnym Dariuszem Wójcikiem, po którym trener pożegnał się z Radomiem. Pozostaje życzyć mu powodzenia w dalszej pracy i zostawić już ten temat za sobą.
Jedna rzecz łączy GieKSę i Radomiaka – u siebie wyglądamy zdecydowanie lepiej niż na wyjazdach. Nasze ostatnie zwycięstwo w delegacji przypadło właśnie na Radom, stąd cieszę się, że w niedzielę spotkamy się przy Nowej Bukowej. A Ty czego spodziewasz się po GieKSie, patrząc przez pryzmat dotychczas rozegranych przez nas spotkań?
GKS wygląda coraz lepiej z meczu na mecz. Druga połowa rewanżu z Žiliną mogła się podobać, a mnie szczególnie rzuciła się w oczy dobra gra Bartka Wolskiego. Ponadto uważam, że zdecydowana przewaga GKS-u nad Radomiakiem leży w linii ataku – Adam Zreľák i Ilja Szkurin z dobrej strony pokazali się w czwartek, dając jakość z przodu. Moim zdaniem w Radomiu potrzebujemy napastnika na tym poziomie, choć wiem, że zarząd i sztab mają na ten temat inne spojrzenie.
To ciekawe, bo akurat linia ataku jest najmocniej dyskutowaną formacją w Katowicach i wielu kibiców domaga się wzmocnień na tej pozycji.
W ciemno wziąłbym wymianę Zreľáka i Szkurina na dwóch dowolnych napastników z naszej kadry. Na dobrego napastnika trzeba zabezpieczyć niemałe pieniądze, zarówno na transfer, jak i wynagrodzenie. Radomiak obraca się w takich realiach finansowych, że bazuje na zawodnikach darmowych, którym kończą się kontrakty w innych klubach. Nawet takim zawodnikom trzeba jednak proponować odpowiednio wysokie stawki, aby przekonać ich do gry w Radomiu. Liczba napastników dostępnych dla nas jest więc ograniczona.
Trener Kaczmarek z uznaniem wypowiadał się o rosnącej formie GieKSy. Jaki twoim zdaniem mecz zobaczymy w niedzielę przy Nowej Bukowej?
Zwycięstwa takie jak z Žiliną budują pewność siebie i atmosferę. Tomasz Kaczmarek zwrócił też uwagę, że dwa mecze o stawkę więcej po stronie GKS-u na tym etapie sezonu nie są problemem, a wręcz atutem, bo jest więcej okazji na zgranie poszczególnych formacji. Mimo to myślę, że będzie to wyrównane, otwarte spotkanie, podobne do jesiennego meczu w Katowicach. Widzę formę zwyżkową w Radomiu, więc uważam, że nie przegramy, a po cichu liczę nawet na zwycięstwo. Łatwo jednak nie będzie i nawet jeśli przegramy, to nie będzie to żadnym zaskoczeniem. Faworytem tego meczu jest GKS.
Jaki wynik obstawiasz w niedzielę?
Jestem przekonany, że padną bramki, a remis 1:1 lub 2:2 nie będzie dla mnie zaskoczeniem. Sercem typuję jednak zwycięstwo Radomiaka 2:1.
Felietony Piłka nożna
Znikające piętra – reportaż z Żyliny
W życiu bym się nie spodziewał, że na pierwszy mecz w europejskich pucharach po 23 latach wywieje nas tak blisko. Trochę obawialiśmy się jakichś Kazachstanów i Armenii, tymczasem los (i zwycięstwo Hajduka) spowodowało, że mieliśmy rywala dosłownie o dwie godziny drogi z Katowic. W sumie to coś niesłychanego i mocna łaskawość – w pewnym aspektach. Wiadomo bowiem, że puchary to przygoda, można polecieć w mniej lub bardziej popularne miejsca, czasem kompletnie egzotyczne. A tutaj mieliśmy destynację, w której pewnie wielu kibiców w swoim prywatnym życiu już była, przejazdem na Bałkany w popularne cele wakacyjne typu Chorwacja czy po prostu na jednodniowej wycieczce.
Rany, napisałem w „prywatnym życiu”, tak jakbym nie traktował kibicowania jako obszar prywatnego życia właśnie. I coś w tym kurka jest, bo przecież regularne kibicowanie to jest tak ustrukturowana sprawa, to do tego dostosowuje się różne kwestie, że jednak sytuowałbym to bliżej… obowiązków, aniżeli przyjemności. Choć jest to obowiązek, który sami sobie wybraliśmy, który mamy w sercu i nie oddalibyśmy go za nic w świecie.
Nie mogłem sobie odmówić tej przyjemności, żeby jechać dzień wcześniej. Chłopaki z redakcji z racji swoich obowiązków dojechali na sam mecz. Ja natomiast po zakończeniu pracy o godzinie 20.00 wsiadłem w auto i ruszyłem w tę niezbyt długą podróż. Wiadomo, zbieranie się zawsze powoduje wyjazd chwilę później, więc w trasie byłem de facto gdzieś o 20.30.
Na pewne rzeczy w życiu nie jest za późno. Ja swoje prawo jazdy zrobiłem w lutym tego roku, to znaczy wtedy miałem egzamin. Udało się zdać za pierwszym razem. Pierwsze próby były ponad 20 lat temu i wtedy trzykrotnie poległem na łuku. Totalnie źle do tego podszedłem, do egzaminów przystępowałem w bardzo dużej odległości od jazd, więc to było skazane na niepowodzenie. Ciążyło mi to, ale koło września poprzedniego roku w piękny, słoneczny dzień przechodziłem obok szkoły jazdy i dosłownie pod wpływem dobrego humoru i impulsu… wstąpiłem tam i zapisałem się. Teoria, potem jazdy i w lutym wspominany egzamin. Podszedłem do tego bardzo rzetelnie, gdy już miałem termin, dokupiłem pięć dodatkowych godzin. No i pykło. Myślę, że moja historia pokazuje, że na nic w życiu nie jest za późno. W wieku 42 lat otrzymałem swoje prawo jazdy i jestem z tego powodu bardzo zadowolony.
Były oczywiście pewne plusy nieposiadania go. Nauczyłem się niesamowitej logistyki i praktycznie wszędzie w Polsce byłem w stanie się dostać. Praktykowałem to w wyjazdach górskich, gdzie nawet tam, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają dupami – potrafiłem dotrzeć. Zabierało to jednak dużo więcej czasu i trzeba było się dostosować do takich, a nie innych godzin przejazdu. Teraz ta kwestia odpadła i pozwoliło mi to na większą elastyczność. No i od początku kwietnia, kiedy kupiłem samochód, zrobiłem już prawie 4,5 tysiąca kilometrów, więc jak na początkującego kierowcę chyba nieźle.
W każdym razie droga na Słowację była pewną szkołą. O ile do granicy było spokojnie, wiadomo droga szybkiego ruchu, to potem zaczęły się tematy. To znaczy i tak GPS nie wychwycił zamkniętego „Tunelu Emilia” i cały czas tamtędy prowadził, ale na szczęście wiedziałem o tym zamknięciu i byłem przygotowany na konieczność zjazdu.
A po minięciu granicy? Miałem informacje o tym, że droga jest „specyficzna”. Ale nie sądziłem, że aż tak. Granicę minąłem w Zwardoniu i skierowałem się do Skalité. Och pamiętam tę miejscowość, bo kiedyś z kumplem i koleżanką wybraliśmy się do Zwardonia, ale wywiało nas do Skalité właśnie. To były czasy liceum, a my pojechaliśmy na… popijawę. Co ciekawe – wtedy z tego powodu opuściłem mecz na Bukowej ze Śląskiem Wrocław, gdy obie ekipy jako beniaminek mierzyły się w ekstraklasie i padł wynik 1:1. Kuriozalne jest to, że pamiętam strzelca dla gości, czyli Jarosława Lato, a nie pamiętam, kto dla nas. Typuję, że Marek Kubisz. Ale sprawdzę. Sprawdzam. Nie zgadłem. Marek Świerczewski.
Z tym meczem jednak mam jedną fajną historię. Dzień przed wyjazdem do Zwardonia, byłem z wspomnianą koleżanką i kolegą w parku Kościuszki na jakimś piwku czy winku. Poszliśmy wtedy pomiędzy trunkami do ówczesnej Billi i tam spotkaliśmy… piłkarzy GKS Katowice. To był wspomniany Marek Kubisz oraz Dariusz Dudek. Nie wiem, czy ktoś jeszcze. Jako że lekko szumiało w głowie to tam podszedłem do zawodników zapytać, co tam ciekawego kupują. Mieli jakieś jogurciki itd. Darek Dudek powiedział, żebym przyszedł na mecz to dostanę koszulkę. Na mecz nie przyszedłem, a koszulki nigdy nie dostałem. Sam natomiast 19 lat później wręczyłem mu pucharek, no i chyba w związku z tym tej koszulki nigdy nie dostanę. Ale może kiedyś się jeszcze upomnę. Od tamtego czasu byłem na 660 meczach GieKSy, więc może mi zaliczy.
W samym Skalité na drodze te biało-czerwone prostokątne tablice na jezdni, bo remontowany krawężnik, więc już tu trzeba było uważać, żeby lekkiej czołówki nie zaliczyć. A po skręcie na „drogę do Oszczadnicy” droga momentami była wąska, było sakramencko ciemno, jakieś zakręty, zawijasy i po prostu leśna, górsko-pagórkowata trasa. Było to wyzwanie, bo czasem z naprzeciwka coś jechało i trzeba było się wymijać korzystając z jakiegoś chwilowego rozszerzenia. Miałem szczęście, że nie pojawiła się żadna sytuacja krytyczna, choć presja auta jadącego tuż za mną była całkiem spora. Było to wyzwanie młodego kierowcy, ale podołałem bardzo sprawnie i dobrze. Potem już był wyjazd na drogę „11” i prosta droga do Żyliny, a ruch był o tej porze bardzo duży.
Jako destynację na GPS ustawiłem sobie nie hotel, a… Maczka, ponieważ taki pan był już od dawna. A dlaczego Maczek? No cóż, kanapka Big Tasty to naprawdę piękne wspomnienia. Z 2004 roku, czyli blisko ostatniego występu GKS w europejskich pucharach. Rok temu była jakaś krótka promka z tą kanapką, takie niby retro, ale to już nie było to samo.
Dojechałem więc, gdzieś około 23. Jako że byłem bardzo głodny, to wziąłem zestaw z Big Tasty i na dopełnienie potrójnego czisa. Ten zaś pamiętam bardzo dobrze był w 1994 w polskich McDonald’sach, a reklamowany był przy okazji Mundialu w USA trzema bramkami Bońka w meczu z Belgią. Taki hat-trick kotletów. Tu zaś z pięć lat temu była powtórka przy okazji zestawu Maty, ale też zasadniczo przeszło bez echa, a przede wszystkim była fala krytyki za Mata Matche czy coś takiego.
A słowacki Big Tasty? Kozaczek. To był ten fantastyczny esencjonalny smak i dymny posmak sosu Big Tasty. Coś wspaniałego. Dlatego zarówno ośrodek sytości, jak i przyjemności został usatysfakcjonowany, a pierwsze wrażenie ze Słowacją na tym wyjeździe – pozytywne. Posiedziałem jeszcze chwilę i ruszyłem na kwaterę.
Aha, w toalecie ujął mnie… samolocik. Nie wiedziałem, czemu kran ma tak dziwny kształt. Dopiero jak podniosłem głowę i zobaczyłem instrukcję – dowiedziałem się, że skrzydła stanowią suszarkę. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Dobre rozwiązanie, które ułatwia i przyspiesza.
Nocne ulice w Żylinie były opustoszałe. Dlatego do hotelu dotarłem w kilka minut. Zakwaterowane odbyło się automatycznie, bo to taki hotel bez całodobowej recepcji, więc dostałem kod do skrzynki z kluczem oraz instrukcje dotarcia do pokoju.
Piękny był to hotel, nie zapomnę go nigdy. Powiedzieć, że to głęboka komuna, to nic nie powiedzieć. Z zewnątrz to jest tak niesamowicie obskurny moloch z dawnych czasów, że gdyby ktoś przejeżdżał i zastanawiał się, czy się tam nie zatrzymać, to chyba by zwątpił. Szara wielka płyta, szyby w oknach zalepione jakimś czymś, ogólnie pochmurne i ponure, wehikuł czasu to niekoniecznie byłby cud. W środku już schludniej, choć duch czasu zdecydowany. Duży hol, zwany ewentualnie, szumnie i nowocześnie lobby. Żywej duszy na recepcji. Idę do windy. A winda jak za starych czasów w blokach, taką pamiętam miałem w swoim. Czyli drzwi z tymi pionowymi, prostokątnymi okienkami. Podczas jazdy centralnie z jednej i drugiej strony przesuwa się ściana lub drzwi właśnie na poszczególnych piętrach. Nie ma piętra pierwszego. Zniknęło. Są tylko parter oraz piętra 2,3,4 i 5. Ja jadę na to ostatnie.
Korytarz długi z czerwonym dywanem. Lekko upiorny. Brakowało tylko bliźniaczek z „Lśnienia”. No ale idę do pokoju, bo mam blisko. Wchodzę, wszystko gra. Światło jest, trochę parno. Okno, takie jak pisałem. Próbuję je otworzyć, bo ciepło. Jest wielkie na całą niemal szerokość ściany. Co jest? Kręcę taką gałką, no i jest – otwiera się. Ale nie byle jak, bo tak do środka. Normalnie drzwi obrotowe. Pięknie. Problem taki, że na górze znajduje się baza rolety i nie da się otworzyć szerzej. Później to jakoś ogarniam, wciskam okno pod roletę i już napływa mi świeże, żylińskie powietrze do pokoju.
Jeszcze muszę napisać przedmeczowy felieton, bo ten co miałem napisany – wcięło mi, bo laptop sobie wykasował. Fuck. No dobra. Dochodzi druga w nocy, czas spać, bo jutro zwiedzanie i trzeba zrobić trochę kontentu na Facebooka.
***
Czwartek, budzik 7.40. Trzeba było wstać, by zwiedzać miasto naszego rywala. No i śniadanie było wliczone w cenę pokoju. To śniadanie to też taki trochę robotniczy vibe, bo w godzinach 6.30 – 9.30. Nie przypominam sobie tak wczesnej godziny początku i zakończenia śniadania w hotelu. Znaczy ten początek jest okej i nieraz mnie wkurzało, że na przykład jest dopiero o 9.00. Ale że koniec o 9.30? Trzeba się sprężyć.
Mimo tak niewielkiej odległości od naszego kraju – widać różnice. Choćby w śniadaniu. U nas to w większości hoteli czy innych miejscówek wygląda tak samo. Jajecznica lub parówki. Parówki lub jajecznica. Czasem są jakieś urozmaicenia, ale rzadko. Może w droższych hotelach np. pan kucharz smaży na oczach gości jajka w dowolnym stylu.
Tutaj mamy taką czerwonawą przyprawioną kiełbasę, jest na przykład leczo, fasolka w sosie w bemarze – tego w Polsce nie widziałem czy w końcu chleb w jajku – danie najprostsze z prostych, które nieraz sobie sam robiłem – posypane solą i pieprzem pozwala zutylizować nawet dość stary chleb. Do tego rzeczy standardowe plus jakiś naleśnik na słodko.
Śniadanie podawane w restauracji, która jest na wolnej przestrzeni pierwszego piętra, a po środku jest bar. Dalej ma to PRL-owski, choć słowacki, klimacik. Ostatecznie śniadanie to jest bardzo smaczne i sycące.
I teraz najlepsze. Na Bookingu tej hotel miał notę 6.1, czyli ultrasłabą. Ale poczytałem komentarze, bo zawsze lubię poczytać, co to za niesamowite defekty są, że tak niska nota. I w komentarzach okazało się, że goście zwracali uwagę, iż ta nota jest za niska, dziwili się, no i dawali dość pozytywne opinie. Oczywiście zwracali uwagę na ten komuszy klimat, ale raczej jako cechę, a nie wielką wadę. Uwagi nie dotyczyły kwestii czystości czy personelu. Dlatego mimo wszystko się skusiłem i nie zawiodłem się. Ja bym temu hotelowi przyznał całościowo ósemkę.
Wracając z tego śniadania przyglądam się „gwiazdom”, które miały okazję gościć w tym przybytku. Nie znam nikogo. No może poza słowackim Modrićem. Modrić była kobietą!
Trzeba się zbierać na miasto. Mam kilka punktów do odhaczenia, zobaczenia i zwiedzenia. Taki jest plan, by przy okazji awansu do europejskich pucharów posmakować trochę miejscowego klimatu. Po krótkim odpoczynku ruszam więc.
Już od początku można zobaczyć „znaki”. Tylko takie do końca aktualne. Bo myślę sobie, że będzie idealnie, a nie jest. I szybko ujrzałem plakat na mecz pucharowy Żiliny, ale… z Hajdukiem Split. Podejrzewam, że mieli za mało czasu i nie zdążyli zmienić.
Ale wynagradza mi to za to coś po kilku minutach. Słyszę z jakiegoś sklepu muzyczkę. Podchodzę więc z ciekawością, bo witryna jest ładna i wyłożona pudełkami płyt CD. Znów wehikuł czasu. Nie wchodzę do środka, ale widzę, że klimat tam jest. I najlepsze – na szybie sklepowej karteczka z napisem „Tu kupisz bilet na mecz MSK Żilina – GKS Katowice”. Przy niemal wejściu na rynek. Jak u nas w Biurze Informacji Turystycznej.
Wąskimi uliczkami, schludnymi wyłożonymi kostką brukową dochodzę do Placu Mariańskiego. Otoczony podcieniami przypomniał mi kilka miejscowości, głównie Lubawkę i Chełmsko Śląskie. Za to piękne domki dookoła przypominają Lądek Zdrój. Jest też trochę zieleni. Na wprost króluje kościół św. Pawła Apostoła, czyli wzniesiona w XVIII wieku przez Jezuitów dwuwieżowa świątynia.
Jest i fontanna z aniołkami, które niestety są ofiarami permanentnego i zmasowanego ataku gołębi. Podchodzę pod barokowy posąg Niepokalanej Maryi Panny z 1738 roku. Posąg ten zbudowano na cześć powrotu Słowaków do katolicyzmu.
Dookoła masa kawiarenek i restauracji. Jest czwartek godzina wpół do dziesiątej. Ludzi trochę chodzi, ale nie jest ich przesadnie dużo. Zasadniczo jest ładna i przyjemna pogoda. Do czasu. Po jednej z nagrywek na nasz fejsbukowy profil zaczyna kropić. Idę do podcieni, czyli – pod cienie – i jak nie lunęło to ino roz. Ludzie się chowają pod dachy. Jakiś maruder bezdomny powoli gdzieś tam się też dokuśtyka pod schronienie. Tyle mi wychodzi z pierwszej wizyty na placu.
Mam teraz pewien dylemat. Bo odkryłem dość niefajną rzecz, mianowicie, że w bucie mam… dziurę. I dość szybko wilgoć z podłoża przedostała się do środka. Temat polega na tym, że w planie miałem wejście na Dubeň. A to jest po prostu góra, zwykła góra nad Żyliną. No i raz, że takie adidasy na górski szlak są nie bardzo. Choć pomyślałem sobie, że oj tam, półtora kilometra w jedną stronę można przejść. No ale po pierwsze – ślisko, po drugie na pewno tam jest błoto. Szybka decyzja – powrót na kwaterę i zmiana butów na górskie. Wziąłem je na wypadek, gdyby chciało mi się następnego dnia iść w Małą Fatrę. Dobrze więc, że jestem przygotowany.
Wracam na kwaterę, szybkie przebranie, no i ruszam znów. W dalszej drodze moim celem jest wizyta pod stadionem, żeby tam zrobić kolejną nagrywkę, a potem zamek Budatín. Przechodząc obok rynku widzę przesiadujących w ogródku kawiarni piłkarzy GieKSy. Sam kieruję się z mapą pod obiekt MŠK Žilina. Dochodzę tam po kilkunastu minutach.
Po drodze widzę plakat na listopadowy koncert z muzyką Ennio Morricone w Zimným Stadionie, czyli hali hokeistów obok stadionu piłkarskiego. I myślę sobie, że miałem to szczęście być na koncercie Ennio – w Berlinie w 2014 roku. Miał wtedy 86 lat. Zdążyłem.
Dochodzę do okolic stadionu. Już z niedaleka widzę jupitery. Są też kolejne plakaty, już z kilkoma zaproszeniami na mecze. Wyszczególnione pojedynki z Hajdukiem Split oraz ligowe z FC Košice oraz Skalicą, a także mecz 23 lipca – bez herbu tylko logo Ligi Europy łamane na Ligi Konferencji. No nie zaryzykowali pozostawienia tylko Ligi Europy. Sprawdziło się. Słowakom pozostała już tylko Liga Konferencji.
Hotel Holiday Inn, w którym stacjonuje GieKSa jest tuż obok stadionu. Skręcam z ulicy Kysuckiej na Uhoľną. Kurde jakiś ultramały ten stadion mi się wydaje, taki trochę jak sklep Billa (znowu to skojarzenie!) z Parku Kościuszki. Dziwne. Są sektory, są zaznaczenia dla autokarów, też jakieś małe. No nic idę – dalej. No puknij się ty człowieku, puknij się. Mijałeś właśnie ten Zimný Stadion, a obiekt MŠK Žilina jest zaraz za nim i to prostopadle do ulicy – tak, że trybuna za bramką jest przy drodze.
Patrzę, płot jakby otwarty. No to wchodzę. Idę dalej, widzę, że przejście na murawę również jest dostępne. Nie waham się więc długo i korzystam z okazji. Mam dostęp zarówno do boiska, jak i trybun. Ale fajnie, ale radocha! Tego się nie spodziewałem! No to nic, tylko komórka w dłoń i czas na nagrywki oraz poszwędanie się.
Najpierw jestem na trybunie dla gości. Widzę, że osiatkowany jest jeden sektor, podchodzę do niego, ale już wiem, że kibice GKS zajmą raczej całą trybunę za bramką. Widok będą mieli kapitalny, bo obiekt jest kameralny. Na telebimach już wyświetla się zapowiedź meczu i herby obu drużyn. Za przeciwległą trybuną widoczny jest Dubeň, z tej perspektywy z ledwo widoczną już górą wieży na wzgórzu, ale jak dochodziłem do stadionu, to wieża ta była bardzo dobrze widoczna.
Idę murawą na ławki rezerwowych. Tam mamy piękne wygodne fotele. Na komfort fizyczny trenerzy i rezerwowi nie mają co narzekać. Przed ławką znajduje się wykładzina à la sztuczna trawa. Wszystko ładnie, schludnie.
Następnie wchodzę na prasówkę, bo przejście również jest otwarte. Ogólnie to w tym momencie działają ludzie od sprzętu z telewizji, rozciągają, przeciągają kable, kombinują. Słychać język polski. Widać, że wieczorem będzie się tu działo. A ja widzę też, że warunki do pracy będą znakomite. Widoczność doskonała, blaty duże, szerokie, internet jest, prąd jest. Nie przypominam sobie sytuacji, żebym w dzień meczu ileś godzin przed meczem mógł sobie tak „zwiedzić” stadion. Ktoś tam do mnie coś po słowacku gadał, ale powiedziałem, że jestem z Katowic, więc uśmiechnął się i poszedł.
Przy tunelu wejściowym lista pucharów – trofeów Žiliny, wzory akredytacji – specjalnie na ten mecz, bo z herbem GKS, instrukcje postępowania w razie kontuzji oraz cała rozpiska, co do sekundy wydarzeń przed, w trakcie i po meczu. Łącznie z pokazem świateł, nawadnianiem murawy czy „szejkhendsem” trenerów. Takie rzeczy na co dzień niewidoczne dla kibica.
Siedzę jeszcze chwilę i decyduję się zbierać. Wstępuję jeszcze do recepcji Holiday Inn, żeby zapytać się, czy to faktycznie tu będą wydawane akredytacje. Łapie mnie też mały głód, więc udaję się do Lidla, by zakupić małe conieco.
Po posiłku składającym się z jakiegoś serowego palucha ruszam do Zamku Budatín, do którego mam około półtora kilometra. Przekraczam rzekę Wag, mijam coś, a la wieża ciśnień, ale jakaś socjalistyczna. To chyba ostatecznie wieża telekomunikacyjna czy telewizyjna. Droga jest ruchliwa, ale sporo jest tu ścieżkowych meandrów, to jakiś tunel, to zakręt. W końcu schodzę na brzeg rzeki i pod kolejnym mostem przechodzę zbliżając się już do zamku. W planie mam zwiedzanie. No tak to już jest, że chcę połączyć wyjazd na mecz w pucharach z trochę poeksplorowaniem danego miejsca czy miasta. Pod mostem różne, ciekawe wizualne rzeczy się dzieją. Serduszka i gra świateł.
Dochodzę do zamku. Jest piękna pogoda. Nic nie zapowiada nadchodzącego armagedonu. Decyduję się na kupno biletu do muzeum – cena 10 euro. Pan z muzeum każe mi założyć pokrowce na buty oraz wręcza przewodnik w języku polskim. To bardzo miło i ułatwia później poznawanie historii zamku oraz jego eksponatów.
Całość składa się z konkretnych pomieszczeń, nawiązujących do bardzo różnych obszarów. Aż trochę za bardzo mi się to potem wydaje chaotyczne – nie ma tego jednego głównego motywu przewodniego zamku. No ale zwiedzam. Poznaję więc eksponaty z archeologii, są też obrazy różnych zamków w północno-zachodniej Słowacji, a autorem tych dzieł jest Thomas Ender, austriacki artysta malarz. Są gliniane naczynia oraz makiety zamków.
Możemy obejrzeć elementy włóczni do polowania na mamuty czy monety cesarzy rzymskich.
Jak informuje przewodnik:
Druga część wystawy archeologicznej poświęcona jest samemu zamkowi Budatín. Zobaczyć można kolejno trzy modele zamku. Pierwszy model przedstawia najstarszą formę zamku z XIV wieku. Zamek Budatín został zbudowany na niskim skalnym klifie (sztucznym nasypie) u zbiegu rzek Wag i Kysuca jako forteca, ponieważ wzdłuż tych rzek biegły ważne szlaki handlowe. Pierwszymi właścicielami zamku była rodzina Balaszów. Następnie został siłą przejęty przez Mateusza Czaka Trenczyńskiego. Po jego śmierci stał się własnością króla. Najstarszą częścią zamku jest cylindryczna wieża. Pierwotnie był otoczony niskim murem i fosą, którą prawdopodobnie przecinał most zwodzony (dzięki fosie zamek Budatín jest zamkiem wodnym). Na początku XV wieku zamek został uszkodzony (prawdopodobnie z powodu zawalenia się sztucznego nasypu) i przez pewien czas był opuszczony – wykorzystywano go do fałszowania pieniędzy (warsztat fałszowania pieniędzy).
Kolejne modele dotyczą panowania Sunneghów, którzy władali w latach 1592-1724 Państwem Bielskim. Zamek został przebudowany, m.in. wieża, a fosa została zasypana.
W dalszej części zamku można obserwować zabytkowe pozłacane meble, czy fortepian. Mnie najbardziej ujmuje odręcznie napisany list do Natálii de Csáky. Jej ojciec, hrabia Géza Csáky był ostatnim właścicielem zamku, mieszkając w nim do 1945 roku. Pod koniec II Wojny Światowej żołnierze Armii Czerwonej splądrowali zamek, a nieruchomości zostały znacjonalizowane. W 1961 roku wyjechał do Francji, by dołączyć do swojej córki Natálii. W liście jest dużo opisane o uczuciach i o tym, co się aktualnie dzieje w Paryżu oraz o kryzysie politycznym. Wnioskuję, że to jednak pisał jakiś adorator.
Kolejne pomieszczenia to zbiór strojów z dawnych czasów, ale też trofeów myśliwskich, a nawet kości mamuta. Są też stare butelki po alkoholach, różnego rodzaju dokumenty, zabawki oraz… wychodek. Wrażenie robi jadalnia z zabytkowym, choć bardzo prostym stołem – klimat już jest taki bliższy, bardziej znajomy z domostw dziadów, pradziadów.
Potem krętą drogą wchodzę na wieżę, krętymi schodami na kilka pięter wzwyż. To właśnie tutaj okazały się kolejne piętrowe historie. Otóż w przewodniku jest napisane, że „znajdowało się tu jeszcze jedno piętro, ale zniknęło”. No, dosłownie wyparowało, jak to w Hotelu Slovakia. Niesamowita jest Żylina i okolice – pamiętajcie, że jak chcecie się pozbyć jakiegoś piętra, to tylko tu. Tu piętra znikają same i nikt nie drąży tematu.
Na piętrach wieży są m.in. rozbudowane i skomplikowane mechanizmy zegarów. Wchodząc na samą górę można podziwiać panoramę Żyliny i okolic. Okazuje się jednak, że cała góra jest zalana, bo w międzyczasie – podczas zwiedzania – rozpętała się straszliwa ulewa i było oberwanie chmury. W sumie dość szczęśliwie akurat zwiedzałem. Gdyby wydarzyło się to w trakcie drogi na Dubeň, byłoby zdecydowanie mniej wesoło.

Kończę zwiedzanie i wychodzę na dwór. Po kawiarence na świeżym powietrzu nie ma już śladu, wszystko zwinięte, zawinięte i schowane. Na chwilę nawet wchodzę do tej niby kawiarni, małej knajpki, ale jednak decyduję się na dalsze zwiedzanie. Wracam więc do punktu rzecznego i zaraz zaczynam marsz w górę. Do wieży mam jakieś półtora kilometra. Na szczęście już nie pada, ale jest mokro.
Najpierw między domostwami, klimatycznymi uliczkami zwiększam wysokość. Potem jest taki mały krzaczasty prześwit i tam doświadczam różnych wrażeń, które uwielbiam podczas przedzierania się przez różnej maści chwasty. Odganiam się od wilgoci, ale jak mi cała kiść pokrzyw nie przesmyrała po brzuchu, to ino roz, momentalnie zapiekło mocno i pojawiły się czerwone kropki. No ale nic to, idę dalej.
Pamiętacie moją pielgrzymkę dziękczynno-błagalną w Trójmieście? Tam też w bardzo dużym pobliżu miasta były „górskie” szlaki. To było ciekawe wtedy – niby nad morzem, a niektóre podejścia na dwustumetrowe górki to były całkiem konkretne stromizny. Tu może wielkich stromizn nie ma, poza malutkimi fragmentami. Trzeba uważać na uślizgi. Ale jest las, gdzieś tam po prawej stronie jednak słyszę mocny szum miasta, no a za plecami Budatín. Jest też ładny fragment z łąką, z której widać okoliczne pagórki, w tym takie stożkowate, przypominające właśnie tytułowy Stożek Wielki czy Waligórę z Gór Kamiennych. Bardzo ładnie.
Wraz ze wzrostem wysokości temperatura minimalnie spada. Nie jest jakoś bardzo ciepło, więc zakładam kurtkę, wietrząc, że na szczycie wieży będzie hulało od wiatru. Droga przebiega sprawnie, choć minimalnie się dłuży. Do meczu pozostaje około pięciu godzin.
W końcu dochodzę do wieży „na Dubni”. Dubeň, pod Dubňom, na Dubni… Te odmiany słowackie są totalnie nieintuicyjne. W Polsce przecież, gdybyśmy mieli górę o nazwie Dubień, to bylibyśmy na Dubniu, a stadion byłby pod Dubniem… Dobra, fatalny przykład podałem, też nieintuicyjny, bo oparłem się o miejscowość Lubień w Małopolsce. Nieważne.
Wieża ma wiele schodków, a posadzka jest metalowa z prześwitami. W dolnych partiach jest otoczona drewnianymi listwami, wyżej natomiast już tego odsłonięcia brak. Wchodzę na samą górę i zaraz pojawia mi się oczekiwany widok.
Nie przypominam sobie tak efektownego ujęcia na miasto z wieży widokowej, co wynika oczywiście z bliskości do miasta. Akurat na Chełmcu wieża, gdy byłem tam wielokrotnie, była zawsze zamknięta. Być może tam mogłoby być takie wrażenie, choć Żylina mi się na oko wydaje większa od Wałbrzycha, choć z tego co czytam – powierzchnia jest podobna. Może jakaś gęstość zabudowań jest większa, nie wiem. W każdym razie… nie znam tego widoku z wieży. Ewentualnie podobna bliskość jest też wieży na Miejskiej… przepraszam Chłopskiej Górze nad Limanową. Tyle, że Limanowa jest już mniejsza. I mniej mieszkańców może przez to oburzać się nazywaniem wspomnianej góry „miejską”.
Widok jest przepiękny. Rozległe miasto, a wokół góry. Przede wszystkim Żylina jest… biała. To ta kolorystyka głównie dominuje w panoramie miasta. Sprawia to takie „czyste” wrażenie. Ta czystość blednie, gdy na zoomie aparatu robię zbliżenie na mój Hotel Slovakia. Skądkolwiek na niego nie spojrzysz, stwierdzisz jedno – socjalistyczny moloch. Widać najważniejsze punkty miasta. Jest i stacja kolejowa Žilina. No i oczywiście centrum wieczornych wydarzeń – stadion pod Dubňom, czyli obiekt MŠK Žilina. Jak było widać wieżę z dołu, tak logicznie rzecz ujmując, widać teraz stadion z wieży.
Nawet i stąd można dostrzec herb GKS wyświetlający się na telebimie. Taki widok na stadion kojarzę jedynie z Bielska-Białej, gdzie świetnie obiekt Podbeskidzia widać z Gaików w Beskidzie Małym. Prawdopodobnie mogłem też podziwiać go z wieży na Szyndzielni, ale przyznam, że nie mam tego w pamięci. A z Szyndzielni na Klimczok to już dosłownie o krok.
Tragedii z wiatrem nie ma, choć kurtka się przydaje. Ktoś zaznaczył swoją obecność, jako fan MŠK Žilina na jednej barierce. Miłość do piłki jest wszechobecna.
Schodzę. Tu już trzeba bardziej uważać, żeby nie wywinąć orła. Idzie się dużo szybciej i sprawniej niż wchodzenie, choć w tych kilku stromych miejscach muszę rozważnie stawiać kroki. Po drodze mijam jakiegoś słowackiego jegomościa, który coś do mnie gada, ale ja mu tylko odpowiadam, że już niedaleko i widok jest piękny.
Zmierzam z powrotem do centrum. Na drodze z okolic Budatína zwraca moją uwagę billboard bukmachera z imprezą „MS 2026”. Chyba chodzi o Mundial. I dziwi mnie to, bo jakkolwiek skrót MŚ2026 był czasem używany tak jak LM czy LE, to w takich oficjalnych miejscach, wydawnictwach itd., raczej się z nim nie spotykałem. Bywało Mundial, World Cup, Mistrzostwa Świata. Ale taka konfiguracja, choć niezupełnie obca, wydała mi się dziwna. Słowacji, podobnie jak Polski zabrakło na Mundialu, więc były piłkarz MŠK Žilina Milan Škrinjar musiał się obejść smakiem i zadowolić rywalizacją z Górnikiem Zabrze w kwalifikacjach… LM.
Jestem już dość mocno głodny, więc myślę tylko o jedzeniu. Ruszam w kierunku centrum tą samą trasą, co przyszedłem. Mijam w niedalekiej odległości stadion. Mimo czterech godzin do meczu policja już w dużej liczbie obstawia. Ulica prowadząca do obiektu jest już dawno zamknięta. Radiowozów masa, gromadzą się pod wiaduktem. Nie nazwałbym tego, że jest jakaś atmosfera wielkiego napięcia, ale jednak ta liczba dziwi mocno.
Dochodzę do Placu Mariańskiego. Tutaj w każdym kornerze, ale nie tylko, grupka policji. W uliczkach prowadzących do rynku również. To już jest totalnie dziwne, bo ani wcześniej, ani teraz, ani potem, nie widziałem ani jednego kibica GieKSy. A wygląda to tak, jakby spodziewali się, że fani z Katowic przyjadą kilka godzin wcześniej, obstawią wszystkie knajpki i będzie trzeba pilnować porządku. A potem jakiś przemarsz. Nic takiego nie ma miejsca. Pewnie myśleli, że będzie powtórka sprzed roku, gdy – jak na jakimś filmiku widziałem – kibice Rakowa w dużej liczbie byli w centrum Żyliny, śpiewali i w ogóle.
Czas mnie powoli zaczyna gonić, więc nie kombinuję z lokalnymi specjałami, ale i tak łapię się na coś nietypowego. Wchodzę do smash-burgerowni, a mają akurat jakąś specjalną kanapkę z ziemniaczaną bułką – w środku już dość typowo, ser, bekon, sałata i wymyślili sobie sos… Big Tasty. Zamawiam i zasiadam w oczekiwaniu.
Jako że robota przy GieKSa.pl jest solidna, a nie ma czasu do stracenia, to najpierw tutaj, a potem na stadionie robię newsa o… sędzim na Wiśle – Łukaszu Kuźmie. Jak się później okaże, byłem bardziej skrupulatny niż ten gagatek z Białegostoku, który VAR-ował sytuację ponad osiem minut, do tego było kilka zmian, a on doliczył w Krakowie tylko cztery minuty. Ale to zupełnie osobna historia.
Jedzonko dobre, ale jakoś bardzo nie zachwyca. Jedynie sos majonezowo-parmezanowy kozaczek. Już jak go skończyłem, to wylizałem do końca, bo tak dobry był. W międzyczasie do knajpy weszła policja, też chcieli chyba coś zjeść, ale zrezygnowali. Po strawie wracam na kwaterę, oporządzić się trochę i już wyjść stricte na mecz.
***
Pierwszych kibiców widzę po przejściu pod wiaduktem kolejowym. To ktoś wychodzi z Lidla, przechodzą przez ulicę, śpiewają. Jest spokój, nikt nikogo nie prowokuje, policja sobie stoi i obserwuje. Pełna kulturka. Ja kieruję się do recepcji Holiday Inn, stanowisko z akredytacjami jest już gotowe. Dobrze, że dotarł do nas przewodnik medialny, dzięki któremu wszystko było wiadomo co i jak. W ogóle fajnie – wzorem innych klubów – została rozwiązana kwestia akredytacji. Nasz klub zbierał zgłoszenia, a potem wysyłał do Słowaków i ten przewodnik również dotarł do nas tą drogą. Bardzo to ułatwiło sprawę.
Kieruję swoje kroki ku stadionowi. Jakieś 2-3 kobiety idą i jedna z nich ma czarną koszulkę z dużym napisem na plecach „Bzdyl”. Zapewne jakaś rodzina Fabiana, takie obrazki dość często są spotykanie na stadionach. W każdym razie sympatycznie. Tuż po wejściu jestem poczęstowany mini kanapką z jakąś pastą – taka degustacja. Jedna była z tuńczykiem – to nie biorę, ta druga jakaś różowa nie wiem z czym była, ale konsumuję.
Ujrzałem nasz autokar i kierowcę pana Bogdana przy nim. Zamieniamy kilka słów – pan Bogdan mówi, że to był rekordowo krótki przejazd z hotelu pod stadion. Nie da się ukryć, bo odległość wynosi tam chyba jakieś dwieście metrów. No ale dziwnie by to mimo wszystko wyglądało, gdyby zawodnicy tachali cały sprzęt te dwieście metrów. Więc podjechali. Pięknie prezentuje się ten nasz autobus na europejskiej arenie. Chwilę wcześniej stał i autokar Žiliny. W tym samym czasie na stadion wchodzi też prezes Sławomir Witek, więc witamy się. I z tego wszystkiego zapominam… zrobić zdjęcie naszego autokaru. Wybaczcie.
Elewacja stadionu kompletnie stadionu nie przypomina. Ot taki budynek z popularnymi dzisiaj zakolami. O tym, że jest to obiekt sportowy przypomina herb klubu oraz mapka stadionu. W każdym razie schludnie, choć skromnie i trochę staroświecko. Wchodzę bez problemu.
Zaraz po wejściu do budynku klubowego widzę coś, co bardzo, bardzo mi się podoba. Sala konferencyjna nie jest salą, tylko przedłużeniem takiego szerokiego korytarza – jest to świetne rozwiązanie, bo mimo, że nie przepadam za takimi „wolnymi” salami, to tutaj jest ona wciśnięta, a jednocześnie przestronna. To po prawej. Po lewej cała mixed zona, ścianka do wywiadów. Jest też taki pokoik do pracy dla mediów. I od razu wyjście na trybunę prasową, tak, że idąc wprost, po 10 sekundach od wejścia do klubu jesteś już na prasówce. Zero szukania, zero dopytywania, wszystko jak na dłoni. Logistyczny majstersztyk i funkcjonalność doskonała. Na wielu stadionach w Polsce było tak, że trybuna prasowa była bardzo odległa od sali konferencyjnej, była w ogóle na zupełnie innym piętrze (i to różnica kilku pięter), trzeba szukać, a nie zawsze wszystko jest dobrze oznakowane.
A zanim wejście się na sektor stricte prasowy, to jest też wejście dla drugiego pokoju dla mediów. Tu już miejsce szału nie robi, ale też jest wszystko, co potrzeba. W końcu też spotykam znajome twarze, przyjechała reszta ekipy z GieKSa.pl, są też dziennikarze ze Śląska.
Jestem pojedzony, więc na cateringu mi bardzo nie zależy. Przykuwa jednak moją uwagę lodówka z jakimiś jogurcikami. Widzę, że ludzie się tym zajadają. Okazuje się, że są to gotowe dania, jako jakieś pasty czy sałatki. Są do wyboru rybne lub jedna z szynką. Do tego bułeczka. No i wiadomo, herbata, kawa. Nie decyduję się, ale też nie wykluczam, że później skorzystam. Na drzwiczkach lodówki jest napis wiele mówiący – mňam, czyli mniam.
Idę na trybunę i już trzeba przygotowywać się do meczu. Schodzą się dziennikarze, komentatorzy polscy (Aleksander Roj i Kazimierz Węgrzyn) oraz słowaccy, którzy pytają nas o wymowę nazwisk polskich zawodników. Jest też reporter Rafał Kędzior. Ale prawdziwy reporter, a nie taki jak Michał Kołodziejczyk na Klasyku.
Obok nas siedzi też znany Twitterowicz Buckaroo Banzai, który wypowiadał się dla GieKSa.pl o klubie z Żyliny, gdyż zna go jak mało kto w Polsce. Chwilę rozmawiamy, podsuwa nam kilka ciekawostek, to o tym, jak Žilina jest budowana na młodych zawodnikach czy o tych… jogurcikach/sałatkach. Okazuje się, że są one z firmy właściciela klubu Josefa Antošíka, czyli holdingu Preto Group. Wcześniej niektóre dania były pod szyldem PRETO Ryba Žilina, a niektóre Radoma i Treska Žilina. I tutaj wszystkie te nazwy można było dostrzec. Także zagadka została rozwiązana, pan Antošík po prostu dzieli się swoim dobrem.
Kibice powoli się zbierają, a sektor czy raczej trybuna gości – wypełnia się. Jest to coś innego, znamy w Polsce te stadiony, wiadomo na niektórych jesteśmy dopiero od awansu do ekstraklasy, czasem przyjdzie jakaś egzotyka w Pucharze Polski. Ale tu już gramy poza granicami naszego kraju. Jest to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju.
Jest gra świateł, wyczytywanie składów. Wcześniej jakiś konkurs dla dzieci na najgłośniejszy okrzyk. W końcu sędzia szwajcarski wyprowadza piłkarzy na boisku.
Mamy swoją radość szybko, bo już w szóstej minucie. Wydaje się, że jest pięknie, że jest łatwo. Oj pamiętam taki moment… Gdy w sezonie 2016/17 GKS grał pierwszy mecz wiosny na wyjeździe z Chojniczanką. Wtedy mieliśmy terminarz Chojniczanka (wyjazd), Stomil (dom) i Zagłębie Sosnowiec (wyjazd). Czyli dwa starcia wyjazdowe z bezpośrednimi rywalami do awansu. I szybko w Chojnicach prowadziliśmy 2:0, a ja sobie pomyślałem, że za łatwo nam ten awans przychodzi… Zremisowaliśmy 2:2, potem tak samo ze słabym Stomilem i przegraliśmy w Sosnowcu mecz, który do przerwy powinniśmy wygrywać 3:0. A potem była cała wiosna z traumatycznym Kluczborkiem na koniec…
Tutaj mniejszy kaliber tego wszystkiego, ale gra po zdobyciu bramki się psuje. Nasi zawodnicy popełniają proste błędy, tracą piłki na swojej połowie, rywal ma sytuacje. W końcu Alan Czerwiński faule – rzut karny i gospodarze doprowadzają do wyrównania.
Nie przeszkadza to kibicom GieKSy, którzy w liczbie dwóch tysięcy tworzą żółtą trybunę i kapitalnie dopingują. Na początku meczu jest hymn, potem „Naprzód GieKSiarze”, podczas którego pada bramka.
Do przerwy 1:1. Chwila wytchnienia. Rozczarowanie grą, ale też nie biadolimy na jednak niezły wynik. Schodzę do pomieszczenia dla mediów się posilić. Rybnych dań w tym stylu nie lubię, więc biorę sałatkę, taki szałot z szynką. I okazuje się, że to danie jest mega smaczne. Do tego wyczuwalnie pikantne. Gdybym miał takie danie, takiej jakości w Polsce – jadłbym. Świetna sprawa na mały głód.
Druga połowa rozpoczyna się od utraty bramki. Tu już zaczyna się robić niedobrze. Rafał Górak robi zmiany, wydaje się, że nieco za późno, bo tu już w przerwie prosiło się o roszady. Od zmian GKS gra lepiej. Zaczyna znów podchodzić pod pole karne, stwarza sobie sytuacje, choć może nie bardzo klarowne. Aktywny jest Adam Zreľák, żywotność wprowadza Eman Marković. Jakość w środku pola podnosi Bartosz Wolski. Ostatecznie jednak przegrywamy ten mecz 1:2.
Szybka nagrywka i czas schodzić na konferencję. Wiadomo, tutaj jest to bardziej skomplikowane, bo trzeba tłumaczyć, więc jeszcze do końca nie wiemy, co w jakiej kolejności. Jest na miejscu tłumacz – dedukuję, że Słowak, bo choć świetnie mówi po polsku, to drobne elementy go demaskują. Chcę zadać kilka pytań trenerowi Górakowi, ale ostatecznie każde pytanie i odpowiedź jest tłumaczona na bieżąco. W rytmie pytanie i odpowiedź, tłumaczenie, następne pytanie i odpowiedź.
Zabawnie jest na konferencji Pavola Staňo. Zabawnie, choć nikt z taktu się nie śmiał. Tłumacz bowiem bardzo precyzyjnie i perfekcjonistycznie podszedł do swojej pracy. Rzecznik Žiliny bowiem powitał, oddał głos trenerowi, trener się wypowiedział. I pewnie wystarczyłoby, aby tłumacz po prostu przetłumaczył wypowiedź szkoleniowca. A tymczasem tłumacz:
„Szanowni państwo, dobry wieczór, witam serdecznie na konferencji prasowej po meczu drugiej rundy eliminacji do Ligi Konferencji UEFA pomiędzy MSK Żilina i GKS Katowice. Poproszę o ocenę meczu trenera Pavla Stano. Drodzy państwo, dobry wieczór…”.
Sam decyduję się zadać pytanie trenerowi Słowaków, czy widział jakiś mecz GieKSy w poprzednim sezonie. Potwierdza, że był na spotkaniu pierwszej kolejki na Nowej Bukowej z Rakowem, z którym Žilina zaraz miała grać w pucharach.
Konferencja się kończy i większość dziennikarzy się rozchodzi lub rozjeżdża. Chłopaki zaraz zbierają się i wracają do Katowic. Robimy jeszcze swoje materiały. Po tym niestety przegranym meczu. Jeszcze rzut oka na nocny i opustoszały stadion. Na herb Žiliny. I malowidło rodem z testów projekcyjnych Rorschacha. Choć nam nie było do śmiechu.
Ja wracam nocnymi uliczkami na piechotę do hotelu. Ulice są wyludnione, na Placu Mariańskim już nie ma żywej duszy. Czasem gdzieś przejedzie taksówka. Formalnie jest już piątek. Na kwaterze jestem kilkanaście minut po północy. Spać nie idę, tylko robię jeszcze swoje materiały, kończę konferencję, piszę newsa o tym, że Hapoel wygrał w pierwszym meczu z Łudogorcem.
***
Rano śniadanie i jeszcze ostatni rzut oka na ten cudowny hotel. Czas wsiadać w samochód i ruszać do Polski.
Mogę w świetle dziennym zobaczyć tę trasę, którą jechałem dwa dni wcześniej. Nie powiem, jest urokliwa i malownicza i rzeczywiście jest to górski przejazd. Po niskich górach, Beskidach Kysuckych, ale jednak. Piękna droga, choć znów trzeba było kombinować z wymijaniem tych jadących z naprzeciwka.
Wyjazd mój kończy się koło południa, gdy docieram do Katowic. Pierwszy wyjazd na mecz europejskich pucharów. Mimo porażki mam nadzieję, że odrobimy straty u siebie i czeka mnie kolejna przygoda. A czy tak będzie? Czytając ten felieton już wiecie, jak potoczyły się dalsze losy GKS Katowice w Europie.





































































































































Fjodor
2 sierpnia 2022 at 12:35
Kto napisał ten tekst w „Sporcie”? M. Grygierczyk? Powiedziałbym nawet, że dość wyważony…