Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Tygodniowy przegląd mediów: GKS wykorzystał dołek Warty, zagrał bardzo dobrze i wygrał

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.

Przygotowująca się do rundy rewanżowej drużyna kobiet, rozegrała w środę sparing z Rekordem Bielsko-Biała, wygrywając 6:0 (0:0). W następnym test-meczu w sobotę zespół pokonał Śląsk Wrocław 5:3 (3:3). Drużyna męska, w zakończonym zgrupowaniu w Turcji rozegrała dwa sparingi, wygrywając z Metalistem Charków 1:0 (1:0), po golu Jakuba Araka oraz remisując z duńskim Vendsyssel FF 0:0.

Siatkarzom w minionym tygodniu wygrali z Aluron CMC Wartą Zawiercie 3:0. Kolejne spotkanie drużyna rozegra szóstego lutego z Cuprum Lubin. Z drużyną rozstał się Tomas Rousseaux, kontrakt rozwiązano za porozumieniem stron.

W minionym tygodniu hokeiści rozegrali dwa spotkania, w których GieKSa raz wygrała i raz przegrała. W pierwszym spotkaniu zespół przegrał z Cracovią 1:4 i w niedzielę wygrał z GKS-em Tychy 4:1. W rozpoczętym tygodniu drużyna zagra (we wtorek, u siebie) z JKH GKS-em Jastrzębie oraz w piątek (wyjazd) z Ciarko STS Sanok. Najprawdopodobniej do drużyny dołączy Robert Mrugała z Podhala Nowy Targ.

 

PIŁKA NOŻNA

kobiecyfutbol.pl – Do przerwy 0:0, po niej już pogrom. Liderki ekstraligi rozbiły wiceliderki i ligi

W rozegranym w środę, 25 stycznia meczu sparingowym GKS Katowice rozbił Rekord Bielsko-Biała aż 6:0. Hat-trickiem w tym pojedynku popisała się Amelia Bińkowska.

Początek starcia rozgrywanego na boisku Ośrodka Sportowego Kolejarz w Katowicach wcale nie zwiastował pogromu. Podopieczne Karoliny Koch miały przewagę, której jednak nie potrafiły potwierdzić otwierającym trafieniem. Worek z bramkami rozwiązał się dopiero po przerwie.

Jako pierwsza do siatki trafiła w tym pojedynku Amelia Bińkowska. Najlepsza strzelczyni “GieKSy” w tym sezonie z bramki cieszyła się w 52. minucie po dograniu Klaudii Maciążki. Nie minęło wiele czasu, a 20-letnia napastniczka pokonała Natalię Majewską po raz drugi, tym razem po rzucie rożnym. W 63. minucie GKS świętował następne trafienie. Katowiczankom pomogła jedna z rywalek, która pokonała własną bramkarkę. Hat-tricka Amelia Bińkowska skompletowała dziesięć minut później.

W końcówce spotkania liderki Orlen Ekstraligi nie miały zamiaru zmniejszać tempa gry, czego dowodem były kolejne dwa trafienia. W 80. minucie z bramki cieszyła się Joanna Olszewska, natomiast końcowy rezultat na 6:0 ustaliła pięć minut później Patrycja Kozarzewska.

Był to drugi tegoroczny sparing GKS-u Katowice. W pierwszym piłkarki Karoliny Koch zremisowały 1:1 z czeskim 1. FC Slovácko. Wiceliderki I ligi natomiast właśnie wczorajszym starciem kontrolnym rozpoczęły tegoroczną rywalizację. Obie te drużyny kolejne sparingi rozegrają już w najbliższą sobotę, 28 stycznia. Katowiczanki zagrają ze Śląskiem Wrocław, a “biało-zielone” zmierzą się z AZS UJ Kraków.

– Trzy „prezenty”, trzy gole stracone w krótkim odstępie czasu, wystarczyły aby cała gra się posypała. Mecz uwypuklił nasze błędy w grze obronnej i braki jakościowe. Ale nie ma tego złego…. Wyciągniemy wnioski z tej surowej lekcji. – powiedział po wczorajszym spotkaniu trener bielszczanek Mateusz Żebrowski cytowany przez oficjalną stronę klubu.

 

slaskwroclaw.pl – Lider lepszy od WKS-u

Za piłkarkami Śląska Wrocław kolejny trudny mecz sparingowy. Podopieczne Piotra Jagieły mierzyły się z aktualnym liderem Orlen Ekstraligi, GKS-em Katowice i choć był to tylko sparing, to mecz był wyrównany i nie brakowało w nim efektownych akcji i bramek. Ostatecznie wrocławianki musiały uznać wyższość mistrzyń jesieni, przegrywając 3:5.

Kolejny test wrocławianek w tym okresie przygotowawczym był małą okazją do rewanżu za porażkę w meczu ligowym z GKS-em. Katowiczanki w listopadzie wywiozły ze stolicy Dolnego Śląska pełną pulę i teraz też znakomicie zaczęły mecz, bo już po pięciu minutach prowadziły 2:0.

Odpowiedź WKS-u była natychmiastowa i dość… niecodzienna. Joanna Wróblewska strzeliła bowiem gola bezpośrednio z rzutu rożnego! Wrocławianki wyrównały za sprawą Karoliny Ostrowskiej, ale kilka chwil później Gieksa znów objęła prowadzenie. Jeszcze w pierwszej połowie Śląsk raz jeszcze doprowadził do remisu, a na listę strzelczyń wpisała się Karolina Ostrowska.

W drugiej połowie zarysowała się przewaga przyjezdnych, co miało przełożenie na kolejne bramki. Ostatecznie katowiczanki po strzeleckim spektaklu wygrały na Kłokoczycach 5:3.

 

sportdziennik.com – Wygrana z Metalistem

W tureckim Side, czyli 60 km od Lary, gdzie przebywa od ponad tygodnia na zgrupowaniu, GieKSa pokonała w środę Metalist Charków, czyli 11. drużynę ukraińskiej ekstraklasy.

Jedyny gol padł w 17 minucie. Mateusz Marzec uruchomił Grzegorza Rogalę, ten wygrał pojedynek na lewej flance i płasko dośrodkował, a do siatki piłkę wpakował Jakub Arak. Na „kołyskę” katowiczanie poczekają do ligi, a należeć się będzie Arkadiuszowi Jędrychowi. Kapitanowi katowickiej drużyny w poniedziałek urodziła się córeczka Ada, dlatego tego dnia na kolację wjechał tort i odśpiewano „sto lat”. Jutro katowiczanie mają w planach spotkanie z Vendsyssel FF, 4. zespołem zaplecza duńskiej ekstraklasy.

 

Skandal w Turcji. Sparing GieKSy był ustawiony?!

Już w 55. minucie decyzją obu drużyn zakończył się piątkowy sparing GKS-u z duńskim Vendsyssel FF (0:0), rozgrywany w Turcji, gdzie katowiczanie przebywają na zgrupowaniu. Sędziowanie było skandaliczne i ukierunkowane na bezbramkowy rezultat.

Czy w ostatnim sparingu GieKSy zaplanowanym na czas zgrupowania w Turcji partycypowała bukmacherska mafia?! Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ale są poważne przesłanki, by nie wykluczać takiego scenariusza. W kontekście spotkania rozgrywanego w Kumkoy (12 km od Lary, gdzie stacjonują katowiczanie) plotkowało się, że pewnej grupie zainteresowanej nim postronnych osób zależało na bezbramkowym remisie.

„Sędzia kpina. Ustawka 100 procent. Sędzia z brzuchem gwizdał wszystko, co się da, żeby tylko nie padła bramka” – pisał na Twitterze wzburzony Tomasz Włodarek, drugi trener GKS-u.

Sparing, transmitowany przez klub z Bukowej na YouTube, zakończył się już w 55. minucie przy stanie 0:0. Vendsyssel FF – czwarta drużyna zaplecza duńskiej ekstraklasy – zdobyła bramkę po długim zagraniu obrońcy, przejęciu piłki przez napastnika i wykorzystanej sytuacji sam na sam. Defensorzy GieKSy nawet nie protestowali, nie podnosili w odruchu bezwarunkowym rąk, ale turecki sędzia główny – bez uniesionej wcześniej chorągiewki jego asystenta – nie uznał gola z powodu spalonego.

– Po zdobyciu nieuznanej bramki – już drugiej – Duńczycy zdecydowali, że schodzą z boiska. Trudno było ich zawrócić, bo sparing wyglądał momentami naprawdę kuriozalnie – opowiada Robert Góralczyk, dyrektor sportowy pierwszoligowca z Katowic. Któryś z zawodników GieKSy widząc wzburzenie rywali powiedział: „Dajcie im strzelić, niech idą od połowy”, ale gra nie została już wznowiona.

W obozie GieKSy nieoficjalnie opisywano nam, że niemal każda piłka zmierzająca w stronę pola karnego kończyła się spalonym, łącznie odgwizdano ich kilkanaście.

– Od początku mecz obfitował w wiele kontrowersyjnych i wydaje się, że po prostu błędnych decyzji, zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Związane były ze spalonymi, rzutami rożnymi, innymi stałymi fragmentami. Z czego to wynikało, nie będziemy rozstrzygać, ale nie chce się grać w takich meczach. To niedobre chwile piłki – nie kryje dyrektor Góralczyk.

Na nasze pytanie, czy GKS będzie składał oficjalne zawiadomienie do FIFA dotyczące match-fixingu, prosi jeszcze o cierpliwość, bo sprawa jest świeża i wymaga konsultacji.

Skontaktowaliśmy się też z duńskim klubem. Linię Steffensę, panią menedżer ds. komunikacji i marketingu Vendsyssel FF, zapytaliśmy o oficjalne stanowisko, dlaczego drużyna zeszła z boiska przed czasem i czy poinformuje FIFA o tym, co zaszło.

– Przerwaliśmy grę z powodu wyładowań atmosferycznych, grzmotów. Mamy trochę złych doświadczeń z Danii i nie chcieliśmy ryzykować – odpisała „Sportowi” Steffensa, ale choć pogoda tego popołudnia rzeczywiście była odrobinę kapryśna, trudno nam potraktować tę odpowiedź jako coś innego niż typową dla lewicowej Skandynawii polityczną poprawność.

– Nie była to bezpośrednia przyczyna, choć rzeczywiście przyszła wichura – nawiązuje do pogody Robert Góralczyk, a wracając do wydarzeń sparingowych dodaje: – Ta sytuacja to wielki policzek również dla organizatorów (zgrupowania i sparingów GieKSy – dop. red.). Nie przynosi im to chwały. Wiadomo, że nikt nie chce brać udziału w meczach tak źle sędziowanych. Wiele stron będzie chciało tę sprawę na przyszłość wyjaśnić. Nie wyobrażam sobie, by miało nam się to jeszcze kiedyś zdarzyć. Po to organizuje się obóz, przylatuje do Turcji, by jak najefektywniej wykorzystać ten czas. Pierwszy sparing (2:0 z Szachtarem Donieck U-19 – dop. red.) sędziowali nam Polacy. Środowy z Metalistem Charków (1:0 – dop. red.) – Turcy i było w porządku. Tym razem wyszło inaczej, a nie tylko ten nasz mecz był pełen kontrowersji. To był niedobry dzień – nie kryje dyrektor GieKSy, która w sobotę wróci do kraju.

Po sąsiedzku w oparach skandalu toczył się bowiem sparing Wisły Kraków z LASK Linz. Mateusz Miga, dziennikarz TVP Sport, nasz były redakcyjny kolega, alarmował na Twitterze, że mecz prawdopodobnie jest ustawiony i ma paść w nim więcej niż 3,5 gola. „Biała gwiazda” prowadziła do przerwy 1:0 po kontrowersyjnym karnym wykorzystanym przez Luisa Fernandeza. Na giełdach zakładów bukmacherskich w Azji stawiano stawki niespotykane jak na tego typu spotkania kontrolne. Jarosław Krzoska, kierownik Wisły, przyznawał, że „to, co robi ten sędzia, to żart”. Wyciągnął z kapelusza jeszcze jednego karnego, na czym tym razem skorzystał trzeci zespół austriackiej Bundesligi, a w końcówce finalizując kontrę sprawił, że rzeczywiście padło więcej niż 3,5 gola.

Krakowski klub wystosował oświadczenie: „Dostrzegając szereg skandalicznych decyzji sędziowskich w meczu Wisły Kraków z LASK Linz, trener Radosław Sobolewski przerwał mecz, zebrał drużynę na murawie po podyktowanym rzucie karnym dla rywala i poprosił o dokończenie jednostki treningowej, a także o zapanowanie nad nerwami. Przeciwnicy także optowali za takim rozwiązaniem. Ufamy, że międzynarodowe instytucje nadzorujące prace arbitrów przyjrzą się temu spotkaniu. Klub przekazał organizatorowi obozu swoje stanowisko w tej sprawie”.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Tomas Rousseaux rozstał się z GKS-em Katowice

Kontrakt przyjmującego Tomasa Rousseaux z GKS-em Katowice został rozwiązany za porozumieniem stron. Na razie nie wiadomo, gdzie dokończy sezon belgijski przyjmujący.

W sezonie 2022/2023 Tomas Rousseaux wystąpił w 19 spotkaniach ligowych, w których zdobył 167 punktów. Belgijski siatkarz reprezentował barwy katowickiego klubu w sezonach 2018/2019 oraz 2021/2022.

 

GKS wykorzystał dołek Warty, zagrał bardzo dobrze i wygrał

Siatkarze GKS-u Katowice przerwali długą serię porażek. Ekipa trenera Słabego we własnej hali zmierzyła się z zawiercianami, od początku im się przeciwstawiła i po bardzo dobrej grze wygrała. Katowiczanie zgarnęli w tym starciu komplet punktów i nie stracili seta.

Po krótkiej grze punkt za punkt jako pierwsi na dwa oczka odskoczyli gospodarze (6:4), które powiększyli asem serwisowym Jakuba Jarosza (10:7). Tym samym chwilę później popisał się Gonzalo Quiroga i GKS prowadził już 12:8. Katowiczanie skutecznie atakowali, dobrze ustawiali się w obronie, a problemy z tym mieli gracze z Zawiercia. Pewnie atakował Jakub Szymański czy też Jarosz (17:14), ale w końcu rywalom udało się zmniejszyć straty (16:18). Kontra GKS-u ponownie pozwoliła mu odskoczyć (21:17). Dobre akcje Dawida Dulskiego dały jeszcze nadzieję gościom (22:24) i to właśnie on zakończył długą wymianę (23:24), ale zepsuty serwis zakończył tę część meczu.

Kolejna na początku toczyła się punkt za punkt, dobra gra blokiem Miłosza Zniszczoła pozwoliła zawiercianom prowadzić 8:7. Nie na długo, gdyż szybko udanymi akcjami odpowiedział Szymański oraz Marcin Kania. Kolejna kontra GKS-u dała im trzy oczka zaliczki (12:9). Podopieczni Michała Winiarskiego nie pozwalali jednak zbytnio odskoczyć (14:13). Ponownie dobrze funkcjonował blok gości (17:18) i znów zapowiadała się emocjonująca końcówka. W niej lepiej poradzili sobie siatkarze z Katowic, po przytomniej kiwce Quirogi mieli piłkę setową (24:21). Dwie kontry skończył jeszcze Patryk Łaba (23:24), ale mocny atak Szymańskiego doprowadził tę partię do końca.

Trzecia część meczu zaczęła się po myśli ekipy Grzegorza Słabego, która po asie Quirogi prowadziła 4:2. Sytuację na korzyść swojego zespołu odwróciły zagrywki Łaby (5:4). Minimalną zaliczkę katowiczanie odzyskali po bloku, powiększyła ją kolejna „czapa”, tym razem Sebastiana Adamczyka (10:8). Rozpędzony GKS nie zwalniał (14:11), na skrzydle nie zawodził Szymański i Damian Domagała (18:15). Zawiercianie starali się walczyć, piłkę przechodzącą wykorzystał Michał Szalacha (17:18). To miejscowi byli jednak na fali (21:18), mocne serwisy Domagały przybliżały GKS to końcowego triumfu i przerwania fatalnej serii (23:18). Quiroga dał swojej drużynie piłkę meczową (24:18) i to Argentyńczyk zapewnił katowiczanom pierwszą od końca listopada wygraną.

MVP: Jakub Szymański

GKS Katowice – Aluron CMC Warta Zawiercie 3:0 (25:23. 25:23, 25:19)

 

HOKEJ

hokej.net – Cracovia umacnia się na pozycji lidera po wygranej w Katowicach!

GKS Katowice przed własną publicznością musiał uznać wyższość Comarch Cracovii, która dzięki zwycięstwu umocniła się na fotelu lidera i jest coraz bliżej tego, aby zostać najlepszą drużyną fazy zasadniczej.

Sennie rozpoczęło się spotkanie w Katowicach, co przełożyło się na mała ilość stworzonych sytuacji zarówno przez hokeistów GKS-u Katowice, jak i graczy Comarch Cracovii. Dopiero w 9. minucie na lodowisku pojawiły się emocje. Kasperlik zagrywał przed bramkę Johna Murray’a, który chciał schować gumę między parkany, jednak ta wylądowała za jego plecami. Z tego skorzystał Sawicki, umieszczając krążek w siatce, ale sędziowie nie uznali trafienia, ponieważ wcześniej wybrzmiał gwizdek sędziego, który wyraźnie się pośpieszył i od kontrowersji rozpoczęliśmy emocję w „Satelicie”. W 14. minucie na ławce kar wylądował Juraj Šimek i po ośmiu sekundach już mógł udać się w stronę swojego boksu, bo krakowianie wyszli na prowadzenia za sprawąJiříego Guli, który huknął z prawego bulika nie do obrony. Jeszcze przed syreną kończącą pierwszą tercję goście mogli podwyższyć, ale Saku Kinnunen trafił w słupek.

Druga tercja znakomicie rozpoczęła się dla „Pasów”, bo w 24. minucie drugi raz w tej rywalizacji zamienili przewagę liczebną na trafienie. Dokładniej zrobił to Patryk Wronka, który wykorzystał parkany bramkarza GieKSy i odbijając od nich krążek skierował go do bramki. Kolejnego gola krakowianie zdobyli w 33. minucie, którzy wymieniali dużo podań w tercji gospodarzy osłabionych brakiem dwóch zawodników, aż w końcu na strzał po lodzie zdecydował się Saku Kinnunen i krakowianie trzeci raz mogli świętować zdobytego gola. GieKSa zaatakowała mocniej dopiero w końcowych fragmentach i to jej się opłaciło, bo w 39. minucie Mateusz Bepierszcz strzałem z bekhendu zaskoczył Roka Stojanoviča.

Trzecia tercja przypominała pod względem wydarzeń pierwszą, w której oglądaliśmy dużo walki i małą ilość stworzonych sytuacji. Kropkę nad „i” postawił Roman Rác, który zdobył gola do pustej bramki i krakowianie wywieźli z Katowic komplet punktów.

 

Zwycięska passa tyszan przerwana. Derby Śląska dla GieKSy

Po pięciu wygranych meczach z rzędu zawodnicy GKS-u Tychy zaznali goryczy porażki i ulegli GKS-owi Katowice 1:4. W Derbach Śląska nie obyło się bez licznych kontrowersji i bójek, a dwie bramki dla GieKSy zdobył Grzegorz Pasiut.

Tysko-katowickie konfrontacje mają spory ciężar gatunkowy. Nie brakuje w nich twardych starć, walki o każdy centymetr lodu i okazji bramkowych. W niedzielę nie było inaczej. Oba zespoły stworzyły ciekawe widowisko.

Tyszanie przystąpili do meczu bez chorych Emila Bagina, Jouki Juholi i Kamila Wróbla, z kolei zawieszony na jeden mecz za karę meczu został Filip Komorski.

Trener Jacek Płachta nie mógł skorzystać z usług Hampusa Olssona, który z dorobkiem 15 bramek jest jednym z najskuteczniejszych zawodników GieKSy.

Mecz na dobre się nie zaczął, a na ławkę kar powędrowali Roman Szurc i Joona Monto, którzy nieco pokładali się kijami. Po 114 sekundach gry gospodarze rozwiązali worek z bramkami, a na listę strzelców wpisał się Jean Dupuy.

W pierwszej odsłonie więcej z gry mieli podopieczni Andrieja Sidorienki, ale nie zdołali już powiększyć swojego prowadzenia.

Ten mecz był też rywalizacją dwóch świetnych bramkarzy. Tomáš Fučík i John Murray dobrze strzegli swoich posterunków, ale w drugiej odsłonie więcej pracy miał ten pierwszy i to on dwukrotnie musiał wyciągnąć gumę z siatki. W 28. minucie – po koronkowej akcji pierwszego ataku i uderzeniu Grzegorza Pasiuta – mieliśmy remis. A zaledwie 50 sekund później na listę strzelców wpisał się Matias Lehtonen, który przymierzył spod linii niebieskiej, wykorzystując fakt, iż na tyskim bramkarzu dobrze popracował Marcin Kolusz.

Gospodarze musieli się otworzyć i zagrać odważniej w ofensywie. W 47. minucie Fučík dograł do wychodzącego na czystą pozycję Romana Szturca, ale ten nie zdołał pokonać Johna Murraya.

Chwilę później z kontrą wyszli podopieczni Jacka Płachty zadali trzeci cios i zrobili milowy krok w kierunku zwycięstwa. Tyski golkiper zatrzymał szarżującego Matiasa Lehtonena, ale przy dobitce Macieja Kruczka nie miał już żadnych szans.

W 57. minucie trener Andriej Sidorienko poprosił o czas, a chwilę później poszedł o krok dalej i zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza i wprowadzeniem do gry dodatkowego napastnika. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu. Gumę przechwycił Grzegorz Pasiut, który posłał ją do pustej bramki i tym samym ustalił wynik spotkania.

Mrugała o krok od GieKSy. Będą kolejne wypożyczenia?

W poniedziałek do GKS-u Katowice ma dołączyć Robert Mrugała. Doświadczony obrońca TAURON Podhala Nowy Targ zostanie wypożyczony do końca sezonu. Ale to nie wszystko.

Szefostwo ekipy mistrzów Polski chce wzmocnić formację defensywną. Z uwagi na fakt, iż na zagranicznym rynku nie ma praktycznie wolnych obrońców, to postanowiło uzupełnić kadrę na krajowym podwórku.

Zgodnie z naszymi przewidywaniami, ich wybór padł na Roberta Mrugałę, który imponuje dobrymi warunkami fizycznymi (191 cm, 100 kg) i w naszej ekstralidze wystąpił już w ponad 400 spotkaniach. Potrafi grać twardo i ofiarnie, a te cechy są niezwykle istotne w meczach fazy play-off.

Wychowanek „Szarotek” w tym sezonie rozegrał 30 meczów, w których zgromadził 9 punktów za 1 gola i 8 asyst. Na ławce kar spędził 26 minut, a w klasyfikacji plus/minus wypadł na -15.

Przypomnijmy, że GieKSa na podobny ruch zdecydowała się rok temu, gdy wypożyczyła Marcina Kolusza. Ten ruch okazał się niezwykle udany, bo „Kolos” dołożył swoją cegiełkę do zdobycia tytułu mistrzowskiego. Jak będzie z Mrugałą? Tego dowiemy się najpóźniej na początku kwietnia.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Dokąd zmierzacie Szoszoni?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 23 latach GKS Katowice wraca do Europy. Niezwykłym faktem jest to, że trafiając na tak bliskiego geograficznie rywala jak MŠK Žilina, GieKSa zagra w pucharach z przeciwnikiem oddalonym zaledwie jedną czwartą odległości od miejsca, w którym te puchary drużyna sobie w lidze zapewniła. Jeśli Baltika Kaliningrad nie wywalczyła kiedyś pucharów w ostatniej serii gier z Łucz Energią Władywostok, to zapewne próżno szukać takiej sytuacji w annałach europejskiej piłki.

W lidze wyjazd 150 kilometrów kwalifikujemy jako nie najbliższy, ale bliski. Przecież to mniej niż choćby do Wrocławia, a przecież tam to jest szast prast i jest się na miejscu. Tak więc logistycznie wypadło dla GKS idealnie – brak konieczności lotu, a i dla kibica jest to wycieczka bardzo łatwa. Pamiętajcie tylko, że jeśli będziecie przekraczać granice w Zwardoniu, to odcinek autostrady D3 (Skalite – Svrčinovec) jest zamknięty i trzeba jechać wioseczkami i miasteczkami m.in. przez Oszczadnicę. Wiadomo – jeśli chodzi o przygodę dla kibiców, to lepszy byłby Hajduk, ale przygody zostawmy sobie po prostu na następne rundy.

MŠK Žilina to drugi po Slovanie Bratysława najbardziej utytułowany klub Słowacji. Został założony w 1908 roku pod węgierską – w wyniku madziaryzacji – nazwą Zsolnai Testgyakorlók Köre (Klub Gimnastyczny w Żilinie). Później nazwa zmieniana była kilkukrotnie, choć w latach 1919-1948 była bliska obecnej – ŠK Žilina. Zresztą tak samo nazywał się w latach 1990-1995 i właśnie wtedy dodana została literka „M”, czyli „Miejski”. Pierwsze sukcesy klub odniósł w latach 1928 i 1929 w nieoficjalnych rozgrywkach zdobywając Mistrzostwo Słowacji. To był czas, kiedy istniała Czechosłowacja i był okres, w którym najlepsze drużyny słowackie grały w fazie play-off o mistrzostwo łączonego kraju. W omawianych latach nie miało to jednak miejsca.

W lidze czechosłowackiej zespół grał przez 30 sezonów, a najwyższym miejscem z tamtego czasu było czwarte w sezonie 1946/47. Wielkimi zgłoskami zapisał się początek lat 60. W pierwszej w historii edycji Pucharu Czechosłowacji ówczesne Dynamo Żilina dotarło aż do finału, gdzie w Ołomuńcu uległo praskiej Dukli 0:3. Jako, że Dukla zdobyła mistrzostwo, Słowacy dostali przepustkę do Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam to zrobili niemałą furorę, dochodząc aż do ćwierćfinału, choć były to czasy, że aby dotrzeć na ten szczebel wystarczyło przejść… jedną rundę.

W dwumeczu Żilina trafiła na grecki Olympiakos. W pierwszym meczu w Pireusie goście mimo dwukrotnego tracenia prowadzenia, w 87. minucie jednak dopięli swego, gdy Julius David po raz trzeci trafił do siatki. W rewanżu Słowacy wygrali 1:0 po golu Vladimira Pisarika.

Prawdziwa bomba miała miejsce w ćwierćfinale. Dynamo trafiło na broniącą pucharu Fiorentinę i w pierwszym meczu to właśnie klub z Żiliny sensacyjnie wygrał to spotkanie 3:2, wprawiając w osłupienie byłego wicemistrza świata, węgierskiego trenera Nandora Hidegkutiego, mającego swego czasu swój epizod na ławce w… Stali Rzeszów. W rewanżu jednak faworyt odrobił straty i wygrał 2:0.

Ciekawostka! Bramkarzem Żiliny w tych spotkaniach był zawodnik nazywający się… František Plach. Tak, to nie przypadek – był to dziadek obecnego golkipera Piasta Gliwice, mającego to samo imię, co świadczy, że była to persona poważana i szanowana w rodzinie. Kontuzjowanemu od marca wnukowi słynnego dziadka życzmy dobrej rekonwalescencji i dalszego dochodzenia do siebie po marcowym urazie kolana.

W nowożytnej historii, czyli grze już w stricte w lidze słowackiej – po rozpadzie Czechosłowacji – MŠK Žilina odniosła sporo sukcesów. Siedmiokrotnie zdobyli mistrzostwo, choć pięć z tych tytułów przypadło na pierwszą dekadę XXI wieku. Dodatkowo dwukrotnie zdobyli Puchar Słowacji i cztery razy byli finalistą. To właśnie zdobycie pucharu w tym roku dało piłkarzom Pavola Staňo przepustkę do kwalifikacji Ligi Europy.

Pavol Staňo to postać w polskiej piłce aż nadto znana. Jako piłkarz rozegrał aż 243 mecze w ekstraklasie i zdobył 23 bramki. Występował w Polonii Bytom, Jagiellonii, Koronie, Podbeskidziu i Termalice.

W XXI wieku Słowacy zagrali niezliczoną ilość spotkań w europejskich pucharach. Raz nawet awansowali do Ligi Mistrzów, gdy w decydujących bojach dwukrotnie wygrali ze Spartą Praga, ale w grupie już poszło im fatalnie – przegrali wszystkie sześć meczów, a z Marsylią polegli u siebie aż 0:7. Jeśli chodzi o pojedynczy mecz to na pewno słowaccy kibice wspominają triumf na Villa Park w 2008 roku, kiedy to niedoceniany przybysz z Europy środkowej wygrał z Aston Villa 2:1, co oklaskiwał z ławki trenerskiej dobrze znany w Polsce Dusan Radolsky. Co ciekawe Żilina, która teraz przecież przegrała dwumecz z Hajdukiem, wyeliminowała Chorwatów w 2009 roku w eliminacjach do Ligi Europy. Z ciekawszych wyników na uwagę zasługuje zwycięstwo z luksemburskim Dudelange… 5:4 oraz niesamowita końcówka dwumeczu z Worskłą Połtawa z 2015 roku. Żilina w pierwszym spotkaniu wygrała 2:0, taki sam wynik, tyle że na korzyść Ukraińców był po 90 minutach rewanżu. W dogrywce Worskła strzeliła na 3:0, ale w doliczonym czasie goście ze Słowacji zdołali strzelić gola dającego awans – wtedy jeszcze bramki na wyjeździe były premiowane. Potem Żilina nawet wygrała pierwszy mecz z Athletikiem Bilbao 3:2 (przegrywając 0:2 do przerwy!), ale w rewanżu Baskowie ugrali 1:0.

W poprzednim sezonie doszło w końcu do starcia MŠK Žilina z polskim klubem, mianowicie Rakowem Częstochowa. Medaliki nie zostawiły złudzeń Słowakom wygrywając 3:0 u siebie i 3:1 na wyjeździe. W dwumeczu tym debiutował w europejskich pucharach Oskar Repka, dla którego pierwsze starcie było dopiero drugim meczem w ogóle w barwach Rakowa, po inauguracji przeciw GKS Katowice. Choć proforma dodajmy, że w 1997 roku Żilina zmierzyła się w Pucharze Intertoto z Odrą Wodzisław, a było to o tyle ciekawe, że teoretycznie niemająca szans na Puchar UEFA Odra została właśnie zgłoszona do rozgrywek „Pucharu Lata”. Intertoto odbywało się wówczas jeszcze w trakcie trwania poprzedzającego sezonu i na finiszu ligi wodzisławianie jednak do Pucharu UEFA się dostali – kosztem GieKSy. Odra zremisowała z Żiliną 0:0, a trenerem gości było – co za zaskoczenie – Dusan Radolsky.

1 maja 2026 MŠK Žilina zdobyła swój trzeci Puchar Słowacji. W rozegranym u siebie, czyli na Stadioniem pod Dubnom, drużyna wygrała z FC Košice 3:1. Bramki zdobyli Michal Fasko, Filip Kasa i Marko Roginić. Tym samym trofeum wróciło do Żiliny po 14 latach. Co ciekawe z rywalem z Koszyc zespół zmierzy się w pierwszej kolejce nowego sezonu i pojedynek ten odbędzie się pomiędzy dwoma meczami z GKS Katowice.

Przez lata przewinęło się przez ten klub wielu nie tylko znanych zawodników, ale przede wszystkim znanych nam – polskim kibicom. Z racji bliskości do polskiej granicy, wielu słowackich zawodników czy trenerów mieliśmy okazję gościć na terytorium naszego kraju, ale przecież też Polacy zaznaczyli swój ślad w klubie spod Małej Fatry.

Obecnie barw słowackiego klubu broni Fabian Bzdyl, młodzian z Cracovii, który jednak nie miał okazji zagrać na Nowej Bukowej w przegranym przez Pasy 1:2 meczu. W przeszłości w Żilinie grał jeszcze Dawid Kurminowski i robił tam niemałą furorę – strzelając w 52 meczach aż 27 bramek i mając na koncie tytuł króla strzelców w sezonie 2020/21 z 19 trafieniami na koncie. No i największa obecnie gwiazda Jakub Kiwior, który z Železiarne Podbrezová trafił właśnie do Żiliny i rozegrał tam 50 meczów. Dobre występy zaowocowały transferem do Spezii, a potem piłkarz zdobył kontrakt życia w Arsenalu. Obecnie broni barw FC Porto.

A piłkarze, którzy grali w Żilinie oraz w polskich rozgrywkach: Aleš Besta strzelił nam kiedyś bramkę w meczu Górnika z GieKSą, gdy rozpoczynała się i umacniała ówczesna zgoda, a na Roosevelta, na starym jeszcze stadionie, przy 20 tysiącach kibiców mieliśmy piłkarskie święto. W Polsce grali lub grają przecież Wahan Biczachczjan, Roman Gergel, Ľubomír Guldan, Róbert Jež, Dušan Kuciak, Samuel i Patrik Mrázowie, Ján Mucha, Róbert Pich, František Plach, Ivan Trabalik czy Kristian Vallo.

Zdecydowanie największą karierę w światowej piłce zrobił Milan Škrinjar, reprezentant Słowacji, wychowanek tego klubu, który rozegrał niemal dwieście meczów w Interze Mediolan, a grał też w PSG. Zawodnik obecnie gra w Fenerbahçe i sposobi się do gry o Ligę Mistrzów z Górnikiem Zabrze. Polscy kibice mogą pamiętać Stanislava Sestaka, który niegdyś w Bratysławie w dwie minuty strzelił dwie bramki reprezentacji Polski w eliminacjach do Mundialu 2010 odwracają losy spotkania. No i oczywiście Martin Dúbravka, wieloletni bramkarz Newcastle United. Ostatnio grał w Burnley, a pod koniec czerwca został ogłoszony zawodnikiem Tottenhamu.

MŠK Žilina ma też powiązania z GieKSą. Jedno przeszłe, jedno obecne. Oliver Praznovsky grał w GKS przez dwa sezony. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w formie był zawodnikiem bardzo solidnym. Katowicki Senderos strzelił cztery bramki dla naszego zespołu. Potem m.in. przez cztery lata grał w Chrobrym Głogów. No i obecny zawodnik – Marko Roginić. Chorwat w GieKSie był przez półtora sezonu i rozegrał 43 mecze zdobywając zawrotne 3 bramki – przeciw ŁKS, Łęcznej i Tychom – co ciekawe wszystkie na wyjeździe. Potem właśnie trafił do zespołu z Lubelszczyzny.

Nazwa stadionu MŠK Žilina wprost nawiązuje do wzgórza Dubeň znajdującego się nieopodal – po drugiej stronie rzeki Wag, a widocznego z samego obiektu. Analogicznie więc z wieży widokowej na górze tejże, widać stadion, jak i całą piękną panoramę miasta. Na tym jednak widoki się nie kończą, gdyż Żilina znajduje się nieopodal Małej Fatry ze swoimi wysokimi szczytami i bardzo wymagającymi podejściami na Wielki Krywań, Stoh czy Wielki Rozsutec, szpizczastą górę widoczną świetnie choćby z naszej Magurki Radziechowskiej w Beskidzie Żywieckim. Swoją drogą obiekt ten tak do złudzenia przypomina stadion Górnika Łęczna, że wspomniany Roginić, gdy zmieniał barwy klubowe musiał mieć w głowie niezłe zamieszanie i zastanowienie, czy aby na pewno transfer doszedł do skutku i nadal nie dźwięczyły mu w głowie tony głosu Krzysztofa Cugowskiego.

Drużyna i trenerzy Żiliny mieli duże aspiracje przed meczami z Hajdukiem. Pavol Staňo zapowiadał, że zespół chce grać swoją i odważną piłkę. Czy jednak te słowa mogły się ziścić? Piłkarze ze Słowacji w Splicie nie zaprezentowali się najlepiej, choć mimo to mieli swoje stuprocentowe okazje, których nie wykorzystali Hranica i Roginić, a jeden z obrońców Hajduka nieomal zaliczył „estońską sztuczkę”, bo bramkarz znajdował się za światłem bramki, ale po przeciwległej stronie i podanie do pustaka… minimalnie minęło lewy słupek. Tak, chorwacki obrońca zrobił to co należy, czyli nie zagrał w światło bramki, ale serce kibicom Torcidy podeszło do gardła, a nasi południowi sąsiedzi mieli nadzieję. Märtenowi Kuuskowi życzymy wszystkiego dobrego w barwach Dumy Stolicy!

Fani z Żiliny nie byli pocieszeni. W sieci pojawiło się utyskiwanie na postawę zespołu w tym meczu, ale też kibice zwracali uwagę na szerszy kontekst, czyli zarówno brak wzmocnień, jak i kontynuację słabej gry z końcówki poprzedniego sezonu.

„Kpiną jest to, że na Europę nie zostało wystawione ani jedno wzmocnienie, ale to nie jest niespodzianka w ostatnich latach”

„Wynik z przebiegu meczu powinien brzmieć 6:1. Zero obrony”

„Możemy się cieszyć, że z tak nędzną grą, mamy taki wynik. Z drużyny, która miała tytuł w garści, zajęliśmy czwarte miejsce na wiosnę, a puchar był cudem”

„Strasznie słaby występ wczoraj. Atak to katastrofa, Roginič i Faško wypadli z formy, czuję się jakbyśmy ich tam nie mieli”

„Žilina = obolałe oczy, nieszczęście”.

Trudno się dziwić frustracji kibiców, bo rzeczywiście – mimo, że drużyna awansowała do pucharów, to wiosna do dobrych nie należała. Sezon zasadniczy (22 kolejki) Żilina zakończyła na 3. miejscu z sześciopunktową stratą do lidera. Bilans 11-7-4 nie wyglądał najgorzej. Grupa mistrzowska to jednak były cztery zwycięstwa i sześć porażek. W ostatnich pięciu kolejkach sezonu drużyna przegrała czterokrotnie. To skutkowało wypadnięciem poza podium i strefę pucharów, dlatego tak ważne było zdobycie Pucharu Słowacji.

Patrząc na składy z meczu z Rakowem sprzed roku, widać, że w zespole doszło do kilku przetasowań. W pierwszym meczu grało czterech, a w drugim pięciu zawodników, których już w klubie nie ma. Przede wszystkim odszedł młody, zdolny Ghańczyk Samuel Gidi, który trafi do Cincinati i w Major Leauge Soccer rozegrał już (na raty – 2 pobyty) 23 mecze, grając m.in. przeciw takim gwiazdom jak Leo Messi. To była ważna postać, bo w Żilinie zawodnik rozegrał ponad sto meczów. No ale odeszli też tacy piłkarze jak Ľubomír Belko (Viking), Samuel Kopásek (Pardubice, a dosłownie wczoraj wypożyczony do Lechii Gdańsk), Adrián Kaprálik (Holstein Kiel) czy Dávid Ďuriš (Rosenborg).

Popularni Szoszoni kilka lat temu nie mogli być jednak pewni, że ich klub nadal będzie znajdował się na piłkarskiej mapie Słowacji. Krótko bowiem po ogłoszeniu w Europie pandemii, trzy tygodnie po przerwaniu rozgrywek – MŠK Žilina ogłosiła komunikat z enigmatycznym określeniem „postawienia klubu w stan likwidacji”. Powodem była fatalna sytuacja finansowa. Klub w związku z nią chciał obciąć siedemnastu najlepiej zarabiającym piłkarzom aż 80 procent pensji, na co zawodnicy nie chcieli przystać, choć byli gotowi na zrzeczenie się pewnej części wynagrodzenia. W związku z odmową piłkarze dostawali wypowiedzenia. Problem polegał na tym, że klub nie ogłaszał bankructwa, chciał po prostu ogarnąć finanse – sportowo w przypadku powrotu do rozgrywek, drużyna miałaby do nich przystąpić, tylko grając juniorami, ewentualnie tymi, którzy zgodziliby się na drastyczną obniżkę apanaży i zostali w klubie. Nasi Kurminowski i Kiwior byli wówczas młodymi zawodnikami, więc ich tak drastyczna obniżka pensji nie dotyczyła i w klubie zostali. Jednym z tych, który odszedł był obecny bramkarz Piasta Gliwice, który trafił do klubu w obliczu kontuzji Placha – Dominik Holec, który sam głośno wyrażał swoje niezadowolenie z tej 80-procentowej obniżki. Natomiast, że stara miłość nie rdzewieje pokazali inni zawodnicy, którzy wówczas rzeczywiście z klubu odeszli, ale dziś po kilku latach znów bronią barw MŠK Žilina – jak choćby Filip Kasa czy kapitan Miroslav Kacer.

A dlaczego w ogóle MŠK Žilina to Szoszoni? Przydomek i maskotka nawiązują do grupy plemion indiańskich. Plemiona te zamieszkujące m.in. tereny dzisiejszych stanów Wyoming i Idaho, zajmowały się głównie łowiectwem i zbieractwem. Ich głównym pożywieniem były orzeszki piniowe, ale ci, którzy mieli zdolność polowania, próbowali zdobyć zające wielkouche, ale także sarny, bizony czy antylopy. Była to grupa uboga, wedle relacji amerykańskich i brytyjskich traperów nie stanowili mocnej siły w tym regionie. Dodatkowo dochodziło do starć i nieporozumień ze względu na wybijanie przez traperów populacji bobra, która to była dla Szoszonów m.in. źródłem odzieży. Rząd USA próbował ogarnąć sytuację, stworzyć rezerwaty i dostarczać im środki na przetrwanie, ale wyglądało to różnie, a na pewno dość szorstko i dochodziło na tym tle do wielu nieporozumień.

Co ciekawe nie tylko amerykańskie, ale i afrykańskie wątki dotyczą naszego najbliższego rywala. W 2018 roku założono bowiem w Ghanie filię MŠK Žilina, mianowicie MŠK Žilina Africa FC. Klub zlokalizowany jest w Labadi na przedmieściach Akry i występuje na trzecim poziomie rozgrywkowym. W zakończonym sezonie zespół w czterozespołowej grupie play-off o awans zajął trzecie miejsce, w niefortunnym układzie punktów 6-6-6-0 (Czesław Michniewicz na Euro U-21 nie lubi tego). Drużyna wygrała dwa mecze i jeden przegrała, ale bilans bramkowy 2:2 nie pozwolił wywalczyć awansu na zaplecze. Między klubem-matką, a ghańską filią rzadko dochodziło do wymian piłkarzy, ale wspomniany wcześniej Samuel Gidi był właśnie tą perełką wyłowioną z afrykańskiego kraju. Zawodnik przyjął słowackie obywatelstwo i zagrał sześć meczów w młodzieżówce.

Swoją drogą nazwy trzecioligowych ghańskich drużyn są… specyficzne. True Life, Prestige, Immigration, Ghana Army, Third World, Still Believe, John Paintsil czy Mobile Phone People raczej przywołują skojarzenia z rozgrywek Red Boxa lub innych lig szóstek. Dla młodszych i niewtajemniczonych kibiców przypomnę, że np. John Painstil to po prostu były reprezentant Ghany w piłce nożnej, uczestnik Mundialu w 2006. Natomiast jeśli chodzi o filię lub (?) fancluby (?) to można tam znaleźć także choćby… Schalke 04 czy Besiktas Berlin.

Wróćmy do dwumeczu z Hajdukiem. W rewanżu Żilina zaczęła grać, ale… zbyt późno. Kiedy Van Hoorenbeeck strzelał dla gości bramkę do szatni, wydawało się, że wszystko jest pozamiatane. Pogoń Żiliny zakończyła się strzeleniem dwóch bramek, z czego tej drugiej w doliczonym czasie gry. Na więcej nie starczyło czasu. Pierwszą bramkę dla gospodarzy zdobył Roginić, natomiast dwukrotnie zawodnik ten tak szpetnie zmarnował stuprocentowe sytuacje, że naprawdę trudno się dziwić komentarzowi jednego z fanów zespołu: „Ale ten chłopak to drewno!”.

Kibice zwracali uwagę na dobrą postawę w drugiej połowie.

„Gdyby grali tak, jak przez ostatnie 30 minut to skończyłoby się 4:1”

„Dlaczego od początku nie grał Bzdyl?”.

Prawda. Fabian zastąpił kapitana Miroslav Káčera i wniósł mnóstwo ożywienia dla gry zespołu. Wypracował drugiego gola.

Kapitan zespołu Miroslav Káčer powiedział, że ma nadzieję, że w kolejne rundzie z tych sytuacji, które sobie wykreują, bramki będą już strzelać. Obrona GKS musi się więc mieć na baczności.

Bardzo ciekawy komentarz zawarł jeden z kibiców, który patrzy na szerszy kontekst:

„Po zwycięstwie w Pucharze Słowacji pan Antošík zapowiadał: „Tym razem chcemy odnieść sukces w Europie. Sprowadzimy dwóch nowych zawodników!”. Tymczasem znów zamieniliście to w przedsięwzięcie czysto biznesowe. Wystawialiście do gry piłkarzy, których chcieliście sprzedać. Z Polakami też odpadniecie, a potem nastąpi kolejna wyprzedaż – dokładnie tak jak ostatnim razem. Czy dziwi was, że cała Żylina i okolice kompletnie nie interesują się waszą drużyną piłkarską?”.

To daje obraz, że kibice są niezadowoleni nie tylko z braku wzmocnień, ale z permanentnych osłabień, ba – niektórzy przewidują odejścia zawodników jeszcze przed dwumeczem z GieKSą. Ktoś inny napisał:

„Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz Polacy wygnają nas z europejskich pucharów”

Całość pokazuje, że mimo triumfu w krajowym pucharze, nastroje kibiców w kontekście kilku ostatnich lat najlepsze nie są. Systematyczne porażki w pierwszych rundach europejskich pucharów są dla żilinian frustrujące. Mają oni nadzieję na przejście GKS, jednak zdania są podzielone – jedni uważają rewanżowy mecz z Hajdukiem za dobry prognostyk, inni mają dość sporo defetyzmu i przewidują porażkę.

Czy Adam Zreľák zagra przeciw swoim rodakom to zawsze jest niewiadoma, ale w przeszłości miał już tę okazję. W barwach Rużomberoka strzelił przeciwko Żilinie gola i zaliczył asystę.

Dla GKS Katowice europejskie puchary to wielka niewiadoma. Dodatkowo Katowiczanie nie trafiają na amatorów z San Marino czy Andory, jak to kiedyś bywało w przypadku polskich drużyn we wczesnych fazach. Trafiamy na drużynę z regionu, niesłabą i też nieprzesadnie mocną. Wydaje się, że liga słowacka jest nieco słabsza od polskiej, co by dawało pewną przewagę naszej drużynie. Z drugiej strony rywale są na europejskiej arenie dość ograni. Nie ma więc chyba co dywagować, kto jest faworytem tej potyczki. Na pewno rywal jest w zasięgu, a dwumecz Rakowa z poprzedniego roku wyraźnie to pokazał.

Źródła:
Wikipedia PL
Wikipedia EN
https://igol.pl/msk-zilina-likwidacja-co-oznacza/
Transfermarkt
https://sciezkimojegoswiata.pl/2020/09/26/vyhliadkova-veza-duben-czyli-wieza-widokowa-w-zylinie/
90minut.pl
https://www.mskzilina.sk/
Facebook – MŠK Žilina
Foto: https://img.uefa.com/imgml/stadium/uw/65053.jpg

Kontynuuj czytanie

Hokej Podcasty

Wywiad z Bartoszem Fraszko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.

Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!

Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):

Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej

PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej

Posłuchaj archiwalne podcasty:

Z klepy

Jesteśmy dostępni także na Spotify:.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Žilina jest jak żmija

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wraz z tryumfem Hiszpanii na mundialowych boiskach dobiegł końca maraton nocnych meczów za oceanem, a uczestniczący w nich piłkarze udali się na zasłużone urlopy. Natomiast nasi ulubieńcy są już zwarci i gotowi, aby rozpocząć rozgrywki, które będą nas przyprawiać o zdecydowanie szybsze bicie serca niż sam Mundial. Jednak zanim z kopyta ruszy Ekstraklasa, GKS napisze pierwszy i – mamy nadzieję – jeden z wielu rozdziałów w Lidze Konferencji Europy. Jak wysoka jest pierwsza przeszkoda, jaką los postawił na naszej drodze? O MŠK Žilina opowiedział nam Piotr Słonka, użytkownikom Twittera szerzej znany jako BuckarooBanzai – pasjonat piłki nożnej, groundhopper, wnikliwy obserwator futbolu w wydaniu ukraińskim, czeskim i właśnie słowackim. W ubiegłym sezonie na meczach MŠK bywał częściej niż niejeden niedzielny kibic na stadionie swojej lokalnej drużyny, więc to właśnie jego poprosiliśmy o przybliżenie sylwetki pierwszego rywala GieKSy w kwalifikacjach Ligi Konferencji.

Na ile łaskawy był dla nas los przydzielając nam MŠK Žilina jako pierwszą przeszkodę na drodze do Ligi Konferencji Europy?
W ubiegłym sezonie widziałem na żywo kilkanaście meczów MŠK, a po raz pierwszy pojechałem do Żyliny 17 lat temu na decydujący o wejściu do Ligi Europy mecz z Partizanem. Od tego czasu co najmniej kilka razy w roku bywam na tym stadionie, a jeśli jestem w Polsce, to nawet kilkanaście. Wielokrotnie próbowałem scharakteryzować ten zespół, jednak nie jest to łatwe. Na ten moment Žilina jest przede wszystkim zespołem niekompletnym, w permanentnej budowie, wielokrotnie wyprzedawanym i uzupełnianym nowymi piłkarzami. Zdarzało się, że kluczowe zmiany kadrowe zachodziły w trakcie kampanii eliminacyjnej do europucharów. Podobnie może być i w tym sezonie. Priorytetem zarządu jest zarabianie na piłkarzach, aczkolwiek dziś nie widzę tam gracza o wysokim potencjale sprzedażowym. Jest za to kilku bardziej doświadczonych zawodników, którzy mają gwarantować stabilizację zespołu, jednak są to gracze przeciętni nawet na ligę słowacką. Dlatego moim zdaniem to GKS jest faworytem – o ile w pierwszym meczu scenariusze mogą być różne, to ostateczny awans powinien stać się udziałem GieKSy. Žilina jest jak żmija, która może ukąsić każdego, ale koniec końców te rany nie powinny być dla GKS-u zabójcze.

Ubiegły sezon ligi słowackiej zakończył się bezdyskusyjnym tryumfem Slovana Bratysława, a Žilina skończyła dopiero na czwartym miejscu. Jak w porównaniu do Ekstraklasy oceniasz potencjał całej ligi, jej mistrza i naszego najbliższego rywala?
Na Słowacji mamy ligę z hegemonem w postaci Slovana, który pędzi niczym TGV, a gonią go kiepskie ciuchcie, które co rusz trzeba reperować. Nie przysparza to kibicom zbyt wielu emocji. Sam mistrz Słowacji byłby wysoko w tabeli Ekstraklasy, jednak ciężko to ocenić, skoro w swojej lidze gra zazwyczaj na 30% możliwości, których pełnię pokazuje dopiero w Europie. W lidze nie musi wrzucać czwartego biegu, o piątym nawet nie wspominając. Nawet mecze na szczycie są po prostu nudne. Piłkarze z Bratysławy mogą przespać większą część meczu i przycisnąć dopiero w końcówce, co i tak zwykle wystarcza do zwycięstwa. Na tym tle Žilina wypada znacznie słabiej i gdyby chciała nawiązać rywalizację, to musiałaby zmienić politykę transferową. Ma wprawdzie super akademię, lepszą niż wiele polskich klubów, bardzo dobrze pracując z młodymi zawodnikami, którzy przez rezerwy trafiają do pierwszego zespołu i szybko wypływają na szersze wody. Samymi młodymi talentami nie utrzymałaby się jednak w Ekstraklasie. Mając natomiast budżet, jakim dysponują polskie kluby, mogłaby szybko podnieść swój poziom.

Przepustkę do Europy MŠK zdobył dzięki tryumfowi w krajowym pucharze. Jak w Żylinie oceniono ubiegły sezon, który w lidze nie poszedł po ich myśli?
Drużyna na boisku prezentowała się chimerycznie – chociażby z Rakowem w pewnych fragmentach wyglądała bardzo dobrze, by ostatecznie przegrać w dwumeczu 1:6. Podobnie zresztą było ostatnio z Hajdukiem – w pierwszej połowie w Splicie mogli trafić do siatki, co się jednak nie udało i skończyło się stratą dwóch goli. Nawet z ligowymi outsiderami zdarzało im się gubić punkty. Tak się jednak zdarza drużynom opartym na młodzieży – często brakuje stabilności. Czwarte miejsce w lidze nie było więc rozpatrywane w klubie jako porażka, bo filozofia klubu się nie zmienia. Z kolei wygrany finał Pucharu Słowacji, rozgrywany właśnie w Żylinie, był wielkim świętem dla klubu, który od wielu lat nie włożył nic do gabloty. Ten sukces przykrył nienajlepszy sezon w lidze.

Wspomniałeś już o dwóch pojedynkach, które mogą interesować kibiców GieKSy. Pierwszy to ubiegłoroczna rywalizacja w kwalifikacjach LKE z innym zespołem z Polski, czyli Rakowem. Tuż przed tym spotkaniem rozmawiałem z Michałem Cybulskim z Częstochowy, który ostrożnie podchodził do słowackiego rywala. Tymczasem Medaliki bez większych problemów pokonały tę przeszkodę.
Žilina mogła objąć prowadzenie w pierwszej połowie meczu w Częstochowie, jednak typowo dla siebie zmarnowała dogodne sytuacje. Słowacy nie byli jednak w stanie grać całego meczu na tak wysokich obrotach i w drugiej połowie gospodarze zrobili swoje. Mecze, w których Żylina atakuje od pierwszego do ostatniego gwizdka zdarzają się, ale należą do wyjątków. Najczęściej są to krótkie okresy, w których przejmują inicjatywę. Jeśli więc nie wykorzystuje się wypracowanych w tym czasie sytuacji, to kolejnych może już nie być. MŠK chce grać ofensywnie, próbuje atakować i dawać radość kibicom. Często przekłada się to jednak na dziury w obronie i tak też było z Rakowem.

Tymi samymi słowami można by scharakteryzować kolejny dwumecz, o którym chciałem porozmawiać, a więc niedawną rywalizację z Hajdukiem.
Scenariusz był bardzo podobny. W pierwszej połowie meczu w Splicie Słowacy mieli dwie doskonałe okazje na gola, których jednak nie wykorzystali, a kilka chwil później przegrywali już 0:2 i nie wyglądali zbyt dobrze. Strata przed rewanżem była więc spora i mimo że u siebie od początku grali lepiej, to pierwszego gola zdobył Hajduk. Po przerwie dominowała już jednak Žilina: padły dwa gole, był też strzał w poprzeczkę i jedna doskonała sytuacja, niewykorzystana przez Roginicia. Było to jednak za mało, aby odrobić straty z Chorwacji.

Z jednej strony wygrana z Hajdukiem może świadczyć o dobrej dyspozycji MŠK, z drugiej jednak nasi kibice mogą w nią powątpiewać, skoro o sile rażenia Žiliny decyduje Marko Roginić, który przed laty w ataku pierwszoligowej GieKSy delikatnie mówiąc nie zachwycał.
Żylina bazuje na wychowankach, co szczególnie nasiliło się w okresie kowidowym, kiedy mocno ograniczono wysokość pensji zawodników. Zespół budowano na bardzo młodych graczach, a piłkarzy bardziej doświadczonych można było policzyć na palcach jednej ręki. Wyjątkiem było okienko transferowe przed poprzednim sezonem i to właśnie wtedy sprowadzono Marko Roginicia. Dziwiłem się temu ruchowi, oceniając go jako krok w tył dla klubu. Tymczasem Chorwat okazał się graczem idealnie sprofilowanym pod potrzeby zespołu. Z przodu wygląda bardzo dobrze – jak na warunki ligi słowackiej jest szybki, nie unika walki fizycznej z obrońcami, a do tego jest w miarę skuteczny. Mimo że czasem zawodzi w prostych sytuacjach, to w ataku MŠK prezentuje się zdecydowanie lepiej niż obwoływany przed laty wielkim talentem Dawid Kurminowski. Z drugiej strony świadczy to o poziomie ligi słowackiej, w której dobre noty zbiera zawodnik zupełnie niewyróżniający się w polskiej 1. lidze.

Skoro tak, to czy dla słowackiego piłkarza transfer do Polski jest celem i spełnieniem sportowych ambicji? A jeśli tak rzeczywiście jest, to co w Żylinie robi Fabian Bzdyl, który wybrał odwrotny kierunek?
Zdecydowanie, transfer do Polski jest kierunkiem, o którym myśli wielu zawodników z ligi słowackiej, szczególnie w ostatnim okresie, gdy Ekstraklasa pnie się do góry w europejskich rankingach. Sam nie mogę się nadziwić i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że dziś mamy szansę wprowadzić dwa zespoły do Ligi Mistrzów, a w europejskich pucharach gramy coraz więcej i coraz lepiej. Dlatego dla każdego zawodnika ze Słowacji transfer do Polski to sportowy awans. Z kolei Fabian Bzdyl nie grał zbyt dużo w Cracovii, mimo że zadebiutował dość wcześnie, bo w wieku 16 lat. Transfer do Żyliny był moim zdaniem najlepszym na tamten moment wyborem, bo pokazuje się tu z bardzo dobrej strony. Doskonale odnajduje się w środku, nie ustępując pola starszym zawodnikom. Pod względem umiejętności piłkarskich zachwyca tutejszych obserwatorów i zanosi się, że w przyszłości będzie jednym z droższych transferów wychodzących. Dlatego mimo że zamiana Polski na Słowację może się wydawać krokiem w tył, to Bzdyl znalazł tu świetne warunki do rozwoju i pokazania swoich umiejętności. Žilina jest doskonałym oknem wystawowym dla takich graczy jak Fabian – często zaglądają tu skauci z Włoch, Niemiec czy krajów Beneluksu. Jego nazwisko z pewnością znalazło się w notesach niejednego z nich. W Żylinie wiedzą jak pracować z młodymi zawodnikami.

Wspomniałeś wcześniej, że dziś nie ma w Žilinie „gwiazd” z wielkim potencjałem sprzedażowym. Na kogo więc, oprócz Bzdyla i Roginicia, zwracać szczególną uwagę w pojedynku z GieKSą?
Poprzednia generacja młodych talentów została w zasadzie w całości wyprzedana, a do gry powoli wchodzi kolejna: Bzdyl, František Kóša czy Rumun Andrei Florea. Sztab stawia sobie za cel promowanie takich zawodników, którzy dostają sporo szans, nawet z bardziej renomowanymi przeciwnikami. Oprócz Roginicia z przodu jest jeszcze Michal Faško, a za ich plecami gra z kolei Miroslav Káčer – mózg drużyny, który odpowiada za współpracę wszystkich formacji. Jest to piłkarz kluczowy dla systemu gry Žiliny. Z kolei dyspozycja dnia młodzieży zawsze pozostaje pewną niewiadomą.

Jak oceniasz sam fakt, że piąty pucharowy slot dla Polski zgarnęła właśnie GieKSa?
Oglądałem w całości kilka ostatnich meczów GKS-u w poprzednim sezonie. Jako osoba śledząca europejskie rankingi chciałem, aby do pucharów awansowały zespoły z wysokimi współczynnikami. Najważniejsze dzieje się jednak na boisku, którego odzwierciedleniem jest tabela. GKS zapracował na to piąte miejsce. Poza tym w Katowicach zawsze jest doskonała atmosfera – trybuny praktycznie wypełnione kibicami w żółtych barwach, głośno reagującymi na boiskowe wydarzenia, co dodaje kolorytu telewizyjnej transmisji. Fani jeżdżą też za tym klubem na wyjazdy i nie inaczej będzie w czwartek. Byłem na waszym starym stadionie, pamiętam GKS z historycznych meczów. Nie waham się powiedzieć, że macie status legendy w polskich realiach i życzę wam, aby GKS nawiązał do najlepszych czasów, pracował na swój ranking i za rok znów awansował do europejskich pucharów, pokazując super formę, którą mam nadzieję zobaczyć w najbliższych meczach przeciwko Żylinie i kolejnym rywalom. Wiem, że o awans do fazy ligowej może być ciężko, ale jeśli zagracie na swoim najwyższym poziomie, jak wiosną z Lechem czy Rakowem, to nie jesteście bez szans.

Spora liczba kibiców GieKSy wybiera się w czwartek do Żyliny. Jak w tym aspekcie prezentuje się nasz rywal?
Jeśli uda się dojść do porozumienia, to jest szansa, że miejscowi oddadzą GieKSie całą trybunę za jedną z bramek, podobnie jak było w przypadku Rakowa. Barwy obu klubów są podobne, więc stadion będzie się pięknie prezentował pod względem wizualnym. Niemniej jednak, niezależnie od tego ile miejsc dostaną kibice GKS-u, to i tak tylko oni będą słyszani w trakcie meczu. Od wielu lat kibice MŠK są w konflikcie z zarządem. Po awansie klubu do Ligi Mistrzów w 2010 roku właściciel wprowadził kolosalne podwyżki cen biletów. Doprowadziło to do wielkiej kłótni i mimo weryfikacji cen wejściówek konfliktu nie zażegnano. Nie tylko ultrasi, ale i zwykli kibice przestali przychodzić na stadion. Było kilka prób pojednania, ale do dziś się to nie udało. Na mecze chodzi około 2 tysięcy widzów, wśród nich sporo dzieci i młodzieży, która próbuje pociągnąć doping, natomiast wciąż wygląda to słabo.

Jaki twoim zdaniem przebieg będzie miał czwartkowy mecz i kto ostatecznie wyjdzie zwycięsko z całej konfrontacji?
Moim zdaniem Žilina zacznie bardzo mocno i wiele będzie zależało od tego, jak ułoży się początek meczu. GKS będzie faworytem, ale jeśli gospodarze zdobędą jednego lub dwa gole, uzyskując wyraźną przewagę, to szanse na awans mogą się wyrównać. Jeżeli jednak GieKSa przetrwa początek bez dotkliwych strat, to z czasem przejmie inicjatywę i będzie dyktować warunki, zarówno w czwartkowym meczu, jak i w całej rywalizacji. Zakładam remis lub minimalne zwycięstwo GieKSy na Słowacji i spokojne doprowadzenie do awansu w rewanżu w Katowicach. Przewaga GKS-u nad MŠK będzie moim zdaniem większa niż Hajduka w poprzedniej rundzie.

Jaki wynik padnie więc w czwartek?
1:0 dla GKS-u.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga