Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mass mediów na temat wielosekcyjnej GieKSy: Miało być z myślą o kibicach, a było bez pomyślunku. II liga wkrótce nie tylko dla wybranych?
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
Drużyna kobieca w Wielki Czwartek rozegrała spotkanie wyjazdowe z AZS-em UJ Kraków. Na boisku padł remis 1:1. Piłkarze w ramach 25 kolejki rozgrywek II ligi pokonali ekipę Olimpii Grudziądz 1:0. Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Siatkarze zakończyli rozgrywki PlusLigi na 9 miejscu. Drużyna hokeistów również zakończyła sezon, ostatecznie drużyna zajęła czwartą lokatę.
PIŁKA NOŻNA
2×45.info – Miało być z myślą o kibicach, a było bez pomyślunku. II liga wkrótce nie tylko dla wybranych?
Jak można dbać o promocję niższych lig? Na wszelakie sposoby, ale chyba wszyscy się zgodzą, że kluczowa jest jedna, najbardziej oczywista rzecz – transmisje. Bez tego po prostu ruszyć się nie da. Tym bardziej szkoda, że gdy nadarzyła się okazja, by piłkę popularyzować, nie zrobiono tego od razu z myślą o wszystkich zainteresowanych.
Ale po kolei – nie możemy powiedzieć, że II liga nie robi niczego w kierunku upowszechnienia meczów na trzecim poziomie rozgrywek. Już sam kontrakt zawarty z Telewizją Polską, która pokazuje jedno spotkanie w kolejce, jest dużym krokiem na przód, na pewno czymś pozytywnym. I podpisanie umowy o sponsoring tytularny z bukmacherem eWinner – mówiąc szczerze – rozbudziło w nas spore oczekiwania. Firma w Polsce jest znana, więc można było przypuszczać, że szykuje się coś fajnego, dopracowanego.
Tym bardziej, że wraz z nawiązaniem współpracy 10 marca, nadeszły też szumne zapowiedzi, przez które staliśmy się jeszcze bardziej ciekawi i pozytywnie nastawieni. Padło wiele pięknych słów ze strony prezesa stowarzyszenia Druga Liga Piłkarska, Pawła Guminiaka, po których można było wywnioskować, że kurde, nadchodzi rewolucja medialna! Jest pandemia, stadiony są zamknięte, przeważnie nie można więc nawet oglądać meczów swojej ulubionej drużyny, jeśli TVP nie zdecyduje się na ich transmisję. Krótko mówiąc – genialny pomysł, trafiony w sam środek tarczy.
Paweł Guminiak na łamach portalu Łączy Nas Piłka powiedział tak:
– Druga liga wchodzi na kolejny, wyższy poziom. Z myślą o kibicach staramy się sumiennie udoskonalać i uatrakcyjniać rozgrywki, a teraz dzięki Sponsorowi Tytularnemu, firmie eWinner, możemy dodatkowo wprowadzić nową technologię transmitowania spotkań. Na wszystkich stadionach pojawią się nowe, bezobsługowe kamery, które samoistnie będą śledziły przemieszczającą się piłkę. Poziom centralny w Polsce staje się coraz bardziej europejski i myślę, że wszyscy wspólnie obraliśmy właściwy kierunek rozwoju eWinner 2. ligi. Cieszymy się, że mamy takiego Sponsora i realizatora transmisji. Liczymy, że dzięki wspólnej pracy wartość sportowa i marketingowa rozgrywek zdecydowanie wzrośnie.
„Wyższy poziom”, „Z myślą o kibicach”, „Nowa technologia”, „Poziom coraz bardziej europejski” – brzmi pięknie, prawda? W teorii nawet bardzo, jednak sęk w tym, że trzeba się również zmierzyć z praktyką. A na starcie aż tak bajkowo i kolorowo, jak to prezes Guminiak przedstawiał, bynajmniej nie było i na razie nie jest. Przynajmniej nie dla wszystkich.
Mianowicie, chodzi o to, że żeby obejrzeć mecz II ligi, trzeba założyć konto u bukmachera. Dopiero po zalogowaniu wszystko chodzi, jak trzeba. A to powoduje, że z możliwości oglądania meczów w legalny sposób automatycznie wykluczeni są na ten moment:
– piłkarze
– trenerzy
– menadżerowie
– sędziowie
– osoby niepełnoletnie.
Czyli tak – piłkarz, który nie jest w kadrze meczowej, nie może obejrzeć swojego meczu. Ba, na przykład trener, który – odpukać – złapie koronawirusa i będzie musiał być odizolowany również tego spotkania nie zobaczy. W zasadzie nikt związany z futbolowym biznesem nie ma legalnego dostępu do transmisji. Już nawet abstrahując od ich faktycznej jakości i zbliżania się do tego wymyślnego „europejskiego poziomu” – mecze II ligi są tylko dla wybrańców.
Niepełnoletni nie obejrzą, bo nie mogą mieć konta. Osoby starsze, które są wykluczone cyfrowo z powodu choćby braku smartfona, również zostają z niczym. Do tego dodajmy kibiców, którzy chcieliby obejrzeć mecz, ale zakładanie konta u bukmachera specjalnie im się nie widzi z różnych powodów, także tych dotyczących bezpieczeństwa własnych danych albo własnego zdrowia (potencjalne uzależnienie).
Generalnie – zamysł popularyzowania piłki nożnej w niższych ligach jest dobry, ale wprowadzony na takich zasadach wyglądał początkowo na bardzo nieprzemyślany. W niektórych przypadkach czasowo wręcz zabrano możliwość obejrzenia meczu na przykład młodym widzom, którzy do tej pory mogli wykupić PPV na stronie klubu, a teraz są zdani tylko na bukmachera, bo przecież on ma na to wyłączność. Całe szczęście, że sam zainteresowany zareagował na te niedogodności ogłaszając, że prawdopodobnie od 28. kolejki tych problemów już nie będzie. Mamy nadzieję, leoiej późno niż wcale. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że reakcja jest mocno spóźniona i że komunikacyjnie powinno to wyglądać lepiej.
gazetakrakowska.pl – AZS UJ Kraków – GKS Katowice. „Jagiellonki” nie wykorzystały szansy, by wygrać z „GieKSą”
AZS UJ Kraków zremisował 1:1 z GKS Katowice w meczu 15. kolejki ekstraligi kobiet. Po spotkaniu na stadionie Prądniczanki bardziej zadowolone z wyniku były piłkarki z Katowic, które do wyrównania doprowadziły w 85 minucie – zresztą po kapitalnym golu.
[…] Grały zespoły środka ligi, sąsiadujące w tabeli. „Jagiellonki” na prowadzenie wyszły tuż przed przerwą: Weronika Wójcik sprzed narożnika pola karnego zagrała w kierunku dalszego słupka do Małgorzaty Bartosiewicz, a ta wygrała pojedynek w bramkarką „Gieksy”.
W drugiej połowie krakowianki dość długo były stroną dominującą. Bartosiewcz nie wykorzystała okazji na podwyższenie wyniku – tym razem górą była Jessica Ludwiczak, która wyjęła jej piłkę spod nóg. W 64 min po centrze wypuściła wprawdzie piłkę z rąk, szansę miała wtedy Natalia Wróbel, ale kopnęła futbolówkę w głowę Ludwiczak. Później Jessica obroniła jeszcze m.in. strzał z dystansu Natalii, która w II połowie była najbardziej aktywną zawodniczką w ofensywie „Jagiellonek”.
Dodajmy, że była też sytuacja, w której po zagraniu ręką jednej z katowiczanek gospodynie były zawiedzione niepodyktowaniem rzutu karnego.
GKS postraszył „Jagiellonki” w 61 min, Kinga Kozak była wtedy bliska gola. Tak naprawdę jednak katowiczanki zaczęły walczyć o wyrównanie około 70 minuty, to mniej więcej wtedy odepchnęły AZS UJ od swojej bramki i same zaczęły coś działać do przodu. W 82 min Klaudia Maciążka z 18 m trafiła w słupek, trzy minuty później nastąpiła natomiast golowa akcja. Lewą stroną boiska rozpędziła ją Nadja Stanović, dośrodkowała, a Klaudia Miłek wspaniale uderzyła z woleja dość wysoko lecącą piłkę.
SIATKÓWKA
siatka.org – Grzegorz Słaby: wiele osób skazywało nas na pożarcie
Na 9. miejscu rywalizację w tegorocznej PlusLidze zakończył GKS Katowice, pokonując w walce o tę pozycję Indykpol AZS Olsztyn.
[…] Sporo emocji było w ostatnim meczu rywalizacji o 9. miejsce. Ostatecznie w Olsztynie 3:2 triumfowali gracze z Katowic i to oni zajęli 9. pozycję. – Dobrze, że wytrzymaliśmy wszystkie trzy końcówki setów, bo je wygraliśmy, a te dwie partie, które przegraliśmy, to niestety była dominacja olsztynian. Bardzo się cieszymy, że ostatecznie zajmujemy 9. miejsce – mówił trener Grzegorz Słaby.
Jego podopiecznym niewiele zabrakło, aby walczyć w fazie play-off, ale zabrakło im do tego jednego zwycięstwa. – Uważam, że mieliśmy po swojej stronie jakość, mieliśmy niestety jeden, długi przestój, który kosztował nas awans do play-off. Na swojej drodze mieliśmy trudne drużyny, przy których trudno było się odbudować. Bardzo żałuję, że nie udało nam się wejść do fazy play-off, bo mieliśmy ku temu wiele szans i gdybyśmy osiągnęli taki wynik w Olsztynie w rundzie zasadniczej, to moglibyśmy się cieszyć z gry w play-off – wspominał szkoleniowiec katowiczan.
[…] – Ja będę miał bardzo dobre wspomnienia, bo wiele osób skazywało nas na pożarcie w tej lidze, po tym jak w okienku transferowym odszedł od nas Rafał Szymura oraz poprzedni trener. Generalnie nie wierzono w nasz potencjał i naszą grupę. Udowodniliśmy, że każdy z zawodników był wartościowy, każdy w sztabie pracował nad tym, żeby osiągnąć sukces i to 9. miejsce z jednej strony może być rozczarowujące, ale z drugiej strony trochę utarliśmy nosa ekspertom – podsumował Grzegorz Słaby.
HOKEJ
hokej.net – Fraszko: Nie spisujemy tego sezonu na straty
Hokeiści GKS-u Katowice przegrali we wtorek z GKS-em Tychy (1:4), który wygrał całą rywalizację o brązowy medal już po trzech meczach. GieKSa zajęła ostatecznie czwarte miejsce.
[…] Podopieczni Andrieja Parfionowa w rywalizacji z tyszanami okazali się po prostu słabsi. Efekt tego był taki, że przegrali wszystkie trzy mecze.
– Staraliśmy się, jak mogliśmy. Mogło nam zabraknąć trochę sił, bo całe play-offy goniliśmy. Mało było momentów, w których prowadziliśmy. Tyszanie byli po prostu lepsi, to my przegraliśmy rywalizację 0:3 i to oni są brązowymi medalistami – zaznaczył Bartosz Fraszko.
– Zabrakło nam przede wszystkim skuteczności, tak jak w całych play-offach. Były tylko krótkie momenty, gdy te bramki wpadały. Gratulacje dla zespołu z Tychów, a my musimy to wszystko przeanalizować i wyciągnąć wnioski na przyszły sezon – dodał.
Katowiczanie przystąpili do fazy play-off z czwartego miejsca. W ćwierćfinale po sześciu meczach odprawili Re-Plast Unię Oświęcim, która miała w swoim składzie graczy takich jak Gilbert Brulé, Teddy Da Costa, Ryan Glenn czy Eliezer Sherbatov.
– Apetyty wzrosły, gdy przeszliśmy Re-Plast Unię Oświęcim. Wtedy naprawdę uwierzyliśmy w siebie. Zabrakło tych detali, doświadczenia w wielu kluczowych i decydujących momentach – ocenił „Fracho”, który w tym sezonie rozegrał 50 meczów i zdobył w nich 18 bramek i zaliczył 26 asyst.
– Nie spisujemy tego sezonu na straty. Było wiele momentów, kiedy przynosiliśmy radość sobie, kibicom i zarządowi. Szkoda tego końcowego rezultatu, bo uważam, że zasługiwaliśmy na trochę więcej. Taki jest jednak sport i już teraz nic z tym nie zrobimy – stwierdził wychowanek Sokołów Toruń.
Płachta ponownie trenerem GieKSy?
Ten temat wraca jak bumerang. Jacek Płachta znów jest jednym z głównych kandydatów na stanowisko trenera GKS-u Katowice.
Płachta jest wychowankiem katowickiego klubu i ma do GieKSy ogromny sentyment. Najlepiej świadczy o tym fakt, iż w swojej karierze już trzykrotnie był jej głównym szkoleniowcem.
Jego nazwisko w kuluarach pojawia się już od dłuższego czasu. W maju 2019 roku 51-letni szkoleniowiec był o krok od powrotu do GieKSy, ale szefostwo klubu zdecydowało się zakontraktować bardziej doświadczonego Fina – Risto Dufvę, który miał w swoim dorobku 11 sezonów pracy w fińskiej Liidze i tytuł mistrzowski zdobyty z JYP Jyväskylä. (2008/2009).
Jacek Płachta, który przez trzy lata był selekcjonerem reprezentacji Polski, był też rozważany jako trener po dymisji Piotra Sarnika. Sęk w tym, że był wtedy związany kontraktem z ekipą Crocodiles Hamburg. Zresztą w „Krokodylach” pracował przez ostatnie trzy sezony.
Miarka: Małymi krokami do przodu
Trzecie spotkanie między GKS-em Katowice a GKS-em Tychy zakończyło się pewnym zwycięstwem gości 4:1. Dzięki temu zwycięstwu tyszanie zabrali do domu brązowe medale, a gospodarze natomiast musieli obejść się smakiem i wylądowali poza „pudłem”.
– Czwarte miejsce to najgorsze miejsce dla sportowca. Każdy z nas oczekiwał czegoś więcej, medalu, o który walczyliśmy i którego byliśmy blisko, dlatego z pewnością nie traktuję czwartego miejsca jako sukces – mówił Maciej Miarka, niepocieszony drugi bramkarz „GieKSy”.
Trudno się nie zgodzić ze słowami młodego golkipera. Gdy zapytaliśmy go o przyczynę przegranej Miarka, odpowiedział:
– Byliśmy po prostu mniej skuteczni we wszystkich meczach. Po dwóch wyraźnie przegranych meczach kiedy dziś wyrównaliśmy, mieliśmy nadzieję na zwycięstwo. Dzisiejszy mecz był najważniejszy. Ciężko walczyliśmy, żeby wygrać i zagrać z Tychami kolejny mecz. Niestety nie udało się, choć robiliśmy wszystko co w naszej mocy, żeby zwyciężyć. Myślę, że graliśmy z takim samym zaangażowaniem jak z Unią czy Jastrzębiem, pracowaliśmy na tej samej intensywności ale tym razem po prostu nie daliśmy rady – wyjaśnił.
W debiutanckim sezonie w seniorskiej kadrze GieKSy nasz rozmówca wystąpił w drugim spotkaniu o brąz. Mimo młodego wieku nie „spalił się” i rozegrał naprawdę niezłe zawody.
– W meczu, w którym broniłem popełniłem kilka błędów. Miałem parę fajnych interwencji, ale dostałem trzy bramki. Gdyby jednak nie było błędów, to nie padałyby bramki. Uważam, że nie był to z mojej strony najgorszy mecz – racjonalnie ocenił swój występ bramkarz.
– To mój pierwszy sezon w karierze seniorskiej. Teraz zajęliśmy czwarte miejsce i mam nadzieję że w kolejnych sezonach będzie już tylko lepiej. Teraz gram w U-20, ale moim marzeniem jest gra w seniorskiej reprezentacji Polski – zakończył Miarka.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kwasny_jaro
6 kwietnia 2021 at 20:06
Odnośnie transmisji II ligi przez eWinner, należy zaznaczyć, że obejrzenie meczu poza granicami Polski jest niemożliwe. Mieszkam w Anglii i do tej pory mogłem śledzić niemalże wszystkie mecze GieKSy a teraz lipa…