Dołącz do nas

Piłka nożna

Rywal pod lupą: Krzysztof Kołodziej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Krzysztof Kołodziej znajduje się w ścisłej czołówce najlepiej asystujących zawodników w tym sezonie II ligi, a także jest bohaterem jednego z najbardziej nieoczekiwanych debiutów ostatnich lat w Ekstraklasie. Jego historia dobitnie pokazuje, by nigdy nie rezygnować ze swoich marzeń.

Ofensywny pomocnik Elany to wychowanek Lecha Poznań, do którego trafił w wieku 12 lat. W Akademii “Kolejorza” przeszedł przez wszystkie szczeble rozwoju aż do ostatniego rocznika juniorskiego. Niestety w klubie dano mu dość dosadnie do zrozumienia, że nie pokładają w nim zbyt dużych nadziei i Kołodziej w wieku 18 lat postanowił rozstać się z poznańskim klubem. Nie tak dawno w jednym z wywiadów dla klubowych mediów toruńskiego klubu, Kołodziej komentował, jak wyglądały kulisy jego pierwszego odejścia z Lecha.

„Bodajże trener Karol Brodowski poinformował mnie, że będę siódmym bądź ósmym pomocnikiem z kolei do wejścia, czyli tak naprawdę miałem zerowe szanse na grę w drugim zespole. Dodatkowo miałem trochę komplikacji w sprawach rodzinnych i zdecydowałem się opuścić „Kolejorza”.

Za dobry na Okręgówkę

Kołodziej po odejściu z Lecha trafił do klubu, w którym występował jeszcze jako dziecko. Tym klubem była Wielkopolska Komorniki występująca wtedy w lidze Okręgowej. Pomocnik rozpoczynał więc swoją przygodę z seniorską piłką niemal od samego dołu. Jak się szybko okazało, Kołodziej zdecydowanie przerastał swoją grą poziom ligi Okręgowej i zaledwie po rozegraniu jednej rundy przeniósł się do trzecioligowego GKS-u Dopiewo. Spędził tam 2,5 roku, które niestety okraszone było na koniec spadkiem do IV ligi. Z Dopiewa trafił do czwartoligowego Gromu Plewiska, gdzie piłkę na co dzień łączył z pracą.

Niesamowity obrót spraw

Przygoda z piłką Kołodzieja wydawała się utknąć w martwym punkcie i raczej nic nie wskazywało, by coś się miało w tej materii zmienić. Nieprawdopodobny punkt zwrotny nastąpił niemal półtora roku później podczas jednego z ligowych spotkań. W przedostatniej kolejce rundy jesiennej sezonu 2015/16 Grom Plewiska podejmował na własnym boisku Iskrę Szydłowo. Całej rywalizacji z boku przyglądał się ówczesny trener rezerw Lecha Poznań – Ivan Đurđević, który pojawił się na meczu w celu obserwacji jednego z zawodników Iskry. Ten jednak nic nadzwyczajnego w tym dniu nie pokazał, a jedną z najjaśniejszych postaci w meczu okazał się Krzysztof Kołodziej. Ivan Đurđević zdecydował się skontaktować z pomocnikiem Gromu Plewiska i zaoferować mu występy w drużynie rezerw „Kolejorza”. Przypadkowy angaż i powrót do Lecha jest o tyle niesamowity, że sam Kołodziej przyznał, że w tamtym meczu grał „wczorajszy”, bo dzień wcześniej był na imprezie. Na potwierdzenie fragment z wywiadu dla oficjalnej strony Elany:

”Stare czasy, wtedy jeszcze w Gromie wiodłem dość imprezowe życie i dzień przed tym meczem, kiedy obserwował mnie trener Đurđević, też byłem na imprezie. Jak widać, nie przeszkodziło mi to w grze.”

Lech II Poznań

Krzysztof Kołodziej został zawodnikiem rezerw Lecha Poznań przed rundą wiosenną sezonu 2016/17, którą zakończył z 10 występami i dwoma golami na koncie. W większości meczów wchodził jednak tylko na końcówki spotkań. O wiele większą rolę odegrał już w kolejnej ligowej kampanii „dwójki” Lecha na trzecioligowych boiskach, notując 29 występów i 3 bramki. Pomocnik rozkręcał się z sezonu na sezon zwłaszcza pod względem osiąganych liczb, a prawdziwa eksplozja formy przyszła w ubiegłym sezonie. W 30 meczach zdobył 12 bramek i zaliczył aż 13 asyst. Niesamowite statystyki i występy Kołodzieja nie przeszły bez echa i mocno zainteresował się nim sztab szkoleniowy pierwszej drużyny.

Debiut w Ekstraklasie

Znakomita gra w rezerwach spowodowała, że pojawiła się realna szansa na debiut Kołodzieja w Ekstraklasie. Skreślony 8 lat wcześniej zawodnik akademii, występujący jeszcze kilka sezonów wstecz na wiejskich czwartoligowych murawach był o krok od sfinalizowania tej niesamowitej historii. W pierwszej drużynie Lecha pod koniec ubiegłego sezonu z kontuzjami zmagali się napastnicy: Christian Gytkjaer i Timur Zhamaletdinov, co jeszcze bardziej zwiększyło jego szanse. Kołodziej otrzymał powołanie do kadry meczowej na spotkanie 34. kolejki z Zagłębiem Lubin, a Dariusz Żuraw w 90. minucie meczu zdecydował się dać szansę debiutu 26-letniemu wychowankowi. Kołodziej przy wyniku 1:1 zmienił Kamila Jóźwiaka.

Do końca sezonu wystąpił jeszcze w dwóch spotkaniach w tym raz nawet od pierwszej minuty. Zdecydowanie najlepszy w jego wykonaniu był za to mecz z Lechią Gdańsk, w którym bardzo mocno przyczynił się do zainkasowania przez Lecha trzech punktów. Kiedy wszyscy na stadionie myśleli już, że spotkanie zakończy się remisem, Krzysztof Kołodziej obsłużył kapitalnym podaniem Darko Jevtica, któremu nie pozostało nic innego jak wpakować piłkę do siatki (od 3:52).

.
Zawodnik po zakończeniu ubiegłego sezonu otrzymał propozycję nowego kontraktu w rezerwach Lecha, ale postanowił z niej nie skorzystać. Kołodziej przyznał, że oferta, którą przedstawiono mu w Poznaniu, była niezadowalająca. Według niego swoimi występami w pierwszym zespole w końcówce sezonu zasługiwał na umowę z pierwszym zespołem Lecha. Swoją decyzję komentował takimi słowami:

”Myślałem, że się obroniłem i chciałem zostać w Poznaniu z pierwszą drużyną i nawet gdybym był zsyłany do rezerw, to nie obrażałbym się bo wiadomo, że pierwszoplanową postacią na „dziesiątce” był Darko Jevtić”.

Najbardziej konkretna i zdeterminowana, by pozyskać Kołodzieja, okazała się Elana Toruń, z którą związał się dwuletnim kontraktem z opcją przedłużenia o kolejny rok. Pomocnik w obecnym sezonie prezentuje naprawdę dobrze. W 25 spotkaniach w drugiej lidze zdobył 2 bramki i zanotował 9 asyst. Zajmuje ex aequo 2 miejsce wraz z Pawłem Łysiakiem z Błękitnych Stargard w tabeli najlepiej asystujących piłkarzy w drugiej lidze. W debiucie wystarczyły mu zaledwie cztery minuty pobytu na boisku, by przywitać się z kibicami Elany taki oto pięknym golem(od 3:03):

.
Dla Krzysztofa Kołodzieja sobotni mecz będzie pierwszym w karierze przeciwko GieKSie. Zawodnik Elany nie wystąpił na Bukowej w meczu rozgrywanym na jesień z powodu kontuzji.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Niezłomność i perełki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.

Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.

Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.

Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.

Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.

Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.

Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.

Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.

Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.

Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.

Trenerze Urban. Ty wiesz co.

Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.

Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.

Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.

Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.

Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.

W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.

W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.

No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.

W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.

Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Szkurin show w Zabrzu!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.

 

 

Kontynuuj czytanie

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Zabrza

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Zabrza. W sektorze gości zameldował się komplet (według przyznanych biletów) – 1503 kibiców GieKSy, w tym wsparcie Banika Ostrava (15) oraz ROW Rybnik (50). Zdjęcia nadesłane przez kibiców. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga