Piłka nożna
Rywal pod lupą: Josip Šoljić
Josip Šoljić trafił do Wigier Suwałki na początku października i był ostatnim wzmocnieniem tego klubu w letnim okienku transferowym. Chorwat nominalnie jest defensywnym pomocnikiem, ale w zespole Dawida Szulczka występuje głównie na pozycji środkowego obrońcy.
Kariera
Josip Šoljić legitymuje się niezwykle bogatym CV jak na warunki drugoligowe. Jest wychowankiem chorwackiego NK Zagrzeb, w którego barwach zadebiutował w wieku 19 lat w tamtejszej pierwszej lidze. W 2009 roku zdecydował się wyjechać z rodzinnego kraju i spróbować swoich sił za granicą. Šoljić trafił do Szwajcarii, gdzie podpisał kontrakt w Challenge League (drugi poziom rozgrywkowy) z klubem FC Gossau. Jego przygoda z ekipą z północno-wschodniej Szwajcarii trwała tylko rok i delikatnie mówiąc, nie należała do zbyt udanych. Chorwacki pomocnik rozegrał w sumie 25 spotkań w sezonie i wraz ze swoimi kolegami z drużyny spadł z hukiem do trzeciej ligi.
Šoljić postanowił wrócić do Chorwacji, gdzie związał się umową z drugoligowym NK Rudes. Spędził tam półtora sezonu, po czym znów spróbował swoich sił poza granicami kraju. Pomocnik wylądował tym razem w czeskiej Zbrojovce Brno. Praktycznie z miejsca wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie zespołu, który starał się o jak najszybszy powrót do pierwszej ligi. Šoljić zagrał w 13 z 14 spotkań rundy wiosennej. Między innymi jego świetna postawa pomogła klubowi z Brna zająć czwarte miejsce w lidze, które w końcowym rozrachunku dało awans.
Kolejny sezon także układał się Chorwatowi po jego myśli. Grał regularnie w podstawowej jedenastce, a jego klub notował całkiem udany powrót do elity. W połowie sezonu zespół z Brna obniżył jednak loty i miał ogromne problemy ze zdobywaniem punktów. W konsekwencji słabych występów z pracą pierwszego trenera Zbrojovki pożegnał się Petr Cuhel, a zastąpił go Ludovit Grmela. Zmiana okazała się kluczową dla przyszłości Šoljića w czeskim klubie. Od momentu przyjścia Grmeli został odstawiony na boczny tor i do końca sezonu pojawił się na boisku zaledwie raz raptem na 23 minuty.
Josip Šoljić po rozstaniu ze Zbrojovką przez 6 miesięcy pozostawał bez klubu. Dopiero 25 lutego 2014 roku związał się kontraktem z mołdawskim klubem Milsami Orhei. Zbyt długo tam miejsca jednak nie zagrzał, bo opuścił klub od razu po zakończeniu sezonu. W sumie wystąpił w 10 meczach. W poszukiwaniu stabilizacji wyjechał do ojczyzny, gdzie zakotwiczył w drugoligowym NK Lucko. Šoljić solidnymi występami już po pierwszym sezonie zapracował sobie na transfer do pierwszej ligi. Trafił do Interu Zapresic, gdzie na dobre odbudował swoją dyspozycję. W półtora roku rozegrał 50 spotkań we wszystkich rozgrywkach, z czego większość od pierwszej do ostatniej minuty.
W wieku 29 lat zdecydował się na trzecią próbę gry za granicą. Skorzystał z oferty rumuńskiego klubu Poli Timisoara. Spędził tam rok i zanotował największy sukces w swojej dotychczasowej karierze. Doszedł z klubem z Timisoary do finału Pucharu Rumunii.
Rumunia okazała się ostatnim przystankiem w karierze chorwackiego pomocnika przed przeprowadzką do Polski, w której występuje zresztą do dziś. Pierwszym klubem Šoljića w Polsce była Stal Mielec, w której prezentował się wyśmienicie. Sezon 2018/19 był dla niego jednym z lepszych jak nie najlepszym w karierze. W 33 meczach zdobył 6 goli, czyli więcej niż we wszystkich poprzednich swoich klubach. Ze Stalą rozstał się zimą 2020 roku i podpisał umowę z Miedzią Legnica. W tamtym czasie Chorwatem interesowała się również Wisła Kraków ze względu na osobę trener Artura Skowronka. W Miedzi Legnica tak różowo, jak w Mielcu już nie było i we wrześniu tego roku jego kontrakt został rozwiązany za porozumieniem stron.
Na zakontraktowanie Šoljića zdecydował się spadkowicz z pierwszej ligi i nasz najbliższy rywal Wigry Suwałki. Na transferze pomocnika bardzo mocno zależało trenerowi Dawidowi Szulczkowi, czego nie ukrywał w swoich wypowiedziach:
”- Cieszy mnie ten transfer, gdyż doskonale znam tego piłkarza. Jestem przekonany, że nie tylko wzmocni naszą kadrę, ale również konkurencję i rywalizację w drużynie. Umiejętności oraz doświadczenie Šoljicia przydadzą nam się w walce o najwyższe cele”.
W centrum afery korupcyjnej
Šoljić, który aktualnie dogrywa sobie ostatnie lata kariery w Polsce, w przeszłości był zamieszany jeden z największych skandali korupcyjnych XXI wieku w Europie. Cała sytuacja miała miejsce czasach, kiedy był zawodnikiem szwajcarskiego klubu FC Gossau. Trafił do tego klubu za sprawą Mario Cvrtaka, który jak się później okazało, był członkiem chorwackiej mafii bukmacherskiej. FC Gossau notowało w tamtym okresie wiele podejrzanych rezultatów jak np. dziwnie wysokich porażek (8:0 z Biel, czy 7:0 z Lugano). 19 listopada 2019 przeprowadzono w kilku krajach europejskich naloty w związku z dochodzeniem w sprawie ustawiania meczów. Zatrzymano 15 osób w Niemczech, a także 2 w Szwajcarii. Jedną z osób zatrzymanych w Szwajcarii był właśnie Cvrtak. Jak się później okazało wraz z innym Chorwatem Ante Šapiną ustawili około 50 spotkań w kilku ligach europejskich w tym również w Szwajcarii. Na tej liście znalazły się oczywiście mecze klubu, w którym występował Šoljić. Niemiecka prokuratura z Bochum szczegółowo sprawdzała, którzy z zawodników szwajcarskiego drugoligowca są bezpośrednio zamieszani w skandal korupcyjny. Podejrzenie padło również na Josipa Šoljića, który wystąpił w jednym z nieczystych meczów. Chorwat został przesłuchany przez niemiecką policję, ale uniknął kary. Mimo wszystko nie ulega wątpliwości, że Šoljić doskonale znał się z Mario Cvrtakiem i jego 100% niewinność w tej aferze jest co najmniej dyskusyjna. Sam mocno jednak zaprzeczał, że brał udział w jakimkolwiek ustawianiu meczów:
”-Nie miałem żadnej wiedzy na temat ustawiania spotkań. Wiem, że w piłce nożnej to wielki problem, ale jestem niewinny”.
Mniej szczęścia miał jego czterech kolegów z klubu, którym postawiono zarzuty i zawieszono w prawach zawodnika. Co ciekawe, jeden z klubowych kolegów Šoljića publicznie przyznał, że jeden z meczów na pewno nie był czysty i że otrzymał ofertę finansową od innego zawodnika z drużyny. W październiku 2011 roku Bigoni zaginął, a po dwóch tygodniach poszukiwań jego ciało wyłowiono ze Starego Renu. Do dziś nie wiadomo w 100%, czy było to samobójstwo, zemsta mafii korupcyjnej, czy też po prostu nieszczęśliwy wypadek.
“Wypędzony” z Rumunii
O ile Josip Šoljić uniknął konsekwencji podejrzanych wydarzeń w szwajcarskim klubie, to niestety dla niego po latach cała sytuacja znów mocno się na nim odbiła. Wszystko miało miejsce podczas jego przygody z rumuńskim Poli Timisoara. Jak wspominałem już wcześniej, Chorwat na rumuńskich boiskach radził sobie naprawdę dobrze. Był podstawowym zawodnikiem i doszedł z drużyną do finału Pucharu Rumunii, w którym przyszło się mu zmierzyć ze Steauą Bukareszt. Dla Šoljića ten finał nie należy jednak do najmilszych wspomnień z jego dotychczasowej kariery. Poli Timisoara przegrała gładko 0:3 najważniejszy mecz w sezonie, a ogromny w tym udział miał niestety chorwacki pomocnik. W drugiej połowie przy stanie 0:1, zdecydował się na kompletnie niewytłumaczalne zagranie. Z okolic 40 metra postanowił podać piłkę głową do swojego bramkarza. Efekt ? Piłka po jego zagraniu ledwo doleciała do linii szesnastego metra, do której dopadł zawodnik Steauy i spokojnie pokonał bramkarza z Timisoary. Zresztą oceńcie to kuriozum sami (od 0:34):
Występ Šoljića w finale pucharu wprawił w szczególną wściekłość wiceprezesa Poli – Radu Birlice:
”-Moim zdaniem umowa z Šoljićem musi zostać natychmiast rozwiązana, jednak to nie zależy tylko ode mnie. Muszę skonsultować się z prezesem i zarządem (…) Szkoda pracy i wysiłku jego kolegów. Jego występ zniszczył wszystko, co zbudowali „.
Pomeczowe zarzuty wobec Šoljića spotęgował jeszcze niefortunny wywiad, który ukazał się dwa tygodnie przed tym finałem. W tamtym wywiadzie dla rumuńskiego sportowego dziennika „Gazeta Sporturilor” wspominał akurat o aferze korupcyjnej za czasów gry w Szwajcarii.
Wiceprezes Poli Timisoara słowa dotrzymał i kontrakt z pomocnikiem został natychmiast zerwany, mimo że był jeszcze ważny przez ponad pół roku.
Mecze przeciwko GieKSie
Chorwat ma świetne wspomnienia z meczów z GKS-em. Może się pochwalić wręcz nieskazitelnym bilansem. W barwach Stali Mielec trzykrotnie mierzył się z GieKSą i odniósł komplet zwycięstw, a dodatkowo jego zespół nie stracił ani jednej bramki.
2017/18
GKS Katowice – Stal Mielec 0:2 (grał 90 minut)
2018/19
Stal Mielec – GKS Katowice 2:0 (grał 90 minut)
GKS Katowice – Stal Mielec 0:2 (grał 90 minut)
Bilans: 3 zwycięstwa i rozegrane 180 minut
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Taką GieKSę chcę oglądać zawsze
Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.
Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.
Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.
GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.
Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.
Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.
Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.
Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.
Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.
Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.
Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.
I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.
Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.
Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.
Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.
To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.
Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.
Walczymy dalej!
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.







































Najnowsze komentarze