Dołącz do nas

Hokej Klub Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Pierwsza batalia dla GieKSy. Strzelecki popis w drugiej tercji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

W rozgrywkach Ekstraligi Kobiet nastąpiła przerwa reprezentacyjna: na ligowe boiska drużyny wrócą w sobotę 16 kwietnia. W sobotę piłkarze GieKSa rozegrali mecz ligowy z Górnikiem Polkowice. Drużyna przegrała 1:2 (0:1). Prasówkę po tym znajdziecie TUTAJ. W tym tygodniu zespół rozegra jeszcze dwa spotkania: w środę z Widzewem (zaległy mecz z 25 kolejki, o 20:30) oraz w niedzielę z Odrą (o godzinie 18:00).

W piątek siatkarze rozegrali ostatnie spotkanie sezonu zasadniczego, drużyna wygrała w Suwałkach z Ślepsk Malow 3:2. Dzięki tej wygranej zespół na pewno zagra w fazie play-off ligi. W zależności od wyników dwóch zaległych spotkań Trefla siatkarze zajmą siódme lub ósme miejsce po rundzie zasadniczej. Pierwsze spotkania rundy-play-off wstępnie zostały zaplanowane na 13 kwietnia. Drużyny, które wygrają dwa spotkania awansują do półfinału.

Hokeiści w półfinale play-off rozgrywek PHL pokonali ostatecznie GKS Tychy i awansowali do finału rozgrywek. W minionym tygodniu kolejno nasz zespół przegrał 2:3 oraz wygrał 3:2, we wspomnianym półfinale rozgrywek. Wczoraj drużyna rozpoczęła walkę w finale rozgrywek, pokonując Re-Plast Unię Oświęcim 4:2. Kolejne spotkanie już dzisiaj w Satelicie – kolejne dwa w Oświęcimiu w czwartek i piątek. Mecze transmitowane są przez TVP Sport.

 

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.com – Biznesmeni piszą do prezydenta

Członkowie dawnego Klubu Biznesu, działającego przy GKS-ie Katowice, napisali list otwarty, w którym wskazują, jak przy Bukowej zaniedbano sponsorów.

W tym tygodniu w katowickim Urzędzie Miasta członkowie dawnego Klubu Biznesu złożyli list otwarty adresowany do prezydenta Marcina Krupy. „Niestety ta piękna idea w momencie pojawienia się nowego prezesa przestała być pielęgnowana, upadła i nie funkcjonuje od kilku lat, co jest złym prognostykiem w aspekcie przyszłego rozwoju naszego Klubu i w perspektywie powstania nowego stadionu, którego gospodarzem powinni być wspólnie miasto, Klub, jego wierni kibice oraz sponsorzy” – czytamy w nim (pisownia oryginalna).

To kolejny kamyczek do ogródka miejskiej spółki, na której czele od sierpnia 2019 roku stoi Marek Szczerbowski. Mnóstwo zastrzeżeń do działania GieKSy pod jego wodzą mają kibice, co wyłuszczyli zimą na swojej stronie internetowej, stawiając pytanie, czy „zwija klub od środka, zabijając medialno-biznesowo-wizerunkową otoczkę”, wypominając szereg zwolnień, czystki w administracji, ograniczenie działalności marketingowej. Już jesienią na jednym z ligowych spotkań na „Blaszoku” rozwieszono adresowany do pracowników klubu transparent „Na mecz z Banikiem sami zrobiliśmy frekwencję, wy dalej siedzicie i umywacie ręce!”, nawiązując do sparingu z przyjaciółmi z Ostrawy, który był bardzo promowany przez kibiców i przyciągnął na trybuny więcej osób niż mecz o punkty.

Teraz swoje zarzuty wysuwają byli i potencjalni sponsorzy klubu. Przypominają, że po spadku do II ligi Klub Biznesu przestał funkcjonować, a pakiety sponsorskie zostały… podniesione. „Klub Biznesu w przeszłości liczył ponad 50 firm, które rocznie generowały wpływy do GieKSy w wysokości ponad 300 tys. złotych. W porównaniu do inwestycji ze strony miasta kwota może nie wydawać się znacząca, ale pragniemy wskazać na ograniczone możliwości przyciągania dużych sponsorów z powodu dotychczasowej infrastruktury klubu (stadion, który lata świetności ma za sobą). Na śniadaniach Klubu Biznesu pojawiali się zarówno ówcześni sponsorzy, jak i potencjalni nowi sponsorzy, w tym tak duzi partnerzy jak firmy Randstad czy Qatar Airways. Model funkcjonowania Klubu Biznesu oraz grupa firm wspierających GieKSę stanowiły znakomity fundament do tworzenia potęgi GieKSy w przyszłości, w nowych warunkach jej funkcjonowania – na nowym stadionie ze świetną infrastrukturą sprzyjającą promocji GieKSy oraz jej sponsorów” – piszą w liście otwartym, opublikowanym na gieksa.pl.

Na oficjalnej stronie internetowej GKS-u potencjalny sponsor nie znajdzie oferty ani czegoś, co zachęcałoby do kontaktu. W zakładce „Klub Biznesu” znajduje się tylko opis kilku firm już współpracujących z GKS-em, ale bez informacji, jak do tego grona dołączyć.

W liście otwartym byli członkowie Klubu Biznesu zaznaczają, że nie chcą uderzać bezpośrednio w prezesa Szczerbowskiego, a jedynie zasygnalizować problem. Proponują, by Klub Biznesu został reaktywowany, przy wsparciu miasta i działu marketingu GKS-u. By stworzono pakiety sponsorskie, zadbano o regularne spotkania, oddelegowanie w klubie osoby odpowiedzialnej za biznesowe kontakty oraz umieszczenie przedstawiciela Klubu Biznesu w radzie nadzorczej. „GieKSa ma solidny kapitał w postaci wyjątkowej społeczności kibiców oraz biznes, który chce być blisko Klubu” – czytamy w liście.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – Podział punktów w Suwałkach, GKS bliżej fazy play-off

Siatkarze Ślepska Malow Suwałki i GKS-u Katowice zainaugurowali ostatnią serię spotkań PlusLigi. Gospodarze już szans na play-off nie mają, ale GKS wciąż o nie walczy i cenne punkty w Suwałkach znacznie przybliżają zespół z Katowic do upragnionego przez nich celu. Najlepszym zawodnikiem meczu wybrany został Micah Ma’a. Teraz GKS będzie spoglądał na to, co zrobi Projekt Warszawa w meczu ze Stalą Nysa oraz Trefl Gdańsk w zaległych meczach.

GKS do ważnego meczu ze Ślepskiem Malow Suwałki przystąpił bez mającego problemy ze zdrowiem Piotra Haina.

[…] Ślepsk Malow Suwałki – GKS Katowice 2:3 (21:25, 27:25, 18:25, 25:21, 17:19)

MVP: Micah Ma’a

 

polsatsport.pl – Zacięte starcie w Suwałkach. Ważne zwycięstwo siatkarzy GKS

[…] Pierwszą partię wygrali siatkarze GKS, którzy przejęli inicjatywę w końcówce. W ostatniej akcji seta skutecznym atakiem popisał się Jakub Jarosz (21:25). Drużyna z Katowic była w tej partii skuteczniejsza w ataku (Jarosz 8/8!) i lepiej punktowała blokiem (0–5).

W drugiej odsłonie oglądaliśmy wyrównaną walkę obu ekip, którą zwieńczyła rywalizacja na przewagi. Co prawda to przyjezdni pierwsi mieli piłkę setową (22:24), ale ostatecznie to suwalczanie cieszyli się z wygranej po dwóch punktowych blokach (27:25).

Set numer trzy wyraźnie dla gości. Po wyrównanym początku, w środkowej części tej partii katowiczanie popisali się punktową serią (9:14) i już nie oddali przewagi. Pewnie zmierzali po wygraną, którą przypieczętował atak Jakuba Szymańskiego (18:25).

Czwarta odsłona toczyła się przy minimalnej przewadze suwalczan. W końcówce siatkarze GKS doprowadzili do remisu (20:20), ale kolejne akcje wygrali gospodarze. W pewnym momencie zrobiło się nerwowo, a czerwoną kartkę otrzymał trener ekipy z Katowic (23:20). W ostatniej akcji seta goście popełnili błąd (25:21).

W tej sytuacji zwycięzcę miał więc wyłonić tie-break. Nie brakowało w nim zaciętej walki obu ekip. Przy zmianie stron punkt zaliczki mieli gospodarze (8:7). Ślepsk miał też jako pierwszy piłkę meczową, gdy skutecznym atakiem popisał się Bartłomiej Bołądź (14:13). Katowiczanie doprowadzili jednak do gry na przewagi, a bohaterem ostatnich akcji był Marcin Kania (17:19).

 

HOKEJ

sportdziennik.com – GKS Tychy – GKS Katowice. Gramy dalej!

Po raz drugi w półfinałowych derbach pomiędzy GKS-ami z Tychów i Katowic rozgrywano dogrywkę, ale o przedłużenie tyskich szans zadecydowały karne…

Obaj trenerzy doszli do wniosku, że na tym etapie rywalizacji już nie ma co „majstrować” przy składach. Jedynie pojawił się w katowickiej defensywie Fin Kalle Valtola, który wcześniej był chory. Pierwsza tercja zdecydowanie różniła się od tej z sobotniego meczu. Tym razem katowiczanie wyszli założenia, że z gospodarzami trzeba podjąć grę od pierwszych minut i byli stroną dominującą. W 4 min mogli już objąć prowadzenie – najpierw Mateusz Rompkowski silnie uderzył i krążek przeszedł tuż obok słupka, odbił się od bandy i przejął go Bartosz Fraszko. Skrzydłowy GieKSy strzelił niemal z zerowego konta i „guma” przemknęła wzdłuż linii bramkowej na drugą stronę tafli. Goście objęli prowadzenie gdy Patryk Wronka uderzał na bramkę, krążek odbił się od Grigorija Żełdakowa i wpadł do siatki. Gospodarze grali 2 razy w przewadze i niemal przez cały czas przebywali w tercji rywali, jednak nie znaleźli drogi do bramki.

W kolejnej odsłonie gorących spięć pod bramką Johna Murraya nie brakowało. Jakub Witecki (31 min), Bartłomiej Jeziorski, Christian Mroczkowski (35) i Michael Cichy (39) mieli okazje do wyrównania. Ten pierwszy, „głodny” gry, popisał się efektownym rajdem i należy tylko żałować, że krążek minimalnie minął cel. Przewaga gospodarzy była spora i trener Jacek Płachta poprosił o czas, by jego podopieczni ochłonęli i uporządkowali grę. Tomas Fuczik nie miał wiele pracy, ale poważnie zagrozili mu Grzegorz Pasiut oraz Anthon Eriksson. Trener Andrej Sidorenko, by zmobilizować jeszcze bardziej zawodników, dokonał roszad w swoich formacjach.

Tyszanie grali w jednostajnym tempie, bez błysku, a minuty mijały. Goście od czasu do czasu wyprowadzali kontry, ale nie byli zainteresowani forsowaniem zbyt szybkiego tempa. Wprawdzie prowadzili tylko golem, ale on ich promował do finału. Wydawało się, że gospodarze jakby nieco zwątpili, jednak w 55 min Cichy w końcu pokonał Murraya. Radość gospodarzy była ogromna, ale krótka. W kolejnej akcji gości w roli głównej wystąpili dwaj Mateusze. Bepierszcz zagrał zza bramki, a Michalski ponownie dał GieKSie prowadzenie. W 58:20 z lodu zjechał Fuczik i pojawił dodatkowy napastnik. Na 18 sek. przed końcem kapitan Michał Kotlorz zdobył wyrównującego gola. W dogrywce było kilka soczystych uderzeń, ale krążek nie chciał wpaść do siatki. Zadecydowały „najazdy”.

 

GKS Katowice zagra w finale!

Właściwie trudno się dziwić, że o awans do finału play offu gra się długo i dokładnie, choć katowiczanie w decydującej rozgrywce chyba już się widzieli, ale konkret przyszedł.

Siły obu GKS-ów z Katowic i Tychów są podobne, więc w siódmym spotkaniu znów w regulaminowym czasie był remis (2:2). Gospodarze prowadzili już 2:0, ale niezwykle zdeterminowani goście zdołali doprowadzić do wyrównania.

O sporym pechu może mówić Bartłomiej Pociecha, który w połowie poniedziałkowego meczu złamał palec i czeka go dłuższa. – Na trzeci mecz finałowy pewnie zdążę, a teraz przyjdzie mi tylko kibicować i trzymać kciuki za kolegów – wyjawił tyski obrońca w drodze na lodowisko.

Od pierwszego gwizdka obie drużyny nie zamierzały się oszczędzać i swojej akcje prowadziły w szybkim tempie. Stroną przeważającą byli gospodarze i oni stworzyli zdecydowanie więcej sytuacji pod bramką Tomasa Fuczika. Jednak ani Anthon Eriksson (4 min), ani jego kompani, Bartosz Fraszko, Patryk Krężołek do spółki Mateuszem Michalskim, nie potrafili skierować krążka do siatki. John Murray pokazał swój kunszt bramkarski po uderzeniu Michaela Cichego (15), gdy krążek zmierzał pod poprzeczkę, ale zdołał go załapać. I tercja zakończyła się bez bramek i… kar.

Jednak doczekaliśmy się kary Mateusza Gościńskiego oraz bramek z jednej i drugiej strony. Wykluczenie „Gościa” miało poważne konsekwencje, bo tyszanie stracili gola. Niezmordowany w półfinałowej serii Patryk Wronka znów dał znać o sobie i w końcu pokonał czeskiego golkipera. Po tym trafieniu gospodarze zdominowali taflę przez kilka minut posiadali znaczną przewagę. Kolejna szybka akcja katowiczan przyniosła im drugą bramkę. Krężołek przejął krążek od Matiasa Lehtonena i zauważył z lewej strony nadjeżdżającego Mateusza Bepierszcza. Ten niewiele się namyślając uderzył silnie i pewnie. W tym momencie tyszan „olśniło”, że finał się mocno oddalił. Ruszyli wściekle do przodu i wreszcie pod bramką gospodarzy było sporo zamieszania i Murray musiał wykazać się refleksem. Jednak nie zdołał utrzymać „czystego” konta. Alex Szczechura podał do Galanta i ten z bliskiej odległości wpakował krążek do siatki. Czyżby miał powtórzyć się scenariusz z drugiego spotkania w „Satelicie”?

Ostatnia odsłona zaczęła się z opóźnieniem, bowiem na tafli było sporo wody. W końcu zaczęła się twarda gra o każdy centymetr lodu. Gdy w 41 min na ławce kar znalazł się Michael Cichy, pod bramką Fuczika była niezwykle gorąco i aż dziw bierze, że krążek nie znalazł się w siatce. Gdy miejscowi kibice oczekiwali kolejnych goli dla swojego zespołu, czekała ich przykra niespodzianka. W 50 min Jason Seed dalekim podaniem uruchomił Jegora Fieofanowa, a ten dostrzegł wychodzącego na wolną pozycję Denisa Sergiuszkina. Ten ostatni nie miał problemu z umieszczeniem krążka w siatce. Ostatnie 10 min w wykonaniu obu zespołów było nerwowe, ale też było sporo sytuacji. Jednak w regulaminowym czasie znów był remis. O wszystkim miała zadecydować dogrywka w której lepsi okazali się gospodarze.

 

hokej.net – Pierwsza batalia dla GieKSy. Strzelecki popis w drugiej tercji

GKS Katowice pokonał na własnym lodzie Re-Plast Unię Oświęcim 4:2 i objął prowadzenie w finałowej rywalizacji. Kluczowa dla losów spotkania okazała się druga odsłona, w której GieKSa zdobyła wszystkie bramki.

Spotkanie zaczęło się uroczyście, bo od odśpiewania „Mazurka Dąbrowskiego”. Później krążek na lód rzucił zaproszony na to spotkanie Jaromír Jágr, członek „Triple Gold Club” i jeden z najlepszych zawodników w historii NHL. Do pierwszego wznowienia stanęli Grzegorz Pasiut i Krystian Dziubiński, etatowi reprezentanci Polski i kapitanowie obu ekip, który chwilę później zrobili sobie zdjęcie z hokejową legendą.

Jako pierwsi groźną akcję wypracowali sobie oświęcimianie. Do katowickiej tercji odważnie wjechał Victor Rollin Carlsson, ale uderzeniem z bekhendu nie zdołał pokonać Johna Murraya. Chwilę później swoją szansą miał Nikołaj Stasienko, jednak oddał niecelny strzał.

Później więcej z gry mieli gospodarze, którzy częściej przebywali w oświęcimskiej tercji i niepokoili Clarke’a Saundersa. „Saundy” pewnie strzegł swojego posterunku i obronił uderzenia Patryka Krężołka, Bartosza Fraszki i Mateusza Michalskiego. Trzeba przyznać, że miał też sporo szczęścia. Najpierw w 17. minucie odbił krążek po kąśliwym uderzeniu Jakuba Wanackiego. Spieszący z dobitką Matias Lehtonen posłał gumę w słupek, a czający się pod bramką „Wanek” uderzył z bekhendu. 32-letni Kanadyjczyk zdążył dosunąć parkan i odbić ten strzał! W końcówce – po uderzeniu Grzegorza Pasiuta – krążek znalazł się w oświęcimskiej siatce, ale sędziowie uznali, że nastąpiło to po wybrzmieniu syreny obwieszczającej koniec pierwszej tercji.

To było ostrzeżenie, z którego oświęcimianie nie wyciągnęli wniosków. Biało-niebiescy nie poprawili gry w destrukcji i nie zagrali w sposób twardy przed własną bramką, więc zapłacili za to sporą cenę.

Katowiczanie drugą odsłonę rozpoczęli bowiem z prawdziwym przytupem i wykorzystali serię indywidualnych błędów gości. Już 19 sekund po jej rozpoczęciu składną akcję rozegrali Bartosz Fraszko i Patryk Wronka, którą celnym strzałem niemal do pustej bramki zwieńczył ten drugi.

Podopieczni Jacka Płachty poszli za ciosem i w ciągu trzech minut zdobyli kolejne dwa gole, robiąc tym samym milowy krok w kierunku zwycięstwa. Na 2:0 w zamieszaniu podbramkowym podwyższył Mateusz Michalski, a trzecie trafienie było dziełem Grzegorza Pasiuta, który – podczas gry swojego zespołu w osłabieniu i precyzyjnym dograniu Bartosza Fraszki – wypalił pod poprzeczkę.

Biało-niebiescy mieli problem z przedarciem się przez katowickie zasieki obronne. W 33. minucie wykorzystali okres gry w przewadze. Victor Rollin Carlsson dograł do Teddy’ego Da Costy, a ten uderzeniem w krótki róg zaskoczył Johna Murraya i wlał nadzieję w serac

Niesieni dopingiem publiczności GieKSiarze odpowiedzieli już 47 sekund później. Pasiut próbował dograć do Carla Hudsona, ale Nikołaj Stasienko tak niefortunnie przeciął krążek, że guma zatrzepotała w siatce.

Trzybramkowa zaliczka pomogła gospodarzom kontrolować przebieg spotkania. Ale ekipa z grodu nad Sołą nie poddała się. Akcję Krystiana Dziubińskiego i Wasilija Strielcowa uderzeniem do pustej bramki zwieńczył Aleksandr Strielcow, dla którego był to już siódmy gol w fazie play-off.

W 56. minucie kontaktowego gola mógł zdobyć Wasilij Strielcow, ale w dobrej sytuacji fatalnie przestrzelił.  W końcówce Tom Coolen zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza, ale nie przyniósł on zamierzonego efektu.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Kibice Piłka nożna

Kibicowska galeria z wyjazdu do Gliwic

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do kibicowskiej galerii z wyjazdu do Gliwic, gdzie GieKSa zjawiła się w nadkomplecie, a dokładnie w 1154 osoby, w tym 6 Banik Ostrava i 1 JKS Jarosław. Zdjęcia nadesłane przez kibiców.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Opór przed rozwojem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:

2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.

Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.

Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.

Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.

Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.

Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.

Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.

Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.

Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.

Absolutnie niepojęte jest to, jak my  na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.

I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.

Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.

<ogląda skrót>

<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>

<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>

Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.

Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.

Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.

I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.

Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.

Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.

Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.

Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.

Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.

Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.

Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.

Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.

Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.

Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.

Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…

Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.

I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…

Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.

Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.

Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.

A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.

Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.

Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.

No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.

No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.

I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.

Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.

Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Igrzyska Myśliwca z katowicką obroną

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Czasem trzeba – jak to się mówi – przespać się po danym meczu. Po to, żeby podejść do niego bardziej spokojnie, znaleźć jakieś pozytywy i ogólnie nie popaść w zły nastrój. Nie pykło. Tym razem patrząc już z lekkiego dystansu, czyli sobotniego poranka, mam obraz gorszy niż bezpośrednio po meczu. Powiedzmy sobie wprost – to było fatalne spotkanie naszego zespołu.

Nie mam tym razem irytacji, tak jak po meczu z Motorem. Może z powodu dyspozycji dnia. Ale nie zespołu, tylko mojej. Ot, GieKSa pokazała swoją specyfikę od tej złej strony, ale nie jest to nic nowego, znamy to doskonale. Tym razem wyszło na minus.

To co jest niestety specyfiką tej drużyny i co (póki co) nie pozwala jej wejść na stałe do czołówki ligi to jej kompletna losowość. Abstrahując oczywiście od tej różnicy u siebie i na wyjeździe. Ale zasadniczo wygląda to tak, że co nam danego dnia wylosuje maszyna losująca, tak będzie wyglądał mecz w naszym wykonaniu. Nie ma czegoś takiego, że przed meczem ze stosunkowo dużym prawdopodobieństwem jesteśmy w stanie stwierdzić, że GieKSa zagra dobre solidne spotkanie, będzie lepsza od rywala albo przynajmniej równa, a wynik – choć to suma wielu wypadkowych – również z pewnym prawdopodobieństwem będzie korzystny. Nie. W przypadku GKS mamy wręcz orła i reszkę – jak wypadnie jedno to mamy ekipę walczącą, kapitalnie grającą w piłkę, stwarzającą zagrożenie. Jeśli drugie – drużynę bezradną i… grającą w obronie w tak kuriozalny sposób jak wczoraj. Ale jest to sposób znany. Także z tego sezonu. Jak zawieje – tak zagramy.

Zanim przejdę do obrony (dla porządku, chodzi o obronną grę całego zespołu), słówko o innych aspektach. Zapytałem trenera na konferencji o wyciąganie wniosków z rywalizacji z Piastem, przede wszystkim z jesieni z poprzedniego sezonu. Bo miałem małe déjà vu z tego meczu, gdy chyba dopiero w swoim drugim starciu jako trener Piasta przyjechał na Nową Bukową Daniel Myśliwiec. Wtedy używałem takiej metafory, że piłkarze Piasta „pobili” naszych zawodników. Bo już wtedy zameldowali się bardzo szybko w kościach naszych zawodników, którzy nie byli na to przygotowani. I goście wtedy zdominowali ten mecz fizycznością i agresją, do tego strzelili w krótkim czasie dwie bramki i było po meczu. I wczoraj mieliśmy podobny vibe Piasta, przy czym tym razem z dyscyplin olimpijskich trener Myśliwiec nie postawił na boks, tylko na sprint. Nie wiem, jakim cudem przekonał swoich piłkarzy, zwłaszcza tych zagranicznych, jaka jest waga meczu z GieKSą, ale grali oni, jakby nałykali się szaleju. Byli dzicy, z pianą na ustach, walczyli, jakby to była wojna, a nie mecz piłkarski. Tak jak mówię – tym razem objawiało się to w szybkości, pokazywaniu się na pozycję i niesamowitym parciu do przodu. Utrzymywali przy tym naprawdę dyscyplinę taktyczną, to nie były ataki chaotyczne. W tym kontekście trafiliśmy na przeciwnika niesamowicie dobrze dysponowanego.

Trener mówił po meczu, że w drugiej połowie to GKS przejął inicjatywę. No jasne, ale przecież Piast prowadził już 2:0, więc to turbodoładowanie nie było już im do niczego potrzebne. Poza tym bądźmy konsekwentni – bo narracja jest taka, że gdy my się cofamy do niskiej obrony, to jest to przemyślana taktyka, a jeśli przeciwnik – to znaczy, że ich zdominowaliśmy i rywal miał kłopoty…

No nie. Piast intencjonalnie oddał nam piłkę, może nie do końca dla siebie w sposób idealny, na co zwracał uwagę trener rywali. Ale gospodarze bardzo umiejętnie się bronili i GKS choć stworzył sobie ostatecznie dość sporo sytuacji, to trudno powiedzieć, żeby któraś z nich naprawdę była wielką szansą na zdobycie gola. Wydaje mi się, że najlepszą miał Mateusz Wdowiak w pierwszej połowie, ale i tak jednak musiał uderzać z takiej krótkiej nogi. Owszem – powinien to trafić, ale sytuacja idealna nie była. Mateusz Kowalczyk z szesnastu metrów – to też powinno zakończyć się dużo lepszym uderzeniem (znaczy nie wprost w bramkarza). Sytuacja Marcina Wasielewskiego po kapitalnym podaniu Nowaka była trudna, bo nasz zawodnik uderzał już będąc bardzo blisko bramkarza, szanse powodzenia były minimalne. Ilja po podaniu Bartka strzelał bardzo efektownie i był blisko, ale była to trudna sytuacja.

Poza tym nasze sytuacje były słabe, podwójne uderzenie Bartka nie miało też większych szans.

Jeśli chcemy porównać – naprawdę dobre szanse to miała Wisła Płock w Katowicach. Mimo, że przegrała 0:5, na początku meczu, kiedy ratował nas Ilja, a potem w drugiej połowie, gdy sam na sam wyszedł Hamulić. To są prawdziwe groźne sytuacje, a nie te, które my stworzyliśmy w Gliwicach.

Daniel Myśliwiec jak nikt inny widać zna atuty i słabości GieKSy. Nikt w tej lidze nie potrafi nas zneutralizować w taki sposób. I najwidoczniej trener wygrał ten mecz już przed meczem. Wiedział jaką taktykę przyjąć i jak nastawić swoich zawodników. I to wystarczyło. Plus dodajmy pewien aspekt układu gwiazd. Oprócz tego, że Piast był lepszy zarówno w obronie i w ataku, to trzeba powiedzieć, że absolutnie wszystko im wychodziło, a nam absolutnie nic. Takie mecze też się zdarzają.

Przede wszystkim trenerzy rywali wiedzą (i my niestety też), że gdy się nasz zespół naciśnie, to gubimy się niemożebnie. Recepta na GieKSę – wprowadzić trochę szybkości i chaosu w naszych szeregach, to prawdopodobieństwo zdobycia bramki znacząco wzrasta. Co lepsza (a nawet i nie) drużyna z tego korzysta. Na naszym tle zadziwiająco często drużyny przeciwników wyglądają na rozpędzone i grające mecz sezonu…

No ale wracając do tej defensywy. Problem mamy wielki i to nie jest tylko kwestia tylko tego sezonu. Na ten moment mamy rozegranych 10 meczów i 15 straconych bramek. To daje średnią 1,5 traconej bramki na mecz – taka sama średnia wychodzi zarówno w lidze, jak i czterech meczach pucharowych. Mamy w dziesięciu meczach tego sezony zaledwie jedno czyste konto, a w ostatnich osiemnastu spotkaniach – tylko dwukrotnie nie straciliśmy bramki.

Ale tu nie chodzi nawet o samą liczbę, bo choć jest ona spora, to nie jest jeszcze jakaś totalnie dramatyczna. Ale dramatyczny jest sposób, w jaki te bramki tracimy. I w jakich momentach czy odstępach. Patrząc na ten sezon. I rozpoczynając od meczu w Żylinie. Mieliśmy kilka fatalnych zachowań w pierwszej połowie, bramek nie traciliśmy, ale gubiliśmy się wtedy strasznie, podając do przeciwników. Natomiast z pola karnego wybić piłki nie umieliśmy i był rzut karny. Na Wiśle dwie bramki stracone w trzy minuty, a mogły być trzy w pięć czy sześć minut, ale trzecia nie została uznana. Z Radomiakiem podajemy w polu karnym prosto na nogę przeciwnika. Hapoel – wiadomo przedziwny przerzut Borjy, a potem strata Arka. W rewanżu z drużyną z Tel Awiwu jakieś uchylanie się od główek i rywal wychodzi sam na sam. Z Górnikiem w 80 sekund tracimy dwa gole. No i jedna z wisienek na torcie – mecz z Piastem.

Choć déjà vu to miałem też z Miszkolcem…

Trudno zrozumieć, co tu się wczoraj wydarzyło. To że rywale przeprowadzili kontrę to jedno. Ale jak jeden Sanca może się zatrzymać na szesnastym metrze, przekładać sobie nogę nad piłką, a nasi zawodnicy dosłownie jak tyczki – nieruchomo powbijani w ziemię. To się absolutnie nie ma prawa wydarzyć, a nawet jeśli stoją – to niech przynajmniej zasłonią bramkę. Drugi gol to zupełnie bierne zachowanie naszych zawodników – ponownie powbijanych w ziemię – i przeciwnik zza pleców trzech GieKSiarzy wbiega i bez problemu strzela bramkę. I powiem tak – do obejrzenia skrótu myślałem, że trzeci gol to po prostu czyste stadiony świata. Ale jak zobaczyłem, jak nasz kapitan uchyla się niemal do ziemi, odsłaniając tym samym drogę piłce do bramki, to sam klęknąłem. Przecież jakby Arek został spionizowany, to piłka by trafiła dokładnie w niego.

A co do tej drugiej bramki jeszcze – to przecież dosłownie dwie akcję poprzedzające – w ciągu 2-3 minut – to były wyjścia Piasta sam na sam lub niemal sam na sam – raz był spalony, a za drugim razem rzut rożny, po którym padł gol. Podania na skrzydła, takie na dobieg, nokautowały nas w tym meczu.

I tak jak trener mówi, efektywność w obronie i ataku była po stronie Piasta. Raz, że Piast był lepszy, ale dwa – że my byliśmy po prostu bardzo słabi. Nie tylko w obronie i nie tylko w wykończeniu. My sobie nie wykreowaliśmy sytuacji tak groźnych, żeby mieć większe szanse na gola. A czasu na to mieliśmy w drugiej połowie mnóstwo, kiedy Piast oddał nam piłkę.

Cóż, zdarzyło się. Dużo gorzkich słów tu padło i w węższym, ale przede wszystkim szerszym aspekcie, trzeba coś z tą grą obronną zrobić, bo tak naprawdę mamy z nią problem od samego awansu do ekstraklasy. Bywały krótkie serie – kilku meczów – kiedy nasi piłkarze wznosili się na wyżyny, notowali czyste konta, potrafili nawet 2-3 mecze z rzędu zagrać bardzo dobrze w defensywie. Ale potem znów przychodziły, kiksy, babole i niezrozumiałe zachowania. Znaczy kiksy… Co do kiksów to ja nawet nie mam pretensji. Na przykład do takiej bramki samobójczej Arka w Łodzi w Pucharze Polski. Tam to był czysty pech, coś co po prostu się zdarza. Ale jak widzę irracjonalne zachowania zawodników, to to jest już powód – czasem do wkurzenia, czasem niepokoju.

Jeśli ta drużyna chce się rozwijać, to musi poprawić defensywę. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że Bartek Nowak da ciasteczka, a Ilja Szkurin będzie miał dzień konia. Nie możemy wiecznie liczyć na to, że strzelimy więcej bramek od przeciwnika, który nam strzela. My mamy umieć przepchnąć kolanem mecz, w którym nam się ofensywa nie układa, mamy mało sytuacji lub jesteśmy nieskuteczni – ale pakujemy tę jedną bramkę i wygrywamy, bo obrona spisała się na medal i nie dopuściła do utraty gola.

Nie jesteśmy drużyną idealną. Naprawdę, gdyby nie te aspekty, o których wspomniałem, bylibyśmy w czołówce ligi i pewnie bili się o mistrzostwo. Ale mamy swoje mankamenty i jesteśmy w takim miejscu jak jesteśmy. Nadal bardzo dobrym miejscu. Ale musimy się rozwijać.

Za tydzień ostatni z trzech meczów wyjazdowych – Lubin. Jeśli tam zapunktujemy za jeden – będzie można powiedzieć, że minimum w tym trójmeczu osiągnęliśmy. Jeśli wygramy – to będzie bardzo dobry wyjazdowy wynik. Nie ma co więc płakać nad rozlanym mlekiem, a tak jak powiedziałem – docenić też bardzo należy drużynę Piasta.

Na koniec powiem, że po meczu dziennikarz Łukasz Pawlik powiedział, że jakby kiedyś zakończył pracę w GKS trener Górak, to to byłby godny następca. Zgadzam się w stu procentach. Nie wiem, co ten szkoleniowiec w sobie ma, ale widać, że ma warsztat, gdziekolwiek nie jest to ma wyniki, potrafi z niczego zrobić coś. Do tego jest skromny, trochę cichy, a jednocześnie widać, że ma ten błysk w oku. Wydaje mi się, że to całkiem spoko człowiek, który jednocześnie swoje przeszedł, zarówno w sporcie, jak i poza nim.

Ale to teoretyczne rozważanie. Teraz trwa projekt firmowany przez Rafała Góraka i niech trwa jak najdłużej, po przysparza nam on masę radości, a GieKSa jest w tym pięknym miejscu. Tak więc dalej pracujmy nad budowaniem wielkiej GieKSy, jak trzeba to poklepmy się po plecach, a jak trzeba to solidnie opie…olmy. Ale tylko po to, by iść do przodu.

Z niecierpliwością czekamy na Lubin!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga