Felietony Piłka nożna
Obcokrajowcy w GieKSie i ich dalsze losy
Ostatnimi czasy zastanawiałem się, jak potoczyły się losy niektórych obcokrajowców reprezentujących w przeszłości GieKSę i natrafiłem na kilka dość ciekawych historii, które pchnęły mnie do „zmontowania” tego tekstu.
Jak dotąd w trójkolorowych barwach wystąpiło 35 cudzoziemców z 19 różnych państw. Tajemnicą niestety nie jest, że w większości przypadków byli to kolokwialnie mówiąc piłkarscy turyści, którzy jak szybko znaleźli się w Katowicach, tak szybko z nich „wyfrunęli”. Oczywiście były wśród nich są miłe wyjątki pokroju gruzińskiego czarodzieja Guruliego, czy napastników z krajów nadbałtyckich jak Rakels i Mikulenas.
Zarówno Łotysz, jak i Litwin, przewodzą w dwóch najważniejszych zestawieniach odnośnie do występów obcokrajowców w GKS-ie. Deniss Rakels jest najlepszym strzelcem z 16 bramkami na koncie, a Grażvydas Mikulenas zaliczył najwięcej spotkań spośród wszystkich „stranieri” w koszulce GieKSy, notując 77 występów.
Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć, jak prezentuje się TOP 20 obu klasyfikacji to proszę bardzo:
Strzelcy
Występy
Zobaczmy zatem, jak potoczyły się losy kilku byłych zagranicznych piłkarzy, przywdziewających niegdyś koszulkę z herbem naszego klubu.
Niezniszczalny Litwin
Mający już prawie 47 wiosen na karku Mikulenas w dalszym ciągu utrzymuje doskonałą formę fizyczną. Do niedawna regularnie występował w niższych ligach na Litwie, grając w takich zespołach jak Navigatoriai, AFK czy Gariunai. W 2016 roku w meczu na trzecim poziomie rozgrywkowym na Litwie udało mu się dokonać dość niecodziennej sztuki. W barwach zespołu Gariunai Wilno zdobył 10 bramek (!) w jednym spotkaniu, a jego zespół pokonał FM Ateitis 16:1. Jak widać popularny „Miki” pomimo upływu czasu nie zapomniał, jak się zdobywa gole, nawet te bardzo ładne. Poniższy klip z czerwca 2018 jest tylko na to dowodem (gol Mikulenasa od 2:13):
Powrót do kraju i pasmo sukcesów
Zostajemy jeszcze na chwilę na Litwie, żeby zobaczyć ,co słychać u innego byłego zawodnika GieKSy – Povilasa Leimonasa. Ten 32-letni pomocnik po opuszczeniu Katowic w czerwcu 2016 roku, trafił do litewskiej Suduvy Marijampole. Z miejsca stał się tam kluczową postacią w zespole i miał w swój udział w wywalczeniu trzeciego miejsca dającego kwalifikację do Europejskich Pucharów. Kolejne sezony dla Leimonasa w A Lydze to nieprzerwane pasmo sukcesów. W ciągu trzech lat udało mu się wywalczyć trzy tytuły mistrza, puchar i dwa superpuchary Litwy. W tym okresie uzbierał także 21 meczów w Europejskich Pucharach. W bardzo udanej kampanii w kwalifikacjach do Ligi Europy udało mu się nawet zdobyć bramkę i to bardzo efektowną w meczu przeciwko Szachtiorowi Soligorsk:
W tamtej edycji Ligi Europy Leimonas wraz z Suduvą był o krok od awansu do fazy grupowej. Niestety po przebrnięciu trzech faz eliminacyjnych musieli uznać wyższość bułgarskiego Ludogoretsa Razgrad po przegranej 0:2 w dwumeczu. Solidna postawa Povilasa Leimonasa została również dostrzeżona przez ówczesnego selekcjonera reprezentacji Litwy – Edgarasa Jankauskasa, który kilkukrotnie decydował się na jego powołanie do kadry. W 2018 roku wystąpił w trzech meczach reprezentacji. Zagrał w towarzyskich potyczkach Litwy z Estonią i Iranem, a także w meczu w ramach Ligi Narodów C z Czarnogórą. Obecnie Leimonas w dalszym ciągu broni barw Suduvy, a niespełna dwa tygodnie temu podczas trwającej kwarantanny przyszedł na Świat jego syn – Ajus.
Znokautowany dziennikarz
Pierwszym Nigeryjczykiem, który występował w naszych barwach, był napastnik Mike Okoro. Trafił do Katowic w 2000 roku przez menedżera Ryszarda Szustera specjalizującego się wtedy w sprowadzaniu piłkarzy z „Czarnego Lądu”. Okoro szału na Bukowej jednak nie zrobił i po rozegraniu jednej rundy na zapleczu Ekstraklasy dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. W koszulce GieKSy wystąpił w sumie 15 razy i zdobył jedną bramkę. Jedyne trafienie Nigeryjczyk zanotował w wygranym 4:0 meczu z KP Konin:
Po odejściu z Katowic Nigeryjczyk zakotwiczył we Wronkach. Tam niestety również nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie i po niespełna roku został odpalony z Amiki przez ówczesnego trenera tego klubu Stefana Majewskiego. Po niepowodzeniach w Polsce Okoro postanowił kontynuować swoją karierę w Indiach. Nigeryjczyk związał się z zespołem Indian Telephone Industries, dla którego w sezonie 01/02 zdobył 7 bramek. Dobra gra w pierwszym roku pobytu w Indiach zaowocowała transferem do jednego z najlepszych zespołów ligi – East Bengals. Z zespołem z Kalkuty w kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa tytuły Mistrza Indii, a także triumfował w rozgrywkach klubowych mistrzostw federacji ASEAN (zrzeszającej wtedy 10 państw azjatyckich) w Indonezji w 2003 roku. Mike Okoro w finałowym meczu tego pucharu rozgrywanego w Dżakarcie, wpisał się na listę strzelców w 20. minucie spotkania, a jego zespół pokonał tajski BEC Tero Sasana 3:1.
Mike Okoro w Indiach jest nie tylko pamiętany ze strzelanych bramek, ale także swoich wybryków. W 2003 roku został ukarany grzywną 30 tys. rupii indyjskich i zawieszeniem na jeden mecz za popchnięcie sędziego w spotkaniu East Bengal z Mohammedan. 5 lat później będąc piłkarzem Mohammedan SC, posunął się jeszcze dalej i zaatakował dziennikarza. Do skandalicznego zachowania nigeryjskiego napastnika doszło przed konferencją prasową na dzień przed pucharowym meczem z Churchill Brothers. Okoro uderzył dziennikarza w klatkę piersiową, a ten padł na ziemię nieprzytomny i został zabrany do szpitala. Powodem, dla którego Okoro zaatakował redaktora, były według niego zadawane „niewygodne pytania”.
Solidny trener
Bardzo dobrze po zakończeniu kariery w realiach bycia trenerem odnajduje się były bośniacki obrońca GieKSy – Admir Adżem. Od 8 lat ze sporymi sukcesami pracuje w rodzinnym Sarajewie, pełniąc rolę nie tylko trenera młodzieży, ale także pierwszej drużyny. Adżem swoją przygodę z trenerką rozpoczął, prowadząc juniorów Zeljeznicara do lat 17. Już w drugim sezonie odniósł ze swoją młodzieżą pierwszy sukces, wygrywając mistrzostwo Bośni w tej kategorii wiekowej. Dobre wyniki w pracy z juniorami otworzyły mu furtkę do zostania trenerem pierwszego zespołu. Został ogłoszony nowym opiekunem Zeljeznicara w czerwcu 2014 roku. Niestety jego przygoda na tym stanowisku trwała zaledwie pół roku ze względu na brak licencji UEFA Pro. Zeljeznicar w 22 meczach pod wodzą Adżema odnotował 11 zwycięstw, 7 remisów i 4 porażki.
Admir Adżem wrócił do pracy w ośrodku młodzieżowym i rozpoczął pracę z drużyną do lat 19, równocześnie starając się uzyskać potrzebną licencję UEFA Pro. Z młodzieżą do lat 19 dwukrotnie zdobył tytuł mistrzowski i dostał drugą szansę na prowadzenie pierwszego zespołu Zeljeznicara Sarajewo. Adżem zanotował naprawdę dobry sezon, wygrywając puchar Bośni, a także zdobywając wicemistrzostwo kraju. Co ciekawe był to pierwszy od 5 lat zdobyty puchar przez Zeljeznicar. Niestety nawet tak dobre wyniki nie pozwoliły Adżemowi kontynuowania swojej przygody na stanowisku pierwszego trenera i został on zwolniony ze sprawowanej funkcji przed rozpoczęciem sezonu 18/19. Włodarzom Zeljeznicara zmiana trenera nie wyszła jednak na dobre, bo w kolejnym sezonie klub zajął dopiero 4. lokatę w lidze i odpadł już w 1/16 pucharu Bośni. Były defensor GieKSy po rozstaniu z pierwszym zespołem wrócił ponownie do pracy z młodzieżą, którą zresztą zajmuje się do dziś.
Taksówkarz
Wiosną 2014 roku krótki epizod w GieKSie zaliczył jedyny jak dotąd Albańczyk w naszym klubie – Elvist Ciku sprowadzony z czeskiej Karwiny. Spędził w Katowicach niespełna dwa i pół miesiąca i zagrał w 3 spotkaniach ligowych. Z GKS-u trafił do czeskiego drugoligowca FC MAS Taborsko, gdzie grał kolejne trzy sezony. Wtedy przytrafiła mu się niestety bardzo poważna kontuzja kolana i Albańczyk przeszedł aż trzy operacje. Naturalnie zawodnik zmuszony był natychmiast przerwać swoją przygodę z piłka i znaleźć sobie inną pracę. Elvist Ciku zajął się transportem ludzi z lotnisk do hoteli i innych destynacji. Zdarza mu się także obsługiwać polskie porty lotnicze. Pod koniec ubiegłego roku udało mu się wrócić do pełnej sprawności i został zawodnikiem Lokomotivy Petrovice występującej w 4. lidze czeskiej.
Obieżyświat
Gdybyśmy zrobili ranking najpiękniejszych bramek obcokrajowców w barwach GieKSy, to z pewnością jego trafienie z Lechem Poznań znalazłoby się w ścisłej czołówce. Mowa oczywiście o Leonardo da Silvie.
Na wstępie wspomniałem o piłkarskich turystach przewijających się przez Bukową w ostatnich kilkunastu latach i właśnie Leo jest tego swoistym przykładem. Brazylijczyk po odejściu z GieKSy zwiedził 9 państw na 4 różnych kontynentach. W jego CV znajdziemy takie ligi jak: austriacka, hongkongijska, egipska, tajska, norweska, zjednoczonych emiratów arabskich, brazylijska, liechtensteinu, czy myanmarska. Podczas tak intensywnego zwiedzania Świata, Leo zaliczył w sumie tylko jeden warty odnotowania sezon. Reprezentując barwy SC Rheindorf Altach, został wicekrólem strzelców austriackiej Bundesligi 2006/07 z 14 bramkami na koncie, plasując się jedynie za plecami Alexandra Zicklera z Red Bull Salzburg.
Na YouTubie można się także natknąć na kilka kompilacji bramek i akcji Leo z różnych egzotycznych lig:
Na zakończenie mam mały apel do obcokrajowców znajdujących się w aktualnej kadrze GieKSy, bo mają wielką szansę zapisać się w historii naszego klubu. Według moich obliczeń we wszystkich oficjalnych meczach GKS-u Katowice zagraniczni piłkarze zdobyli łącznie już 98 bramek.
Tak więc panowie: Dejmek, Habusta i Pavlas liczymy na setną zagraniczną bramkę dla GieKSy jeszcze w tym sezonie 🙂
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.




gg
6 maja 2020 at 14:29
przy wymienianiu lig gdzie grał Leo powinna być liga zjednoczonoemiratoarabska 🙂