Felietony Piłka nożna
Obcokrajowcy w GieKSie i ich dalsze losy
Ostatnimi czasy zastanawiałem się, jak potoczyły się losy niektórych obcokrajowców reprezentujących w przeszłości GieKSę i natrafiłem na kilka dość ciekawych historii, które pchnęły mnie do „zmontowania” tego tekstu.
Jak dotąd w trójkolorowych barwach wystąpiło 35 cudzoziemców z 19 różnych państw. Tajemnicą niestety nie jest, że w większości przypadków byli to kolokwialnie mówiąc piłkarscy turyści, którzy jak szybko znaleźli się w Katowicach, tak szybko z nich „wyfrunęli”. Oczywiście były wśród nich są miłe wyjątki pokroju gruzińskiego czarodzieja Guruliego, czy napastników z krajów nadbałtyckich jak Rakels i Mikulenas.
Zarówno Łotysz, jak i Litwin, przewodzą w dwóch najważniejszych zestawieniach odnośnie do występów obcokrajowców w GKS-ie. Deniss Rakels jest najlepszym strzelcem z 16 bramkami na koncie, a Grażvydas Mikulenas zaliczył najwięcej spotkań spośród wszystkich „stranieri” w koszulce GieKSy, notując 77 występów.
Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć, jak prezentuje się TOP 20 obu klasyfikacji to proszę bardzo:
Strzelcy
Występy
Zobaczmy zatem, jak potoczyły się losy kilku byłych zagranicznych piłkarzy, przywdziewających niegdyś koszulkę z herbem naszego klubu.
Niezniszczalny Litwin
Mający już prawie 47 wiosen na karku Mikulenas w dalszym ciągu utrzymuje doskonałą formę fizyczną. Do niedawna regularnie występował w niższych ligach na Litwie, grając w takich zespołach jak Navigatoriai, AFK czy Gariunai. W 2016 roku w meczu na trzecim poziomie rozgrywkowym na Litwie udało mu się dokonać dość niecodziennej sztuki. W barwach zespołu Gariunai Wilno zdobył 10 bramek (!) w jednym spotkaniu, a jego zespół pokonał FM Ateitis 16:1. Jak widać popularny „Miki” pomimo upływu czasu nie zapomniał, jak się zdobywa gole, nawet te bardzo ładne. Poniższy klip z czerwca 2018 jest tylko na to dowodem (gol Mikulenasa od 2:13):
Powrót do kraju i pasmo sukcesów
Zostajemy jeszcze na chwilę na Litwie, żeby zobaczyć ,co słychać u innego byłego zawodnika GieKSy – Povilasa Leimonasa. Ten 32-letni pomocnik po opuszczeniu Katowic w czerwcu 2016 roku, trafił do litewskiej Suduvy Marijampole. Z miejsca stał się tam kluczową postacią w zespole i miał w swój udział w wywalczeniu trzeciego miejsca dającego kwalifikację do Europejskich Pucharów. Kolejne sezony dla Leimonasa w A Lydze to nieprzerwane pasmo sukcesów. W ciągu trzech lat udało mu się wywalczyć trzy tytuły mistrza, puchar i dwa superpuchary Litwy. W tym okresie uzbierał także 21 meczów w Europejskich Pucharach. W bardzo udanej kampanii w kwalifikacjach do Ligi Europy udało mu się nawet zdobyć bramkę i to bardzo efektowną w meczu przeciwko Szachtiorowi Soligorsk:
W tamtej edycji Ligi Europy Leimonas wraz z Suduvą był o krok od awansu do fazy grupowej. Niestety po przebrnięciu trzech faz eliminacyjnych musieli uznać wyższość bułgarskiego Ludogoretsa Razgrad po przegranej 0:2 w dwumeczu. Solidna postawa Povilasa Leimonasa została również dostrzeżona przez ówczesnego selekcjonera reprezentacji Litwy – Edgarasa Jankauskasa, który kilkukrotnie decydował się na jego powołanie do kadry. W 2018 roku wystąpił w trzech meczach reprezentacji. Zagrał w towarzyskich potyczkach Litwy z Estonią i Iranem, a także w meczu w ramach Ligi Narodów C z Czarnogórą. Obecnie Leimonas w dalszym ciągu broni barw Suduvy, a niespełna dwa tygodnie temu podczas trwającej kwarantanny przyszedł na Świat jego syn – Ajus.
Znokautowany dziennikarz
Pierwszym Nigeryjczykiem, który występował w naszych barwach, był napastnik Mike Okoro. Trafił do Katowic w 2000 roku przez menedżera Ryszarda Szustera specjalizującego się wtedy w sprowadzaniu piłkarzy z „Czarnego Lądu”. Okoro szału na Bukowej jednak nie zrobił i po rozegraniu jednej rundy na zapleczu Ekstraklasy dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. W koszulce GieKSy wystąpił w sumie 15 razy i zdobył jedną bramkę. Jedyne trafienie Nigeryjczyk zanotował w wygranym 4:0 meczu z KP Konin:
Po odejściu z Katowic Nigeryjczyk zakotwiczył we Wronkach. Tam niestety również nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie i po niespełna roku został odpalony z Amiki przez ówczesnego trenera tego klubu Stefana Majewskiego. Po niepowodzeniach w Polsce Okoro postanowił kontynuować swoją karierę w Indiach. Nigeryjczyk związał się z zespołem Indian Telephone Industries, dla którego w sezonie 01/02 zdobył 7 bramek. Dobra gra w pierwszym roku pobytu w Indiach zaowocowała transferem do jednego z najlepszych zespołów ligi – East Bengals. Z zespołem z Kalkuty w kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa tytuły Mistrza Indii, a także triumfował w rozgrywkach klubowych mistrzostw federacji ASEAN (zrzeszającej wtedy 10 państw azjatyckich) w Indonezji w 2003 roku. Mike Okoro w finałowym meczu tego pucharu rozgrywanego w Dżakarcie, wpisał się na listę strzelców w 20. minucie spotkania, a jego zespół pokonał tajski BEC Tero Sasana 3:1.
Mike Okoro w Indiach jest nie tylko pamiętany ze strzelanych bramek, ale także swoich wybryków. W 2003 roku został ukarany grzywną 30 tys. rupii indyjskich i zawieszeniem na jeden mecz za popchnięcie sędziego w spotkaniu East Bengal z Mohammedan. 5 lat później będąc piłkarzem Mohammedan SC, posunął się jeszcze dalej i zaatakował dziennikarza. Do skandalicznego zachowania nigeryjskiego napastnika doszło przed konferencją prasową na dzień przed pucharowym meczem z Churchill Brothers. Okoro uderzył dziennikarza w klatkę piersiową, a ten padł na ziemię nieprzytomny i został zabrany do szpitala. Powodem, dla którego Okoro zaatakował redaktora, były według niego zadawane „niewygodne pytania”.
Solidny trener
Bardzo dobrze po zakończeniu kariery w realiach bycia trenerem odnajduje się były bośniacki obrońca GieKSy – Admir Adżem. Od 8 lat ze sporymi sukcesami pracuje w rodzinnym Sarajewie, pełniąc rolę nie tylko trenera młodzieży, ale także pierwszej drużyny. Adżem swoją przygodę z trenerką rozpoczął, prowadząc juniorów Zeljeznicara do lat 17. Już w drugim sezonie odniósł ze swoją młodzieżą pierwszy sukces, wygrywając mistrzostwo Bośni w tej kategorii wiekowej. Dobre wyniki w pracy z juniorami otworzyły mu furtkę do zostania trenerem pierwszego zespołu. Został ogłoszony nowym opiekunem Zeljeznicara w czerwcu 2014 roku. Niestety jego przygoda na tym stanowisku trwała zaledwie pół roku ze względu na brak licencji UEFA Pro. Zeljeznicar w 22 meczach pod wodzą Adżema odnotował 11 zwycięstw, 7 remisów i 4 porażki.
Admir Adżem wrócił do pracy w ośrodku młodzieżowym i rozpoczął pracę z drużyną do lat 19, równocześnie starając się uzyskać potrzebną licencję UEFA Pro. Z młodzieżą do lat 19 dwukrotnie zdobył tytuł mistrzowski i dostał drugą szansę na prowadzenie pierwszego zespołu Zeljeznicara Sarajewo. Adżem zanotował naprawdę dobry sezon, wygrywając puchar Bośni, a także zdobywając wicemistrzostwo kraju. Co ciekawe był to pierwszy od 5 lat zdobyty puchar przez Zeljeznicar. Niestety nawet tak dobre wyniki nie pozwoliły Adżemowi kontynuowania swojej przygody na stanowisku pierwszego trenera i został on zwolniony ze sprawowanej funkcji przed rozpoczęciem sezonu 18/19. Włodarzom Zeljeznicara zmiana trenera nie wyszła jednak na dobre, bo w kolejnym sezonie klub zajął dopiero 4. lokatę w lidze i odpadł już w 1/16 pucharu Bośni. Były defensor GieKSy po rozstaniu z pierwszym zespołem wrócił ponownie do pracy z młodzieżą, którą zresztą zajmuje się do dziś.
Taksówkarz
Wiosną 2014 roku krótki epizod w GieKSie zaliczył jedyny jak dotąd Albańczyk w naszym klubie – Elvist Ciku sprowadzony z czeskiej Karwiny. Spędził w Katowicach niespełna dwa i pół miesiąca i zagrał w 3 spotkaniach ligowych. Z GKS-u trafił do czeskiego drugoligowca FC MAS Taborsko, gdzie grał kolejne trzy sezony. Wtedy przytrafiła mu się niestety bardzo poważna kontuzja kolana i Albańczyk przeszedł aż trzy operacje. Naturalnie zawodnik zmuszony był natychmiast przerwać swoją przygodę z piłka i znaleźć sobie inną pracę. Elvist Ciku zajął się transportem ludzi z lotnisk do hoteli i innych destynacji. Zdarza mu się także obsługiwać polskie porty lotnicze. Pod koniec ubiegłego roku udało mu się wrócić do pełnej sprawności i został zawodnikiem Lokomotivy Petrovice występującej w 4. lidze czeskiej.
Obieżyświat
Gdybyśmy zrobili ranking najpiękniejszych bramek obcokrajowców w barwach GieKSy, to z pewnością jego trafienie z Lechem Poznań znalazłoby się w ścisłej czołówce. Mowa oczywiście o Leonardo da Silvie.
Na wstępie wspomniałem o piłkarskich turystach przewijających się przez Bukową w ostatnich kilkunastu latach i właśnie Leo jest tego swoistym przykładem. Brazylijczyk po odejściu z GieKSy zwiedził 9 państw na 4 różnych kontynentach. W jego CV znajdziemy takie ligi jak: austriacka, hongkongijska, egipska, tajska, norweska, zjednoczonych emiratów arabskich, brazylijska, liechtensteinu, czy myanmarska. Podczas tak intensywnego zwiedzania Świata, Leo zaliczył w sumie tylko jeden warty odnotowania sezon. Reprezentując barwy SC Rheindorf Altach, został wicekrólem strzelców austriackiej Bundesligi 2006/07 z 14 bramkami na koncie, plasując się jedynie za plecami Alexandra Zicklera z Red Bull Salzburg.
Na YouTubie można się także natknąć na kilka kompilacji bramek i akcji Leo z różnych egzotycznych lig:
Na zakończenie mam mały apel do obcokrajowców znajdujących się w aktualnej kadrze GieKSy, bo mają wielką szansę zapisać się w historii naszego klubu. Według moich obliczeń we wszystkich oficjalnych meczach GKS-u Katowice zagraniczni piłkarze zdobyli łącznie już 98 bramek.
Tak więc panowie: Dejmek, Habusta i Pavlas liczymy na setną zagraniczną bramkę dla GieKSy jeszcze w tym sezonie 🙂
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.



gg
6 maja 2020 at 14:29
przy wymienianiu lig gdzie grał Leo powinna być liga zjednoczonoemiratoarabska 🙂