Felietony Piłka nożna
Obcokrajowcy w GieKSie i ich dalsze losy
Ostatnimi czasy zastanawiałem się, jak potoczyły się losy niektórych obcokrajowców reprezentujących w przeszłości GieKSę i natrafiłem na kilka dość ciekawych historii, które pchnęły mnie do „zmontowania” tego tekstu.
Jak dotąd w trójkolorowych barwach wystąpiło 35 cudzoziemców z 19 różnych państw. Tajemnicą niestety nie jest, że w większości przypadków byli to kolokwialnie mówiąc piłkarscy turyści, którzy jak szybko znaleźli się w Katowicach, tak szybko z nich „wyfrunęli”. Oczywiście były wśród nich są miłe wyjątki pokroju gruzińskiego czarodzieja Guruliego, czy napastników z krajów nadbałtyckich jak Rakels i Mikulenas.
Zarówno Łotysz, jak i Litwin, przewodzą w dwóch najważniejszych zestawieniach odnośnie do występów obcokrajowców w GKS-ie. Deniss Rakels jest najlepszym strzelcem z 16 bramkami na koncie, a Grażvydas Mikulenas zaliczył najwięcej spotkań spośród wszystkich „stranieri” w koszulce GieKSy, notując 77 występów.
Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć, jak prezentuje się TOP 20 obu klasyfikacji to proszę bardzo:
Strzelcy
Występy
Zobaczmy zatem, jak potoczyły się losy kilku byłych zagranicznych piłkarzy, przywdziewających niegdyś koszulkę z herbem naszego klubu.
Niezniszczalny Litwin
Mający już prawie 47 wiosen na karku Mikulenas w dalszym ciągu utrzymuje doskonałą formę fizyczną. Do niedawna regularnie występował w niższych ligach na Litwie, grając w takich zespołach jak Navigatoriai, AFK czy Gariunai. W 2016 roku w meczu na trzecim poziomie rozgrywkowym na Litwie udało mu się dokonać dość niecodziennej sztuki. W barwach zespołu Gariunai Wilno zdobył 10 bramek (!) w jednym spotkaniu, a jego zespół pokonał FM Ateitis 16:1. Jak widać popularny „Miki” pomimo upływu czasu nie zapomniał, jak się zdobywa gole, nawet te bardzo ładne. Poniższy klip z czerwca 2018 jest tylko na to dowodem (gol Mikulenasa od 2:13):
Powrót do kraju i pasmo sukcesów
Zostajemy jeszcze na chwilę na Litwie, żeby zobaczyć ,co słychać u innego byłego zawodnika GieKSy – Povilasa Leimonasa. Ten 32-letni pomocnik po opuszczeniu Katowic w czerwcu 2016 roku, trafił do litewskiej Suduvy Marijampole. Z miejsca stał się tam kluczową postacią w zespole i miał w swój udział w wywalczeniu trzeciego miejsca dającego kwalifikację do Europejskich Pucharów. Kolejne sezony dla Leimonasa w A Lydze to nieprzerwane pasmo sukcesów. W ciągu trzech lat udało mu się wywalczyć trzy tytuły mistrza, puchar i dwa superpuchary Litwy. W tym okresie uzbierał także 21 meczów w Europejskich Pucharach. W bardzo udanej kampanii w kwalifikacjach do Ligi Europy udało mu się nawet zdobyć bramkę i to bardzo efektowną w meczu przeciwko Szachtiorowi Soligorsk:
W tamtej edycji Ligi Europy Leimonas wraz z Suduvą był o krok od awansu do fazy grupowej. Niestety po przebrnięciu trzech faz eliminacyjnych musieli uznać wyższość bułgarskiego Ludogoretsa Razgrad po przegranej 0:2 w dwumeczu. Solidna postawa Povilasa Leimonasa została również dostrzeżona przez ówczesnego selekcjonera reprezentacji Litwy – Edgarasa Jankauskasa, który kilkukrotnie decydował się na jego powołanie do kadry. W 2018 roku wystąpił w trzech meczach reprezentacji. Zagrał w towarzyskich potyczkach Litwy z Estonią i Iranem, a także w meczu w ramach Ligi Narodów C z Czarnogórą. Obecnie Leimonas w dalszym ciągu broni barw Suduvy, a niespełna dwa tygodnie temu podczas trwającej kwarantanny przyszedł na Świat jego syn – Ajus.
Znokautowany dziennikarz
Pierwszym Nigeryjczykiem, który występował w naszych barwach, był napastnik Mike Okoro. Trafił do Katowic w 2000 roku przez menedżera Ryszarda Szustera specjalizującego się wtedy w sprowadzaniu piłkarzy z „Czarnego Lądu”. Okoro szału na Bukowej jednak nie zrobił i po rozegraniu jednej rundy na zapleczu Ekstraklasy dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego pracodawcy. W koszulce GieKSy wystąpił w sumie 15 razy i zdobył jedną bramkę. Jedyne trafienie Nigeryjczyk zanotował w wygranym 4:0 meczu z KP Konin:
Po odejściu z Katowic Nigeryjczyk zakotwiczył we Wronkach. Tam niestety również nie potrafił wywalczyć sobie miejsca w składzie i po niespełna roku został odpalony z Amiki przez ówczesnego trenera tego klubu Stefana Majewskiego. Po niepowodzeniach w Polsce Okoro postanowił kontynuować swoją karierę w Indiach. Nigeryjczyk związał się z zespołem Indian Telephone Industries, dla którego w sezonie 01/02 zdobył 7 bramek. Dobra gra w pierwszym roku pobytu w Indiach zaowocowała transferem do jednego z najlepszych zespołów ligi – East Bengals. Z zespołem z Kalkuty w kolejnych dwóch sezonach zdobył dwa tytuły Mistrza Indii, a także triumfował w rozgrywkach klubowych mistrzostw federacji ASEAN (zrzeszającej wtedy 10 państw azjatyckich) w Indonezji w 2003 roku. Mike Okoro w finałowym meczu tego pucharu rozgrywanego w Dżakarcie, wpisał się na listę strzelców w 20. minucie spotkania, a jego zespół pokonał tajski BEC Tero Sasana 3:1.
Mike Okoro w Indiach jest nie tylko pamiętany ze strzelanych bramek, ale także swoich wybryków. W 2003 roku został ukarany grzywną 30 tys. rupii indyjskich i zawieszeniem na jeden mecz za popchnięcie sędziego w spotkaniu East Bengal z Mohammedan. 5 lat później będąc piłkarzem Mohammedan SC, posunął się jeszcze dalej i zaatakował dziennikarza. Do skandalicznego zachowania nigeryjskiego napastnika doszło przed konferencją prasową na dzień przed pucharowym meczem z Churchill Brothers. Okoro uderzył dziennikarza w klatkę piersiową, a ten padł na ziemię nieprzytomny i został zabrany do szpitala. Powodem, dla którego Okoro zaatakował redaktora, były według niego zadawane „niewygodne pytania”.
Solidny trener
Bardzo dobrze po zakończeniu kariery w realiach bycia trenerem odnajduje się były bośniacki obrońca GieKSy – Admir Adżem. Od 8 lat ze sporymi sukcesami pracuje w rodzinnym Sarajewie, pełniąc rolę nie tylko trenera młodzieży, ale także pierwszej drużyny. Adżem swoją przygodę z trenerką rozpoczął, prowadząc juniorów Zeljeznicara do lat 17. Już w drugim sezonie odniósł ze swoją młodzieżą pierwszy sukces, wygrywając mistrzostwo Bośni w tej kategorii wiekowej. Dobre wyniki w pracy z juniorami otworzyły mu furtkę do zostania trenerem pierwszego zespołu. Został ogłoszony nowym opiekunem Zeljeznicara w czerwcu 2014 roku. Niestety jego przygoda na tym stanowisku trwała zaledwie pół roku ze względu na brak licencji UEFA Pro. Zeljeznicar w 22 meczach pod wodzą Adżema odnotował 11 zwycięstw, 7 remisów i 4 porażki.
Admir Adżem wrócił do pracy w ośrodku młodzieżowym i rozpoczął pracę z drużyną do lat 19, równocześnie starając się uzyskać potrzebną licencję UEFA Pro. Z młodzieżą do lat 19 dwukrotnie zdobył tytuł mistrzowski i dostał drugą szansę na prowadzenie pierwszego zespołu Zeljeznicara Sarajewo. Adżem zanotował naprawdę dobry sezon, wygrywając puchar Bośni, a także zdobywając wicemistrzostwo kraju. Co ciekawe był to pierwszy od 5 lat zdobyty puchar przez Zeljeznicar. Niestety nawet tak dobre wyniki nie pozwoliły Adżemowi kontynuowania swojej przygody na stanowisku pierwszego trenera i został on zwolniony ze sprawowanej funkcji przed rozpoczęciem sezonu 18/19. Włodarzom Zeljeznicara zmiana trenera nie wyszła jednak na dobre, bo w kolejnym sezonie klub zajął dopiero 4. lokatę w lidze i odpadł już w 1/16 pucharu Bośni. Były defensor GieKSy po rozstaniu z pierwszym zespołem wrócił ponownie do pracy z młodzieżą, którą zresztą zajmuje się do dziś.
Taksówkarz
Wiosną 2014 roku krótki epizod w GieKSie zaliczył jedyny jak dotąd Albańczyk w naszym klubie – Elvist Ciku sprowadzony z czeskiej Karwiny. Spędził w Katowicach niespełna dwa i pół miesiąca i zagrał w 3 spotkaniach ligowych. Z GKS-u trafił do czeskiego drugoligowca FC MAS Taborsko, gdzie grał kolejne trzy sezony. Wtedy przytrafiła mu się niestety bardzo poważna kontuzja kolana i Albańczyk przeszedł aż trzy operacje. Naturalnie zawodnik zmuszony był natychmiast przerwać swoją przygodę z piłka i znaleźć sobie inną pracę. Elvist Ciku zajął się transportem ludzi z lotnisk do hoteli i innych destynacji. Zdarza mu się także obsługiwać polskie porty lotnicze. Pod koniec ubiegłego roku udało mu się wrócić do pełnej sprawności i został zawodnikiem Lokomotivy Petrovice występującej w 4. lidze czeskiej.
Obieżyświat
Gdybyśmy zrobili ranking najpiękniejszych bramek obcokrajowców w barwach GieKSy, to z pewnością jego trafienie z Lechem Poznań znalazłoby się w ścisłej czołówce. Mowa oczywiście o Leonardo da Silvie.
Na wstępie wspomniałem o piłkarskich turystach przewijających się przez Bukową w ostatnich kilkunastu latach i właśnie Leo jest tego swoistym przykładem. Brazylijczyk po odejściu z GieKSy zwiedził 9 państw na 4 różnych kontynentach. W jego CV znajdziemy takie ligi jak: austriacka, hongkongijska, egipska, tajska, norweska, zjednoczonych emiratów arabskich, brazylijska, liechtensteinu, czy myanmarska. Podczas tak intensywnego zwiedzania Świata, Leo zaliczył w sumie tylko jeden warty odnotowania sezon. Reprezentując barwy SC Rheindorf Altach, został wicekrólem strzelców austriackiej Bundesligi 2006/07 z 14 bramkami na koncie, plasując się jedynie za plecami Alexandra Zicklera z Red Bull Salzburg.
Na YouTubie można się także natknąć na kilka kompilacji bramek i akcji Leo z różnych egzotycznych lig:
Na zakończenie mam mały apel do obcokrajowców znajdujących się w aktualnej kadrze GieKSy, bo mają wielką szansę zapisać się w historii naszego klubu. Według moich obliczeń we wszystkich oficjalnych meczach GKS-u Katowice zagraniczni piłkarze zdobyli łącznie już 98 bramek.
Tak więc panowie: Dejmek, Habusta i Pavlas liczymy na setną zagraniczną bramkę dla GieKSy jeszcze w tym sezonie 🙂
Felietony Piłka nożna
Wyzerowane atuty – diagnozy brak
Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.
Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.
No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.
Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.
Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.
U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.
Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.
Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.
Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.
Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.
Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.
Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.
I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.
A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Piłka nożna
Górak: Nie popadać w euforię ani lament
Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.
Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.



gg
6 maja 2020 at 14:29
przy wymienianiu lig gdzie grał Leo powinna być liga zjednoczonoemiratoarabska 🙂