Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka
Mural Jana Furtoka jest już gotowy, 9 milionów na spłatę zobowiązań – przegląd doniesień mass mediów o GieKSie
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej oraz hokeja GieKSy.
W trakcie przygotowań do startu sezonu piłkarskiego drużyna żeńska rozegrała sparing z drugoligowym Respektem Myślenice i wygrała w imponujących rozmiarach 11:1. Drużyna męska z kolei, w minioną sobotę rozegrała ostatni test-mecz przed startem Fortuna I Ligi, wygrywając z III-ligowym LKSem Goczałkowice-Zdrój 3:0. Radni Katowic podjęli uchwałę o zmianach w budżecie miasta, dzięki którym miasto kupi za 9mln akcji GieKSy. Na budynku przy ulicy Granicznej wykonano mural Jana Furtoka.
Do drużyny hokeistów dołączył obrońca Carl Hudson.
PIŁKA NOŻNA
tylkokobiecyfutbol.pl – Ekstraligowa giełda transferowa: notowanie dziewiąte
Transferowe okienko otwarte w . Najciekawsze ruchy prawie wszystkie już wykonane – trwa dopinanie kadr na trzy tygodnie przed startem ligi.
[…] GKS KATOWICE
PRZYBYŁY: Amelia Bińkowska (Olimpia Szczecin), Kinga Seweryn (powrót z wypożyczenia do TS ROW Rybnik), Matylda Bujak (Medyk POLOmarket Konin), Emila Zdunek, Alicja Dyguś (obie z Górnika Łęczna)
mogą przyjść: –
ODESZŁY: Jessica Ludwiczak (Lotos), Klaudia Miłek (Górnik Łęczna), Zofia Buszewska, Kinga Kozak, Nadja Stoanovic (Czarni Sosnowiec)
mogą odejść: –
kobiecyfutbol.pl – Grad bramek w sparingu ekstraligowca
[…] W dzisiejszym meczu w barwach GKS-u pojawiła się Alicja Dyguś pozyskana w okienku transferowym z Górnika Łęczna. Niestety Emilii Zdunek nie mieliśmy przyjemności zobaczyć w tym spotkaniu. Początek spotkania dobrze ułożył się dla gospodyń, które w trzeciej minucie spotkania objęły prowadzenie, po bramce Klaudii Maciążki. W 9. minucie spotkania Katowiczanki podwyższyły na 2:0 po trafieniu Brzeczek. Zaledwie dwie minuty później bramkarkę przyjezdnych ponownie pokonała Klaudia Maciążka. W 36. minucie spotkania Nicola Brzęczek zdobywa drugą bramkę w dzisiejszym spotkaniu, a czwartą dla Katowiczanek. Tuż przed przerwą gospodynie podwyższają na 5:0 za sprawą Weroniki Kłoda. Zaledwie 60. sekund później przyjezdne zdobywają bramkę kontaktową.
Po zmianie stron obraz gry nie uległ zmianie, a stroną dominującą były Katowiczanki. W 51. minucie spotkania Klaudia Maciążka skompletowała hat-tricka. Cztery minuty później na listę strzelczyń ponownie wpisała się Weronika Kłoda. Jednak Katowiczanki nie zatrzymywały się i ostatecznie wysoko pokonały drużynę Respektu Myślenice.
GKS Katowice- Respekt Myślenice 11:1 (5:1)
Maciążka 3’11’51’75’, Brzęczek 9’36’, Kłoda 41’56’, Łasicka 59′, Parczewska 81′ Bińkowska 77′- ? 42′
GKS: Klimek – Hajduk, Lizoń, Tkaczyk, Łasicka, Kłoda, Koch, Dyguś, Turkiewicz, Brzęczek, Maciążka zagrały także: Drąg, Bujak, Gregorczyk, Bińkowska, Parczewska, Konkol, Raczyńska.
sportdziennik.com – 9 milionów na spłatę zobowiązań
[…] GieKSa zostanie dokapitalizowana przez miasto 9 milionami złotych. Uchwałę m.in. w tej kwestii podjęli wczoraj radni. Katowice obejmą kolejne udziały w swojej spółce, za czym opowiedziało się 16 radnych. Jeden był przeciw, a 10 wstrzymało się od głosu. Nim to nastąpiło, toczyła się dyskusja, momentami gorąca.
– Środki z dokapitalizowania posłużą w większości na spłatę jednorazowych zobowiązań – tłumaczył Bogumił Sobula, wiceprezydent miasta, które łącznie na cztery sekcje klubu (piłka nożna, piłka nożna kobiet, siatkówka, hokej) przekazało już w 2021 roku 25,5 miliona złotych.
Niezrzeszony radny Dawid Durał, który jako jedyny zagłosował przeciw, mówił, że od początku roku słyszy się, iż brakuje pieniędzy na niektóre cele. – A tu nagle hokus-pokus i mamy 9 milionów dla GKS-u – zauważał Durał, wcześniej prosząc włodarzy miasta o potwierdzenie, czy premia, jaką – dzięki dokapitalizowaniu – otrzyma drużyna piłkarska za awans do pierwszej ligi, rzeczywiście wynosi 800 tysięcy złotych. Radny Łukasz Borkowski Koalicja Obywatelska) także pytał:
– Czy to prawda, że zostaną wypłacone premie w tak wysokiej kwocie? Jesteśmy w czasie pandemii, kiedy musimy oszczędzać, a wiele innych jednostek miejskich prosi się, by je dofinansować. Czy rzeczywiście klub piłkarski jest naszym priorytetem? – zastanawiał się Borkowski.
Bogumił Sobula potwierdzał: – Tak, będzie wypłacona premia. Kilkaset tysięcy złotych. Nie mam dziś dokładnej wiedzy w tej sprawie. Taką informację przekazać może zarząd klubu – odparł wiceprezydent Katowic nie zgadzając się też ze słowami radnego Borkowskiego, że „cały czas głosujemy, dokapitalizowujemy tę spółkę, a nie przekłada się to na finansową poprawę”.
– W 2019 roku spółka zatrudniała ponad 300 osób – przypominał Sobula. – Roczny koszt funkcjonowania wynosił wtedy 25 milionów złotych. Żebyśmy jednak nie utożsamiali tej liczby wyłącznie z klubem piłkarskim, podkreślam, że mamy też siatkarzy, hokeistów i drużynę piłki nożnej kobiet grające na najwyższych szczeblach. Mamy szachistów, inne sekcje, szkolenie dzieci i młodzieży. To de facto 4-5 klubów pod jednym szyldem i te środki w ten sposób należy rozłożyć.
Decyzje, jakie podjął prezes Szczerbowski w związku z restrukturyzacją doprowadziły do tego, że stan kosztów na koniec 2020 roku wyniósł już 18,5 miliona złotych. Został zredukowany o blisko 30 procent. Zmniejszono zatrudnienie do około 170 pracowników. Umów i kontraktów nie wypowiada się jednak ani nie obniża z dnia na dzień.
Obniżenie kosztów następowało płynnie. Albo kontrakty były renegocjowane, albo rozwiązywane z okresem wypowiedzenia. Nowe są zawierane na znacznie niższe kwoty i stąd spadek kosztów o ponad 6 milionów – mówił wiceprezydent Katowic, wyjaśniając, skąd wzięło się zadłużenie GKS-u, które przelew z miasta pozwoli uregulować.
– Dotacja na 2020 rok była niższa niż realnie znane nam potrzeby, ale chcieliśmy doprowadzić do sytuacji, w której pieniądze trzeba wydać na absolutnie bieżące potrzeby, a nie trzymać na koncie. Mieliśmy świadomość, że te pieniądze nie wystarczą do sfinansowania kosztów klubu. Nie był to wyraz nieufności do kierownictwa GKS-u, a po prostu specyfika ciężkiego roku, roku covidowego. Staraliśmy się pokryć tylko te wydatki, które były niezbędne. Aby dojść do poziomu zmniejszonego poziomu kosztów, spółka musiała w ciągu roku zaciągnąć kilka pożyczek, zaakceptowanych przez nas jako właściciela.
Teraz nadszedł czas ich spłaty. Dlatego w większości środki z dokapitalizowania będą przeznaczone na spłatę tych jednorazowych zobowiązań, umożliwiając płynne zejście do pułapu rocznych kosztów 18,5 miliona złotych. To jednorazowe wydatki, niezbędne do pokrycia. Nie będą generowały w następnych latach kolejnych zobowiązań. Inne wydatki samorządu miały pierwszeństwo, stąd w przypadku GKS-u taka konstrukcja w postaci pożyczek – mocno akcentował Bogumił Sobula.
Radna Barbara Wnęk-Gabor (KO) przypominała o niedawnej wizycie prezesa Marka Szczerbowskiego na Komisji Kultury, Promocji i Sportu. – Zapytałam o sponsora strategicznego. Otrzymałam odpowiedź niezbyt pozytywnie ustosunkowaną do jego poszukiwań. Chcę prosić o podjęcie zintensyfikowanych działań, by klub nie w całości, ale jakiejś części był finansowany ze środków zewnętrznych. Sponsor strategiczny odciążyłby budżet miasta – mówiła Wnęk-Gabor. Radny Dawid Kamiński (PiS) odpowiadał:
– Byłem na tej komisji i nie odniosłem wrażenia, że przedstawiciele klubu negatywnie odnoszą się do pozyskania sponsora strategicznego. Twierdzą jednak, że to trudne zadanie – zaznaczał.
Wiceprezydent Sobula uzupełniał: – Dopiero gra w wysokiej bądź najwyższej klasie może sprawić, byśmy mówili o odpowiedzialnym, stałym partnerstwie strategicznym. Należy podejmować wszelkie możliwe działania, by zmniejszać w klubie udział środków miasta. Robimy wszystko, by pozyskiwać sponsorów – nie tylko strategicznego – bo każda złotówka od nich sprawia, że więcej zostaje w kasie miasta.
Mocna GieKSa w próbie przed ligą ograła asy Piszczka
Katowiczanie pokonali naszpikowanego zawodnikami o „głośnych” nazwiskach III-ligowca z Goczałkowic w próbie generalnej przed powrotem na zaplecze ekstraklasy.
Piotr Ćwielong, Łukasz Hanzel, Mariusz Magiera, Przemysław Trytko, a przede wszystkim Łukasz Piszczek… Ktoś niewtajemniczony i niebędący na bieżąco z polskim futbolem pewnie mógłby w sobotnie południe przy Bukowej nie wskazać poprawnie składu tego zespołu, który za tydzień zainauguruje sezon zaplecza ekstraklasy, no i tego będącego jeszcze w trakcie okresu przygotowawczego do zmagań na poziomie rozgrywkowym nr 4.
– Nie jest tak, że ktoś tych zawodników na boisko zaciąga siłą. Gdyby im się nie chciało, to przy Łukaszu Piszczku ich by tam dziś nie było. To chłopaki o dużych umiejętnościach i było to widać. Przeciwko „Pepe” Ćwielongowi zdarzyło mi się kiedyś 2-3 razy zagrać, to kawał piłkarza. Trzeba docenić LKS, w tym klubie wykonywana jest fajna robota. Dla ludzi w Goczałkowicach to na pewno świetna kapela – przyznawał Rafał Górak, szkoleniowiec GieKSy, a najlepszą recenzją całokształtu poczynań goczałkowiczan jest fakt, że właśnie z nimi katowiczanie odbyli próbę generalną przed startem I-ligowego sezonu.
Łukasz Piszczek szczególnie mocno im za skórę nie zalazł; nie ma co ukrywać, że środek obrony to chyba taka pozycja, na której najtrudniej wyeksponować to, iż jest się zawodnikiem z innego świata, z Bundesligi, pośród I- czy III-ligowców.
Nie jest to oczywiście niemożliwe, ale – no właśnie – na pewno trudniejsze niż gra w środku pola czy ataku. Ale że w obronie też można wzbudzać emocje, pokazała sytuacja z II połowy, gdy kibice mocno dopingowali Krystiana Sanockiego podczas pojedynku z byłym reprezentantem Polski, co mogło napędzić kontrę GieKSy. Ale Piszczek minąć się nie dał… Gdy opuszczał boisko, było 1:0; potem faworyt dorzucił jeszcze dwie bramki, autorstwa wspomnianego Sanockiego.
Po końcowym gwizdku Piszczek długo nie wychodził z szatni, testując cierpliwość… oczekujących przed budynkiem klubowym kilkunastu łowców autografów czy osób chętnych na zrobienie sobie zdjęcia. To podczas III-ligowego sezonu, szczególnie na wyjazdach, będzie dla niego chlebem powszednim. A ten pierwszy wyjazd – 14 sierpnia do Gaci.
Patrząc na to, jak przy Bukowej zaprezentował się goczałkowicki „pierwszy garnitur”, o bandę Piszczka można być spokojnym. Będzie się w III lidze liczyć. Piszczek-senior – czyli tata Kazimierz, będący wiceprezesem klubu – obserwując kolejne ataki pozycyjne budowane z tak silnym rywalem jak GKS mógł z satysfakcją raczyć się na trybunie złocistym z pianką.
W Katowicach z kolei mogą mieć już teraz satysfakcję, że dali radę wypożyczyć z Lecha Poznań napastnika Filipa Szymczaka. Sposób, w jaki 19-latek wpisywał się na listę strzelców w sobotę, a także tydzień wcześniej w Sosnowcu, robił wrażenie. – Robił wrażenie? To dobrze! Po to do nas przyszedł, by trochę tego wrażenia zrobić. To bardzo młody, utalentowany człowiek. Mam nadzieję, że on pomoże nam, a my jemu – stwierdził trener Górak, który wystawił Szymczaka od pierwszej minuty, a dopiero w II połowie na murawie pojawił się ten, który był podstawowym napastnikiem GieKSy w poprzednim sezonie, czyli Filip Kozłowski.
Wygląda na to, że tak też będzie w sobotnim meczu o punkty z Resovią; chodzi tu nie tylko o rywalizację między dwoma snajperami, ale też deficyty wśród młodzieżowców spowodowane urazem Patryka Szwedzika.
Uraz wyleczył już za to po dłuższym czasie Szymon Kiebzak. Skrzydłowy co prawda młodzieżowcem nie jest, ale ważnym ogniwem GKS-u – z pewnością. Swój krótki występ zaakcentował asystą przy pierwszej bramce Sanockiego. – Odpukać! Życzę mu przede wszystkim zdrowia. Strasznie na niego liczymy, bardzo na niego czekaliśmy od dziewięciu tygodni. Za nim pierwsze 25 minut. Wierzę, że z każdym kolejnym dniem będzie lepszy. Skoro zagrał w tym sparingu, to znaczy, że jak każdy pozostały zawodnik jest brany pod uwagę do gry w podstawowym składzie – mówił szkoleniowiec katowiczan.
Mecz z LKS-em zaczął się w sobotę o 12.40. O tej porze GieKSa zacznie też dwa najbliższe spotkania ligowe – z Resovią i Miedzią Legnica. – Nieprzypadkowo wybraliśmy na ostatni sparing taką godzinę. Chcieliśmy się zmierzyć z tym, co trudne. Ta pora jest trochę „kosmiczna”, niełatwa dla wszystkich, nawet tych oglądających mecz. Ale nie narzekamy, tylko cieszymy się, że już za tydzień gramy o punkty. I że gramy w pierwszej lidze! – mocno akcentował Rafał Górak, który mimo upału prowadził zespół w… ortalionie.
– Muszę cały czas zachowywać swój dress code. Bluza musi być! Wytrzymuję każde ekstremalne warunki – żartował szkoleniowiec, podsumowując sparing w swoim stylu: – Ostatni sprawdzian wyszedł normalnie. Zwykły dzień w biurze, z lepszymi i gorszymi momentami.
Można było odnieść wrażenie, że dla kibiców najlepszym momentem był… wślizg Bartosza Jaroszka z II połowy. Co prawda dostał za niego żółtą kartkę, ale też gromkie brawa z trybun, które były otwarte dla publiczności. GieKSa nie postąpiła tak, jak choćby Widzew czy Korona Kielce, zamykając ostatnie sparingi.
– Nigdy nie przeszkadzało mi to, by grę moje drużyny oglądał ktokolwiek. Piłka nożna jest przede wszystkim dla kibiców. Oni są najważniejsi, dla nich to wszystko robimy, – przekonywał Górak, a słyszący te słowa „Junior”, jeden z liderów katowickich kibiców, szybko uzupełnił: – Trenerze, dla pieniędzy!
GKS Katowice – LKS Goczałkowice-Zdrój 3:0 (1:0)
1:0 – Szymczak, 24 min
2:0 – Sanocki, 68 min
3:0 – Sanocki, 77 min
GKS: Kudła – Wojciechowski, Jędrych, Janiszewski, Rogala – Repka, Figiel – Kościelniak, Błąd, Pawłas – Szymczak. [II połowa]: Królczyk – Gierach, Sadowski, Kołodziejski, Pawłas – Repka, Urynowicz – Sanocki, Kościelniak, Woźniak – Kozłowski oraz Kiebzak.
Trener Rafał GÓRAK.
LKS: Mrzyk – Piszczek, Zięba, Magiera – Nowak, Kazimierowicz, Hanzel, Mońka – Gemborys, Trytko, Ćwielong. II połowa: Szczuka – Piszczek, Baron, Maroszek – Dragon, Matuszczyk, Hanzel, Wróblewski – Dokudowiec, Szędzielarz, Ćwielong oraz Jonda, Furczyk. Trener Damian BARON.
dziennikzachodni.pl – Mural Jana Furtoka jest już gotowy. Kibice dyskutują czy jest do siebie podobny…
[…] Mural poświęcony Janowi Furtokowi kibice „odsłonili” nocnym racowiskiem. Oficjalna ceremonia ma się odbyć na początku przyszłego tygodnia.
Powstanie dzieła jest wynikiem działań Stowarzyszenia Kibiców SK1964, władz miasta i radnego Krzysztofa Pieczyńskiego. Długo trwała dyskusja nad lokalizacją muralu, ostatecznie zdecydowano się na południową ścianę przy ulicy Granicznej 13.
Na forach internetowych trwa dyskusja czy Jan Furtok na obrazie jest do siebie podobny. Przeważają jednak opinie pozytywne. A Wy jak uważacie?
Jan Furtok ma 59 lat. Jest najsłynniejszym piłkarzem GKS Katowice, w którym grał w latach 1979-1988 i 1996-1997. W 209 meczach zdobył 85 goli, co jest rekordem klubu z Bukowej. Do Roberta Lewandowskiego był też najlepszym Polakiem w Bundeslidze – w Hamburger SV został wicekrólem strzelców. Razem z bramkami dla Eintrachtu Frankfurt strzelił w Niemczech 60 bramek w 188 występach. Numer 9 z jakim grał na Bukowej, został zastrzeżony.
HOKEJ
hokej.net – Trzech obcokrajowców i testy
Hokeiści GKS-u Katowice z pierwszym dniem sierpnia rozpoczną grupowe przygotowania do sezonu. Wcześniej w budynkach Akademii Wychowania Fizycznego przejdą testy kondycyjne. Tymczasem trener Jacek Płachta wraz z szefostwem klubu pracuje nad wzmocnieniami.
Wiadomo już, że o spokój w katowickiej bramce zadba duet John Murray – Maciej Miarka, a o sile defensywy mają stanowić Kanadyjczyk Carl Hudson oraz gracze, którym nie jest obca gra w reprezentacjach Polski, a więc Mateusz Rompkowski, Maciej Kruczek, Patryk Wajda, Jakub Wanacki, Dawid Musioł i Oskar Krawczyk.
Klub z alei Korfantego pochwalił się na razie podpisaniem kontraktów z siedmioma napastnikami. W tym gronie są Grzegorz Pasiut, Patryk Krężołek, Bartosz Fraszko, Patryk Wronka, Mateusz Bepierszcz, Mateusz Michalski i Szymon Mularczyk.
Nie da się ukryć, że na barkach Pasiuta, Wronki, Krężołka i Fraszki spoczywać będzie ciężar kreowania gry i zdobywania bramek.
Z naszych informacji wynika, że szefostwo GieKSy przed rozpoczęciem treningów zamierza zakontraktować jeszcze trzech zawodników zagranicznych. O krok od przenosin do katowickiego klubu jest doświadczony napastnik, ale jego personalia pozostają na razie owiane tajemnicą.
Trener Jacek Płachta przyjrzy się też dwóm lub trzem graczom, którzy powalczą o kontrakty na okresie testowym.
Hudson: Wiedziałem, że GKS to topowa drużyna
Carl Hudson ma być solidnym wzmocnieniem formacji defensywnej GKS-u Katowice. Doświadczony Kanadyjczyk opowiedział o tym, dlaczego wybrał ofertę GieKSy i jak zapatruje się na grę w Polsce.
35-letni defensor (185 cm, 96 kg) ma smykałkę do gry ofensywnej. Dobrze prowadzi krążek, potrafi dobrze dograć do partnera, jak i celnie uderzyć bez przyjęcia.
– Lubię pomagać drużynie podczas gry w przewadze, czuję się dobrze w strefie ofensywnej. Muszę jednak dbać przede wszystkim o to, co dzieje się w obronie. To coś, nad czym cały czas pracuję – zaznaczył Hudson.
Nowy nabytek GieKSy ma w swoim CV grę w AHL i ECHL, a od sezonu 2011-2012 występuje na europejskich taflach. Był zawodnikiem ekip z brytyjskiej i francuskiej ekstraligi oraz z powodzeniem radził sobie na zapleczu DEL. Ostatnie trzy sezony spędził w Eispiraten Crimmitschau, w którym zostawił po sobie naprawdę dobre liczby. W 113 meczach zdobył bowiem 82 punkty za 28 bramek i 54 kluczowe zagrania.
– Słyszałem o trenerze Płachcie za czasów gry w Niemczech, nie mieliśmy jednak okazji spotkać się w jednej drużynie. Jestem po rozmowie telefonicznej ze szkoleniowcem; dowiedziałem się sporo o jego dotychczasowej karierze i słyszałem same pozytywne słowa na jego temat – wyjaśnił Carl Hudson, który w swoich poprzednich klubach pełnił funkcję trenera kondycyjnego.
Wielu kibiców zastanawia się zapewne, dlaczego doświadczony defensor postanowił się przenieść do Polski. Wpływ na to miało kilka czynników.
– Wiedziałem, że GKS to topowa drużyna w waszym kraju i zawsze walczycie o najwyższe miejsca w lidze, a właśnie takiej drużyny szukałem dla siebie na nadchodzący sezon. Poza tym już kiedyś z żoną byliśmy w Polsce i bardzo nam się podobało, dlatego gdy usłyszałem o ofercie z Katowic, pomyślałem, że zamieszkanie tutaj będzie dobrą decyzją – przyznał zawodnik pochodzący z prowincji Ontario.
– Z tego, co wiem o polskiej lidze, jest ona podobna pod różnymi względami do tych rozgrywek, w których już występowałem. Nie rozmawiałem jeszcze z trenerem o mojej roli w zespole, myślę, że o tym będziemy rozmyślać w trakcie okresu przygotowań – dodał.
Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion
Budżet Obywatelski – głosujemy!
Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”.
Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek.
Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.
W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów).
Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie do złamania
Zastanawiam się czasem, co i dlaczego mnie wkurza w tej naszej GieKSie. Skąd ta złość na przykład po meczach z Piastem i Zagłębiem. I już dobrze wiem, skąd.
Gdyby to była drużyna słaba jakościowo, z kiepskim trenerem, pewnie jakoś godziłbym się na to, że jesteśmy gdzieś w ogonie tabeli. Ot, uznawałbym, że po prostu grają na tyle, na ile potrafią i ostatecznie w związku z tymi umiejętnościami nie ma co mieć wielkich pretensji. Tak było w niektórych sezonach lata temu. Jeszcze w „starej” ekstraklasie na przykład.
Teraz jednak jest tak, że wiem, że GKS stać na wiele. Że ta drużyna ma potencjał, że poszczególni piłkarze są przecież w stanie po prostu dobrze grać w piłkę. Udowadniają to za każdym razem, gdy mecz rozgrywany jest przy Nowej Bukowej. Istnieją na razie dwa duże mankamenty – gra obronna i gra na wyjazdach. Tak jak pisałem – gdyby nie te przywary – bylibyśmy pewnie w czwórce. Ktoś powie, że przesadzam. Ale dlaczego? Przecież mając te minusy jesteśmy drużyną środka, a naprawdę nie ma specjalnie wielkiego dystansu pomiędzy ekipami z ekstraklasy.
Wiem więc, że ten potencjał zespół ma i stąd frustracja, gdy nie jest on wykorzystywany. Oczywiście świat nie jest idealny i potencjał nie równa się efekt. Natomiast złość dotyczy tego, że na wyjazdach nie wykorzystujemy go choćby w 20 procentach. W zasadzie nie wykorzystujemy go w ogóle.
Ale to tylko taki wstęp. Bo wczoraj graliśmy u siebie. Pisałem przed meczem o statystyce, która mówi, że w końcu u siebie przegramy, a już na pewno stracimy punkty. I było tego wczoraj blisko, ale tak jak zamieściłem w tytule przedmeczowego felietonu – GieKSa stoczyła niesamowitą batalię z tą statystyką. I to batalię zwycięską, a było przecież piekielnie trudno.
Piekielnie trudno wynikowo, bo jeśli o samą grę, to przecież ona była bardzo dobra i GKS był w tym spotkaniu drużyną zdecydowanie lepszą. Jednak utrata bramki w pierwszej minucie drugiej połowy, potem – wydawałoby się – opanowanie sytuacji na 2:1 i utrata tego prowadzenia. Niejedna drużyna by się podłamała. GKS jednak grał swoje, dążył, ciągle dążył do tego, żeby jednak wygrać. A zadanie w końcówce było tym trudniejsze, że Cracovia wcale nie cofnęła się do dramatycznego bronienia remisu, tylko zwietrzyła szansę na zwycięstwo. I w 89. minucie mieli strzał w poprzeczkę.
Ofensywa GieKSy bardzo się podobała. To nie było to mozolne, bezradne próbowanie jak w Gliwicach, Lubinie czy wcześniej w Lublinie. Tutaj Katowiczanie dochodzili do sytuacji, mieli swoje dynamiczne akcje i groźne strzały. Naprawdę trzy razy trafić w obramowanie bramki w pierwszej połowie mówi o tym, że brakowało tak bardzo niewiele, by objąć prowadzenie. W drugiej już wpadało. GKS znów był u siebie efektowny i skuteczny. Kapitalnie się na to patrzyło.
To był kolejny tych meczów, w których miałem przeczucie, że GKS w końcu bramkę strzeli. Najpierw w przerwie – byłem o to absolutnie spokojny, z taką grą. Wiadomo, że bramka zaraz po przerwie wkurzyła, ale to się po prostu zdarza. Wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem GKS wyrówna, a nawet wyjdzie na prowadzenie. Wątpliwości nadeszły dopiero przy stanie 2:2, ale to już wynikało po prostu z małej ilości czasu do końca meczu. Zespół jednak konsekwentnie dążył do przodu i tego rywala na koniec decydującym ciosem trafił.
Trener dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Przede wszystkim na ławce tym razem zasiadł Arkadiusz Jędrych. I tutaj trochę się rozwinę, bo poświęciłem Arkowi trochę miejsca ostatnio. Tu absolutnie nie chodzi o robienie z zawodnika kozła ofiarnego czy żeby ktoś sugerował, że potencjalne odstawienie go to „wotum nieufności”. Wszyscy musimy sobie zdawać sprawę, że tzw. dobro drużyny, choć ja bym powiedział dobro klubu, musi być ponad kogokolwiek, niezależnie od statusu, nawet statusy legendy czy ikony. Arek jest w naszym panteonie, jakbyśmy spojrzeli na GieKSę w XXI wieku. Wielka postać i twarz wygrzebywania całego klubu ze zgliszczy.
I ucieszyła mnie ta decyzja. Nie dlatego, że wyszło na moje czy że pomyślałem sobie, że „zawodnik się doigrał”. Nic z tych rzeczy. Ucieszyłem się z tego, że trener reaguje, że liczy się dyspozycja sportowa i szukanie jak najlepszych rozwiązań na ten moment. I jeśli trener porozmawiał z kapitanem, zakomunikował mu to, a Arek bez pretensji i obrażania się zaakceptował tę decyzję – to mimo, że pewnie w jakiś sposób go to boli – to oznacza to, że jest prawdziwym kapitanem, już nie tylko na boisku. Dla mnie – patrząc szerzej – ma to większe znaczenie niż jakaś pojedyncza roszada z meczu na mecz. Jeśli takich akcji nie podejmuje się ze względu na strach przed jakimś kwasem, to nie świadczy to dobrze o zespole. Jeśli wszystko kończy się co najwyżej na „sportowej złości”, to znaczy, że drużyna naprawdę jest monolitem i dobrze funkcjonującą organizacją, w której podejmujemy takie próby, żeby usprawniać. Zresztą patrzyłem sobie na Arka kątem oka podczas rozgrzewki przed meczem i w trakcie meczu. Totalnie normalne, niesfochowane zachowanie. Nie żebym go o to wcześniej podejrzewał, absolutnie. Ale teraz to zobaczyłem. I szczerzę życzę mu powrotu do formy. Kapitan.
Ciężko ocenić defensywę w tym meczu. Bo z jednej strony uważam, że zagrała dobrze i pewnie, ale… straciła dwie bramki. Cracovia – trzeba przyznać – strzeliła je dobrze. To były bardzo dobre dośrodkowania i wykończenia. Popełniliśmy błędy, ale nie były to takie wielbłądy jak w meczach poprzednich. Przyspał trochę Marcin Wasielewski w obu sytuacjach. Przy drugim golu zawodnik rywala okazał się sprytniejszy niż Pau Resta i Lukas Klemenz.
Z drugiej strony Marcin miał udział przy dwóch bramkach GieKSy. Najpierw swoją dynamiką wdarł się w pole karne i pozwolił Al-Ammariemu na zagranie ręką, a przecież potem jeszcze dobrze dośrodkował. No i centra przy drugim golu była bardzo dobra – mocna, na dobrej wysokości, tak że Mateusz Kowalczyk mógł efektownie strzelić, a Mateusz Wdowiak dobić. Tak więc Wasyl był zamieszany w całkiem sporo bramek w tym meczu.
Jednak te tracone gole to jest dość potężny mankament, bo jak pytałem trenera na konferencji po Piaście, to mieliśmy średnią półtorej traconej bramki na mecz. W kolejnych dwóch spotkaniach cztery razy pokonywali nas piłkarze rywali, więc ta średnia wzrosła. Absolutnie musimy się w tym temacie ogarnąć.
Jak w kilku meczach – znów popisali się zmiennicy. Mieli oni olbrzymi udział przy trzecim golu. Kapitalny przechwyt wykonał Mariusz Olsen. Bartosz Wolski zaliczył całkiem dobre dośrodkowanie. A Borja świetnie – już w ramach pola karnego – obsłużył po ziemi Ilję.
No a potem już był show naszego napastnika. Oczywiście po raz kolejny zawodnik świetnie pracował w meczu. W tej sytuacji natomiast zrobił to, co rasowy napastnik umie – zastawił się, przyjął i przygotował do strzału, a potem uderzył precyzyjnie. Tak, że piłka śmignęła koło ucha Traoré i wpadła do siatki.
Tym samym Białorusin po raz drugi w ostatnim czasie dał zwycięstwo GieKSie w doliczonym czasie. No dobra… teraz tak minimalnie przed, bo zegar pokazywał 89:55. Ale nadal mieści się to w definicji hasła „jesteś tak piękna jak gol w 90. minucie”. Tak jak w życzeniach na telebimie w przerwie meczu. Ziściło się. GieKSa w lidze drugi raz, a jeszcze była wygrana na koniec meczu z Hapoelem. Wolimy strzelać w końcówce niż tracić.
Przede wszystkim jednak GKS Katowice po raz czwarty w tym sezonie odwraca wynik z przegrywania na końcowe zwycięstwo. Tak było z Radomiakiem, Hapoelem i Górnikiem. Cztery razy dokonać takiej sztuki na dystansie dwunastu meczów – to jest wyczyn. Wiadomo, że wynika on z tego, że… GKS bramki traci. Ale skoro już traci, to niech zdobędzie więcej. Dodam tylko, że w pierwszym sezonie po awansie na taką sytuację czekaliśmy aż do kwietnia i meczu z Puszczą Niepołomice. Potem jeszcze zrobiliśmy to w ostatniej kolejce w Gdańsku. A w poprzednim rozgrywkach sytuacja, w której GKS przegrywał, a jednak wygrał spotkanie zdarzyła się zaledwie raz – z Radomiakiem. Więc w obecnym sezonie – a ściślej na dystansie nawet nie dwunastu, a dziewięciu meczów – GKS odrobił straty z nawiązką więcej razy niż w całych dwóch poprzednich. I jak pisałem, że w pewnych aspektach jest „opór na rozwój”, czyli te nieszczęsne wyjazdy, to w tym aspekcie jest niesamowity progres mentalny. Nasza drużyna ma te słabsze mecze, ale generalnie jest nie do złamania.
Drugi raz ucierpiała na tym Cracovia. Pamiętamy przecież mecz przy Kałuży sprzed dwóch lat. Tam Källman trafił na 3:3 w 93. minucie, a GieKSa potrafiła jeszcze trafić za sprawą Sebastiana Milewskiego. W ogóle mecze z Pasami mają swoją historię, wygraliśmy przecież z nimi na Nowej Bukowej 2:1, a ostatnio przegraliśmy 0:3. Choć bardziej bolesna była porażka na wyjeździe, gdzie ultrasłaba tego dnia Cracovia jednak wygrała z GieKSą po golu Hasića wiosną tego roku.
Niezłomność to niezaprzeczalna cecha tej drużyny. Nie da się ich nie lubić, choć potrafią być niesforni i nieraz wkurzają. No, jak to w rodzinie bywa. Znów mieliśmy dreszczowiec na Bukowej i euforię na sam koniec. Wspaniały wieczór.
Trzeba tylko jeszcze odczarować tę bramkę po przeciwległej stronie niż Blaszok. Bo tam piłkarze GKS strzelili tylko dwie bramki. Chyba chcą, żeby kibice z Blaszoka mieli bardzo dobry widok na gole, bo dla odmiany do tej bramki pod najbardziej dopingującą trybuną trafili aż czternaście razy.


Najnowsze komentarze