Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Multisekcyjny przegląd doniesień mass mediów: To były jakościowe derby

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatnich dziesięciu dni dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Piłkarki GieKSy dzisiaj wrócą do treningów, piłkarze mają już za sobą początek przygotowań do piłkarskiej wiosny – drużyna pierwszy trening odbyła w świąteczny czwartek szóstego stycznia. W ostatnią sobotę część drużyny wzięła udział w Halowym Charytatywnym Turniej Piłki Nożnej w Świdnicy. Środki pozyskane z licytacji przedmiotów, w trakcie turnieju zostaną przekazane na rzecz Hani Błąd, córki naszego piłkarza. W najbliższy czwartek drużyna rozpocznie trzydniowe zgrupowanie w Bielsku-Białej, zakończony sparingiem z miejscowym Rekordem (III liga). Z klubem, półtoraroczny kontrakt podpisał Marcin Stromecki.

Siatkarze rozegrali dwa wyjazdowe spotkania ligowe: pierwsze z nich wygrali z Treflem Gdańsk 3:1, drugie przegrali z Resovią 1:3. W przyszłym tygodniu zespół rozegra jedno spotkanie – z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Mecz zostanie rozegrany w niedzielę, w hali w Szopienicach. Drużyna rozegrała czternaście spotkań (jedno zaległe) i zajmuje ósmą pozycję w tabeli.

Hokeiści w ostatnich dziesięciu dniach rozegrali trzy ligowe spotkania, wszystkie w Satelicie. W pierwszym z nich drużyna wygrała 3:1 z Podhalem, w drugim uległa zdobywcy Pucharu Polski Cracovii 2:5 i w trzecim wygrała z brązowym medalistą poprzedniego sezonu, GKS-em Tychy 4:3. W tym tygodniu zespół rozegra dwa spotkania: wyjazdowe z KH Energą Toruń (w czwartek) oraz w Satelicie, z liderem rozgrywek, Unią Oświęcim (w niedzielę).

 

PIŁKA NOŻNA

sportdziennik.com – Nowy pomocnik wzmocnił kadrę GieKSy!

GKS Katowice podpisał kontrakt z nowym zawodnikiem. To 27-letni Marcin Stromecki, który trafił na Bukową na zasadzie transferu definitywnego.

Marcin Stromecki jest pomocnikiem. Rundę jesienną rozgrywał w barwach Skry Częstochowa i wystąpił w 19 meczach zdobywając jednego gola.

Kontrakt, który podpisał z GKS-em Katowice ma obowiązywał przez półtora roku. Jest w nim zawarta opcja przedłużenia.

Przed grą w częstochowskim klubie Stromecki świętował z Górnikiem Łęczna awans do ekstraklasy. Wcześniej reprezentował m. in. barwy Pogoni Siedlce, Stomilu Olsztyn czy Znicza Pruszków.

Robert Góralczyk, dyrektor sportowy GieKSy zdradził, że pozyskany pomocnik był już od jakiegoś czasu obserwowany przez sztab szkoleniowy z Bukowej. Ma zwiększyć rywalizację na środku pola.

[…] Sam piłkarz przyznał, że po otrzymaniu propozycji gry w Katowicach nie wahał się ani minuty. Stomecki zdaje sobie sprawę, że będzie walczył o prymat na środku pola, ale pomocny w tym ma być okres przygotowawczy przed rundą rewanżową.

W dotychczasowej karierze nowy pomocnik GieKSy kilka razy grał przy Bukowej i podoba mu się atmosfera stadionu. Jak zaznaczył, nigdy tu nie przegrał.

 

Okienko bardzo sprawne

Na Jakubie Karbowniku i Marcinie Stromeckim może zakończyć się lista zimowych nabytków pierwszoligowca z Bukowej. Ważną deklarację złożył jeden z wiodących zawodników drużyny.

GieKSę trzeba pochwalić za dynamikę działania. Choć zimowy okres przygotowawczy zacznie dość szybko, bo pojutrze, to trener Rafał Górak już pierwszego dnia będzie miał do dyspozycji nowych zawodników, których w tym okienku chciał pozyskać klub: Jakuba Karbownika i Marcina Stromeckiego. Taką efektywnością na transferowym rynku – czyli dwoma zakontraktowanymi zawodnikami – z grona pierwszoligowców może pochwalić się jeszcze tylko Podbeskidzie Bielsko-Biała.

O ile Karbownik trafił na Bukową jako wolny zawodnik, bo po wygaśnięciu 31 grudnia umowy Lechowi Poznań przysługiwał jedynie ekwiwalent za wyszkolenie 21-letniego skrzydłowego, o tyle dużo trudniejsze było sprowadzenie Stromeckiego. 27-letniego środkowego pomocnika obowiązywał jeszcze półroczny kontrakt ze Skrą Częstochowa. Negocjacje może nie były długie, ale bardzo intensywne i ostatecznie zakończyły się po myśli katowiczan, którzy najwyżej sklasyfikowanemu obecnie w tabeli beniaminkowi zapłacili za ten transfer wedle naszej wiedzy około 40 tysięcy złotych.

Stromecki wzmocni rywalizację w środku pola, którą toczą Rafał Figiel, Marcin Urynowicz, Bartosz Jaroszek czy Oskar Repka – z jednym jednak zastrzeżeniem. Repka w końcówce rundy jesiennej pozostawał wyłączony z gry, ma problemy z plecami natury neurologicznej, w przypadku których trudno o precyzyjną diagnozę. Na razie piłkarz pracuje z fizjoterapeutami i o orientacyjny termin jego powrotu do pełnej sprawności będzie można pokusić się dopiero za mniej więcej miesiąc – licząc się z tym, że przez jakąś część rundy jesiennej pozostanie wyłączony. Patrząc przez ten pryzmat, Stromecki to cenny nabytek, dający też jeszcze jedno pole manewru – cofnięcia w razie potrzeby Jaroszka na środek obrony. Stąd też, mimo bardzo dużej liczby traconych jesienią bramek, tej zimy klub nie przewiduje pozyskania stopera, co dla wielu kibiców czy obserwatorów mogło uchodzić za pewnik.

Klub nie przewiduje pozyskania stopera – a możliwe, że na dwóch nazwiskach w ogóle zakończy się lista zimowych nabytków. Przy Bukowej zastanawiano się nad jeszcze jednym piłkarzem mającym w CV awans do ekstraklasy; tak jak Stromecki, który dokonał tego pół roku temu z Górnikiem Łęczna. Ostatecznie w tym okienku może to być jednak trudne w realizacji. Sztab szkoleniowy będzie pracował z tym materiałem ludzkim, który ma do dyspozycji obecnie, ale nie zamykając się przy tym na jakąś rynkową okazję w postaci zawodnika z miejsca dającego wartość w drużynie. Rok temu taki scenariusz przerabiano w przypadku Rafała Figiela, ściągniętego z ekstraklasowego wówczas Podbeskidzia Bielsko-Biała.

W razie pojawienia się tej rynkowej okazji, o sięgnięcie głębiej do portfela pewnie byłoby łatwiej, gdyby wyjaśniła się sytuacja zawodników umieszczonych na liście transferowej. A na razie okazuje się to trudnym procesem – nie pojawił się zdeterminowany i konkretny chętny ani na Szymona Kiebzaka, ani na Pawła Gieracha, dlatego możliwe, że zamiast zejść z listy płac, w świąteczny czwartek obaj mając ważne kontrakty zaczną z zespołem przygotowania do pierwszoligowej wiosny.

A pozostając w temacie kontraktów – 31 grudnia wygasał on Danianowi Pawłasowi, ale klub skorzystał z opcji przedłużenia go o 12 miesięcy. 21-latek, któremu niebawem „stukną” dwa sezony w Katowicach, jesienią 16-krotnie wybiegał w wyjściowym składzie, czy to jako lewy pomocnik, czy – po zmianie ustawienia – lewy wahadłowy.

Kibiców GieKSy bardziej powinna ucieszyć jednak wieść będąca niczym nowym, a zachowaniem statusu quo – Filip Szymczak wraz ze swoim otoczeniem uznał, że dokończy ten sezon w Katowicach. Na 19-letniego napastnika Lecha Poznań byli chętni w ekstraklasie – zarówno latem, jak zimą, a w umowie wypożyczenia klub z Bułgarskiej zastrzegł możliwość jego skrócenia zimą. Szymczak nadal walczyć jednak będzie w barwach GKS-u: o kolejne bramki w pierwszej lidze – jesienią zdobył 6 – oraz powołania do młodzieżowej reprezentacji Polski, przed którą walka o awans na finały mistrzostw Europy.

 

dziennikzachodni.pl – Pierwszy trening piłkarzy GKS Katowice

[…] GKS Katowice jako pierwszy na Śląsku – także przed zespołami PKO Ekstraklasy – rozpoczął przygotowania do rundy wiosennej. Trener Rafał Górak pierwsze zajęcia zaplanował już na 6 stycznia. W święto Trzech Króli odbył się trening na stadionie Kolejarza.

Klub opuścił Piotr Samiec-Talar, który wrócił do Śląska Wrocław. W szatni pojawili się natomiast pomocnicy Jakub Karbownik (Lech Poznań) i Marcin Stromecki (Skra Częstochowa). Wolną rękę w poszukiwaniu nowych klubów mają pomocnik Szymon Kiebzak i obrońca Paweł Gierach.

Plan przygotowań GKS Katowice wygląda następująco:

13-15 stycznia – zgrupowanie w Bielsku-Białej

15 stycznia – sparing z Rekordem Bielsko-Biała

22 stycznia – sparing z GKS-em Jastrzębie

24-29 stycznia – obóz w Bielsku-Białej

26 stycznia – sparing z Podbeskidzie Bielsko-Biała i Ruchem Radzionków

29 stycznia – sparing z LKS-em Goczałkowice-Zdrój

5 lutego – sparing z Hutnikiem Kraków i Pniówkiem Pawłowice

12 lutego – sparing z Garbarnią Kraków

19 lutego – sparing z Odrą Opole

 

sportdziennik.com – Baczne oko na młodych

GieKSa zaczęła okres przygotowawczy z kilkoma nowymi twarzami. Większość to młodzieżowcy – bo przy Bukowej muszą już myśleć także o kolejnym sezonie.

W świąteczne czwartkowe południe treningiem na boisku „Kolejarza” pierwszoligowiec z Katowic zainaugurował okres przygotowawczy. – Czas na wypoczynek, dla rodziny, był wystarczający. Można było się nacieszyć, nasycić, ale teraz chce się już wracać do zajęć, do swojej pasji. Za nami trening wprowadzający, kolejne dni będą testowe, a już w czwartek wyjeżdżamy na pierwsze zgrupowanie do Bielska-Białej – powiedział trener Rafał Górak.

GieKSa rozpoczęła zimową pracę o tyle dobry sposób, że mając już na pokładzie nowych zawodników. Zdążyła zakontraktować zarówno skrzydłowego Jakuba Karbownika z Lecha Poznań, jak i środkowego pomocnika Marcina Stromeckiego ze Skry Częstochowa. – Zabiegaliśmy o nich bardzo. To duży komfort dla trenera, że ci zawodnicy od pierwszego dnia są z nami, z tego powodu jestem zadowolony – dodał szkoleniowiec zespołu z Bukowej.

Możliwe, że na Karbowniku i Stromeckim zakończy się zimowa lista nabytków, bo klub nie ma teraz noża na gardle i może spokojnie wypatrywać rynkowej okazji. To, czy – w razie nadejścia takowej – z niej skorzysta, uzależnione będzie m.in. od przyszłości zawodników wystawionych na listę transferową: Pawła Gieracha i Szymona Kiebzaka. Ten pierwszy zaczął z drużyną okres przygotowawczy, ma jeszcze ważny przez 1,5 roku kontrakt, dlatego nie jest całkowicie skreślony.

Nieco inaczej wygląda przyszłość Kiebzaka. Boczny pomocnik, będący w klubie od 2,5 roku, ma umowę obowiązującą jedynie do czerwca i jeśli nie znajdzie nowego klubu, zostanie przesunięty do rezerw występujących w klasie okręgowej.

Na pierwszym treningu zabrakło nie tylko Kiebzaka, ale też zawodników kontuzjowanych: Dominika Kościelniaka i Oskara Repki. Ten pierwszy rehabilituje się po zerwaniu więzadeł, ten drugi jeszcze tej zimy ma dołączyć do drużyny.

Wiadomo już, że wiosną nadal przy Bukowej grać będzie Filip Szymczak, napastnik wypożyczony z Lecha Poznań, przedstawiciel rocznika 2002. Większe wyzwania czekają go dopiero w kolejnym sezonie, a prócz niego GKS nie ma dziś młodzieżowca, któremu ten status będzie przysługiwał również od lipca. Młodzieżowcami w kolejnych rozgrywkach nie będą już Karbownik i Patryk Szwedzik – obaj to rocznik 2001 – dlatego w klubie myślą o przyszłości.

Treningi z zespołem podjęli juniorzy Norbert Warmuz i Alan Bród z akademii, a także 20-letni Kamil Komandera z zespołu rezerw. Na testach jest z kolei Dawid Brzozowski – rocznik 2003 – który jesienią rozegrał 15 meczów i strzelił 2 gole dla III-ligowej Chełmianki. Może występować jako prawy wahadłowy, to wychowanek Motoru Lublin, czyli klubu, z którym przed przyjściem do Katowic związany był dyrektor sportowy Robert Góralczyk.

Dziś część drużyny GKS-u weźmie udział w charytatywnym turnieju w Świdnicy, rozgrywanym na rzecz 1,5-rocznej córeczki czołowego piłkarza katowiczan, Hani Błąd, która urodziła się z dziecięcym porażeniem mózgowym, zmaga się z wieloma schorzeniami i wymaga stałej oraz kosztownej rehabilitacji.

W czwartek GieKSa ruszy na krótki obóz do Bielska, tam też za okrągły tydzień rozegra pierwszy tej zimy sparing – z III-ligowym Rekordem.

 

SIATKÓWKA

siatka.org – GKS Katowice ponownie lepszy od Trefla Gdańsk

Nie udało się siatkarzom Trefla Gdańsk zrewanżować za porażkę z pierwszej rundy. Podopieczni trenera Michała Winiarskiego po raz drugi musieli uznać wyższość drużyny GKS Katowice i ulegli jej 1:3. Dzięki temu zwycięstwu drużyna ze stolicy Górnego Śląska wyprzedziła w tabeli gdańszczan i zajmuje ósme miejsce. Trefl jest jedenasty i traci punkt do katowiczan jeden punkt.

MVP: Tomas Rousseaux

Trefl Gdańsk – GKS Katowice 1:3 (23:25, 25:23, 13:25, 24:26)

 

plusliga.pl – Trefl Gdańsk – GKS Katowice 1:3

Trefl Gdańsk przegrał z GKS Katowice 1:3 (23:25, 25:23, 13:25, 24:26) w meczu czternastej kolejki PlusLigi. MVP Tomas Rousseaux. Katowiczanie zagrali bardzo dobrze na trudnym terenie i zdobyli komplet cennych punktów. Gospodarze byli osłabieni brakiem Mariusza Wlazłego. Interesująco zapowiada się walka o miejsce w ósemce.

– Z Katowicami zawsze grało nam się bardzo ciężko. Spotkania najczęściej rozstrzygały się w pięciu setach, więc nastawiamy się na zacięty bój. Myślę, że PlusLiga co kolejkę pokazuje jak bardzo jest wyrównana, a my na pewno będziemy jutro głodni rewanżu za porażkę w pierwszym meczu. Zrobimy wszystko, by tę rundę rewanżową rozpocząć jak najlepiej – mówi trener gospodarzy Michał Winiarski.

Pierwszy set był bardzo wyrównany. Trefl prowadził m.in. 8:6, 13:11 czy 15:12, ale generalnie gra toczyła się punkt za punkt. Dwie ostatnie akcje skończył Rousseaux. Druga partia była równie wyrównana jak pierwsza. Tym razem gospodarze zdobyli ostatni punkt po autowym ataku Jarosza. Wcześniej oba zespoły walczyły punkt za punkt, ryzykowały zagrywką i popełniały przy tym błędy.

Goście zaczęli trzecią partię z mocnego uderzenia. Po okresie dobrej gry w obronie i asie Micaha Ma’a GKS prowadził 13:7 i w pełni kontrolował wydarzenia na boisku. Katowiczanie spokojnie dograli do końca. Mieli już co najmniej jeden punkt. Czwarta partia znowu była zacięta. Goście prowadzili 22:20. Do remisu po 22 doprowadził Mika i grano na przewagi. Ostatecznie przyjezdni wygrali 3:1 po akcji Marcina Kani. Na pewno bohaterem był Rousseaux, który miał świetne statystyki w ataku.

 

sportdziennik.com – Nagłe osłabienie

Katowiczanie do meczu z Asseco Resovią przystąpili w mocno okrojonym składzie.

Tuż przed spotkaniem klub poinformował: „Ze względu na gorsze samopoczucie i troskę o zdrowie całej drużyny do składu meczowego nie zostali zgłoszeni Jakub Jarosz, Damian Domagała, Jakub Szymański i Dawid Ogórek”.

Mimo tego goście zaprezentowali się w Rzeszowie z dobrej strony i niewiele brakło, a urwaliby faworytom przynajmniej punkt. Od pierwszej piłki imponowali walecznością, jakby chcieli pokazać, że kłopoty nie są im straszne. Grali bardzo twardo. Świetnie prezentował się Tomas Rousseaux, który po problemach zdrowotnych wraca do wysokiej dyspozycji, a do tego musiał grać ataku, zastępując Jarosza. Wtórował mu Gonzalo Quiroga i od stanu 12:10 to goście dyktowali warunki.

Przegrana premierowa odsłona podziałała mobilizująco na rzeszowian. W kolejnej zaprezentowali wszystkie atuty. Wprawdzie wciąż popełniali niewymuszone błędy, ale ich przewaga ani na moment nie podlegała dyskusji. I gdy wydawało się, że złapali odpowiedni rytm, bo w trzecim secie prowadzili już 24:20, nagle przyszło załamanie. Na parkiecie zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Emocje sięgnęły zenitu. Katowiczanie walczyli, jakby od każdej akcji zależało ich życie. Ich ambicja została nagrodzona połowicznie. Wyszli z pierwszych opresji (24:24), ale w grze na przewagi nie dali już rady, choć mieli w górze piłkę na wygranie seta. Wtedy jednak kunsztem w defensywie błysnął Paweł Zatorski, podbijając wydawałoby się straconą piłkę. Czwarty set okazał się ostatnim. Goście nadal walczyli, ale przegrana w poprzednim mocno odcisnęła na nich piętno. Nie mieli już argumentów, by powstrzymać Macieja Muzaja i jego kolegów. Dla Asseco Resovii była to 3. kolejna wygrana.

Asseco Resovia – GKS Katowice 3:1 (21:25, 25:18, 33:31, 25:22)

 

HOKEJ

hokej.net – Zadanie wykonane. GieKSa wygrywa z Podhalem

W zaległym meczu 28. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowice pokonał na własnym lodzie Tauron Podhale Nowy Targ 3:1. Nie było to jednak porywające spotkanie. Podopieczni Jacka Płachty z pewnością chcieli choć odrobinę zrehabilitować się po przegranej z KH Energą Toruń (4:5) w półfinale Pucharu Polski i odrobić stratę w ligowej tabeli do liderującej Re-Plast Unii Oświęcim. Choć na początku mieli więcej z gry i wykreowali sobie więcej okazji strzeleckich, to ich mankamentem była skuteczność. Paweł Bizub bronił pewnie i utrzymywał swój zespół w grze. 22-letni golkiper „Szarotek” w 15. minucie musiał wyciągnąć gumę z siatki. Katowiczanie rozegrali widowiskową akcję i objęli prowadzenie. Grzegorz Pasiut dojrzał wychodzącego na dobrą pozycję Patryka Wronkę, a „Wrones” dopełnił formalności i pokonał Bizuba.

Nowotarżanie szukali swoich szans w kontratakach, jednak nie zdołali doprowadzić do wyrównania. W 35. minucie katowiczanie podwyższyli prowadzenie, wykorzystując okres gry w przewadze. Tym razem Grzegorz Pasiut doskonale wypatrzył Macieja Kruczka, a ten podwyższył na 2:0.

Losy spotkania rozstrzygnęły się na początku trzeciej odsłony, kiedy to katowiczanie zdobyli trzeciego gola. Uderzenie Aleksandra Jakimienki obronił Paweł Bizub, ale wobec dobitki Jakuba Prokurata był już bezradny. Później zespół Jacka Płachty mocno spuścił z tonu, a to rozprężenie starali się wykorzystać górale. W 49. minucie Johna Murraya zaskoczył Kasper Bryniczka i goście wyczuli swoją szansę. Chwilę później świetną okazję na kontaktowego gola miał Jakub Worwa, ale nie udało mu się trafić do siatki. W trudnym czasie gospodarzom z pomocą przyszedł ich golkiper, który nie dał się pokonać.

GKS Katowice – Tauron KH Podhale Nowy Targ 3:1 (1:0, 1:0, 1:1)

 

Nowy termin sosnowiecko-katowickiej konfrontacji

Spotkanie 30. kolejki Polskiej Hokej Ligi pomiędzy Zagłębiem Sosnowiec a GKS Katowice zostanie rozegrane 25 stycznia.

Pierwotnie ten mecz miał odbyć się 12 grudnia, ale został odwołany z uwagi na fakt, iż dwóch zawodników GieKSy zakaziło się koronawirusem, a kolejnych ośmiu zostało skierowanych na przymusową kwarantannę.

Dziś spółka PHL wyznaczyła nowy termin tego spotkania. Oba zespoły zmierzą się 25 stycznia o godzinie 19:00, a areną tych zmagań będzie „Stadion Zimowy” w Sosnowcu.

 

Oficjalnie. Fiński napastnik w GieKSie

[…] Fiński napastnik Miro-Pekka Saarelainen wzmocnił ofensywę GKS Katowice. Do sztabu szkoleniowego dołączył natomiast Arkadiusz Sobecki, który będzie odpowiadał za bramkarzy.

Saarelainen (177 cm, 80 kg) ma też ciekawy hokejowy życiorys. Można znaleźć w nim 126 spotkań w fińskiej Liidze, w których zdobył 14 bramek i zanotował 14 asyst.

Dużo lepsze liczby zgromadził na jej bezpośrednim zapleczu. Rozegrał bowiem 144 mecze fazy zasadniczej, w których strzelił 70 goli i zaksięgował 79 kluczowych zagrań.

W sezonie 2017-2018 z KeuPa HT sięgnął po tytuł mistrzowski w Mestis, będąc czołowym napastnikiem tego klubu. W całym sezonie 30-krotnie pokonywał bramkarzy rywali.

[…] Rok później Miro-Pekka Saarelainen zaprezentował się z jeszcze lepszej strony. W barwach klubu Kiekko-Vantaa rozegrał 50 meczów, w których strzelił 36 goli i zanotował 30 asyst. Został królem strzelców całych rozgrywek, wygrał klasyfikację kanadyjską, a także sięgnął po tytuł najlepszego napastnika zaplecza fińskiej Ligi.

W tym sezonie również reprezentował barwy tego klubu. Jego licznik zatrzymał się na 27 konfrontacjach, 7 bramkach i 18 asystach, co było najlepszym dorobkiem punktowym w całym zespole.

Do sztabu szkoleniowego hokejowego GKS-u Katowice dołączył trener bramkarzy Arkadiusz Sobecki, były hokeista i reprezentant Polski, obecnie współpracujący z kadrami narodowymi PZHL.

 

Kryzys GieKSy trwa. Bezlitosne „Pasy”

We wtorkowy wieczór hokeiści GKS Katowice przegrali z Comarch Cracovią 2:5 i stracili w połowie spotkania Grzegorza Pasiuta, który z kontuzją zjechał do szatni. Katowiczanie są w wyraźnym kryzysie gdyż na sześć ostatnich ligowych spotkań odnotowali czwartą porażkę.

Jak najszybciej gospodarze chcieliby zapomnieć o pierwszej tercji wtorkowego spotkaniu w katowickiej „Satelicie”. Trzy bramki hokeistów Comarch Cracovii ustawiły mecz. Najpierw Jiří Gula strzałem z niebieskiej zaskoczył Johna Murraya a następnie indywidualną akcją popisał się Štěpán Csamangó, który wymanewrował defensywę katowiczan. Wynik podwyższył jeszcze Jewgienij Popiticz, który upadając dobił swój strzał do katowickiej bramki. Gospodarzy stać było na jedną bramkę w tej odsłonie kiedy to Grzegorz Pasiut uderzył po krótkim rogu z okolicy bulika.

Dość szybko w drugiej odsłonie do gry wrócili gospodarze, kiedy to Patryk Wronka zmienił lot krążka po strzale z niebieskiej Jakuba Wanackiego. Gospodarze przycisnęli i szukali wyrównującego gola, lecz krakowianie starali się grać uważnie w defensywie a Dienis Pieriewozczikow zapewniał spokój swoimi pewnymi interwencjami. Goście nie zamierzali jednak spocząć na laurach i ponownie odskoczyli rywalowi. W zamieszaniu podbramkowym już z pozycji kolan do bramki gumę skierował Jewgienij Bodrow.

W trzeciej odsłonie nie zobaczyliśmy już na lodzie lidera GKS Katowice Grzegorza Pasiuta, który w tracie drugiej tercji zjechał do szatni. To mocno pokrzyżowało plany gospodarzom, którzy walili głową w mur a Cracovia starała się grać bezpiecznie i co jakiś czas kontrować. W końcówce kropkę nad „i” postawił Jegor Dugin zdobywając gola w okresie gry w przewadze. W końcówce Artiom Woroszyło ruszył z pięściami na Patryka Krężołka, który był stroną raczej bierną w tej potyczce ale sędziowie zdecydowali, że obaj trafią pod prysznic.

GKS Katowice – Comarch Cracovia 2:5 (1:3, 1:1, 0:1)

 

sportdziennik.com – To były jakościowe derby

[…] Derby pomiędzy GKS-ami z Katowic i Tychów były niezwykle emocjonujące, bo oba zespoły wzniosły się na wyżyny umiejętności. Oglądaliśmy więc wiele świetnych akcji oraz efektowne gole. Gospodarze przerwali serię niefortunnych porażek, zaś Andrej Sidorenko, nowy szkoleniowiec tyszan, zaliczył niezbyt szczęśliwy debiut, choć z postawy swojej drużyny mógł być zadowolony.

Nadal nie wiadomo, jak długo potrwa pauza lidera i kapitana katowiczan, Grzegorz Pasiuta. Jego miejsce na środku 1. formacji zajął Fin Mathias Lehtonen. Tym samym trener Jacek Płachta dokonał drobnych roszad w pozostałych atakach. W protokole jako trener gości widniał Adam Bagiński, gdyż nie wszystkie formalności dotyczące licencji Sidorenki zostały załatwione. Był jednak w boksie i żywiołowo reagował na poczynania zawodników.

Obecność nowego trenera sprawiła, że tyszanie od początku grali z zaangażowaniem. Niemniej optyczną przewagę posiadali miejscowi i pod bramką Tomasa Fuczika kilka razy solidnie się zakotłowało. Czech bronił jednak z wyczuciem i miał trochę szczęścia, bo raz interweniował bez kija, ale zdołał przykryć krążek.

Między zawodnikami iskrzyło, ale obyło się bez bójek. W końcu goście wyprowadzili błyskawiczną kontrę. Aktywni hokeiści zza oceanu przeprowadzili wzorcowy atak. Aleks Szczechura idealnie podał do Michaela Cichego i ten nie miał problemów z pokonaniem Johna Murraya. Aktywniejsi byli gospodarze (14-6 w strzałach), ala to tyszanie zjeżdżali do szatni zadowoleni z prowadzenia.

Po zmianie stron wysokie tempo zostało utrzymane i gospodarze szybko doprowadzili do remisu. Patryk Krężołek otrzymał podanie od Miro-Pekki Saarelainena i pokonał czeskiego golkipera. Ten sam duet – tylko w odwrotnej kolejności – doprowadził do wyrównania w 36 min; widać, że obaj katowiccy napastnicy znaleźli nić porozumienia.

Tyszanie mieli trudne zadanie, bowiem często siadali na ławie kar. W 34:36 min z boksu kar wyskoczył Radosław Galant i niesygnalizowanym strzałem pokonał Murraya. Po 40 sek. gospodarze zdołali wyrównać. Niemniej oglądaliśmy derby z odpowiednim znakiem jakości.

Gospodarze przez 40 minut mieli 4 przewagi i nie potrafili zdobyć gola. A tymczasem tyszanie potrzebowali zaledwie 35 sek. (na ławie kar Dawid Musioł) i Szczechura znów zapewnił im prowadzenie. Nie utrzymało się zbyt długo. Olaf Bizacki stracił krążek i Anthon Eriksson pokonał Fuczika. A potem rozgorzała walka na całego.

Na kilka sekund przed końcem Szymon Marzec po błędzie Carla Hudsona miał okazję zdobyć zwycięskiego gola, ale Murray odbił krążek. W tej sytuacji o wszystkim miała zadecydować dogrywka, a w niej Patryk Wronka – przy współudziale kolegów – popisał się efektownym strzałem i krążek wylądował w pod poprzeczką.

Kibice w „Satelicie” długo fetowali tę wygraną, bo przecież katowiczanie mieli 4 porażki z rzędu. Tyszanie zaprezentowali się z dobrej strony, ale musieli się zadowolić tylko punktem.

GKS Katowice – GKS Tychy 4:3 (0:1, 2:1, 1:1, 1:0) po dogrywce

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Brzmi jak marzenie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jutro przyjdzie nam się zmierzyć w jednym z najważniejszych pojedynków w nowej historii GieKSy. Równać się może z tym chyba tylko pojedynek z Arką w Gdyni, który choć co prawda był zwykłym pojedynkiem ligowym – to fakt grania w ostatniej kolejce i zależności pomiędzy wynikiem, a awansem jednej z tych drużyn sprawiał, że był to po prostu istny finał sezonu. Arka była wówczas jak Brazylia w 1950, kiedy to w finale na Maracanie wystarczał Kanarkom remis. GieKSa wcieliła się w rolę Urugwaju, który musiał wygrać. I wygrał.

Od tamtego czasu GieKSa gra z dobrym skutkiem w ekstraklasie. I mimo, że jest to „nasza Liga Mistrzów”, to jednak rozgrywamy w niej powszednie mecze ligowe. Fakt, że wiele z nich to są piłkarskie i kibicowskie święta, ale pod względem ważności – są one zwykłymi meczami w najbliższej lidze. Jutro czeka nas mecz niezwykły. Mecz decydujący o czymś, o czym jeszcze niedawno jedynie mogliśmy marzyć w jakichś iluzorycznych majakach. Teraz Katowiczanie stają przed realną szansą. Szansą gry na Stadionie Narodowym o jedno z dwóch najważniejszych trofeów w polskiej piłce.

Zadanie jawi się z jednej strony jako bardzo trudne. Zagramy w końcu z jedną z najlepszych drużyn w ekstraklasie, z ekipą, która świetnie sobie radziła w europejskich pucharach. Stworzony przez Marka Papszuna Raków, pokonując podobne szczeble co GKS, stał się niespodziewanie klubem i drużyną na regularne podium. Byli mistrzem i zdobywcą pucharu.

Z drugiej strony jednak patrząc na ostatnią formę Rakowa, nie jest to drużyna nie do pokonania. Dalej ma bardzo dobrych zawodników, ale coś w tym zespole na wiosnę nie gra. Drużyna nie punktuje należycie, gra jest niemrawa. Na ten moment trener Tomczyk nie wniósł do tego zespołu czegoś mocnego i widocznego. Zadanie po Marku Papszunie miał trudne, ale mimo wszystko – Raków gra przeciętnie.

Dlatego jakbym miał zakwalifikować ten mecz, to powiedziałbym, że Raków jest faworytem, ale nie murowanym. Dałbym w szansach takie 65-35. Pamiętajmy też, że może być remis, a o wszystkim mogą decydować rzuty karne.

Od czasu awansu do ekstraklasy z Rakowem rozegraliśmy cztery mecze, z czego trzy przegraliśmy po 0:1. Nie był to jednak jakieś bardzo słabe spotkania w wykonaniu GieKSy. Najsłabszy był chyba mecz z 1. kolejki obecnego sezonu na Nowej Bukowej. Ale już w poprzednim sezonie u siebie i w grudniu w bieżącym na wyjeździe – to był już spotkania, które porażkami wcale się zakończyć nie musiały.

No dali nam przykład Katowiczanie, jak w Częstochowie zwyciężać mamy, w poprzednim sezonie. Po bardzo dobrym meczu GieKSa wygrała wówczas przy Limanowskiego 2:1. A Raków przecież wtedy był w dużo lepszej formie.

Mamy nadzieję, że zespół już się oswoił z meczami na wyjeździe z wielkimi. Dotychczas wyjąwszy wspomniany mecz z Rakowem, przegrywaliśmy. Na Legii, Lechu czy Jadze. Czas ten trend odwrócić, a szansa ku temu jest bardzo dobra, bo oprócz Rakowa, za chwilę gramy przecież przy Bułgarskiej.

Półfinał Pucharu Polski… Brzmi jak marzenie. Na razie nie ma co myśleć, co dalej. Trzeba się mocno skupić na czwartkowym meczu i po prostu realizować swój plan jak najlepiej. GieKSa to potrafi – pokazała to z Wisłą Płock. Niezależnie czy jest to oddanie piłki czy gra z nią. Ważne, żeby taktyka była dobrze dobrana i realizowana.

Ostatnim raz na tym szczeblu graliśmy 22 lata temu. Ponad dwie dekady. Tyle czasu nie znaczyliśmy nic w Pucharze Polski. Teraz GieKSa jest w najlepszej czwórce. Z nadzieją na więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga