Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka

Młokos dał sygnał – multisekcyjny przegląd mediów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatnich sześciu dni dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.

Przygotowujące się do rundy wiosennej zespoły piłkarek oraz piłkarzy rozegrali kolejne spotkania sparingowe. Panie zmierzyły się w niedzielę z rywalkami z Ekstraligi, drużyną Śląska Wrocław. Po golu Anity Turkiewicz wygrał nasz zespół 1:0 (0:0). W niedzielę piłkarki rozegrają kolejny test-mecz, z Medykiem Polomarket Konin. Drużyna męska zmierzyła w sobotę się z GKS-em Jastrzębie. GieKSa wygrała 2:1 (0:0) po dwóch golach Patryka Szwedzika. Zespół obecnie przebywa na zgrupowaniu w Bielsku-Białej, gdzie rozegra trzy spotkania sparingowe, z tego dwa jutro (z Podbeskidziem i Ruchem Radzionków) oraz w sobotę (z LKS-em Goczałkowice-Zdrój).

Siatkarze rozegrali dwa spotkania, oba zwycięskie. W ramach rozgrywek Pucharu Polski pokonali Mickiewicza Kluczbork 3:0 oraz w PlusLidze z LUKiem Lublin 3:1. Kolejne ligowe spotkanie drużyna rozegra w niedzielę, na wyjeździe z AZS-em Olsztyn.

Hokeiści rozegrali jedno spotkanie, z liderem rozgrywek Re-Plast Unią Oświęcim. Dzięki zwycięstwu po dogrywce, w tym spotkaniu 4:3, nasz zespół zmniejszył dystans do lidera do jednego punktu. W najbliższych dniach drużyna rozegra trzy spotkania: dzisiaj, z Zagłębiem, w piątek z GKS-em Tychy oraz w niedzielę z JKH GKS-em Jastrzębie.

 

PIŁKA NOŻNA

twitter.com – WKS Śląsk Wrocław Piłka Nożna Kobiet@wkspilkakobiet

Cenną lekcją dla naszych zawodniczek był dzisiejszy sparing z GKS-em Katowice ⚽

Tym razem w spotkaniu rozgrywanym na Kłokoczycach padła tylko jedna bramka i zdobyły ją nasze rywalki.

 

kobiecyfutbol.pl – Zacięty mecz we Wrocławiu

Liga rusza na początku marca, a tymczasem drużyny ekstraligowe szlifują formę, pracują nad taktyką i sprawdzają i ogrywają zawodniczki rozgrywając kolejne sparingi. W dzisiejszym starciu zmierzyły się drużyny ze stolic Górnego i Dolnego Śląska. Na Kłokoczycach lepsze były dziś piłkarki GKS Katowice, zwyciężając 1:0.

Mecz był zacięty i dość wyrównany z pewną przewagą Katowic. Udokumentowała ją w 54.minucie Anita Turkiewicz po podaniu Emilii Zdunek. Więcej bramek już nie zobaczyliśmy i katowiczanki wracają do domu ze zwycięstwem.

 

sportdziennik.com – Zarząd znów dwuosobowy

Po ponad 4 latach klub z Bukowej będzie miał wiceprezesa. Do zarządu dokooptowany został Łukasz Czopik, wcześniej dyrektor zarządzający spółki, a także prezes prowadzącej akademię fundacji „Sportowe Katowice”.

Łukasz Czopik został nowym wiceprezesem GKS-u. Klub z Bukowej o jego nominacji poinformował w środowe popołudnie w giełdowym komunikacie.

– Taka decyzja zapadła ze względu na ogrom obowiązków, jakie miał w tej chwili na głowie prezes Marek Szczerbowski, oraz problemy covidowe. Jeśli zarząd jest 1-osobowy, to 1-osobowa jest też odpowiedzialność i w razie choroby, absencji prezesa, są problemy organizacyjne. Stąd też ruch z powołaniem nowego członka zarządu, który w porównaniu z dotychczasowym zakresem obowiązków będzie miał większą odpowiedzialność, prawo reprezentowania spółki i składania w jej imieniu podpisów – tłumaczy Sławomir Witek, zastępca przewodniczącego rady nadzorczej GKS-u, a na co dzień naczelnik Wydziału Edukacji i Sportu w Urzędzie Miasta Katowice, czyli właściciela klubu.

Patrząc przez pryzmat codziennego funkcjonowania klubu, trudno tu mówić o jakiejś dużej zmianie. Łukasz Czopik przy Bukowej pojawił się jesienią 2019 roku, wraz z Markiem Szczerbowskim. Został wtedy dyrektorem zarządzającym spółki. W styczniu 2021, gdy doszło do poważnych przetasowań personalnych w fundacji „Sportowe Katowice”, prowadzącej Akademię Młoda GieKSa, mianowano go jej prezesem.

[…] Nowy wiceprezes GieKSy trafił do klubu z Górnośląskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów, gdzie był prezesem oraz dyrektorem generalnym. Wcześniej sprawował role dyrektorskie w Urzędzie Marszałkowskim i Hucie Baildon, był także referentem w Urzędzie Miasta Jaworzna. Jest doktorem prawa ze specjalizacją „ograniczone prawa rzeczowe w upadłości”, którą zdobył na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Był członkiem rad nadzorczych kilku spółek.

Zarząd wielosekcyjnego klubu z Bukowej pozostawał 1-osobowy od jesieni 2017 roku, kiedy to do dymisji po porażce z Zagłębiem Sosnowiec podał się Wojciech Cygan. Potem na czele GieKSy stanął wcześniejszy wiceprezes Marcin Janicki, odwołany latem 2019 po spadku do drugiej ligi. Od 26 sierpnia 2019 zarząd 1-osobowo stanowił Marek Szczerbowski. Teraz wiceprezesem będzie Łukasz Czopik, a spółka nie planuje zatrudniać nikogo nowego na stanowisko dyrektora zarządzającego.

 

Młokos dał sygnał

O zwycięstwie GieKSy z imiennikiem z Jastrzębia przesądziły dwa gole Patryka Szwedzika, a w oczy rzucił się jeszcze 18-letni Alan Bród.

– To są najpiękniejsze momenty. Sobota, ładny dzień, wygraliśmy, wszystko odbyło się fair – uśmiechał się Rafał Górak, trener GieKSy, która w drugim sparingu odniosła drugie tej zimy zwycięstwo. Tydzień wcześniej w Bielsku-Białej pokonała 2:1 III-ligowy Rekord, teraz w identycznym stosunku uporała się z imiennikiem z Jastrzębia, na co dzień rywalem w walce o punkty.

– Takie mecze nie są łatwe. Fajnie, że MOSiR stanął na wysokości zadania i mimo piątkowych opadów było zielone boisko, mogliśmy pograć na „Kolejarzu” w niezłych warunkach. Piłkarsko było dużo dobrego – oceniał Górak. Oba gole dla jego zespołu strzelił Patryk Szwedzik. Wygraną zapewnił, dobijając uderzenie Krystiana Sanockiego, „wyplute” przez Mikołaja Reclafa..

Wcześniej doprowadził natomiast do wyrównania, mijając golkipera rywali, a na uwagę zasługuje ładna asysta, jaką zaliczył Alan Bród. Dla zawodnika z rocznika 2004 są to pierwsze dni w seniorskim zespole GieKSy. – To środkowy pomocnik, takie „sześć i pół” – charakteryzował Robert Góralczyk, dyrektor sportowy katowickiego klubu.

Bród, ściągnięty do akademii GKS-u w 2019 roku z Dąbrowy Górniczej, rzucał się w oczy nie tylko bujną fryzurą, ale też umiejętnościami. Widać, że piłka przy nodze mu nie przeszkadza. – Było go widać? Też go widziałem! – mówił w swoim stylu trener Górak. – Alan na treningach dał sygnał. Rzadko któremu chłopakowi z akademii tak szybko daję pograć 45 minut. Wszystko przed nim – dodawał szkoleniowiec GKS-u, który dziś rusza na 6-dniowe zgrupowanie do Bielska-Białej.

Obóz – takiej samej długości, tyle że w Rybniku-Kamieniu – zaczynają dzisiaj jastrzębianie. Dla nich sobotni sparing był pierwszym w okresie przygotowawczym. Najlepszy moment mieli na początku II połowy, gdy objęli prowadzenie po mocnym strzale z bliska Daniela Stanclika, napastnika III-ligowego Piasta Żmigród. Prócz niego testowani byli także Nataniel Wybraniec (FC Dolni Benesov) oraz Oskar Natorski (Pilica Białobrzegi).

 

SIATKÓWKA

siatka.org – GKS lepszy od Mickiewicza

W meczu 1/8 finału Pucharu Polski pierwszoligowiec z Kluczborka musiał uznać wyższość GKS-u Katowice. Tylko w ostatnim secie Mickiewicz Kluczbork przekroczył barierę 20 punktów. Przyjezdnych do zwycięstwa poprowadził Duet Tomas Rousseaux/Damian Domagała. Polski atakujący został wybrany MVP środowego spotkania.

Po bloku na Kupce GKS prowadził 3:0 na początku spotkania. W kolejnych akcjach skutecznie atakował Tomas Rousseaux i dystans szybko się powiększył (3:8). Gra toczyła się pod dyktando katowiczan, po następnych udanych akcjach Rousseaux i Damiana Domagały o czas poprosił trener Łysiak (7:14). Gospodarze mieli problemy z przyjęciem, co rzutowało na ich skuteczność w ataku. Serię przy zagrywkach Piotra Haina przerwał dopiero udanym atakiem po bloku Michał Szmajduch (8:16). Z czasem również gościom zdarzało się popełniać błędy, ale nie rzutowało to znacznie na wynik. Stopniowo coraz pewniej atakował Artur Pasiński (14:19). Trener Łysiak rotował składem, ale nie pomogło to w odrabianiu strat. Do końca katowiczanie kontrolowali grę. Atak Domagały dał piłki setowe, a w kolejnej akcji kropkę nad i postawił Rousseaux.

Chociaż po ataku Bartosza Schmidta Mickiewicz prowadził 3:1, przez własne błędy stracił całą zaliczkę. As Pasińskiego i skuteczne zagranie Jana Siemiątkowskiego na nowo wyprowadziło kluczborczan na prowadzenie i o czas poprosił trener Słaby (9:6). Po przerwie celnie zaatakował Gonzalo Quiroga. Goście szybko ponownie przejęli inicjatywę, nie do zatrzymania był Rousseaux, a po bloku na Siemiątkowskim przerwę wykorzystał trener Łysiak (11:11). GKS górował na siatce, dobrze czytał grę rywali (12:14). Gospodarze nie mieli jednak zamiaru odpuszczać, skuteczny atak Konrada Muchy i pomyłka Quirogi sprawiły, że na tablicy wyników pojawił się remis (18:18). W kolejnych akcjach Argentyńczyk już się nie mylił i drugą przerwę wykorzystał szkoleniowiec Mickiewicza (18:21). Podobnie jak w poprzednim secie, również tym razem ostatnie punkty padały po atakach duetu Rousseaux/Domagała.

Na początku trzeciego seta po obu stronach nie brakowało błędów (3:4). W kolejnych akcjach drużyny wymieniały się skutecznymi atakami, wynik pozostawał na styku. Po dwóch asach Quirogi GKS wyszedł na prowadzenie 11:8, o czas poprosił trener Łysiak. W dalszej fazie seta katowiczanie utrzymywali przewagę, skuteczności nie tracił Domagała (13:16). Kluczborczanie nie spuszczali głów, udane ataki Muchy i Pasińskiego oraz blok na Domagale pozwoliły zmniejszyć dystans (16:17). Gospodarze nie zdołali jednak przełamać rywali i przy zagrywkach Quirogi GKS ponownie odbudował przewagę – 20:16. Po ataku Domagały katowiczanie mieli serię piłek meczowych (19:24). Atak Muchy i as Siemiątkowskiego przedłużyły nieco grę. Ostatnie słowo należało do katowickiego atakującego.

MVP: Damian Domagała

Mickiewicz Kluczbork – GKS Katowice 0:3 (18:25, 19:25, 21:25)

 

sportdziennik.com – Na fali wznoszącej…

Teraz trzeba patrzeć w górę, bo zespół GKS-u złapał doskonałą formę!

Siatkarze z Katowic odnieśli drugie ligowe zwycięstwo z rzędu nad bezpośrednim rywalem z tabeli z Lublina. Beniaminek PlusLigi pokazał się lwi pazur i w 2 setach walczył o tie-break. Jednak komplet punktów pozostał u gospodarzy. Teraz realnie mogą myśleć o grze play-offie, a byłby to niebywały sukces.

Wyjściowe składy nie były żadnym zaskoczenie, bo można było je wytypować w „ciemno”. Zastanawialiśmy czy zadziała jakikolwiek element zaskoczenia, a przecież kilku zawodników z Lublina występowało swego czasu po drugiej stronie. Spodziewaliśmy się wyrównanej gry i w 1. secie do pewnego momentu taka była. W końcu gospodarze zdołali wypracować 3 pktprzewagę, ale w dużej mierze była to zasługa gości, którzy popełnili w błędy. Urozmaicona zagrywka oraz blok – obrona – te elementy sprawiły, że gospodarze prowadzili już 23:18 i musiałby nastąpić jakiś kataklizm, by „GieKSiarze” przegrali tę partię. Wygrana do 20 to niezły prognostyk przed kolejną odsłoną jakże ważną dla obu drużyn.

Mocno skoncentrowani i zdeterminowani miejscowi siatkarze szybko zbudowali sobie solidną przewagę 13:5, a w międzyczasie trener Dariusz Daszkiewicz dokonał podwójnej zmiany i na parkiecie pojawili się: rozgrywający Igor Gniecki oraz atakujący Szymon Romać. Ta roszada nic nie wniosła, bo rozpędzeni gospodarze mknęli do końca z prędkością pendolino. Z przyjemnością oglądało się współpracę amerykańskiego rozgrywającego Micaha Ma’a ze środkowymi Marcinem Kanią oraz Piotrem Hainem. Skrzydłowi, jak zwykle, stanęli na wysokości zadania, choć Tomas Rousseaux był „obstrzeliwany” zagrywką. Z tej opresji wyszedł obronną ręką, a w ataku wcale się oszczędzał. Oczywiście, pierwszoplanową postacią był Jakub Jarosz, który był niemal nieuchwytny dla rywali. Zdarzały się nieudane zagrywki, ale wynikały z maksymalnego ryzyka, jakie podejmował.

Najbardziej wyrównana była 3. partia, bowiem goście nie mieli nic do stracenia i podjęli maksymalne ryzyko w polu serwisowym. To przyniosło im wymierne efekty, bowiem „zafundowali” gospodarzom 3 asy. W pierwszych 2. odsłonach ich blok nie istniał, a tym razem tym elementem również zdobyli 3 pkt. Goście niemal przez cały czas prowadzili, ale siatkarze GKS-u to wojownicy i po raz kolejny w tym sezonie walkę. Gospodarze prowadzili 22:20 i 23:21, ale ostatnie słowo należało do gości, którzy zdobyli po asie serwisowym Jakub Wachnik i 2. skutecznych atakach Wojciecha Włodarczyka.

Jeszcze większe emocje towarzyszył kolejnej odsłonie, jak się później okazało ostatniej. Jej los ważyły się w jedną lub w drugą stronę. Tę wojnę nerwów wygrali gospodarze w grze na przewagi. To była niezwykle ważna wygrana GKS-u nad sąsiadem z tabeli. To pozwala realnie myśleć o grze w play-offach, choć droga jeszcze daleka.

MVP: Tomas Rousseaux

GKS Katowice – LUK Lublin 3:1 (25:20, 25:17, 23:25, 27:25)

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Przełamanie kiepskiej serii

Rywalizacja o plamę pierwszeństwa w sezonie zasadniczym trwa.

W końcu hokeiści GKS-u Katowice zdołali przełamać serię porażek i w 4. meczu ligowym z Re-Plast Unią, tym razem w Oświęcimiu, zdołali pokonać najgroźniejszego w tym sezonie rywala. O wszystkim zadecydował gol Bartosza Fraszki na zaledwie 9 sek. przed końcem dogrywki. GieKSiarze odnieśli cenną wygraną, a w perspektywie mają zaległe spotkanie z Unią na własnym lodzie.

Zespół z Katowic przyjechał do Oświęcimia mocno zmobilizowany i od pierwszych minut przystąpił do frontalnych ataków. Gospodarze długo nie mogli wyjechać z krążkiem z własnej tercji i momentami sprawiali wrażenie jakby grali z jednym zawodnikiem mniej. Clarke Saunders został mocno rozgrzany przez hokeistów GKS-u. Wydawało się, że bramka będzie tylko kwestią czasu, a tymczasem… w 14 min Krystian Dziubiński wyrwał do przodu i znalazł się sam na sam z Johnem Murrayem. Strzał i dobitkę kapitana Unii bramkarz obronił, jednak w 15 min gospodarze objęli prowadzenie. Wasilij Strielcow zdecydował się na uderzenie z połowy tercji i było 1:0. Przewagę posiadali goście, zaś prowadzili rywale – tak często bywa w hitowych spotkaniach.

Sporo spodziewaliśmy się po tej potyczce, a tymczasem w kolejnej odsłonie było więcej szarpaniny niż składnych akcji. W końcu goście odczarowali bramkę Saundersa. Igor Smal, młody napastnik z Gdańska, po uderzeniu Kallego Valtoli przekierował krążek do siatki gospodarzy. Z kolei Bartosz Fraszko, jeden z czołowych snajperów, popisał się precyzyjnym uderzeniem.

GKS objął prowadzenie i wydawało się, że kontroluje wydarzenia na lodzie. A tymczasem po zdobyciu gola był zbyt pasywny i przez wiele minut obserwowaliśmy zupełnie bezbarwną grę. W końcu Andrej Themar zdołał wyrównać i gospodarze znów mieli powody do zadowolenia.

Ostatnia odsłona zapowiadała emocje, bo pewnie jedni i drudzy chcieli tę potyczkę rozstrzygnąć w regulaminowym czasie. Jednak ich plany nie zostały zrealizowane. Wprawdzie Dziubiński dał gospodarzom prowadzenie, ale Mateusz Michalski wyrównał. O wyniku miała zadecydować dogrywka i już jej 40 sek. goście mieli karnego, którego Hudson przestrzelił.

W 63:46 min do boksu kar powędrował Stasienko i otworzyła się szansa przed katowiczanami. Na 9 sek. przed końcem dogrywki niezwykle aktywny Fraszko zdobył zwycięskiego gola. Z przekroju całego spotkania zwycięstwo gości zasłużone, ale po obu drużynach było widać ślady przymusowej przerwy.

RE-Plast Unia Oświęcim – GKS Katowice 3:4 (1:0, 1:2, 1:1, 0:1) po dogrywce

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga