Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka
Media o wynikach drużyn GieKSy w ubiegłym tygodniu: GieKSa to drużyna niepucharowa, SMS bez litości zlał GieKSę, Udany finisz GieKSy!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.
Niestety, nie był to dobry tydzień dla zawodniczek i części zawodników GieKSy: piłkarki, w trzeciej kolejce ekstraligi kobiet przegrały z TME UKS SMS Łódź aż 0:5 (0:2). Piłkarze z kolei odpadli z rozgrywek Fortuna Puchar Polski, przegrywając po słabym meczu w swoim wykonaniu 0:1 (0:0) z Garbarnią Kraków. Prasówkę po tym meczu znajdziecie tutaj.
Siatkarze i hokeiści również rozgrywają mecze sparingowe w ramach przygotowań do rozgrywek w sezonie 2020/21. Siatkarze przegrali dwa mecze z trzech rozegranych w ubiegłym tygodniu: w środę z Grupą Azoty ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle 0:4, w piątek z Asseco Resovią Rzeszów 0:3. W sobotę siatkarze wygrali z Cuprum Lubin 3:2. Wszystkie mecze były rozgrywane na hali w Szopienicach, dwa ostatnie w ramach turnieju w którym oprócz Resovii, Cuprum uczestniczyła drużyna MKS-u Będzin.
Hokeiści rozegrali dwa test-mecze, we wtorek wygrali z Zagłębiem Sosnowiec 6:2, a w piątek 5:4 z drużyną Re-Plast Unia Oświęcim.
PIŁKA NOŻNA
sportdziennik.com – GieKSa to drużyna niepucharowa. Opinie i skrót meczu
Falstart! GieKSa w marnym stylu odpadła z Pucharu Polski, zasłużenie ulegając drużynie co prawda z tego samego poziomu rozgrywkowego, ale mającej nawet problem z obsadzeniem ławki rezerwowych.
[…] Z kim odpadała GieKSa?
2020 – Garbarnia Kraków (I runda)
2019 – Stal Stalowa Wola (II runda)
2018 – Jagiellonia Białystok (II runda)
2017 – Siarka Tarnobrzeg (I runda)
2016 – Radomiak (II runda)
2015 – Cracovia (III runda)
2014 – Chrobry Głogów (I runda)
2013 – Zawisza Bydgoszcz (III runda)
2012 – Fogo Luboń (I runda)
2011 – Puszcza Niepołomice (I runda)
2010 – Ruch Zdzieszowice (I runda)
2009 – Polonia Słubice (I runda)
2008 – Górnik Zabrze (II runda)
tylkokobiecyfutbol.pl – SMS bez litości zlał GieKSę. Hattrick Filipczak
W bardzo ciekawym spotkaniu SMS podejmował u siebie katowicką GieKSę. Dość niespodziewanie gospodynie zwyciężyły aż 5:0.
Od początku na stadionie imienia Kazimierza Górskiego widzieliśmy sporo bramkowych okazji z obu stron. Już w 11. minucie wynik otworzyła po akcji Klaudii Jedlińskiej Paulina Filipczak. GieKSa zmierzała do wyrównania. Chwilę później Klaudia Maciążka miała dogodną okazję, lecz piłkę wybiła Szperkowska. Potem dwie okazję miała już Dominika Gąsieniec, lecz gola nie zdobyła. W 31. minucie po centrze Jedlińskiej pięknym strzałem z główki ponownie Flipczak pokonała Klimek.
Tuz po zmianie stron podwyższyła Jedlińska po dośrodkowaniu Kurzawy. GieKSa próbowała zmienić stan spotkania, lecz całkowicie na próżno. To SMS dziś dzielił i rządził. W 62. minucie dzieła zniszczenia dopełniła Filipczak, ustrzelając hattricka. Wszystko jednak zamknęło się dwadzieścia minut później, kiedy to po rajdzie świetnej dzisiaj Filipczak katowicka defensywa wbiła sobie gola samobójczego na 5:0.
dzienniklodzki.pl – Wygrana 5:0! Trzecie zwycięstwo piłkarek TME UKS SMS Łódź
[…] Podopieczne trenera Marka Chojnackiego pokazały moc. Jeśli zespół pokonuje trzecią drużynę w tabeli w takim rozmiarze, to naprawdę marzenia o medalu nabierają realnych kształtów.
Popisowy mecz zaliczyła Paulina Filipczak, która strzeliła trzy gole, po ponadto po jej dośrodkowaniu rywalki pokonały swoją bramkarkę. Miała zatem Paulina udział w czterech z pięciu bramek tego meczu. Na uwagę zasługuje też postawa bocznych obrończyń. Klaudia Jedlińska zaliczyła dwie asysty przy pierwszych bramkach, sama strzeliła trzecią po dośrodkowaniu grającej na lewej obronie Darii Kurzawy. TME UKS SMS Łódź prezentuje futbol totalny. Atakuje i broni wszystkimi siłami.
SIATKÓWKA
polsatsport.pl – Grupa Azoty ZAKSA błyszczy przed rozpoczęciem sezonu! Wysokie sparingowe zwycięstwo nad GieKSą
Siatkarze Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle pokonali 4:0 (17:25, 20:25, 23:25, 23:25) GKS Katowice w sparingu przygotowującym do sezonu PlusLigi. To drugie zwycięstwo podopiecznych Nikoli Grbicia nad katowiczanami.
[…] Już na początku spotkania rozgrywanego w Szopienicach kędzierzynianie uzyskali wysokie prowadzenie 6:1. Duża w tym zasługa mocnej zagrywki, która odrzuciła katowiczan od siatki utrudniając im rozgrywanie składnych akcji. Ekipa Grzegorza Słabego nie znalazła recepty na zatrzymanie przeciwnika i przegrała wysoko 17:25.
Druga partia była bardziej wyrównana. W pewnym momencie katowiczanie prowadzili nawet 7:5, lecz sytuację ponownie skomplikowało nie najlepsze przyjęcie. Po fragmencie gry punkt za punkt gospodarze mieli słabszy moment w ofensywie, co szybko wykorzystał zespół trenera Grbicia i ostatecznie wygrał 25:20.
Jedną z jaśniejszych postaci w szeregach GieKSy był Wiktor Musiał, który regularnie dostarczał swojemu zespołowi zdobyczy punktowych. Z pomocą całej drużyny udało mu się doprowadzić do emocjonującej końcówki. Obronione trzy piłki setowe zmusiły szkoleniowca ZAKSY do wzięcia czasu. W odpowiednim momencie sprawę w swoje ręce wziął Łukasz Kaczmarek i przypieczętował zwycięstwo kędzierzynian 25:23.
W dodatkowej czwartej odsłonie na boisku po stronie gospodarzy pojawił się Jakub Szymański i wniósł dużo świeżości do gry swojej drużyny. Nie wystarczyło to jednak, by przechylić szalę zwycięstwa na stronę GieKSy.
GKS Katowice – Grupa Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle 0:4 (17:25, 20:25, 23:25, 23:25)
siatka.org – Zwycięstwa Resovii i Cuprum Lubin na turnieju w Katowicach
Cztery drużyny PlusLigi spotkały się na turnieju w Katowicach. W pierwszym dniu zawodów Asseco Resovia Rzeszów pewnie wygrała 3:0 z GKS-em Katowice, a Cuprum Lubin okazało się lepsze od MKS-u Będzin, wygrywając 3:1.
[…] W meczu z Resovią pokazał się nieco inny skład katowiczan niż w starciu z klubem z Kędzierzyna-Koźla. Na libero pojawił się Dawid Ogórek, ponadto podstawę przyjęcia stanowili tym razem Kamil Kwasowski i Sławimor Stolc. W pierwszym secie na minimalnym prowadzeniu utrzymywała się ekipia gości (8:11), korzystająca z dobrych reakcji w obronie i skutecznego bloku oraz zagrywki. Dzięki coraz lepszemu zrozumieniu rozgrywającego ze skrzydłowymi GKS był w stanie prowadzić dobrą walkę z faworytami, ale niedokładności sprawiły, że pogoń punktowa została przerwana (14:18). Mimo dobrych zagrań Kwasowskiego GieKSA musiała uznać wyższość lepiej grającej blokiem Asseco Resovii.
Katowiczanie starali się zneutralizować zagrożenie ze strony Nicolasa Szerszenia i jego zagrywek. Błędy w przyjęciu naszego zespołu sprawiły, że goście z Podkarpacia szybko wypracowali przewagę kilku punktów (7:10), którą trudno było zniwelować. GKS robił, co mógł, by wybronić każdą piłkę, o czym przekonały się choćby krzesła ławki rezerwowej GieKSy, przewrócone po jednej z interwencji. Jednak po raz kolejny siatkarska jakośc rywala była wyższa, co odzwierciedlał wynik 14:25 i ostatnia akcja seta, w które Klemen Cebulj wcisnął piłkę miedzy blok i siatkę.
Doszło do ważnych zmian w składzie GKS-u. Na parkiecie pojawił się Jan Firlej, a także wracają do grania po urazie pleców Jakub Jarosz. Ciężar gry wziął na siebie aktywny tego dnia Kamil Kwasowski (3:4), ponadto wyraźnie wspomógł go w ofensywie Jakub Szymański. Mimo to dokładniejsza przy siatce Resovia utrzymywała prowadzenie aż do zagrywek Jana Firleja i punktowych bloków Emanuela Kohuta (13:12). Korzystna seria dała nadzieję na odmianę niekorzystanego wyniku i wyraźnie uspokoiła grę siatkarzy Grzegorza Słabego. Zryw przeciwnikó sprawił, że na tablicy pojawił się wynik 19:19 i trener GKS-u musiał korzystać z przerwy. Ostatnie akcje seta to prawdziwy pokaz dobrej siatkówki ze stron obu drużyn, a koniec końców lepsza o dwie udane kontry okazali się siatkarze Albertu Giulianego.
GKS Katowice – Asseco Resovia Rzeszów 0:3 (17:25, 14:25, 23:25)
Zwycięstwa GKS-u i Asseco Resovii w hali w Szopienicach
W sobotę podczas turnieju rozgrywanego w katowickiej hali w Szopienicach zwycięstwa odniosły zespoły Asseco Resovii i GKS-u Katowice. Podopieczni Grzegorza Słabego po tie-breaku pokonali Cuprum Lubin, zaś Asseco Resovia Rzeszów okazała się lepsza od MKS-u Będzin po czterosetowym meczu. Rzeszowianie zakończyli turniej z dwoma zwycięstwami, po jednym meczu wygrali GKS i Cuprum, zaś MKS Będzin zanotował dwie porażki.
[…] GKS był bardzo zmotywowany do zakończenia turnieju w OS Szopienice zwycięstwem i zatarcia złego wrażenia po meczu z Asseco Resovią Rzeszów. Z racji urazu pleców Dustina Wattena na pozycji libero zastąpił go w tym spotkaniu Adrian Buchowski. Goście z Lubina co prawda zaczęli mecz od prowadzenia, ale rozpędzona GieKSa raz po raz broniła i punktowała na różne sposoby, co dało jej zasłużoną przewagę czterech punktów na zagrywce Jana Firleja (12:8). Drużyna Marcelo Fronckowiaka zaczęła dobrze odpowiadać przez środek siatki, co zmusiło trenera Grzegorza Słabego do skorzystania z przerwy przy wyniku 18:16 dla katowiczan. Wystarczyło wzmocnienie zagrywki do tego, by spokojnie doprowadzić seta do udanego końca (25:18).
Inaczej wyglądał przebieg drugiej partii, w której gracze Cuprum zdołali wykorzystać swoje atuty i najpierw objęli prowadzenie 4:1, by następnie utrzymywać przewagę. GKS nieustannie napierał na rywala, a wyjątkową aktywnością wykazywał się Jakub Szymański oraz środkowi GieKSy. Do tego nasi siatkarze utrzymywali niezłą formę w polu zagrywki (10:12). Błędy w ataku sprawiły, że dogonienie Cuprum stawało się coraz trudniejsze. Ostatecznie gracze gości wygrali 25:19, korzystając ze słabszej ofensywy naszego zespołu i tym samym wyrównali stan meczu. Do nich należał także start trzeciego seta (2:7), głównie za sprawą bardzo dobrej zagrywki. Punkty Oliveiry i Ferensa pozwalały rywalom na kontrolowanie partii, a katowiczanie robili wszystko, co mogli, by znaleźć moment koniecznego przełamania. Niestety to się nie udało i choć GieKSa nieco podgoniła wynik dzięki serwisowi, lubinianie wyszli na prowadzenie w całym spotkaniu (18:25).
Mimo problemów w asekuracji GKS szukał punktu zaczepienia i starał się wykorzystać każdą dogodną okazję do przełamania. Nadzieję w serca wlał efektowny blok Miłosza Zniszczoła (6:7). Podniesienie skuteczności w kontrze dało efekt w postaci wyniku oscylującego wokół remisu (12:12) i znacznego uspokojenia poczynań. Drużyna trenera Słabego wiedziała, kiedy należało odpalić największe działa: finisz seta był jej popisem (25:20) i dzięki temu mogliśmy rozgrywać pierwszego tie-breaka w okresie przygotowawczym. W nim po zagrywkach Jakuba Jarosza zaczęliśmy dużo lepiej niż we wcześniejszych partiach (6:3), dlatego gracze Cuprum postarali się o jeszcze jeden zryw, niwelowany przez błędy na zagrywce. Po bloku na Jaroszu dystans punktowy zmalał do dwóch oczek (12:10) i konieczny był czas. Ostatecznie GKS triumfował w całym meczu po nieudanym serwisie Ferensa.
GKS Katowice – Cuprum Lubin 3:2 (25:18, 19:25, 18:25, 25:20, 15:11)
HOKEJ NA LODZIE
hokej.net – Drugi sparing, drugie zwycięstwo
W swoim drugim meczu sparingowym GKS Katowice pokonał Zagłębie Sosnowiec 6:2. Spotkanie rozegrano systemem dwa razy po 30 minut.
Mecz jeszcze dobrze się nie rozpoczął, a już dwuminutowe wykluczenie zarobił Bartosz Fraszko. Wychowanek Sokołów Toruń po powrocie z ławki kar solidnie zabrał się do gry, imponował dynamiką i dobrym przeglądem pola.
24-letni napastnik najpierw zaliczył asystę przy trafieniu Mikołaja Łopuskiego (precyzyjny strzał w długi róg), a później uderzył z nadgarstka, ale krążek zatrzymał się na słupku. W 10. minucie, podczas wykluczenia Jānisa Andersonsa, Fraszko wyprowadził kontrę i dograł do Patryka Krężołka, jednak ten nie zdołał zaskoczyć Michała Czernika. Golkiper Zagłębia popisał się świetną interwencją, bo na szpagacie efektownie odbił krążek.
W 17. minucie Bartosz Fraszko dopiął swego i wpisał się na listę strzelców, dobijając gumę z najbliższej odległości.
Sosnowiczanie najgroźniejsze akcje tworzyli sobie wówczas, gdy grali w przewadze. W bramce GieKSy nieźle prezentował się Maciej Miarka.
W 26. minucie podopieczni Piotra Sarnika podwyższyli prowadzenie na 3:0. Mika Franssila uderzył spod linii niebieskiej, a zasłonięty Michał Czernik nie zdążył w porę zareagować.
O ile w pierwszej odsłonie szkoleniowiec katowiczan korzystał wyłącznie z usług dwóch pierwszych piątek, to w drugiej grali głównie zawodnicy trzeciej i czwartej formacji.
– Chciałem, aby zawodnicy mieli mniej czasu na odpoczynek i aby intensywność tego meczu była większa – wyjaśnił trener Sarnik.
Drużyna Grzegorza Klicha w 38. minucie znalazła w końcu sposób na Macieja Miarkę. Michał Domogała uderzył spod linii niebieskiej, a Tomasz Kulas sprytnie zmienił lot krążka. Chwilę później kontaktowego gola zdobył Tomasz Kozłowski i wydawało się, że nie są jeszcze na straconej pozycji.
Tymczasem katowiczanie skutecznie ostudzili zapał sosnowiczan. Sposób na Michała Czernika znaleźli kolejno Maciej Kruczek i Mateusz Adamus. Z kolei na dwie minuty przed końcową syreną wynik spotkania na 6:2 ustalił Szymon Mularczyk, wykorzystując przy tym grę w podwójnej przewadze.
GKS Katowice – Zagłębie Sosnowiec 6:2 (3:0, 3:2)
sportdziennik.com – Udany finisz GieKSy!
To było ciekawe spotkanie jak na tę fazę przygotowań do sezonu ligowego – taką zgodną opinię prezentowali bezpośredni obserwatorzy potyczki GKS-u Katowice z Re-Plastem Unią Oświęcim.
Sporo składnych akcji, strzałów oraz udanych interwencji bramkarskich z jednej i drugiej strony. Na „Jantorze” ostatecznie hokeiści GKS-u Katowice, którzy odnieśli już drugie zwycięstwo w meczach kontrolnych. W inauguracyjnym wygrali z GKS-em Tychy 2:1. Natomiast ekipa zaliczyła pierwszą porażkę w 3. sparingu.
Eliezer Szerbatow, 29-letni napastnik posiadający podwójne obywatelstwo Izraela i Rosji, w okresie letnim związał się z oświęcimskim klubem. I już po pierwszych sprawdzianach można spokojnie stwierdzić, że ten transfer może niedalekiej przyszłości przynieść wiele korzyści. Szerbatow w meczu z Katowicami zdobył 2 gole oraz asystę i miał jeszcze kilka silnych uderzeń, ale Juraj Simboch nie dał się zaskoczyć. Tylko pierwszy gol obciąża konto słowackiego bramkarza, bo mógł nieco lepiej zareagować. Potem w kilku sytuacjach udanymi interwencjami w pełni się zrehabilitował.
Goście po 40 min. zasłużenie prowadzili 3:2, bo byli zespołem nieco lepszym. Jednak ostatnia odsłona w wykonaniu „GieKSy” była już udana. Bartosz Fraszko doprowadził do remisu, ale Daniłł Oriechin znów wyprowadził przyjezdnych na prowadzenie. Jednak końcowe fragmenty należały już do gospodarzy.
Jesse Rohtla ponownie doprowadził do remisu, zaś zwycięskiego gola zdobył Dariusz Wanat, wykorzystując obecność Przygodzkiego w boksie kar. Wanat, wychowanek Unii, miał za sobą udany miniony, niedokończony sezon w swoim macierzystym klubie. Jednak latem postanowił się przenieść do Katowic. Wanat nie tylko zdobył bramkę, ale również asystował przy dwóch trafieniach Filipa Stoklasy. Za tydzień jest planowany rewanż, ale na lodowisku w Oświęcimiu.
GKS Katowice – Re-Plast Unia Oświęcim 5:4 (1:2, 1:1, 3:1)
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!







































Najnowsze komentarze