Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu GieKSa-Termalica: Kibice przeżyli emocje, ale bez uśmiechu szczęścia

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego spotkania  GKS Katowice – Bruk-Bet Termalica Nieciecza. GieKSa przegrała 1:2 (0:1, 1:1) po dogrywce i odpadła z rozgrywek Pucharu Polski.

 

sportdziennik.com – GieKSa uległa Bruk-Betowi. Nie było karnych, bo zadecydował… karny

GKS rzutem na taśmę doprowadził do dogrywki, w niej emocji było co niemiara, ale ostatecznie zwycięsko wyszedł z niej ekstraklasowy beniaminek z Niecieczy i to on zagra w grudniu w 1/8 finału Pucharu Polski.

Rafał Górak wytyczył jasne priorytety: choć na Bukową przyjechał przedstawiciel ekstraklasy, to szkoleniowiec GieKSy zostawił na ławce niemal połowę podstawowego składu: Adriana Błąda, Rafała Figiela, Filipa Kozłowskiego, Daniana Pawłasa czy Zbigniewa Wojciechowskiego. Szansę dostali z kolei zawodnicy grający ostatnio o punkty wcale albo niewiele, jak Hubert Sadowski, Grzegorz Rogala czy Szymon Kiebzak.

Posunięcie to było dokonane oczywiście z myślą o sobotnich derbach w Jastrzębiu, prestiżowych kibicowsko, a przede wszystkim ważnych z punktu widzenia walki o utrzymanie w I lidze. Trener dołującego w ekstraklasie Bruk-Betu, Mariusz Lewandowski, w porównaniu z nieznacznie przegraną niedzielną konfrontacją z Rakowem dokonał z kolei w jedenastce tylko trzech roszad.

Pierwszą klarowną okazję stworzyli katowiczanie, dla których był to ostatni z październikowej serii 5 meczów przy Bukowej. W 25 minucie Tomasz Loska, Ślązak w bramce Bruk-Betu, minął się z piłką po dośrodkowaniu Rogali, dopadł do niej Arkadiusz Woźniak i miał sporo czasu, ale nie zdołał oddać celnego strzału.

Niecieczanie, którzy próbowali zagrażać Dawidowi Kudle głównie z dystansu, objęli prowadzenie tuż przed przerwą. Martin Zeman dośrodkował z rzutu wolnego, piłkę zgrał Piotr Wlazło, a do siatki mimo rozpaczliwej interwencji Marcina Urynowicza i Kudły wpakował ją Muris Mesanović, dając radość grupie 7 kibiców z Niecieczy, która zasiadła tuż nad katowicką ławką rezerwowych. Dla Bośniaka był to pierwszy gol na polskich boiskach.

Po przerwie GKS ruszył z animuszem do odrabiania strat. Trener Górak w ostatnich 30 minutach rzucił w bój pięciu podstawowych ostatnio graczy. To zaowocowało, choć do siatki trafił ten, który akurat takiego statusu nie ma. Piotr Samiec-Talar po zagraniu Oskara Repki skorzystał z błędu Michała Bezpalca, wpadł w pole karne i kropnął w krótki róg pod poprzeczkę, zdobywając swą pierwszą bramkę w GieKSie. Doprowadził tym samym do dogrywki. Goście mogli sobie pluć w brody, bo wcześniej doskonałą okazję na to, by zamknąć mecz i skompletować dublet, miał Mesanović, ale w sytuacji sam na sam bardzo przestrzelił.

Skoro gospodarze nie uniknęli dodatkowych 30 minut i związanego z nimi ubytku sił, to z pewnością planowali, by chociaż został zrekompensowany awansem do 1/8 finału. Już w 3. minucie dogrywki trybuny poderwały się, gdy Filip Kozłowski pokonał Loskę po podaniu Samca-Talara, ale arbiter boczny oraz wóz VAR był jednomyślny: ofsajd, gola nie ma.

Pierwszą część dogrywki z przewagą powinien jednak kończyć Bruk-Bet. Z bliska niezbyt czysto główkował Mesanović, ale i tak Kudła musiał wyciągnąć się jak struna, by sparować piłkę na korner. Po nim – po nodze Repki – tuż nad bramką uderzył z bliska Roman Gergel. Z równie dalekiej podróży wróciła GieKSa, gdy Kacper Śpiewak po kontrze rozprowadzonej przez Michala Hubinka zamiast do siatki, strzelił w jej boczną stronę.

W przerwie dogrywki fizjoterapeuta Paweł Blaut długo pomagał Hubertowi Sadowskiemu, którego łapały skurcze i kwalifikował się już do zmiany. Problemy miał też Szymon Kiebzak. Ale ta część gry również zaczęła się od okazji GKS-u, ale Samiec-Talar minimalnie spudłował po akcji Daniana Pawłasa.

Ktoś, kto czekał na karne, doczekał się ich… wcześniej. Faulował w katowickim polu karnym wszędobylski Samiec-Talar, faulowanym: Sebastian Bonecki. Dawid Kudła obronił strzał Piotra Wlazły z „wapna”, ale sędzia po kilkunastu sekundach… nakazał powtórzyć jedenastkę i ukarał bramkarza katowiczan żółtą kartką za wyjście przed linię! W transmisji widać było, że jeśli golkiper przewinił, to naprawdę nieznacznie… W powtórce jedenastki Wlazło zachował zimną krew i drugi raz już się nie pomylił, posyłając wcinkę w sam środek bramki. Emocji było co niemiara, a skończyło się bardzo źle. GKS ani nie oszczędził sił przed derbami w Jastrzębiu, ani nie wywalczył przepustki do 1/8 finału Pucharu Polski. Zagrają w niej niecieczanie, którym jednak  przy Bukowej nie wystarczyło 90 minut do dopiero trzeciego w sezonie – a drugiego pucharowego – zwycięstwa.

 

dziennikzachodni.pl – Kibice przeżyli emocje, ale bez uśmiechu szczęścia

Piłkarze GKS Katowice nie zdołali sprawić niespodzianki w 1/16 Fortuna Pucharu Polski. Pierwszoligowcy przegrali z Bruk-Betem Termalicą Nieciecza po dogrywce, w której radość zamieniła się w smutek.

[…] Termalica faktycznie nie grała na Bukowej wielkiej piłki, ale to, co pokazała, wystarczyło do awansu. Dopisało jej szczęście, a katowiczanie mają czego żałować.

Zasadniczy czas gry zakończył się remisem. Prowadzenie dla ekstraklasowców stało się faktem tuż przed przerwą. Martin Zeman wykonał rzut wolny niemal z linii autowej, wrzucił piłkę w pole karne, Piotr Wlazło skiksował, ale Muris Mesanović odnalazł się w chaosie i dał niecieczanom prowadzenie.

W drugiej połowie GKS próbował odrobić stratę, ale goście starali się kontrolować mecz i przetrwać. Po zmianach zaczęli grać słabiej i ekipa Rafała Góraka wykorzystała to w 85 minucie. Piotr Samiec-Talar był najbardziej zdecydowany w polu karnym i doprowadził do remisu.

Gospodarze postawili wszystko na jedną kartę i w ostatnich minutach zepchnęli Termalicę do desperackiej obrony. Nie udało im się jednak zadać drugiego trafienia i dogrywka stała się faktem. W niej niecieczanie odzyskali równowagę, ale wszystko zmierzało w kierunku dogrywki.

W 110 minucie doszło jednak do zdarzenia, które zmieniło wszystko. Termalica zaatakowała, a w polu karnym Kacper Śpiewak został nieprawidłowo zablokowany i arbiter podyktował jedenastkę. Sprawdzanie na VAR-ze trwało cztery minuty, po których Dawid Kudła obronił strzał Piotra Wlazło! Tyle, że bramkarz wyszedł przed linię bramkową i sędzia nakazał powtórkę, którą już kapitan Termaliki wykorzystał „miękkim” uderzeniem przy słupku.

GKS nie zdołał już tej straty odrobić i do 1/8 awansowała Nieciecza.

 

termalica.brukbet.compl – W pucharze gramy dalej!

Dogrywka, powtórzony karny, ale szczęśliwy finał. Piłkarze Bruk-Betu Termaliki awansowali do 1/8 Fortuny Pucharu Polski.

„Słonie” w końcówce pierwszej połowy wyszły na prowadzenie. Stało się to za sprawą Murisa Mesanovica, który odpowiednio znalazł się w zamieszaniu podbramkowym. Gospodarze walczyli. W 84 min groźnie i celnie uderzył Piotr Samiec – Talar i był remis. Takim też wynikiem zakończyło się spotkaniem w regulaminowym czasie. Arbiter zarządził dogrywkę. Podczas niej najwięcej emocji było w 110 min. Arbiter podyktował jedenastkę dla gości po faulu na Sebastianie Boneckim. Piotr Wlazło wykonywał ją dwukrotnie. Najpierw jego intencje wyczuł Dominik Kudła. W powtórce nie miał żadnych szans. Po tym trafieniu „Słonie” kontrolowały przebieg meczu i utrzymały wynik.

 

sport.interia.pl – GKS Katowice nie dał rady Niecieczy i po dogrywce odpadł z Pucharu Polski

Drużyna z ekstraklasy okazała się zbyt mocna dla katowiczan. Mecz był jednak bardzo zacięty a rozstrzygnięcie zapadło dopiero w dogrywce. Emocje były ogromne, a zwycięstwo goście zapewnili sobie tuż przed końcem po strzale z rzutu karnego. Najpierw Dawid Kudła obronił, ale sędzia nakazał go powtórzyć

Trener gospodarzy Rafał Górak postawił na graczy, którzy w ostatnich meczach ligowych nie występowali. Od pierwszej minuty szansę dostali Arkadiusz Woźniak, Hubert Sadowski, Krystian Sanocki oraz Szymon Kiebzak. Goście również nie zagrali w najsilniejszym zestawieniu.

Mecz był wyrównany – GieKSa miała szansę na uzyskanie prowadzenia. W 25.minucie doskonałą okazję zmarnował Arkadiusz Woźniak. W bardzo dogodnej sytuacji strzelał w długi róg właściwie na pustą bramkę i… nie trafił. Rywal z ekstraklasy zazwyczaj takich błędów nie wybacza. Kiedy wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się bezbrakowym remisem zamieszanie pod bramką Dawida Kudły wykorzystał Bośniak Muris Mesanović.

Katowiczanie w drugiej połowie atakowali energicznie. Na boisku pojawili się Filip Kozłowski i Adrian Błąd, którzy rozruszali drużynę. Ten pierwszy w 69.minucie trafił w boczną siatkę, ten drugi dwie minuty później oddał piękny techniczny strzał z dystansu, ale piłka minimalnie minęła spojenie. Pięć minut przed końcem stadion jednak eksplodował z radości – Piotr Samiec-Talar przymierzył z półwoleja i strzelił debiutancką bramkę w GieKSie. Gol był bardzo efektowny, Tomasz Loska nie miał szans. Strzelcowi świetnie podał Oskar Repka.

Wydawało się, że dogrywka zaczęła się dla gospodarzy świetnie, piłkę do bramki skierował Kozłowski, ale sędzia odgwizdał spalonego, co potwierdził VAR. Potem dużą przewagę osiągnęli goście, zepchnęli GieKSę do głębokiej defensywy.

Katowiczanie od czasu do czasu atakowali, widać było, że wierzą w awans. W 108. minucie Samiec-Talar oddał kolejny dobry strzał, piłka minimalnie minęła słupek. W rewanżu goście przeprowadzili atak, po którym sędzia najpierw puścił grę, ale kiedy stracili piłkę – podyktował karnego. Konsultacja VAR potwierdziła tę decyzję. Strzelał Piotr Wlazło, ale Dawid Kudła we wspaniałym stylu obronił! Radość trwała krótko: arbiter nakazał wykonać karnego jeszcze raz a Kudle pokazał kartkę, bo bramkarz GKS-u zbyt wcześnie się ruszył… Tym razem Wlazło z zimną krwią, technicznym strzałem, wykorzystał okazję.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Moje 30 lat

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Obecny tydzień mija mi pod znakiem jubileuszy. Dokładnie dzisiaj mija mi 30 lat z GKS Katowice. Pomyślałem sobie, że więcej napiszę o tym w felietonie przed meczem z Pogonią Szczecin. Tym bardziej, że już w sobotę będzie kolejna okrągła rzecz – ponieważ wczorajszy pojedynek z Wieczystą był moim 699. meczem GKS Katowice. To wszystko – przyznam – robi na mnie wielkie wrażenie. To kawał życia i bardzo ważna jego część. Ale tak jak mówię – kilka słów więcej napiszę w piątkowym felietonie przedmeczowym. Ale swoją drogą – myślę sobie, że mógłbym napisać pokaźnych rozmiarów książkę, bo historii, anegdot  było po prostu przez te 30 lat całe mnóstwo.

Trafiam z tymi jubileuszami na bardzo dobry czas. Zarówno w krótkim, jak i w dłuższym kontekście. Wiadomo – ostatnie 2,5 roku to pasmo radości i sukcesów. Udana walka o ekstraklasę, a potem naprawdę godne reprezentowanie klubu na piłkarskich polskich salonach. Choć bywały momenty lepsze i gorsze, to oba zakończone sezony były po tych 19 latach posuchy po prostu kapitalne. Z czego drugi dał nam Europę, co było przygodą niesamowitą i jedynie zaostrzyło apetyty na powtórkę. Jak sobie przypominam wyjazdy do Żyliny czy Miszkolca, to myślę sobie, że kurcze chciałbym to powtórzyć, że chcę więcej. A mecze u siebie ze Słowakami i Hapoelem też przecież były piłkarskim świętem.

W obecnym sezonie GieKSa nie zwalnia. Mimo swoich problemów – defensywnych czy na wyjazdach – sumarycznie notuje bardzo dobry początek sezonu. Posłuchajcie na przykład tego – w poprzednim sezonie na koniec jesieni mieliśmy 20 punktów. Teraz w połowie października mamy tych punktów 18. Czyli już za chwilę przebijemy ten zeszłoroczny dorobek. Rok temu po 10 kolejkach mieliśmy o 10 punktów mniej.

Myślałem nawet, że to może być najlepszy dorobek punktowy po 10 kolejkach za czasów drugiej kadencji trenera Góraka. Tu jednak w sezonie zakończonym awansem do pierwszej ligi GieKSa miała 20 punktów. Nie zmienia to faktu, że 6 zwycięstw w 10 meczach daje solidny dorobek nawet mimo czterech porażek. Bo grunt, że GieKSa tych meczów, których nie przegrała, nie zremisowała, tylko wygrała.

Rok temu złapaliśmy bardzo dobrą serię późną jesienią. Były wygrane z rzędu z Motorem, Koroną i Termaliką. Tamte punkty były potrzebne jak tlen i pozwoliły nie zakopać się w dole tabeli. Ostatecznie jesień skończyliśmy tuż pod kreską, ale z tego co pamiętam z tą samą liczbą punktów, co pierwsza drużyna nad nią.

Teraz GieKSa zapunktowała wcześniej, a wpływ na ten dorobek mają oczywiście trzy ostatnie mecze, w których Katowiczanie go podwoili. Rozgrywki ligowe mają tę specyfikę, że jak złapiesz serię zwycięstw, to bardzo szybko wędrujesz w górę tabeli i przede wszystkim – bardzo oddalasz się od dołu. I jak zarówno w pierwszym sezonie liczyliśmy punkty nad (albo wewnątrz) strefą spadkową, tak teraz – na tym etapie sezonu – mamy aż 10 punktów przewagi. I najzwyczajniej w świecie możemy spać spokojnie. GieKSa już nie jest żadnym kandydatem do spadku. Oczywiście czujność zawsze trzeba zachować, ale przesunęliśmy się w hierarchii i idziemy do przodu, czyli… w górę.

Wczorajszy mecz bardzo cenię. GKS miał swoje problemy, dyspozycja nie była najwyższa, a rywal pokazał się z dobrej strony. Wieczysta to nie są leszcze Stefan. Widziałem ich mecze i potrafili grać efektownie i skutecznie. Mają swoje kłopoty, próbują tę drużynę indywidualności jakoś sklecić, stąd wyniki nie do końca są takie, jakby sobie życzyli. Ale pokazali przecież swoją moc, gdy wygrali w Gliwicach czy ostatnio wysoko z Wisłą Płock. Zremisowali w Łodzi, mimo że dwukrotnie przegrywali.

I zaprezentowali swój futbol w Katowicach. Oddali więcej strzałów, także celnych, mieli większe xG. Mieliśmy trochę szczęścia, że w kapitalnych sytuacjach Semedo czy Piazon fatalnie pudłowali. Wynik był cały czas na styku.

Bardzo podobał mi się początek meczu, pierwsze pół godziny. GKS znów grał bardzo intensywnie, pressował, nie dawał specjalnie rywalowi pograć w piłkę. I co najważniejsze – strzelił gola. To jest taka mała, a jednak decydująca różnica. Mówię o porównaniu z meczami, w których niby początek jest dobry i intensywny, ale do siatki nie trafiamy i później są kłopoty. Do samych bramek zaraz przejdę, bo zasługują na osobne potraktowanie.

Po tej półgodzinie oddaliśmy piłkę i pole rywalom. Nie stwarzaliśmy sobie sytuacji, musieliśmy się skupiać na obronie. Poczytuję to trochę jako „odchorowanie” tej intensywności z Częstochowy i początku meczu z Wieczystą. I to jest kompletnie sytuacja, która ma prawo się przydarzyć i nie ma co psioczyć. Po prostu trzeba wtedy mocniej skupić się na defensywie i grać w niej skutecznie. I ostatecznie Wieczysta swoją jakością stworzyła sobie sytuacje, natomiast daleki jestem od tego, żeby negatywnie ocenić naszą grę obronną w tym meczu. Błędy oczywiście się pojawiały, ale to nie były jakieś fatalne pomyłki. Ot zwykła gra defensywna, rzetelna.

Nie ustrzegliśmy się straty bramki. Tutaj jest kwestia do poprawy, gdyż straciliśmy ją podobnie, jak dwie z Cracovią, czyli po wrzutce i z czego jeden gol z Pasami i teraz były po centrze niemal spod bocznej linii boiska. Błąd w ustawieniu? Komunikacji? To już sobie sztab z piłkarzami przeanalizują.

W piłce liczą się bramki i ta prawda wyjątkowo mocno zaistniała we wczorajszym pojedynku. I to nie były jakieś farfocle, gdzieś tam fuksem wepchnięte do bramki przeciwnika. W kluczowych momentach – gdy trzeba było – Katowiczanie dali popis techniki, kunsztu i zespołowości. Oba gole były wspaniałe. Najpierw Marcel pociągnął dynamicznie, podał do Bartka Nowaka, a ten wypatrzył swojego ulubionego Ilję Szkurina. Sposób, w jaki Ilja wbił tę bilę do łuzy był fantastyczny. To było magiczne dotknięcie, z gracją, ale przede wszystkim z pewnością i zaufaniem do swoich umiejętności. A potem Ilja włączył swoją dynamikę i kapitalnym podaniem obsłużył Borję Galana. Co zrobił Hiszpan, to ja nie wiem. Jak on wypatrzył tego Bartka, jak mu podał. Strzelanie do pustej bramki bardziej kojarzy się z podaniem poprzecznym, którym mija się bramkarza. Borja zagrał prostopadle, do tyłu, ale w taki sposób, że kapitan GieKSy miał praktycznie całą bramkę do dyspozycji, wystarczyło jedynie dołożyć nogę. Majstersztyk.

Bardzo ważne jest to, że w po tym okresie pewnej dominacji Wieczystej i po strzeleniu przez nich gola, GKS jednak ruszył po tę bramkę. I przeprowadził tę jedną, decydującą akcję. Nasz zespół w tym meczu za bardzo nie atakował. Ale gdy trzeba było – zrobił to. To jest po prostu adaptacja do warunków meczowych.

GieKSa nie będzie grać w każdym meczu tak ofensywnie i efektownie. Zdarzą się mecze lepsze i słabsze. Ale jeśli taki mecz udaje się wygrać, to ma to podwójną wartość. I najlepsze jest to, że nie mówimy tutaj o przepchnięciu meczu kolanem. Mówimy o tym, że GieKSa wygrała wspomnianym kunsztem w konkretnych dwóch akcjach. Coś pięknego.

Włożę teraz łyżkę, a może nawet dość dużą łychę dziegciu. Ale to do nas – kibiców. Abstrahując od niższej frekwencji – wiadomo poniedziałek itd. To gdy po końcowym gwizdku nagle wszyscy zaczęli się zbierać do chaty, to niestety pojawiły się smutne dla mnie obrazki. Ci z Blaszoka jeszcze jakoś zostali przytrzymani, żeby świętować z drużyną, chociaż przerzedziło się nieco. Ale gdy po radości z Blaszokiem piłkarze, jak to mają w zwyczaju, zaczęli dziękować kolejnej trybunie, to autentycznie był to… żenujący obrazek. Te trybuny były już całkowicie, ale to całkowicie puste. Naprawdę przykro patrzyło się na drużynę, która po trzecim zwycięstwie z rzędu bije brawo do pustych trybun. Ludzie, ja wiem, że poniedziałek i rano trzeba cisnąć do roboty, ale naprawdę zostać te pięć minut dłużej i podziękować drużynie za kapitalny wynik i grę w tych dwóch ostatnich meczach by po ludzku wypadało.

W sobotę mecz z Pogonią i zapowiada się fenomenalne widowisko. My mamy nadzieję, że GieKSa dalej będzie z tym swoim pazurem i dobrą formą piłkarską, ale trzeba się liczyć z tym, że i Pogoń jest w gazie. Czeka nas arcytrudne zadanie, zaryzykowałbym stwierdzenie, że najtrudniejsze u siebie w obecnym sezonie. Wiem też, że GieKSę stać na wielkie rzeczy.

Nie mam jakiegoś ciśnienia, żeby akurat z powodu mojego jubileuszu był korzystny wynik, dla mnie liczą się te liczby same w sobie, a wynik też sam w sobie, ale jakoś nie łączę tych rzeczy. Natomiast bardzo mocno będę trzymał kciuki za tę ekipę, bo tak jak pisałem wielokrotnie – są niesforni, a jednocześnie kapitalni. Nie da się nie lubić tej drużyny. I po prostu uważam, że to wielkie szczęście być kibicem GKS Katowice.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Czasem trzeba rzucić ofiarność

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu wypowiedzieli się trenerzy GKS Katowice i Wieczystej – Rafał Górak i asystent Željko Kopića – Florentin Petre. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Florentin Petre (II trener Wieczystej):
Pierwszą połowę zaczęliśmy źle, ale ostatnie 20 minut graliśmy już swoją grę. Mieliśmy szansę, żeby coś strzelić, a po przerwie zaczęliśmy dobrze, mieliśmy dobre momenty, mogliśmy strzelić bramki. Wynik 2:1 to taki wynik niezbyt sprawiedliwy, wynik 2:2 byłby bardziej sprawiedliwy, choć to gdybanie. W ostatnich 15 minutach przycisnęliśmy, mieliśmy sporo szans na zdobycie gola, ale piłka nie zawsze wygląda tak, jak byśmy chcieli.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Trzeba oddać przeciwnikowi, graliśmy bardzo trudne spotkanie, rywal dał nam się we znaki – swoją fizycznością i umiejętnością gry w piłkę. Jestem pod wrażeniem przeciwnika i tym bardziej chylę czoła przed moim zespołem, bo zagrali bardzo dobry mecz. Chcielibyśmy być może mieć jeszcze więcej animuszu i kontroli, ale kiedy nie jesteś przy piłce to też warto tę kontrolę mieć.

Największy problem mieliśmy w 15 minutach drugiej połowy, kiedy rywal atakował już bardzo odważnie i wydawało mi się, że jak wytrzymamy jeszcze 3-5 minut, nie stracimy bramki, to odpowiemy skutecznie. Szykowaliśmy zmiany, ale ciut zabrakło mi czasu. To nie wina zawodników, którzy nie zdążyli wejść czy tych, którzy zeszli. Bardzo dobra energia wszystkich wchodzących i to mnie bardzo cieszy, bo dziś wygraliśmy zespołowością, nastawieniem i trzeba rzucić ofiarność, która może nie jest bardzo lubiana przeze mnie, ale bardzo ją doceniam, bo zawodnicy wykonywali świetną robotę w defensywie.

Naprawdę oddaję rywalowi, że spotkaliśmy się z rywalem bardzo trudnym, bardzo doceniam i szanuję te punkty.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Taką GieKSę chcę oglądać zawsze

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po 344 dniach GKS Katowice przegrał u siebie. Przez niemal rok Nowa Bukowa była nie do zdobycia. Jak na drużynę „aspirującą”, a nie będącą na topie, jest to wynik wybitny. Rozegrać w tym czasie 17 meczów, w których rywal nie pokonał naszego zespołu to przestrzeń całego sezonu bez porażki. A gdy dodamy do tego, że zremisować się w Katowicach udało się tylko Legii, Jagiellonii oraz Widzewowi (ale przegrał w karnych) to należy dojść do wniosku, że każdemu przeciwnikowi w Katowicach jest niebywale ciężko. Nawet jeśli strzelali oni gola czy dwa, to jedynie rozjuszali maszynę Góraka, która potrafiła wbić jeszcze więcej bramek.

Aż przyjechała Pogoń Szczecin, z którą GieKSa zaczęła budować swoją twierdzę. Jakże to był inny mecz rok temu. Wówczas GieKSa oddała rywalowi piłkę i chciała umiejętnie defensywą kontrolować spotkanie. Wtedy Pogoń miała absurdalną wręcz statystykę posiadania piłki – 77 procent. Oddali aż 27 strzałów, ale… tylko 3 celne. Nasza taktyka okazała się wówczas skuteczna, bo GKS strzelił dwie bramki jeszcze w pierwszej połowie i skutecznie neutralizując poczynania gości – wygrał to spotkanie. Wczoraj obraz był inny. Widzieliśmy GieKSę ofensywną, prącą do przodu, starającą się grać nie tylko skuteczną, ale i ładną dla oka piłkę. To Pogoń była w pozycji wyczekującej i w pewnym momencie zadała decydujący cios. Można powiedzieć, że zarówno rok temu, jak i teraz drużyny zwycięskie wygrały wyrachowaniem.

Mimo wszystko uważam, że w związku z tzw. optyczną przewagą to GieKSa była bliżej osiągnięcia korzystnego rezultatu niż Szczecinianie rok temu. Wówczas ataki Pogoni ostatecznie były w większości jałowe i oprócz tego, że często byli na naszej połowie, niewiele z tego wynikało.

GieKSa rozegrała wczoraj dobre spotkanie, a nawet uważam, że fragmentami to był bardzo dobry mecz. Zwłaszcza w pierwszej połowie zwróciłem uwagę na to, jak potrafimy kapitalnie zagrać w destrukcji, wykorzystać ten swój pressing nie tylko jako sztuka dla sztuki, ale naprawdę, by odebrać piłkę rywalowi. Bardzo ciekawie rozgrywamy krótką grę w środku boiska, również przecież będąc pod presją przeciwnika. Tu Kowal, tu Kacper, tu pomoże Bartek – i gramy gdzieś na lewe czy prawe skrzydło, zdobywając teren. Po stracie bramki to już był napór GieKSy i ciągłe zbliżanie się pod pole karne rywala.

Przeciwnika jednak mieliśmy godnego. Pogoń jest bardzo dobrze zorganizowana w swoje obronie – postawili na obronę niską i w niej bardzo skutecznie neutralizowali nasze ataki. Nie mówię, że wszystko było u nas idealnie, ale trzeba przyznać, że imponująca liczba straconych bramek Pogoni – sześć w dziesięciu meczach – nie jest dziełem przypadku i goście to wczoraj po prostu udowodnili.

Naszych ataków nie nazwałbym jałowymi. Uważam, że były dobre i dynamiczne. Brakowało natomiast trochę precyzji, a czasem decyzji. Trochę za dużo w tej końcowej fazie jest kombinacji – oczywiście, jak ta kombinacja wyjdzie, że to jest szansa na piękną, bramkową akcję. Ale nie przeplatamy właśnie tych kombinacji z próbami uderzeń. Ja wiem, że było ciasno w polu karnym, ale mimo wszystko, czasem można byłoby pokusić się o jakąś bardziej bezpośrednią próbę, na ten mityczny strzał z dystansu – i nie mam na myśli uderzenia z 25 metrów, ale jak  już jesteśmy niemal na linii szesnastki, to można byłoby spróbować. Wystarczy choćby spojrzeć na wczorajsze starcie Cracovii z Legią, gdzie padły dwa podobne gole i oba zza pola karnego. U nas nie ma w ogóle takich prób.

Mimo to i mimo tej kapitalnej defensywy Pogoni, do wyrównania brakowało naprawdę niewiele. Sam ten napór naszej drużyny powoduje, że w którymś momencie jakaś piłka może przejść, nawet jakiemuś obrońcy między nogami, tu się poodbija i padnie bramka. W doliczonym czasie gry Ilja miał bardzo dobrą sytuację i minimalnie przestrzelił. Byliśmy o włos.

Nie zapominajmy też o samym początku, kiedy Borja oddał strzał, ale Cojocaru kapitalnie to wybronił. Gdybyśmy prowadzili, obraz meczu mógłby być inny.

Ten napór GieKSy – zwłaszcza po straconej bramce – był tak wielki, że chyba… czasem zapominaliśmy o obronie. Mam na myśli pójście bardzo wysoko i sytuację, w której ze dwa czy trzy razy Pogoń po prostu „wykopała” piłkę do przodu i rywale wychodzili 2 na 1 czy 2 na 2. To jest koszt aż tak bardzo ofensywnej gry. Trochę ryzykownej. Ale trzeba powiedzieć, że GKS bramki po takich kontrach nie stracił.

Piłka nożna to gra błędów i po takim błędzie Pogoń strzeliła gola. Rzeczywiście – za duża była luka pomiędzy naszymi dwoma środkowymi obrońcami, gdy Szalai zagrywał długą piłkę do Sancheza. A potem to już był indywidualny pojedynek, nie najlepsze zachowanie Pau Resty, za to Sanchez pokazał swój kunszt, zastawił się, zrobił zwód i zaraz pozostawało mu tylko wykończenie akcji.

Tak więc w tym pojedynku na styku minimalnie lepsza oraz cwańsza okazała się Pogoń. Przegraliśmy naprawdę z dobrą drużyną.

I powiem tak – bo po różnych meczach, które GieKSa przegrywała miałem różne emocje – czasem smutek, czasem żal, czasem dużą złość, jak choćby po meczu z Lubinie. Tutaj jest zupełnie inaczej. Ani wczoraj, ani dzisiaj – nie mam kompletnie negatywnych odczuć. Naprawdę byłem dumny z tej drużyny, uważam, że zrobili wszystko, by ten mecz wygrać. A że pojawiły się błędy, to mogę tylko rozłożyć ręce i powiedzieć, że taki jest sport.

Mówiąc, że zrobili wszystko, mam na myśli nie tylko „zapieprzanie”. To oczywiście było widoczne aż nadto. Ale poza tym GKS pokazał kawałek dobrej piłki i jeśli w taki sposób czasem zdarzy się przegrać mecz, to nie będę miał żadnych pretensji. Jeszcze z jednego podstawowego powodu – ta gra napawa mnie optymizmem. I dokładnie z taką postawą w starciu z rywalem, który nie ma tak żelaznej defensywy jak Pogoń – GieKSa by taki mecz wygrała lub w najgorszym przypadku zremisowała.

Więc mam prośbę. Utrzymujcie to. Wiadomo oczywiście, że taktyka jest też uzależniona od przeciwnika. Ale utrzymujcie realizowanie tej taktyki w tak rzetelny sposób jak wczoraj. I wiadomo, że można jeszcze coś dołożyć. Niech Marcel czasem strzela. Niech Bartek Nowak też czasem zdecyduje się na uderzenie. Niech Wasyl czasem po prostu dośrodkuje tą prawą nogą lub wejdzie w pole karne. Tam brakuje czasem niuansów natomiast podkład jest bardzo dobry.

Obrona dalej musi pracować, bo choć ostatnio nie gra źle, to dalej mamy zaledwie jedno czyste konto w tym sezonie. Czasem jeden błąd kosztuje tyle, ile wczoraj.

To było piękne widowisko, prawdziwy ligowy pojedynek w środku jesieni, przy jupiterach, z dopingiem kibiców gospodarzy i gości. Po prostu esencja ligowej piłki. Z dwoma bardzo dobrymi drużynami, z których jedna okazała się minimalnie lepsza.

Ostatecznie po powrocie do ekstraklasowych zmagań mamy sześć punktów w trzech meczach. Nieźle, naprawdę nieźle. Teraz mamy tydzień przerwy i za chwilę znowu zacznie się bardzo intensywny czas. Sam nie wiem, jaka jest ta Korona, bo potrafi zagrać super mecz, a potem dość mizerny. Zobaczymy, jak zagrają dziś z Lechem. No a potem włączamy się do gry o Puchar Polski i mecz z zawsze groźną Łęczną na ich zawsze trudnym terenie. I na koniec października Widzew.

Walczymy dalej!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga