Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Liderki zostają na Bukowej
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ostatniego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy.
Przygotowujący się do sezonu 2022/23 piłkarze rozegrali w ubiegłym tygodniu dwa test-mecze: w pierwszym z nich przegrali z Zagłębiem Sosnowiec 2:3 (1:0). W drugim wygrali z Górnikiem Polkowice 1:0 (0:0). Trwa podpisywanie kontraktów: w poprzednim tygodniu podpisy pod umowami z GieKSą złożyli Patryk Szczuka, Daniel Tanżyna, Kacper Grzebieluch. W drużynie kobiet nowe umowy podpisały Kamila Tkaczyk, Kasandra Rybaczuk, dwie Aleksandry Lizoń i Drąg, Katerina Vojtkowa i Klaudia Łasicka. Również w drużynach siatkarzy i hokeistów dołączyli nowi zawodnicy: do siatkarzy Wiktor Mielczarek, a do hokeistów Szwed Christian Blomqvist.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Liderki zostają na Bukowej
Zakończony niedawno sezon w Katowicach będą pamiętać zapewne długo. A czwarta lokata na koniec sezonu na pewno spowodowała, że spora grupa piłkarek na Bukowej chce zostać i powalczyć o medal w kolejnym sezonie.
Swoje nowe umowy parafowały także Kamila Tkaczyk, Kasandra Rybaczuk, Aleksadry Lizoń oraz Drąg, Czeszka Katerina Vojtkowa, a także Klaudia Łasicka.
Wszystkie piłkarki związały się umowami dwuletnimi, więc Karolina Koch może mieć spokojną głowę o trzon zespołu.
W sezonie 2021/22 GKS Katowice w pokonanym polu pozostawił rywali jedenaście razy. Pięciokrotnie dzielił się punktami (w tym dwa razy z Czarnymi Antrans Sosnowiec) oraz sześć razy musiał uznać wyższość rywalek. Na swoim koncie zgromadził 38. punktów, strzelająć w całym sezonie 41 bramek.
Na co stać będzie piłkarki GieKSy w startującym 13 sierpnia sezonie? Czy powtórzą czwarte miejsce z zakończonego właśnie sezonu? Czas pokaże…
sportdziennik.com – Stadion będzie droższy
Dobiega końca dziesiąty miesiąc budowy kompleksu sportowego w sąsiedztwie autostrady A4 w Katowicach. Wykonawca podtrzymuje termin 31 sierpnia 2024 roku, a miasto nastawia się na dodatkowe koszty.
Nie tylko przeszłość, teraźniejszość i przyszłość GKS-u Katowice, czyli miejskiej spółki, była tematem poruszanym na poprzednim posiedzeniu Komisji Kultury, Promocji i Sportu przy Radzie Miasta Katowice, co już na naszych łamach opisywaliśmy. Radni wraz z urzędnikami rozmawiali także o budowanym od niespełna roku nowym stadionie w rejonie ulic Dobrego Urobku, Upadowej i Bocheńskiego.
Budowa kompleksu sportowego łączącego stadion, halę i boiska treningowe, zgodnie z umową pochłonąć ma 205 milionów złotych brutto, a główny wykonawca, firma NDI z Sopotu, zobowiązał się do jej realizacji w 3 lata, a więc do 31 sierpnia 2024 roku.
– Jak kształtuje się wartość inwestycji w związku z inflacją i w obliczu tego, że wszystko drożeje? Czy zmieścimy się w kwocie 205 mln brutto z hakiem, czy już widzimy, że ta cena wzrośnie? Jakie są szacunki, o ile? – pytała radna Barbara Wnęk-Gabor z KO. Przewodniczący Komisji, Krzysztof Pieczyński, dopytywał z kolei, czy zagrożony jest termin.
– Wykonawca podtrzymuje termin zakończenia prac do 31 sierpnia 2024 roku, ale nie możemy obiecać, że tak rzeczywiście będzie – odparł Jarosław Łuczyński ze spółki Katowickie Inwestycje SA.
– Inflacja, wojna, pandemia – to wszystko wpływa na realizację takiej inwestycji. Gdy pytamy, wykonawca potwierdza, że robi wszystko, by dotrzymać terminu. Pamiętajmy, że każdy przestój ze strony wykonawcy to koszty, które ponosi, dlatego będzie się starał trzymać założonej daty. W tej chwili nie mamy też żadnego wniosku o aneksowanie umowy dotyczącego jej wartości. Nie można jednak obiecać, że kwota zapisana w umowie będzie ostateczna. Jest dużo zmiennych, które na pewno na nią wpłyną; choćby waloryzacja, która należy się wykonawcy, co wynika z umowy. Musimy też czekać na ewentualne wnioski wykonawcy o roboty dodatkowe, które mogą się pojawić i nieść ze sobą dodatkowe koszty. Na razie jednak inwestycja jest realizowana zgodnie z zakładanym harmonogramem – tłumaczył Łuczyński.
Mówiąc o „waloryzacji”, można założyć, że koszty budowy katowickiego kompleksu sportowego wzrosną mniej więcej o wartość inflacji odnotowanej w okresie realizacji inwestycji.
– Waloryzacja jest dokonywana na podstawie rocznego wskaźnika GUS. Nie jest on identyczny co inflacja, ale wokół niej oscyluje. Mówimy ostrożnie, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć, jakie będą roszczenia dotyczące robót dodatkowych, ale bądźmy realistami: przy tak dużej inwestycji byłoby kuriozalne, gdyby takowe się nie ujawniły. My oświadczamy, że ze strony inwestora nie wnosimy o rozbudowy, powiększenie zakresu inwestycji. Ale praktycznie pod każdą inwestycją w naszym śląskim rejonie występuje konieczność uzdatnianie gruntu. U nas takie ponadnormatywne uzdatnianie też może wystąpić, ale trudno nam wyprzedzać fakty – podkreślał Adam Kochański, naczelnik Wydziału Inwestycji Urzędu Miasta Katowice.
Stadion z pewnością okaże się zatem nieco droższy niż pierwotnie zakładano, a jak do tej pory przebiegała inwestycja? Przypominał Jarosław Łuczyński:
– 31 sierpnia 2021 w wyniku postępowania przetargowego zawarta została na 3 lata umowa z firmą NDI. 7 września przekazano jej plac budowy, rozpoczęły się prace przygotowawcze do realizacji tego zadania, polegające na wygrodzeniu placu budowy, organizacji zaplecza. Kolejny krok to badania saperskie. Wykonawca został do nich zobligowany, jako że była informacja, że w tym obszarze kiedyś znajdował się poligon. Znaleziono trzy pociski: 120 mm, 76 mm i jeden mniejszy. Wszystkie zostały zabezpieczone i zutylizowane przez policję oraz wojsko. Zabezpieczono trzy zbiorniki i przystąpiono do wycinki drzew, która zakończyła się pod koniec marca.
Wtedy była możliwość osuszenia trzech zbiorników, co odbyło się pod nadzorem przyrodniczym. Wyłapano wszystkie zwierzątka, które się tam znajdowały, przeniesiono w bezpieczne miejsce. Podłączone zostały już dwa zbiorniki retencyjne o wielkości 1000 metrów sześciennych. Trwają prace związane z korytowaniem drogi w północnej części naszego kompleksu. Mowa o drodze od ul. Bocheńskiego aż do parkingu przy stadionie. Wykonano prace związane z sieciami technicznymi, instalacjami elektrycznymi w tej drodze.
Aktualnie wykonywane są przyłącza do małego budynku zlokalizowanego w sąsiedztwie dwóch boisk treningowych. Zakończono prace związane z niwelacją tych boisk, przemieszczeniem mas ziemnych do docelowego poziomu. Wykonywana jest droga po zachodniej stronie hali sportowej. Przygotowujemy się do uzdatnienia podłoża pod halą, co nastąpi w najbliższym czasie – opisywał Jarosław Łuczyński ze spółki Katowickie Inwestycje SA.
14 893 WIDZÓW – taką dokładnie pojemność będzie mieć nowy katowicki stadion.
2792 MIEJSCA to z kolei pojemność hali sportowej
Postrzelali na Ludowym
Pięć bramek padło w sparingu I-ligowców z Sosnowca i Katowic. Zagłębie pierwszy letni test skończyło z tarczą, GieKSa nie wygrała żadnego z dwóch dotychczasowych meczów kontrolnych.
Z jednej strony – kilka płynnych, ciekawych akcji i dwie zdobyte bramki. Z drugiej strony – banalne pomyłki w defensywie, które sprawiły, że GKS poniósł w środę sparingową porażkę na Stadionie Ludowym. Gole tracił w okolicznościach, które przypominały dziurawą katowicką defensywę z początku poprzedniego sezonu.
– To takie błędy, które trudno znaleźć w lidze. Jesteśmy w okresie treningu, gra spora liczba zawodników, efekty są różne. Z wielu momentów tego meczu jestem naprawdę zadowolony. Zwłaszcza z organizacji gry w pierwszej połowie. To była nasza gra, z dużą liczbą sytuacji. Było OK – podsumowywał Rafał Górak, trener GieKSy.
To katowiczanie jako pierwsi wyszli na prowadzenie, gdy Arkadiusz Jędrych wykorzystał rzut karny podyktowany po faulu Mateusza Bodziocha na Marko Roginiciu. Chorwat w tej sytuacji mocno ucierpiał i nie był już w stanie kontynuować gry. – Oberwał, ale będzie dobrze – skwitował krótko Górak.
Sosnowiczanie, którzy po przerwie grali składem złożonym w znacznej części z młodzieżowców, byli w stanie odwrócić wynik. Skorzystali z dwóch nieporozumień rywali przy wyprowadzeniu piłki z własnej połowy. Wyrównał Antoni Kulawiak, 18-latek, który w tym tygodniu podpisał profesjonalny kontrakt z klubem, a na 2:1 trafił Patryk Bryła, nawinąwszy wcześniej Rafała Figla. GKS odpowiedział na 2:2 po rzucie rożnym za sprawą mocnego uderzenia Dominika Kościelniaka pod poprzeczkę. Blondwłosy zawodnik uczcił tym samym swój powrót do gry po 10-miesięcznej przerwie spowodowanej zerwaniem więzadeł.
Gdy meldował się na murawie, koledzy z ławki rezerwowych nagrodzili go brawami. Ale bramka Kościelniaka nie była tego dnia ostatnia. Szymon Sobczak wywalczył karnego (faulował Figiel), by sam go wykorzystać. Napastnik Zagłębia miał tego lata ochotę przenieść się do Wisły Kraków, ale wczoraj grał z taką determinacją, jakby Sosnowiec był jego docelowym miejscem na ziemi.
Po murawie Stadionu Ludowego, której stan pozostawiał nieco do życzenia, bo gospodarze mieli w ostatnich dniach pewne problemy techniczne, nie biegało dwóch nowych zawodników GieKSy. Pozyskanie stopera Daniela Tanżyny klub z Bukowej powinien ogłosić dziś. Z kolei napastnik Jakub Arak zadebiutował już w sobotnim sparingu ze Skrą Częstochowa (0:0), ale wczoraj zasiał z małżonką na trybunie vip-owskiej dobrze sobie znanego obiektu, na którym przed laty w barwach Zagłębia występował.
– Kuba odbił piętę. Potrzeba mu spokoju, może nawet do końca tego tygodnia. Ale to będzie dla nas duże wzmocnienie – przekonywał szkoleniowiec GKS-u, który na nietypowej pozycji lewego środkowego obrońcy sprawdzał w II połowie nominalnego wahadłowego Daniana Pawłasa.
A na trybunach – tyle że w innej części stadionu – usiadł też szybko Dawid Kudła, jako że trzech katowickich bramkarzy grało po 30 minut (w ostatniej minucie Patryk Szczuka… ruszył nawet w pole karne do rzutu rożnego, by pomóc kolegom wyrównać; bez powodzenia). Kudła zajął miejsce obok Michała Koja, dawnego kompana z Górnika Zabrze, który jest bliski przenosin do Sosnowca.
Blisko sformalizowania pobytu w GieKSie jest natomiast Kacper Grzebieluch. Napastnik o statusie młodzieżowca zagrał w II połowie; ma trafić na Bukową definitywnie z Cracovii, w której III-ligowych rezerwach grał w minionym sezonie.
dziennikzachodni.pl – GKS Katowice – Górnik Polkowice 1:0. Kibice na Bukowej wreszcie mogli być zadowoleni
W trzecim letnim sparingu zespół GKS Katowice odniósł pierwsze zwycięstwo. Ekipa Rafała Góraka pokonała na Bukowej Górnik Polkowice 1:0.
[…] Szkoleniowiec gospodarzy wystawił do gry dwie jedenastki. Gola na wagę zwycięstwa strzeliła druga z nich. Zdobył go Dominik Kościelniak po podaniu Alana Bróda.
W 68 minucie doszło do nietypowej sytuacji – jeden z polkowiczan otrzymał czerwoną kartkę. Szkoleniowcy obu drużyn postanowili jednak dokończyć mecz w pełnych składach.
sportdziennik.com – „Kościk” znowu strzela
Trener Rafał Górak mówi, że jego powrót do zdrowia traktuje jako transfer i duże wzmocnienie przed nowym sezonem.
Dominik Kościelniak robi wszystko, by słowa szkoleniowca GieKSy były prawdą. Niespełna tydzień temu zanotował pierwszy występ po 10-miesięcznej przerwie spowodowanej zerwaniem więzadeł krzyżowych i uczcił go golem strzelonym z Zagłębiem Sosnowiec, 3 dni później znowu trafił – tym razem w sparingu z II-ligowcem z Polkowic. Tak jak w Sosnowcu, tak i na Bukowej pojawił się na boisku w 70 minucie. Do siatki trafił 10 minut później.
– Cieszy, że „Kościk” po tak długiej kontuzji wchodzi do gry i znowu zdobywa bramkę, a my wygrywamy. Choć podeszliśmy do tego sparingu jak do kolejnej jednostki treningowej, przygotowującej nas do sezonu, to zawsze chcemy wygrywać. Uczymy się swoich zachowań, skoro doszło do nas kilku nowych zawodników – mówił Marcin Stromecki, pomocnik GKS-u.
Przy bramce dającej katowiczanom pierwsze tego lata sparingowe zwycięstwo (wcześniej był bezbramkowy remis ze Skrą i porażka 2:3 w Sosnowcu) asystę zanotował Alan Bród. Pomocnik z rocznika 2004 obsłużył Kościelniaka świetną centrą z lewego skrzydła. Bród zbierał pochlebne recenzje za występy w meczach kontrolnych już zimą. Wiosną nie zadebiutował nawet co prawda w I lidze, ale wydaje się, że już w rundzie jesiennej musi się to zmienić.
Pierwszy występ w barwach GieKSy zaliczył Daniel Tanżyna. 33-letni stoper to najstarszy zawodnik w kadrze GKS-u, pojawił się na murawie na ostatnie 20 minut, zmieniając Bartosza Jaroszka. W tym tygodniu przed zespołem Rafała Góraka krótki pobyt na Słowacji i 2 sparingi: z MFK Rużomberok oraz Duklą Bańska Bystrzyca.
SIATKÓWKA
siatka.org – Wiktor Mielczarek nowym przyjmującym GKS-u Katowice
Roczną umowę z GKS-em Katowice podpisał przyjmujący Wiktor Mielczarek. Nowy zawodnik siatkarskiej GieKSy ma 24 lata, mierzy 190 cm wzrostu i pochodzi z Olsztyna, gdzie występował w barwach miejscowego Indykpolu AZS w rozgrywkach Młodej Ligi oraz drugiej ligi. W latach 2019-2021 Mielczarek dołączył do islandzkiego zespołu Hamar Hveragerði, którego grającym trenerem jest były reprezentant Polski Radosław Rybak. W barwach tej drużyny Wiktor Mielczarek sięgnął po mistrzostwo Islandii oraz krajowy puchar.
W trakcie sezonu 2021/2022 przyjmujący dołączył do pierwszoligowego KPS-u Siedlce, który na koniec rozgrywek zajął piątą lokatę.
Wiktor Mielczarek w barwach tego klubu zanotował 15 występów, w których zdobył łącznie 116 punktów i zanotował 50,8 proc. ataku perfekcyjnego. Nowy zawodnik GKS-u z powodzeniem występuje w rozgrywkach siatkówki plażowej, czego dowodem jest m.in. brązowy medal łódzkiego turnieju cyklu Plaża Open 2022.
– Szukając zawodnika o profilu defensywnego przyjmującego, zebraliśmy od wielu osób bardzo dobre recenzje o Wiktorze. Po wnikliwej analizie zdecydowaliśmy, że to właśnie on uzupełni linię przyjęcia w naszej drużynie. To bardzo ambitny zawodnik, dlatego liczymy, że pokaże swój potencjał na najwyższym szczeblu rozgrywkowym – powiedział dyrektor siatkarskiej sekcji GKS-u Katowice Jakub Bochenek.
HOKEJ
hokej.net – Pierwsze wzmocnienie GieKSy. Blomqvist podpisał roczny kontrakt
Szefostwo GKS-u Katowice dokonało pierwszego transferu przed sezonem 2022/2023. Do ekipy mistrzów Polski dołączył Szwed Christian Blomqvist, który parafował roczną umowę.
Blomqvist (185 cm, 87 kg) ma 25 lat i urodził się pod Sztokholmem, w gminie Sollentuna. Jest graczem uniwersalnym, bo może występować zarówno jako skrzydłowy, jak i środkowy.
W hokejowym życiorysie tego napastnika można znaleźć 25 meczów (1 gol, 2 asysty) w Hockey Allsvenskan, która stanowi bezpośrednie zaplecze SHL oraz 183 mecze w HockeyEttan, czyli de facto na trzecim poziomie rozgrywkowym w Szwecji (77 bramek, 95 kluczowych zagrań).
W poprzednim sezonie Christian Blomqvist był najlepszym strzelcem i najlepiej punktującym zawodnikiem Wings HC Arlanda. Dorobek 25-letniego Szweda zamknął się na 38 meczach, 20 trafieniach oraz 25 asystach.
– Szukaliśmy skutecznego napastnika z prawym uchwytem kija. Christian Blomqvist to właśnie zawodnik o typowo ofensywnych inklinacjach, który świetnie potrafi odnaleźć się pod bramką rywali. Z powodzeniem radzi sobie na środku ataku i na skrzydle – mówi Roch Bogłowski, dyrektor sekcji hokeja GKS-u Katowice.
Kadra GKS-u Katowice na sezon 2022/2023
Bramkarz:
John Murray, Maciej Miarka.
Obrońcy:
Patryk Wajda, Jakub Wanacki, Mateusz Rompkowski, Maciej Kruczek i Dawid Musioł.
Napastnicy:
Christian Blomqvist, Joona Monto, Matias Lehtonen, Grzegorz Pasiut, Bartosz Fraszko, Patryk Krężołek, Marcin Kolusz, Mateusz Bepierszcz i Igor Smal.
Piłka nożna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
27.10.2026 Łęczna
Górnik Łęczna – GKS Katowice 1:0
Bramki: Tkacz (32)
Górnik: Wilk – Turek, Radkowski (38. Kobryń), Kruk, Rogala (69. Quainoo), Tkacz (81. Deja), Walski, Myszkor, Akhmedov, Janaszek (69. Niewiarowski), Antkowiak (81. Korbecki)
GKS: Kikolski – Jirka (57. Galan), Olsen (57. Czerwiński), Jędrych, Klemenz, Wdowiak, Milewski, Wolski (75. Kowalczyk), Nowak, Wędrychowski (57. Bartlewicz), Szkurin (75. Kokosiński)
Ż.kartki: Myszor – Bartlewicz
Cz.kartki:
Sędzia: Paweł Malec (Łódź)
Widzów: 1333
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do Kielc i Łęcznej
Trudno wracać myślami do dwóch ostatnich pojedynków. Wiemy, jak zagrała GieKSa i jakie wyniki osiągnęła. Nie może jednak zabraknąć tradycyjnego post scriptum. Tym razem łączonego, bo na wyjazd wybrałem się kilkudniowy. Na pierwszy mecz do Kielc dojechał Misiek, a drugi do Łęcznej – Misiek i Kazik.
1. Moja podróż rozpoczęła się już w piątek od… śniadania w Katowicach. Wiadomo, że trzeba się solidnie posilić. Tak więc z Katowic ruszyłem około godziny 12.00.
2. Droga przebiegła sprawnie i po niecałych trzech godzinach zameldowałem się w Hotelu pod Jaskółką nieopodal Kielc, w jednym z Tumlinów. Znałem to miejsce z opowieści, gdyż zatrzymują się tu czasem wędrowcy Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
3. Sam przemierzałem ten szlak dwa lata temu w majówkę. Wówczas po skończonym etapie w Miedzianej Górze autobusem podjechałem do hotelu Grafit. Jak się okazało, zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz, była to baza noclegowa drużyny.
4. Miejscówka nad zalewem Umer, robiła miłe wrażenie. Hotel to chyba jakiś rodzinny, bo w „barze” przesiadywała rodzinka gospodarzy.
5. Z okien można było podziwiać sympatyczne alpaki. Ogólnie sielanka. To był piątek, więc jeszcze nie byłem skażony przykrymi emocjami sportowymi.
6. Zaczynała się kolejka. Czas więc był śledzić poczynania ligowych rywali. Derby Lublina, czyli Motor grał z Zagłębiem. Na początku oglądałem na laptopie, ale pan chyba dziadek zaproponował, że włączy telewizor. Co uczynił.
7. W międzyczasie obiad. Befsztyk po królewsku, z cebulką, jajkiem sadzonym, frytkami i kapustą zasmażaną. Coś pięknego. Tak mi zasmakowało, że potem podczas pobytu wziąłem to jeszcze dwa razy. Na doprawienie się był krem z pieczarek z groszkiem ptysiowym.
8. Wieczorem Widzew – Górnik i kolejny brak wygranej naszego najbliższego rywala. Do tego wykartkował się Fornal, Świder chyba odniósł jakąś kontuzję. Zobaczymy.
9. No i nadeszła sobota. Śniadanie było sowite – z jajecznicą z wkładką. I tu trzeba było zdobyć kalorię, które będą spalane podczas meczu.
10. Niestety nie dostałem miejsca parkingowego, więc musiałem szukać w okolicach stadionu. Wiedziałem, że są ogólnodostępne parkingi i myślałem, że będąc niemal dwie godziny przed meczem nie będzie problemu. Nie wziąłem pod uwagę, że to ostatni weekend przed Wszystkich Świętych. Na parkingach były dzikie tłumy.
11. Musiałem kluczyć i szukać ponad pół godziny. Ostatecznie zaparkowałem na ulicy niedaleko stadionu, pod cmentarzem, na jakiejś trawie.
12. Czirliderki – podobnie jak ostatnio – miały swoją rozgrzewkę na bocznym boisku. A ja zacząłem kierować się do obiektu.
13. Akredytację odebrałem, trzeba było też sprawdzić, czy w sklepiku jest proporczyk. W poprzednim sezonie go zabrakło. Tym razem udało się – był w asortymencie, więc moja na razie niewielka kolekcja została powiększona.
14. Na stadionie byłem nieco ponad godzinę przed meczem. Ciekawe, że tym razem dojście do prasówki było z drugiej strony niż ostatnio. Ale wyjątkowo ochroniarz przepuścił mnie przez catering dla VIP-ów. Nic nie zachachmęciłem.
15. W dojściu do sektora prasowego, można było odnieść wrażenie, że zaraz się wejdzie do Lewiatana, bo taka reklama jest na stadionie, a wygląda dosłownie, jak szyld sklepu.
16. Czirliderki już oficjalnie wystąpiły, Marek Grechuta zaśpiewał i mogliśmy zacząć grać.
17. U gości wystąpił Pau Resta, były zawodnik Korony. Kibice gospodarzy chyba nie narzekali, bo to Hiszpan dał się nawinąć Menie, który strzelił zwycięską bramkę.
18. Camilo Mena to z jednej strony człowiek mocno zamieszany w awans GKS do ekstraklasy, ale też już w tej ekstraklasie całkiem konkretnie nas tępi. Raz już trafił jako zawodnik Lechii w meczu z GKS, a teraz jako piłkarz Korony.
19. Po meczu konferencja, na której było wyjątkowo dużo dziennikarzy. Każdy chciał zobaczyć debiut Roberta Kolendowicza. Ogólnie sama sala ciekawa, ciemna, ciepła, dość kameralna i schludna.
20. Rozczarowany wróciłem do auta i wróciłem na miejscówkę.
21. Niedziela upłynęła pod znakiem odpoczynku i ekstraklasy oraz oczywiście El Clasico. W tym polskim Lech wygrał na wyjeździe z Legią, a hiszpańskim Real pokonał Barcelonę.
22. Ale przynajmniej mogłem ukoić nerwy w towarzystwie alpak. Zawsze to coś, gdy nie ma wyników.
23. W poniedziałek przemieściłem się do Łęcznej. Trzy godziny drogi, trochę zadupiami. Ale jeszcze za widna byłem na Lubelszczyźnie.
24. Jeszcze udałem się na oddalony o kilometr od mojej miejscówki stadion Górnika, by zrobić nagrywkę i cyknąć parę zdjęć. Ku mojej uciesze stadion był otwarty, więc wszedłem i sobie połaziłem dookoła. Nieniepokojony przez nikogo.
25. Wieczorkiem w sushi/pizzerii pyszna picka. I jesienna herbata. Ogólnie Łęczna jest całkiem przyjemnym małym miastem. Są knajpy, sklepy, kebab, mak. Są też stosunkowo tanie noclegi. Bardzo przyjemnie.
26. Rano śniadanie i na tym skończyły się przyjemności i dobry nastrój. To znaczy jeszcze przez jakiś czas było okej, ale w pewnym momencie zaczęło się robić źle – dokładnie w momencie, jak piłkarze wyszli na boisko.
27. Na stadionie Górnika Łęczna byłem wcześniej sześć razy, ale pięć z tych meczów było przegranych. Jedynie raz GieKSa potrafiła tam wygrać, gdy w końcówce trzy razy strzeliliśmy bramkę.
28. Co ciekawe akredytacja była w formie on line. Nie dostałem plakietki, musiałem się zalogować do systemu biletowego i spoko – tam akredytacja czekała.
29. Ale musiałem czekać aż przyniosą skaner do skanowania. Na szczęśćie może trzy minuty i wszystko było załatwione.
30. Warunki do pracy przyzwoite. Prąd i widoczność spoko. Na stadion schodziły się dzieciaki ze szkół, trzeba było jakoś zbudować frekwencję. Młyn był niewielkie, kibice GKS, cali na żółto, jak zwykle dali radę.
31. Nie zabrakło pozdrowień dla Grzegorza Rogali, kibice GKS pamiętają, że ten zawodnik dał dużo naszej drużynie w drugiej i pierwszej lidze. Teraz broni barw Łęcznej.
32. Luboń, Zdzieszowice, Skierniewice, Garbarnia Kraków, Chrobry u siebie, Tarnobrzeg… To niektóre z kompromitacji, jakie GieKSa zaliczyła w Pucharze Polski w ostatnich kilkunastu latach. Teraz dołożyliśmy do tego drugoligową Łęczną. Fajny był ten puchar w poprzednim sezonie, ale wychodzi na to, że absolutnie nie są to nasze rozgrywki.
33. Po meczu zadałem trochę pytań na konferencji trenerowi, ale byłem tak rozemocjonowany, że zapomniałem włączyć nagrywanie. Z pomocą przyszli chłopacy z oficjalnej, którzy wspomogli mnie nagraniem audio. Wielkie dzięki!
34. Zadałem też pytanie asystentowi trenera gospodarzy, takiemu o aparycji Michaela Ameyawa, na co kładli nacisk i w czym widzieli szansę. To powiedział, że w tym, że obrońcy GKS są wysocy, ale mało zwrotni. Żodyn się nie spodziewał.
35. Wróciłem do auta, które miałem pod miejscówką noclegową, z kilometr od stadionu. I ruszyłem w drogę powrotną. O godzinie 22:00 byłem w domu.
Felietony Piłka nożna
Od razu humor lepszy
Wygrać z Widzewem to zawsze coś pięknego. W mojej próżności kibicowskiej co jakiś czas pojawia się jakaś drużyna, z której niepowodzeń cieszę się szczególnie. Nie chce mi się udawać tutaj jakiejś wielkiej klasy i kreować się na nie wiadomo kogo. Jako ludzkość tak mamy w swojej specyfice, że tzw. schadenfraude istnieje i jedyne, co z tym ktoś może zrobić – i wiele ludzi robi – to po prostu mydli oczy całemu światu kreując się właśnie na kogoś innego. Oczywiście zawsze lepszego, niż jest w rzeczywistości. Kibicowanie jest stosunkowo bezpiecznym miejscem, żeby realizować swoje różne ciemne uczucia. Wszelkie antagonizmy, szowinizmy to danie upustu swoim historiom i nieraz może być grubo i gorąco. Problem pojawia się, kiedy ktoś to zaczyna traktować śmiertelnie poważnie. I wiemy, że oczywiście takie osoby są. Futbol to zabawa, choć poważna. Najbardziej poważna z niepoważnych rzeczy tego świata.
Te moje radości z niepowodzeń innych nie są jednak zawsze typowe dla kibica GKS. Na przykład niespecjalnie mnie cieszą porażki czy niepowodzenia Ruchu Chorzów. Mam kompletnie do tego neutralny stosunek. No może na jakiś minimalny minusik. Ale jeśli awansowaliby do ekstraklasy i mielibyśmy się z nimi mierzyć – nie martwiłbym się z tego powodu. Może też dlatego, że nie sądzę, by awansowali.
Po pamiętnych „brudnych pazurach” takim klubem była też dla mnie Arka Gdynia. Więc fajnie było, jak po porażce z nami w barażu nie awansowali do ekstraklasy, no i szkoda, że później awans nastąpił. Ale „karencja” w moich emocjach się zakończyła i w trakcie sezonu wrócił neutralny stosunek do gdynian. Nie cieszyłem się z ich spadku jakoś szczególnie. Podobnie było z Wisłą Kraków, ale teraz widząc jak ten zespół dobrze gra i jest bardzo sensownie prowadzony – również nie mam specjalnie negatywnych odczuć. I czeka nas trudne zadanie w grudniu.
Widzew to sytuacja szczególna. Poziom zadufania łódzkich kibiców, tzw. fanbazy i przeświadczenie o swojej wielkości jest (a w zasadzie chwilowo: był) tak wielki, że po prostu miło się patrzy na to systematyczne sprowadzanie na ziemię. GieKSa w Łodzi przegrała w dwóch poprzednich sezonach i ileż to ja tam się nasłuchałem o tym, jak to Widzew zaraz zaatakuje puchary, a wręcz się będzie włączał do walki o mistrzostwo. Wydawało się, że po zwycięstwie z GKS są już dosłownie o krok od Ligi Mistrzów. Uzasadniać to miały oczywiście wielkie pieniądze i wspaniałe transfery. No bo przecież ściąganie takich piłkarzy jak Mariusz Fornalczyk, który brylował w Koronie czy Sebastian Bergier, artystów pokroju Kornviga czy Leragera, a jakiś czas temu reprezentantów – Drągowskiego, Wiśniewskiego czy Świderskiego pokazywało, że w Łodzi tworzy się prawdziwy dream team. Niestety – jak się okazało – był to tylko wet dream.
(Boże, jak ja nie lubię tego określenia, ale tu mi pasuje do gry słów).
Dlatego to zderzanie się z rzeczywistością łódzkiego klubu jest miłe dla oka. Po prostu jak ktoś cwaniakuje i uważa się za lepszego od innych i że z urzędu mu się wszystko ułoży jak w bajce, to potem przychodzi proza życia, ciężka harówa i to, że jak mawiał klasyk „nazwiska w piłce nie grają”. Pieniądze też. I w życiu również nie grają pozory. Mogą one na chwilę zaciemnić obraz, ale zawsze na końcu wybiją się po prostu prawdziwe, merytoryczne wartości.
Oczywiście obecnie te opinie są biegunowo inne, bo przecież kibice Widzewa widzą, co się dzieje. Jedno zwycięstwo w trzynastu meczach, często dość kuriozalne tracenie punktów, ich straty w końcówkach meczów (zarówno w poprzednim sezonie, jak i teraz) sprawiają, że Łodzianie znów kręcą się w okolicach strefy spadkowej. Ich szczęściem jest to, że raczej remisują niż przegrywają i te ciułane punkciki ostatecznie jednak dużo dają w kwestii pałętania się w ogonie tabeli.
Tak więc sumarycznie, jeśli ktoś uzna to moje podejście za małostkowe, proszę bardzo. Jest takie.
Oczywiście to mniej istotny aspekt sobotniego meczu. Ważniejszym miało być po prostu zwycięstwo GieKSy. Po ostatnich porażkach potrzebowaliśmy trzech punktów jak tlenu – nie tylko do tabeli, ale także dla morale zespołu i kibiców.
Przyjechał Widzew, który – no właśnie – to co napisałem o zderzaniu się z rzeczywistością to jeden aspekt. Drugim jest to, że jednak ta jedna wygrana w sezonie to też jest pewna anomalia jak na tę kadrę. Widzew nie jest przecież aż tak słaby, żeby wygrać zaledwie raz na dwanaście (stan przed meczem z GKS). Widziałem wszystkie mecze RTS w tym sezonie, oprócz tego z pierwszej kolejki z Motorem. Fakt, że Łodzianie większość meczów zremisowali też nie bierze się z niczego. Dodatkowo potrafili mieć sporo dobrych momentów w tych meczach. Ze Śląskiem grając praktycznie cały pojedynek w dziesiątkę strzelili na wyjeździe trzy bramki i byli bliscy zwycięstwa. Z Lechem toczyli bardzo wyrównany bój i klops Drągowskiego zadecydował o porażce. Zagrali bardzo dobry mecz na Legii. Ostatni u siebie z Górnikiem też był niezły.
Więc Widzew to też nie są żadne ogóry. Uważam, że stać ich na normalny środek tabeli, a może nawet minimalnie górną połówkę.
I to też goście pokazali w Katowicach. Dla GieKSy był to mecz piekielnie trudny. Nasz zespół miał pewien problem z wejściem w to spotkanie, gra była w pierwszej połowie jakaś niemrawa, nie stwarzaliśmy zagrożenia pod bramką rywala. Widzew był aktywny, potrafił wyjść spod pressingu, dobrze rozprowadzali piłkę po bokach czy prostopadle. Do tego byli dynamiczni. Ewidentnie brakowało im jakości w wykończeniu, więc po ananasach typu Akere czy Bukari, teraz kibice z Łodzi muszą patrzeć na wyczyny niejakiego Biuka.
Mieliśmy trochę szczęścia. Znów – jak ostatnio w każdym meczu – Pau Resta miał momenty nieogarnięcia i rywal stwarzał zagrożenie. Przeciwnik był jednak mocno nieskuteczny, na posterunku był też Gabriel Kobylak, który jednak trzeba powiedzieć, że jest naprawdę pewnym punktem drużyny.
Na szczęście w pewnym momencie zaczęliśmy atakować śmielej. Była ta centra z wolnego Nowaka na głowę Galana i słupek, a zaraz potem Ilja strzelał prosto w bramkarza. No i wisienka – nomen omen – pierwszej połowy, czyli kapitalna akcja bramkowa. Kacper Łukasiak zapatrzył się chyba na Bartka z Zabrza, bo zagrał na Ilję Szkurina bardzo podobną piłkę. Tym razem nasz napastnik jednak nogą, a nie głową – wyprzedził Drągowskiego i wystawił Nowakowi do pustej bramki, a nasz najlepszy zawodnik tylko dołożył nogę. Wykorzystaliśmy włoską wiedzę Przemysława Wiśniewskiego, bo jak mawia legenda, w Italii uczono go, by w takiej sytuacji stać jak słup soli i podziwiać kunszt Pana Bartosza Nowaka.
Prowadziliśmy do przerwy, choć wcale prowadzić nie musieliśmy. Dlatego ten wynik był tak bardzo cenny.
Na początku drugiej połowy, również wybronił nas strażnik Gabriel, bo niestety dalej nie ustrzegaliśmy się błędów w defensywie. Na szczęście ofensywa robiła show. Tak jak pisałem po Koronie, brakuje nam często tych soczystych dośrodkowań w pole karne. Tym razem Mateusz Kowalczyk – ponawiając atak – z powietrza kopnął piłkę na tyle mocno, że dał szansę przejścia futbolówce przez większość piłkarzy. Ta trafiła do Bartka, a ten już wiedział, co z nią zrobić. Przy wydatnej pomocy Papanikolaou piłka wpadła do bramki, a gdyby wzrok mógł zabijać, to Drągowski byłby istnym Bazyliszkiem dla Greka. Po chwili kolejną kapitalną akcję rozpoczął Nowak, Sebastian Milewski piętą odegrał do Szkurina, Ilja dwukrotnie strzelał i w zamieszaniu podbramkowym Bartek na spółkę z Kapuadim wepchnęli piłkę do siatki.
Dodam tylko jeszcze w kwestii tego dośrodkowania Kowala. Jak pisałem niedawno, jest trochę irytujące, jak Marcin Wasielewski nie decyduje się na centrę tylko ciągle szuka jakiegoś kolegi z tyłu, najczęściej Alana Czerwińskiego. Tymczasem jak Marcin już się na to dośrodkowanie zdecyduje, to wychodzą naprawdę niezłe kopnięcia. I tak było w końcówce, gdy zacentrował na głowę Szkurina. Więc zachęcałbym do większej ilości takich prób, bo jestem przekonany, że zaraz ten zawodnik może mieć asystę.
Wyniku 3:0 nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach, a już tym bardziej przy niezłej do tej pory przecież postawie Widzewa. Mecz układał się kapitalnie.
Niestety znów dopadł nas meltdown. Sytuacja po rzucie rożnym – cóż, zdarza się. Choć jak przyglądam się powtórkom to myślę, że Kapuadi zawiesił się na Klemenzie i można by było tę sytuację rozpatrywać. VAR jednak nie za bardzo drgnął w tej sytuacji. No a potem mieliśmy kolejny błąd Resty, czyli niekontrolowane dość odbicie głową piłki, która trafiła pod nogi Świderskiego. Fakt, że ulubieniec Jana Urbana zachował się w tej sytuacji jak rasowy snajper i strzelił kapitalnie.
Znaleźliśmy się w piekielnie ciężkim położeniu. Niby GKS Katowice nadal prowadził, ale z dużego spokoju zrobiła się nerwówka. A Widzew zyskał (miał zyskać) wiatr w żagle, wiadomo, że taki moment wpływa na psychikę bardzo dobrze. I obawiałem się, że Łodzianie z animuszem na nas ruszą, a w związku z naszymi błędami w obronie będziemy oglądać niesłychaną remontadę skutkującą utratą być może nie tylko zwycięstwa, ale nawet wszystkich punktów.
I za ten fragment do końca meczu należy się naszym zawodnikom duża pochwała. Nie spanikowali, utrzymali chłodną głowę i nie dopuszczali rywala do groźnych sytuacji strzałowych. Uważam, że od utraty drugiej bramki do końca meczu, czyli przez ok. 20 minut, to był najlepszy defensywnie moment tego meczu. A sama końcówka, czyli trzymanie piłki daleko od własnego pola karnego, to przytrzymywanie Ilji było klasowe. Widzewiacy mogli tylko krzyczeć i machać rękami, łapiąc jedną kartkę za drugą. Katowiczanie w końcówce doprowadzili gości do całkiem konkretnej frustracji. Bardzo dobrze rozegrane i można powiedzieć, że wyrównali te swoje błędy świetną grą na koniec.
Cieszy to, że znów byliśmy bardzo skuteczni z przodu. No i właśnie – dwa gole strzeliliśmy po grze bardziej bezpośredniej i prostej. Trzecia to już było rozklepanie obrony rywala. Dobrze by było, żeby te nasze działania było różnorodne, bo tak naprawdę przeciwnik zawsze będzie z tego tytułu miał więcej problemów.
O Bartku Nowaku nie ma co się rozpisywać, bo znów udowodnił, że jest wybitny.
Mamy ciągle nad czym pracować. Znów straciliśmy bramkę, znów gubiliśmy się w obronie, oprócz tej końcówki. Gdyby Widzew był bardziej ogarnięty i skuteczny, mógł w pierwszej połowie spokojnie prowadzić w tym spotkaniu. A na początku drugiej wyrównać. Skorzystaliśmy mocno z ich indolencji w ofensywie, ale też wykorzystaliśmy do maksimum ich słabość w obronie. W sumie, czy nie na tym polega piłka?
Nadal musimy się nad kilkoma postaciami zastanowić. Pau Resta naprawdę musi się ogarnąć, bo nawet jeśli w większości gra poprawnie, to i tak w każdym meczu zalicza jakieś klopsy.
Ostatnio trener wystawia w pierwszej jedenastce Marcela Wędrychowskiego. Nie sądzę, że zawodnik tę pozycję utrzyma. Niestety po raz kolejny Marcel wypadł słabo – gubił piłkę, źle podawał w dobrych sytuacjach, przewracał się. To niestety nadal nie jest ten poziom, którego byśmy oczekiwali. Nawet jak mu czasem wyjdzie jakiś mecz, to potem popada w dużą – delikatnie mówiąc – przeciętność. W przeciwieństwie do swojego kumpla Kacpra Łukasiaka, który gra coraz lepiej. Kacper jeszcze mógłby się wstrzelić w tę bramkę, bo choć nie jest to jego głównym zadaniem, to prawie w każdym meczu oddaje jakiś strzał. Na pewno dodałoby mu to jeszcze większej pewności siebie. Ale i tak jest naprawdę dobrze.
Ostatecznie GieKSa pokazała, że solą piłki są bramki i to one zadecydowały o zwycięstwie. Do maksimum nasz zespół wykorzystał swoje atuty i słabość przeciwnika.
Dzięki temu zwycięstwu ta cała nieszczęsna Łęczna, gdzieś tam lekko odeszła za mgłę. To jest dokładnie to, o czym pisałem przed meczem. Im będziemy lepiej grać i punktować, tym jakieś wcześniejsze nieudane mecze coraz bardziej będą odchodzić w niepamięć. Piłka przecież nie znosi próżni i naprawdę nietrudno jest pewne rzeczy nadrobić czy nadpisać.
Dlatego po sporej dawce krytyki, jaką dałem po ostatnich dwóch meczach, tym razem chcę powiedzieć, że zespół przysporzył mi naprawdę sporo radości i za sporo rzeczy można naszą ekipę pochwalić.
A że jeszcze dzięki GieKSie Widzew miał się z pyszna – to już miód na moje GieKSiarskie serce.
PS Zapomniałem napisać wcześniej, a nie chce mi się już wplatać w tekst. Decyzja o niepodyktowaniu rzutu karnego po ręce Wiśniewskiego to kuriozum. Domyślam się, że u siedzącego na VAR Szymona Marciniaka to jest żaden argument o chowaniu ręki, tylko pewnie, że piłka najpierw odbiła się od biodra/brzucha, zanim trafiła Wiśnię w rękę. Sytuacja o tyle absurdalna, że to była tak minimalna zmiana toru lotu, że i tak by w tę rękę dostał. A ruch ręką do piłki był i nie zmienia tego fakt, że w ostatnim momencie „niby” tę rękę cofał. Dla mnie to jest ewidentny rzut karny i nie rozumiem, dlaczego Wojciech Myć nie został nawet wezwany do monitora. Znaczy wiem. Szymon Marciniak wie wszystko najlepiej.







































Najnowsze komentarze