Felietony Piłka nożna
Ku pokrzepieniu serc – cieszmy się tym co mamy!
Co można powiedzieć po takim meczu, po takim finale rundy jesiennej? To druga z rzędu runda, w której stracona bramka w doliczonym czasie gry coś nam zabiera. Na wiosnę była to utrata złudzeń i spuszczenie nas z hukiem do drugiej ligi. Teraz gol w 95. minucie zabrał nam bycie najlepszą drużyną jesieni w tej lidze. Znów okazało się, że życie kibica GKS Katowice to droga krzyżowa, która – można czasem odnieść wrażenie – nigdy się nie skończy.
Oczywiście to stwierdzenie – choć prawdziwie – jest emocjonalną reakcją na dzisiejsze okoliczności. Bo jednak patrząc obiektywnie, porównanie tegorocznej wiosny z obecną jesienią jest takie, że… nie ma porównania. Pół roku temu frustrowaliśmy się zawalanymi seryjnie meczami u siebie, z końcowym gongiem w postaci gola bramkarza. Dziś frustrujemy się, że nie udało nam się wskoczyć na pozycję lidera (to akurat się nie zmienia), jednak po rundzie, która – poza początkiem – była bardzo udana, wręcz kapitalna. Frustrujemy się, że prowadząc 2:0 na boisku lidera i być może najlepszej drużyny tej jesieni, nie potrafiliśmy utrzymać tego prowadzenia dwóch minut dłużej. Denerwujemy się tym, że zremisowaliśmy na wyjeździe z Resovią i Widzewem, będąc lepszymi od tych drużyn, a tak poza tym, to wygrywamy wszystko jak leci.
To trudny mecz do oceny, w kontekście rozpatrywania pozytywów i negatywów. Oczywiście w pierwszej chwili dominowała złość, że „znowu to samo”. Złość uzasadniona, bo ten mecz trzeba było zamknąć w pierwszej połowie, gdy przy stanie 2:0 mieliśmy kilka kolejnych znakomitych okazji i albo brakowało precyzji, albo szczęścia, bo bramkarz rywali dokonywał cudów w bramce. Ale sytuacje Rogalskiego, Woźniaka czy Błąda po prostu MUSIAŁY się zakończyć bramką. A jak już Stefanowicz trafił, to sędzia bramki nie uznał. Między sobą mówiliśmy w przerwie, że bardziej jesteśmy wk..ieni, że nie udało się tego trzeciego gola zdobyć, niż cieszyliśmy się, że mamy przecież wyśmienity wynik. No niestety – my kibice GieKSy nauczeni wieloletnim doświadczeniem i milionem klęsk, gdy nieraz wydawało się, że zwycięstwo jest w garści, a kończyło się płaczem i zgrzytaniem zębów. I to dwubramkowe prowadzenie w kontekście zmarnowania tylu sytuacji – nie mogło nie powodować obawy, że to się zemści. I po raz milion pierwszy niestety się zemściło. Po meczu był tylko żal, złość i rozwalony termos, ciśnięty gdzieś tam w ścianę kabiny prasowej. A trener Górak minę na konferencji i gdy wychodził z sali miał taką, że jedynie – porównując – rolki papieru prostujące się na Bukowej za czasów Mariana Dziurowicza mogłyby dostatecznie oddać powagę sytuacji.
Jakkolwiek obecną drużynę oceniamy lepiej pod względem charakterologicznym, niż kilka poprzednich śmiesznych ekip, a dodatkowo widzimy w wielu nowych zawodników całkiem niezły potencjał czysto sportowy – jedna rzecz jeszcze się nie zmienia i wymaga poprawy. Bo o ile od początku sezonu kilka rzeczy – z meczu na mecz – się poprawiało, jak na przykład przeprowadzanie kontr czy stałe fragmenty, to ciągle jednak w momencie naporu przeciwnika, momentu, w którym nabiera on wiatru w żagle, gra szybko i agresywnie – gubimy się. Pojawia się nerwowość i chaos. Tak było w Łodzi, gdzie w końcówce Widzew mocno przycisnął – wówczas udało się jeszcze przejść suchą stopą. W Rzeszowie już się to nie udało i choć z gry przeciwnicy nie potrafili zdobyć gola, to dwa razy sprokurowaliśmy rzut karny. Ale wystarczy też wspomnieć inny mecz w Rzeszowie – ze Stalą, tam przecież w końcówce przeciwnik również miał sytuacje i cudem nie wbił drugiego gola.
Ten negatywny balans pomiędzy bardzo dobrą grą w ofensywie a pogubieniem w defensywie powoduje, że nie wygrywamy niektórych spotkań, ale z drugiej strony cieszmy się, że ich nie przegrywamy. To i tak jest postęp w porównaniu do poprzednich lat.
Jeśli czasem mówi się, że jakaś drużyna dostała zimny prysznic, to dzisiaj ten prysznic był lodowaty. Mogło być spektakularnie na koniec rundy. Nie wyszło i osuwamy się w tabeli, zamiast podnieść. Takie jest życie piłkarza i kibica.
Ale felieton ten nie ma na celu tego, żeby smęcić. Trener (na pewno) i piłkarze (miejmy nadzieję) doskonale wiedzą, co się stało. Coś zyskali świetną, naprawdę świetną grą w pierwszej połowie i coś stracili – dając się mocno zdominować w drugiej i przede wszystkim nie kontynuując swoje postawy z pierwszych 45 minut.
Kto jednak się spodziewał przed sezonem, a tym bardziej po początkowych meczach, na czele z pierwszą połową meczu ze Zniczem, że to będzie wyglądać tak jak teraz? Przecież ze Zniczem do przerwy było 0:3 i było pozamiatane.
0:3.
Zero trzy.
Męczyliśmy te początkowe mecze bardzo. O ile wyjazdowa wygrana w Wejherowie była pewna, to w Stargardzie mega szczęśliwa. Każdy gol na Bukowej w tych pierwszych meczach to była taka wymęczona buła, że stadion za każdym razem odlatywał, gdy udało się trafić do siatki. Z czasem te akcje zaczęły się coraz bardziej zazębiać, tych trafień było więcej, po ładnych, przemyślanych akcjach, kontrach, sytuacjach sam na sam. Z czasem tę GieKSę dało się oglądać, nawet jeśli nadal sporo meczów wygrywaliśmy w końcówce. Ale tworzył się charakter, coś więcej niż tylko kwestia piłkarska. Dwa mecze wygraliśmy grając w dziesiątkę, co przecież innym drużynom pewnie nie zdarza się czasem przez kilka dobrych lat. No i nie mówiąc już o serii meczów bez porażki (to już jedenaście) i takiej liczbie zwycięstw.
Przyznam się, że po pierwszym golu, widząc napór gospodarzy, bałem się, że ten mecz przegramy i będzie totalna klęska. A tak – mimo wszystko – mamy punkt na boisku lidera, będąc w pierwszej połowie drużyną „bardziej lepszą” od Resovii niż Resovia od GieKSy po przerwie. Więc choć boli ta bramka w doliczonym czasie gry, patrząc wyjściowo – na czas przed meczem – efekt jest zadowalający.
Powtórzę – pierwsza połowa była znakomita. Po prostu znakomita. GieKSa mogła strzelić i cztery bramki i Resovia nie mogłaby narzekać. To była najlepsza połowa w tym sezonie, a trzeba by było się zastanowić – najlepsza od jak dawna, bo w sumie przecieraliśmy oczy ze zdumienia. „Podnosiłem oczy ku górze dziękując, że przegrywaliśmy do przerwy tylko 0:1, bo w pierwszej połowie graliśmy bardzo źle” – powiedział kiedyś śp. Władysław Stachurski, trener Legii, gdy na Łazienkowskiej GieKSa prowadziła do przerwy 1:0. Ostatecznie Legia wygrała 2:1. Dzisiaj analogicznie – tylko z jedną bramką więcej – mógł powiedzieć trener Szymon Grabowski.
Nie wybrzydzajmy więc, bo choć dzisiaj bezpośrednio po meczu ilość przekleństw przekroczyła skalę, to tak naprawdę scenariusz mógł być na przykład taki, że żyliśmy złudzeniami poprzednich meczów, przyjechaliśmy na Resovię, dostaliśmy 0:3 po beznadziejnym meczu i te złudzenia by zostały zdeptane, pokazując, że wiele poprzednich meczów to był jakiś dziwny zbieg okoliczności, słabi rywale i masa szczęścia. Co przecież zdarzało się wielokrotnie w poprzednich sezonach, weryfikując negatywnie wcześniejsze pseudo-dobre wyniki.
Nie. Ten mecz właśnie coś udowodnił. Pokazał, że ta nowotworzona drużyna już ma swoją jakość. Ze swoimi mankamentami, pogubieniami i „głupotami”, jak to powiedział raz trener Górak, ale tak – ma swoją jakość. I ma nawet swój styl – tu też cofniemy się do naszego szkoleniowca, cytując go zdaniem z jego poprzedniej kadencji sprzed 7 lat, kiedy to po meczu z ŁKS w Łodzi powiedział, że ta drużyna ma swój styl „chaotyczno-szarpany”. Teraz na pewno taki nie jest – może był na początku sezonu – ale obecnie miło się patrzy na te próby młodych i doświadczonych zawodników, próby oparte na pressingu, grze tyłem do bramki, odgrywaniu na skrzydła i wykorzystywaniu szybkich bocznych obrońców czy pomocników.
Nie wybrzydzajmy. Jeśli GieKSa będzie konsekwentnie podążać tą drogą, którą wyznaczyli Górak, Góralczyk i cały sztab, to zwycięstwa po prostu będą tego logiczną konsekwencją. I po jakimś czasie nikt nie będzie rozpamiętywał meczu z Resovią, a jeśli już, to co najwyżej w zupełnie „urealnionych” kategoriach, czyli takich, że po prostu w piłce zdarza się utracić zwycięstwo w 95. minucie. Nawet po kiksie. Nawet po karnym.
Dlatego cieszmy się, że po takim Dudkowym koszmarze w ciągu pół roku udało się stworzyć taki kształt drużyny, jak obecnie. Ja, choć od początku w trenera Góraka wierzyłem, nie spodziewałem się, że na ten moment możemy być w tym miejscu. Jest naprawdę super.
Ale będziemy systematycznie studzić głowy. To dopiero połowa drogi w tym sezonie. Pamiętamy, co się kilka razy działo na wiosnę. Dobrze by było, żeby Rafał Górak też odrobił lekcję z historii, a jeśli będzie chętny, my również służymy przypomnieniem tej historii. Warto ją pamiętać i znać, bo jak wiemy, kto nie zna swojej historii, skazany jest na jej powtarzanie.
I tylko termosu żal. Ale niech to będzie ofiara za sukces na koniec sezonu!
Kibice Piłka nożna SK 1964 Społecznie Stadion
Budżet Obywatelski – głosujemy!
Zachęcamy wszystkich kibiców GKS Katowice, którzy są mieszkańcami Katowic, do głosowania w Budżecie Obywatelskim na Projekt Ogólnomiejski „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!”.
Głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego potrwa do środy 23 września do godziny 23:59. Do głosowania potrzebujemy numeru PESEL oraz nazwiska pańskiego matki. Następnie z puli dostępnych projektów ogólnomiejskich wybieramy ten o ID „M/19/XIII” o tytule „Arena Katowice – stwórzmy strefę codziennego relaksu dla całych rodzin przy naszej GieKSie!„, który został zgłoszony przez Agnieszkę Piątek.
Po wybraniu projektu musimy mu przyznać punkty od 1 do 3. My zachęcamy oczywiście do przyznania maksymalnej liczby punktów. Na sam koniec musimy zatwierdzić wszystko bezpłatnym SMS-em, który otrzymamy z systemu po podaniu naszego numeru telefonu. Głosować można raz, ale na jeden numer telefonu można otrzymać 5 kodów potwierdzających, więc jeśli ktoś z Waszej rodziny nie posiada telefonu komórkowego (np. osoby starsze), to możecie jej pomóc w głosowaniu.
W środę 16 września o 12:00, dokładnie w połowie głosowania, opublikowano bieżące wyniki. Nasz projekt ma na koncie 5438 punktów i zajmuje drugie miejsce na liście projektów ogólnomiejskich. Wyprzedza „doposażenie katowickiego OSP” (4974 punkty), ale ma mniej niż „kastracja, sterylizacja, chipowanie oraz szczepienia zwierząt” (6085 punktów).
Szczegóły projektu dostępne są tutaj, a instrukcja głosowania tutaj. Głosujemy natomiast na stronie internetowej bo.katowice.eu. Zachęcamy wszystkich kibiców GieKSy nie tylko do głosowania, ale także do przekazywania informacji pozostałym sympatykom/mieszkańcom Katowic.
Felietony Piłka nożna
Opór przed rozwojem
Przed trójmeczem wyjazdowym postanowiłem sobie określić liczbę punktów i swój stosunek do potencjalnej zdobyczy. Z góry przepraszam za przekleństwa. Ale jakoś musiałem stopniować. Mając w głowie naszą indolencję we wcześniejszych wyjazdach miałem więc w głowie coś takiego:
2 punkty – ch…owe k…a minimum
3 punkty – ch…owe minimum
4 punkty – minimum
5 punktów – dobrze
6 punktów – bardzo dobrze
7 punktów – kapitalnie
9 punktów – idealnie.
Już po pierwszym z tych trzech meczów cieszyłem się, że „ch…owe minimum” osiągnęliśmy, a do minimum brakuje jednego punktu. A do „dobrze” zaledwie dwóch remisów. Co było potem wszyscy wiemy. „Ch…owe minimum” ostatecznie zostało osiągnięte, ale patrząc z perspektywy, że już na początku, a potem nie pociągnęliśmy – frustracja jest tym większa.
Naprawdę niewiele zabrakło i niewiele trzeba było zrobić, żebyśmy po meczu z Górnikiem nie musieli już wracać do tych nieszczęsnych wyjazdów i odmieniania tego słowa – w negatywnym kontekście – przez wszystkie przypadki. Gdybyśmy wczoraj choćby zremisowali po średniej grze – można by było na ten moment uznać, że jako tako wszystko wróciło do normy – tu wygrana na wyjeździe, tu porażka, tu czasem remis wpadnie. Niestety to, co działo się zarówno tydzień temu w Gliwicach, jak i wczoraj w Lubinie każe myśleć, że kapitalne skądinąd zwycięstwo w Zabrzu było jakąś niesamowitą anomalią. Tym bardziej, jeśli spojrzymy na postawę Górnika w tym sezonie. I że to był wypadek przy pracy, tylko w pozytywną stronę.
Nie chce nawet myśleć, co by było, gdybyśmy przy Roosevelta przegrali, a przecież było tego bardzo blisko. Bilans sześciu porażek w siedmiu meczach wyjazdowych to katastrofa, ale siedem na siedem to już by była karykatura. Nawet outsiderzy nie mają takich bilansów. Na szczęście w Zabrzu wygraliśmy i ten wyłom w tragicznej wyjazdowej postawie jednak się pojawił.
Liczyliśmy jednak na to, że wygrana – i to w takich okolicznościach – da drużynie przełącznik na te wyjazdy, że w końcu siłą rozpędu zespół zacznie grać na innych stadionach niż Katowice. Tym bardziej, że przeciwników mieliśmy słabszych. Choć Piast się podnosi, to całkiem niedawno przegrywał 0:4 u siebie z Wieczystą w pewnym momencie meczu. Za to Zagłębie – toporne, beznamiętne i bezjajeczne, było tą ekipą, z którą drużyna mająca aspiracje powinna sobie w tym momencie sezonu poradzić. Albo przynajmniej nie przegrać. A już na pewno nie dać się tak kompletnie zdominować.
Naprawdę trudno mi uwierzyć, że na tle naszej drużyny, toporni na co dzień przeciwnicy, wyglądają jakby byli wirtuozami piłki. Wiadomo, że z tą wirtuozerią to lekka przesada, ale z tym, że wyglądali jak drużyna dobra i szybka już nie. Jak Miedziowi męczyli bułę czy kompromitowali się w Pucharze Polski, tak zorientowawszy się, że przyjechał „wyjazdowo najlepszy” GKS Katowice, nagle zaczęli być szybcy, dynamiczni, wygrywający pojedynki, mający pomysł na grę, atakujący i stwarzający sytuacje.
Choć to tak naprawdę tylko wrażenie. Zagłębie wcale nie zagrało wybitnego meczu. Solidny i dobry tak. Ale nic szczególnego.
Powtórzę taktykę naszych przeciwników i co tam trener mówi im w szatni. Brzmi to mniej więcej tak: „Wicie kurwa, chłopacy, kurwa rozumicie, naciście, biegajcie kurwa, uderzajcie ze łba i z bara, kurwa i oni się wtedy pogubią. A potem jak kurwa kurwa strzelicie, to oddajcie im balik, bo oni kurwa nie wiedzą, co z nim zrobić i przewracają się na chałce”.
Tak widzę odprawy przedmeczowe u naszych przeciwników.
Absolutnie niepojęte jest to, jak my na wyjeździe zapominamy każdy aspekt gry w piłkę. Bo jak wspomniałem – wyniki to jedno. Można przegrać, można nawet przegrać 2-3 mecze z rzędu. Nieszczęśliwy splot okoliczności, jakiś kryzys, błąd sędziego, po prostu słabszy moment. Ale u nas to nie jest kryzys. To jest jakieś totalne odcięcie od umiejętności i mentalu. To jest tak systemowy problem, że właśnie jedno zwycięstwo w Zabrzu kompletnie nie zmienia tego obrazu.
I ostatecznie w defensywie jesteśmy ultrasłabi, a w ofensywie to my gramy toporny futbol. Pod przykrywką rozgrywania ataku pozycyjnego i specyficznej tiki taki, pierdyliarda podań wszerz boiska i kompletnego braku brania na siebie odpowiedzialności za podjęcie decyzji – o ostatnim podaniu, o pójściu jeden na jeden a wysokości pola karnego, o strzale. A jak już ktoś taką decyzję raz na jakiś czas podejmie, to jakość wykonania jest bardzo słaba.
Dobra, odwlekałem. Robię teraz krótką przerwę od pisania i oglądam skrót. Miejcie mnie w swojej opiece.
<ogląda skrót>
<idzie ochłonąć po obejrzeniu skrótu>
<z niechęcią wraca po godzinie do pisania>
Nie, po prostu nie dało się na to patrzeć. Jak już stworzyliśmy sobie najlepszą okazję, to Marcel zachował się absolutnie kuriozalnie – będąc w dobrej pozycji w polu karnym, taki rzut karny pod lekką presją, po prostu podał piłkę do bramkarza. Koszmar. Podobnie jak tracone bramki. W pierwszej sytuacji mieliśmy déjà vu z Gliwic. Czyli znów wysoko ustawiona obrona i prostopadłe podanie za plecy na skrzydło. Gdzie oczywiście nie było Wasyla, więc już byliśmy ugotowani, bo nasi obrońcy bardziej w centrum boiska nie byli w stanie nic zaradzić. Arek nie przeciął, Alan dał się wyprzedzić i mieliśmy bramkę.
Drugi gol to po pierwsze rozklepanie nas jak dzieci. Ale to jeszcze pół biedy – czasem przeciwnik zrobi na tyle dobrą akcję, że przechytrzy rywala, zdarza się. Natomiast tyle luzu, ile miał Kosidis w polu karnym w momencie, gdy dostawał podanie, to jest kolejny defensywny kryminał tego sezonu. Plus wisienka na torcie, czyli nasz kapitan, który chyba sam nie wie, co chciał w tej sytuacji zrobić. On się normalnie, najnormalniej w świecie położył się w tej akcji. Tak jakby chciał zniknąć, nie uczestniczyć w tym evencie. Nie doskok, nie blok, nawet nie markowanie czegokolwiek. On się po prostu położył na boisku. To już druga taka sytuacja, po uchyleniu się przy trzecim golu dla Piasta.
Fatalna też była sytuacja, w której jednym podaniem rywale dosłownie przeszyli całą naszą trójkę środkowych obrońców i Sypek wyszedł sam na sam.
I tutaj muszę trochę napisać o zawodnikach, bo ode mnie ze względu na jednak summa summarum fajny poprzedni sezon, puchary i całokształt ekstraklasy w wydaniu zespołu, mieli trochę parasola ochronnego. No i jak to mówią, bez osobistych wycieczek, bo ja lubię tych piłkarzy, ale wkurzają mnie niemiłosiernie czasem, no i ostatnio zawodzą. Więc panowie nie obrażajcie się, tylko po prostu… się ogarnijcie.
Zacznę od wspomnianego Arka. Nie chcę być złym prorokiem, ale to trochę wygląda tak, jakby ząb czasu trochę nadgryzł naszego kapitana. Chciałbym wierzyć, że w jego przypadku to jest tylko kryzys formy. Natomiast patrząc na postawę jednak naszej ikony tej nowej GieKSy, to w ostatnim czasie po prostu Arek Jędrych nie daje rady. Jest wolny, daje się wyprzedzać zawodnikom rywala, popełnia proste błędy, gdy piłka jest w jego pobliżu, gdy się broni, serce podchodzi do gardła. W niektórych meczach w dość prostych sytuacjach kilka razy grał na alibi (wybicie na aut), tak jakby sam dobrze wiedział, że piłka się go nie słucha. Źle się ustawia. Niestety – Arek jest w tym sezonie tak słaby jak znakomicie wykonuje rzuty karne. Ogólnie wszyscy wiemy, jak dużo dał GieKSie i jako szef na boisku – dokąd nas doprowadził. Jednak czas mija. I nie chodzi mi o to, żeby zawodnika teraz gdzieś totalnie odstawić. Jednak nie może być nietykalny, jeśli chodzi o pierwszy skład, tylko dlatego, że jest kapitanem i tak ważną postacią dla tego zespołu. Z tym tematem – piłkarsko i psychologicznie, jeśli chodzi o całą drużynę – sztab trenerski musi sobie poradzić.
Oczywiście to nie jest jedyny zawodnik, który zawodzi i absolutnie nie można z niego robić kozła ofiarnego. Bo zawala cała drużyna. Przede wszystkim boli to, że nie widać żadnego progresu, choćby w porównaniu z poprzednim sezonie. GieKSa utknęła w nie wiadomo czym, a niektórzy piłkarze wręcz zaliczyli regres.
Straszliwie zleciał z formą Marcin Wasielewski. Ten walczak, ten dzik, którego znamy z poprzednich sezonów, teraz gra tak beznamiętnie i nieefektywnie. Dodatkowo brakuje mu decyzyjności, woli – mimo że ma dobrą sytuację – gdzieś tam się obrócić i szukać Alana Czerwińskiego. O wygranych pojedynkach na boku możemy zapomnieć.
Mateusz Kowalczyk ogólnie dobrze, że wrócił do składu, lepiej go mieć niż nie mieć. Tragedii nie ma, ale to jednak nie jest to. W tej jego destrukcji i kreacji początku akcji nie ma błysku, o ile można mówić o błysku w destrukcji. Nie no – można jak najbardziej.
Borja Galan teraz jest kontuzjowany, ale przecież też totalnie zjechał z formą.
Eman Marković to mam wrażenie, że sobie krótkim fragmentem na wiosnę bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę i sam nie wiem, jaki to jest zawodnik. Bo wtedy do czasu swojej eksplozji był ultraprzeciętny, a w tym sezonie jest bardzo słaby, nie licząc pojedynczych momentów.
Mateusz Wdowiak próbowany na wahadle też ostatecznie – jak to ktoś napisał – „przychodził jako rezerwowy Zagłębia i dalej wygląda jak rezerwowy Zagłębia”. Ja osobiście zawsze sobie dużo obiecuję, jak Mateusz wchodzi na boisko, ale na oczekiwaniach się kończy. Ciągle w niego wierzę i chciałbym go mimo wszystko zobaczyć więcej na boisku.
Marcela póki co ekstraklasa w GieKSie chyba jednak weryfikuje. Problem polega na tym, że gdy w GieKSie zaczynał, widzieliśmy zawodnika szybkiego, z potencjałem, z błyskiem, który jednak nie ma chłodnej głowy. Mieliśmy nadzieję, że jak tę głowę ustabilizuje, to będzie lepiej. Niestety teraz nawet tego potencjału nie widać. Również stał się toporny i bardzo słaby w swojej grze. I zastanawiam się, czy to przypadkiem nie jest jego poziom.
Erik Jirka od czasu, kiedy przyszedł do GKS również kompletnie nic nie wnosi. Wiele sobie obiecywałem po tym transferze, pamiętając go z Piasta. Ostatecznie próbuje jakiś szum robić na skrzydle, ale efektu z tego nie ma żadnego.
Bartek Nowak niedawno w wywiadzie w Canal Plus mówił, że chce częściej uderzać na bramkę. I tutaj wychodzi paradoks, bo ja mam wrażenie, że jakby strzelał częściej, to byłby mniej samolubny. A tak wychodzi na to, że on po prostu uwielbia szukać tych swoich podań i choć pozornie jest to gra dla zespołu, to jest to jednak bardziej… egoistyczne. Bartek naprawdę, weź uderz czasem z tego dystansu czy z pola karnego i nie szukaj na siłę podania. Technikę masz to po prostu strzelaj, a nie kombinuj. Czekamy na Twoje gole, nie tylko asysty.
Choć i tak nawet w takim żenującym meczu całego zespołu Bartek potrafił ze dwa razy świetnie obsłużyć kolegów…
Dla mnie wielkim zawodem jest Bartosz Wolski. Zdania są podzielone, jedni mówią, że gra dobrze, inni że nie. Może nawet w statystykach i analizach liczbowych wychodziłoby, jakie to Bartek ma świetne parametry, że byłoby sto odbiorów, podań progresywnych i innych badziewi. Tyle, że jakoś tego nie widać na boisku. Zawodnik jest przezroczysty, nasz środek pola nie istnieje, poza beznamiętnym przekazywaniem sobie piłki w poprzek boiska.
I tak dalej, i tak dalej, można by jeszcze mówić o np. Pau Reście, Lukasie Klemenzu itd…
Do tego wiecznie kontuzjowany Adam Zrelak, Olek Paluszek dochodzący do siebie w nieskończoność, Damian Rasak, który wraca, wraca, ale wrócić nie może.
Aha, jeszcze bramkarz Gabriel Kobylak. Meczów nie zawala, ale też nie wybrania. Sam fakt, że o nim zapomniałem trochę też mówi, że mamy bramkarza póki co przezroczystego, choć w tym przypadku akurat nie powiedziałbym, że to wada. Ale nie jest też to zaleta.
Tak naprawdę jedynym piłkarzem, który zrobił widoczny progres jest Ilja Szkurin. I tu jest kolejny niesamowity paradoks. W poprzednim sezonie, gdy widzieliśmy tę waleczną GieKSę, biorącą odpowiedzialność za różne wydarzenia boiskowe, Ilja jawił się jako ten, który nie za bardzo chce wracać, walczyć, angażować się w tę intensywną grę.
A tu nagle nastąpiło odwrócenie. Ilja się tej GieKSiarskiej gry nauczył, a reszta wygląda, jakby zapomniała. I to teraz nasz napastnik wygląda na tego, który najbardziej odpowiedzialnie pracuje. Cofa się po piłkę, próbuje rozgrywać, notuje nawet skuteczne interwencje we własnym polu karnym. Walczy z przeciwnikami w pojedynkach. Tak, Ilja zaliczył duży progres. Nie jego winą jest to, że partnerzy nie potrafią mu dostarczyć dobrej piłki do wykończenia. Ale swoich bramek już w tym sezonie i tak trochę strzelił. Naprawdę to zawodnik, do którego mam najmniej pretensji, w zasadzie to nie mam żadnych. I to cieszy. Ilja, tak trzymaj.
Tym razem trener nie mówił naokoło o efektywności czy jej braku. Powiedział wprost, co zadecydowało i że nie jest dla niego akceptowalne tak dać się zdominować. Wiadomo, że jest to konferencja prasowa i i tak jest dość dyplomatyczny, ale przynajmniej nie słyszeliśmy, że było dobrze, skoro nie było. A było fatalnie.
Jedynie nie zgodziłbym się z trenerem z tym „niefortunnym” terminarzem na początku. To znaczy wiem, że odniósł się jedynie do proporcji meczów u siebie i na wyjeździe. Ale patrząc na samych przeciwników, to schody akurat dopiero się zaczną.
No bo sorry, ale póki co graliśmy w większości z drużynami słabymi lub przeciętnymi. Motor to za chwilę będzie się dramatycznie bronił przed spadkiem, Wisła Płock czy Radomiak mają swoje problemy i w wielkiej formie nie są, Piast gra w kratkę, Zagłębie – swój głównie remisowy antyfutbol (oprócz meczu z GKS). Jeszcze takimi badziewiakami jest Cracovia, z którą nie wyobrażam sobie nie wygrać. Cracovia bowiem jest chyba jeszcze słabsza niż Zagłębie, a trener Bartosz Grzelak… nie wiem co tam robi, bo Pasy wyglądają fatalnie od jego przyjścia.
No ale przecież przed nami starcia z Rakowem, który przecież chce się odbudować i w końcu wygrał pierwszy mecz, a już na Lechu wyglądał dobrze. Zagramy niedługo z Koroną, która świetnie się spisuje w tym sezonie. Będzie Widzew, który z nową miotłą w końcu będzie chciał zacząć coś grać w tej lidze. A przecież dopiero przed nami Jagiellonia, Lech, Legia. I na koniec roku Wisła, która kto wie, czy się nie rozpędzi, bo z Jagiellonią zagrała wybitnie. Jeśli my się nie ogarniemy, to mogą nastać ciężkie czasy.
I nie możemy liczyć na te mecze u siebie. Bo statystyka i zdrowy rozsądek mówi, że prędzej pogubimy jakieś punkty na własnym stadionie niż zaczniemy regularnie je zdobywać na wyjazdach. Z prostej przyczyny – łatwiej utracić coś, co trzyma się wielkim wysiłkiem niż nagle wskoczyć na swoje wyżyny.
Czasem robimy dobrą minę do złej gry, chcemy wierzyć, że porażki czegoś będą uczyć, że wpłyną na rozwój. Rzadziej tak się wydarza, częściej jednak wnioski nie są wyciągane. Nie tylko w piłce, ale i w życiu. Taki jest świat. Dlatego też zawsze wierzę, że na przykład taka wygrana z Górnikiem będzie przełamaniem. A potem przychodzą takie „spektakle” jak z Piastem i Zagłębiem.
Jedyną moją nadzieją, której akurat się trzymam, to fakt, że w szerszym kontekście trener Górak i piłkarze z podobnych tarapatów kilkukrotnie już wyszli i potem było świetnie. Więc tu nawet nie chodzi o to, że nie mam optymizmu, bo ten u mnie nie słabnie. Ale pojawia się – myślę uzasadniona – niecierpliwość i frustracja, że po raz kolejny musimy się z czegoś wygrzebywać.
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie do złamania
Zastanawiam się czasem, co i dlaczego mnie wkurza w tej naszej GieKSie. Skąd ta złość na przykład po meczach z Piastem i Zagłębiem. I już dobrze wiem, skąd.
Gdyby to była drużyna słaba jakościowo, z kiepskim trenerem, pewnie jakoś godziłbym się na to, że jesteśmy gdzieś w ogonie tabeli. Ot, uznawałbym, że po prostu grają na tyle, na ile potrafią i ostatecznie w związku z tymi umiejętnościami nie ma co mieć wielkich pretensji. Tak było w niektórych sezonach lata temu. Jeszcze w „starej” ekstraklasie na przykład.
Teraz jednak jest tak, że wiem, że GKS stać na wiele. Że ta drużyna ma potencjał, że poszczególni piłkarze są przecież w stanie po prostu dobrze grać w piłkę. Udowadniają to za każdym razem, gdy mecz rozgrywany jest przy Nowej Bukowej. Istnieją na razie dwa duże mankamenty – gra obronna i gra na wyjazdach. Tak jak pisałem – gdyby nie te przywary – bylibyśmy pewnie w czwórce. Ktoś powie, że przesadzam. Ale dlaczego? Przecież mając te minusy jesteśmy drużyną środka, a naprawdę nie ma specjalnie wielkiego dystansu pomiędzy ekipami z ekstraklasy.
Wiem więc, że ten potencjał zespół ma i stąd frustracja, gdy nie jest on wykorzystywany. Oczywiście świat nie jest idealny i potencjał nie równa się efekt. Natomiast złość dotyczy tego, że na wyjazdach nie wykorzystujemy go choćby w 20 procentach. W zasadzie nie wykorzystujemy go w ogóle.
Ale to tylko taki wstęp. Bo wczoraj graliśmy u siebie. Pisałem przed meczem o statystyce, która mówi, że w końcu u siebie przegramy, a już na pewno stracimy punkty. I było tego wczoraj blisko, ale tak jak zamieściłem w tytule przedmeczowego felietonu – GieKSa stoczyła niesamowitą batalię z tą statystyką. I to batalię zwycięską, a było przecież piekielnie trudno.
Piekielnie trudno wynikowo, bo jeśli o samą grę, to przecież ona była bardzo dobra i GKS był w tym spotkaniu drużyną zdecydowanie lepszą. Jednak utrata bramki w pierwszej minucie drugiej połowy, potem – wydawałoby się – opanowanie sytuacji na 2:1 i utrata tego prowadzenia. Niejedna drużyna by się podłamała. GKS jednak grał swoje, dążył, ciągle dążył do tego, żeby jednak wygrać. A zadanie w końcówce było tym trudniejsze, że Cracovia wcale nie cofnęła się do dramatycznego bronienia remisu, tylko zwietrzyła szansę na zwycięstwo. I w 89. minucie mieli strzał w poprzeczkę.
Ofensywa GieKSy bardzo się podobała. To nie było to mozolne, bezradne próbowanie jak w Gliwicach, Lubinie czy wcześniej w Lublinie. Tutaj Katowiczanie dochodzili do sytuacji, mieli swoje dynamiczne akcje i groźne strzały. Naprawdę trzy razy trafić w obramowanie bramki w pierwszej połowie mówi o tym, że brakowało tak bardzo niewiele, by objąć prowadzenie. W drugiej już wpadało. GKS znów był u siebie efektowny i skuteczny. Kapitalnie się na to patrzyło.
To był kolejny tych meczów, w których miałem przeczucie, że GKS w końcu bramkę strzeli. Najpierw w przerwie – byłem o to absolutnie spokojny, z taką grą. Wiadomo, że bramka zaraz po przerwie wkurzyła, ale to się po prostu zdarza. Wiedziałem, że z dużym prawdopodobieństwem GKS wyrówna, a nawet wyjdzie na prowadzenie. Wątpliwości nadeszły dopiero przy stanie 2:2, ale to już wynikało po prostu z małej ilości czasu do końca meczu. Zespół jednak konsekwentnie dążył do przodu i tego rywala na koniec decydującym ciosem trafił.
Trener dokonał kilku zmian w podstawowym składzie. Przede wszystkim na ławce tym razem zasiadł Arkadiusz Jędrych. I tutaj trochę się rozwinę, bo poświęciłem Arkowi trochę miejsca ostatnio. Tu absolutnie nie chodzi o robienie z zawodnika kozła ofiarnego czy żeby ktoś sugerował, że potencjalne odstawienie go to „wotum nieufności”. Wszyscy musimy sobie zdawać sprawę, że tzw. dobro drużyny, choć ja bym powiedział dobro klubu, musi być ponad kogokolwiek, niezależnie od statusu, nawet statusy legendy czy ikony. Arek jest w naszym panteonie, jakbyśmy spojrzeli na GieKSę w XXI wieku. Wielka postać i twarz wygrzebywania całego klubu ze zgliszczy.
I ucieszyła mnie ta decyzja. Nie dlatego, że wyszło na moje czy że pomyślałem sobie, że „zawodnik się doigrał”. Nic z tych rzeczy. Ucieszyłem się z tego, że trener reaguje, że liczy się dyspozycja sportowa i szukanie jak najlepszych rozwiązań na ten moment. I jeśli trener porozmawiał z kapitanem, zakomunikował mu to, a Arek bez pretensji i obrażania się zaakceptował tę decyzję – to mimo, że pewnie w jakiś sposób go to boli – to oznacza to, że jest prawdziwym kapitanem, już nie tylko na boisku. Dla mnie – patrząc szerzej – ma to większe znaczenie niż jakaś pojedyncza roszada z meczu na mecz. Jeśli takich akcji nie podejmuje się ze względu na strach przed jakimś kwasem, to nie świadczy to dobrze o zespole. Jeśli wszystko kończy się co najwyżej na „sportowej złości”, to znaczy, że drużyna naprawdę jest monolitem i dobrze funkcjonującą organizacją, w której podejmujemy takie próby, żeby usprawniać. Zresztą patrzyłem sobie na Arka kątem oka podczas rozgrzewki przed meczem i w trakcie meczu. Totalnie normalne, niesfochowane zachowanie. Nie żebym go o to wcześniej podejrzewał, absolutnie. Ale teraz to zobaczyłem. I szczerzę życzę mu powrotu do formy. Kapitan.
Ciężko ocenić defensywę w tym meczu. Bo z jednej strony uważam, że zagrała dobrze i pewnie, ale… straciła dwie bramki. Cracovia – trzeba przyznać – strzeliła je dobrze. To były bardzo dobre dośrodkowania i wykończenia. Popełniliśmy błędy, ale nie były to takie wielbłądy jak w meczach poprzednich. Przyspał trochę Marcin Wasielewski w obu sytuacjach. Przy drugim golu zawodnik rywala okazał się sprytniejszy niż Pau Resta i Lukas Klemenz.
Z drugiej strony Marcin miał udział przy dwóch bramkach GieKSy. Najpierw swoją dynamiką wdarł się w pole karne i pozwolił Al-Ammariemu na zagranie ręką, a przecież potem jeszcze dobrze dośrodkował. No i centra przy drugim golu była bardzo dobra – mocna, na dobrej wysokości, tak że Mateusz Kowalczyk mógł efektownie strzelić, a Mateusz Wdowiak dobić. Tak więc Wasyl był zamieszany w całkiem sporo bramek w tym meczu.
Jednak te tracone gole to jest dość potężny mankament, bo jak pytałem trenera na konferencji po Piaście, to mieliśmy średnią półtorej traconej bramki na mecz. W kolejnych dwóch spotkaniach cztery razy pokonywali nas piłkarze rywali, więc ta średnia wzrosła. Absolutnie musimy się w tym temacie ogarnąć.
Jak w kilku meczach – znów popisali się zmiennicy. Mieli oni olbrzymi udział przy trzecim golu. Kapitalny przechwyt wykonał Mariusz Olsen. Bartosz Wolski zaliczył całkiem dobre dośrodkowanie. A Borja świetnie – już w ramach pola karnego – obsłużył po ziemi Ilję.
No a potem już był show naszego napastnika. Oczywiście po raz kolejny zawodnik świetnie pracował w meczu. W tej sytuacji natomiast zrobił to, co rasowy napastnik umie – zastawił się, przyjął i przygotował do strzału, a potem uderzył precyzyjnie. Tak, że piłka śmignęła koło ucha Traoré i wpadła do siatki.
Tym samym Białorusin po raz drugi w ostatnim czasie dał zwycięstwo GieKSie w doliczonym czasie. No dobra… teraz tak minimalnie przed, bo zegar pokazywał 89:55. Ale nadal mieści się to w definicji hasła „jesteś tak piękna jak gol w 90. minucie”. Tak jak w życzeniach na telebimie w przerwie meczu. Ziściło się. GieKSa w lidze drugi raz, a jeszcze była wygrana na koniec meczu z Hapoelem. Wolimy strzelać w końcówce niż tracić.
Przede wszystkim jednak GKS Katowice po raz czwarty w tym sezonie odwraca wynik z przegrywania na końcowe zwycięstwo. Tak było z Radomiakiem, Hapoelem i Górnikiem. Cztery razy dokonać takiej sztuki na dystansie dwunastu meczów – to jest wyczyn. Wiadomo, że wynika on z tego, że… GKS bramki traci. Ale skoro już traci, to niech zdobędzie więcej. Dodam tylko, że w pierwszym sezonie po awansie na taką sytuację czekaliśmy aż do kwietnia i meczu z Puszczą Niepołomice. Potem jeszcze zrobiliśmy to w ostatniej kolejce w Gdańsku. A w poprzednim rozgrywkach sytuacja, w której GKS przegrywał, a jednak wygrał spotkanie zdarzyła się zaledwie raz – z Radomiakiem. Więc w obecnym sezonie – a ściślej na dystansie nawet nie dwunastu, a dziewięciu meczów – GKS odrobił straty z nawiązką więcej razy niż w całych dwóch poprzednich. I jak pisałem, że w pewnych aspektach jest „opór na rozwój”, czyli te nieszczęsne wyjazdy, to w tym aspekcie jest niesamowity progres mentalny. Nasza drużyna ma te słabsze mecze, ale generalnie jest nie do złamania.
Drugi raz ucierpiała na tym Cracovia. Pamiętamy przecież mecz przy Kałuży sprzed dwóch lat. Tam Källman trafił na 3:3 w 93. minucie, a GieKSa potrafiła jeszcze trafić za sprawą Sebastiana Milewskiego. W ogóle mecze z Pasami mają swoją historię, wygraliśmy przecież z nimi na Nowej Bukowej 2:1, a ostatnio przegraliśmy 0:3. Choć bardziej bolesna była porażka na wyjeździe, gdzie ultrasłaba tego dnia Cracovia jednak wygrała z GieKSą po golu Hasića wiosną tego roku.
Niezłomność to niezaprzeczalna cecha tej drużyny. Nie da się ich nie lubić, choć potrafią być niesforni i nieraz wkurzają. No, jak to w rodzinie bywa. Znów mieliśmy dreszczowiec na Bukowej i euforię na sam koniec. Wspaniały wieczór.
Trzeba tylko jeszcze odczarować tę bramkę po przeciwległej stronie niż Blaszok. Bo tam piłkarze GKS strzelili tylko dwie bramki. Chyba chcą, żeby kibice z Blaszoka mieli bardzo dobry widok na gole, bo dla odmiany do tej bramki pod najbardziej dopingującą trybuną trafili aż czternaście razy.


Fjodor
9 listopada 2019 at 21:54
Który cisnął termosem, Ty czy Mayek? 🙂
tomassi
9 listopada 2019 at 22:28
brawo dla autora
jedziemy dalej
tomassi
9 listopada 2019 at 23:05
gdzie jest ta cała ekipa krytyków która po każdym meczu wylewała żale swoje?
Trudno coś pochwalić?
A my dalej swoje…. Hej GieKSa gol….
Pamiętamy też o kibicach których los doświadczył szczególnie.
To jeden z nas Piekarski kibic który potrzebuje pomocy.
#Jeden za wszystkich,wszyscy za jednego#.
Robson
10 listopada 2019 at 00:25
Chciał bym wiedzieć dlaczego nieuznano nam 3 bramki bo oglądam powtórkę 7 raz i nie widzę powodu. Jak i te 2 karne z dupy zwłaszcza pierwszy nie dość że przed linią to gdzie tam karny?
Ale nic możemy jedynie zaśpiewać jedną z ulubionych pieśni Polscy sędziowie to kurwy sprzedawczykowie..
Nerwus
10 listopada 2019 at 05:53
Z czarnymi jeszcze nikt nie wygrał, to jest mafia.
Irishman
10 listopada 2019 at 07:12
Oglądałem BEZNADZIEJNĄ relacje na tv.com, więc co do spalonego i drugiego karnego się nie wypowiadam, bo….. po prostu tego nie pokazali. Ale pierwszy karny – EWIDENTNY.
Irishman
10 listopada 2019 at 07:17
Shellu, po co to „pokrzepienie serc”? Przecież jest pięknie! Ja też wierzyłem w Góraka i też nie sądziłem, że to tak szybko zaskoczy! Po prostu chciałem, aby straty punktowe….. do baraży nie były zbyt duże! 🙂
No ale z tymi punktami to poczekajmy, bo gramy jeszcze trzy mecze z wiosny. A szczególnie następny w Pruszkowie będzie BARDZO TRUDNY ze względu na absencje chyba z pięciu podstawowych zawodników!
Irishman
10 listopada 2019 at 07:24
A po awansie, to proponuje abyśmy się wszyscy zrzucili na termos dla Was i to z atrakcyjną zawartością, za to świetną robotę jaką robicie na wyjazdach! 🙂
Za wczoraj szczególne słowa uznania dla Błażeja, który serio miał ciężko. W pewnym momencie nie wytrzymałem już pier….nia komentatora tvcom i postanowiłem przełączyć fonie na nasze radio. Niestety tam też było tylko słychać kibiców Resovii. Mimo wszystko Błażej robił co mógł i gardło ma na bank zdarte!
Kibol
10 listopada 2019 at 07:48
tragedia psychika słaba z 2:0 to tylko frajerzy odpuszczaja albo ci co sa przepłaceni
19BOrYS64
10 listopada 2019 at 10:45
Zgadzam się w pełni z opinią, że jeszcze tej wiosny każdy z Nas cieszyłby się z aktualnego stanu rzeczy. Realia jednak się zmieniły i jeśli chcemy wrócić na zaplecze Ekstraklasy to mecze z liderami tabeli należy wygrywać. W meczach ze Stala, Widzewem i Resovia ugralismy 3pkt na 9 możliwych. Głęboko wierząc w awans, nie chciałbym liczyć 6 pkt straconych w starciach bezpośrednimi rywalami. Niestety przy mentalności naszej drużyny mecze barażowe mogłyby by się okazać prawdziwą gehenna.
1964
10 listopada 2019 at 10:56
A moim zdaniem awans robi się robiąc punkty z dołem tabeli!Te mecze są trudniejsze pod względem psychiki. Wydaje się że musisz wygrać bo grasz z kelnera i. A tak naprawdę jak się nie przyłożysz to się nie wysrasz.Z drużynami z czołówki nie trzeba się dodatkowo motywować. Chłopaki i sztab szkoleniowy zrobili wiele ale to dopiero pierwsza połowa!
Roh
10 listopada 2019 at 11:16
Szkoda tego meczu i tyle jak prowadzi sie 2-0 nie powinno sie tego wypuscić. Walczymy dalej.
pablo eskobar
10 listopada 2019 at 11:44
Nieda sie grac przez 90 minut na pelnych obrotach kto kiedys gral w pilke to otym doskonale wie ten szpil powinien byc zabity w pierwszej polowie bo byly na tookazje nieudalo sie i w drugiej czesci poprostu niewystarczylo sil aby dalej grac tak jak w pierwszej polowie szkoda ale taka jest pilka
KaTe
10 listopada 2019 at 12:37
Nie ma co marudzić. Wszyscy wiedzą, że przy wyniku 2:0, kolejny gol może zmienić obraz meczu: albo załamie przeciwnika, albo (przy 2:1) go zmobilizuje.
Tym razem się nie udało, ale ludzie – to dopiero listopad. Wszystko rozstrzygać się będzie w kwietniu.
Szkoda kontuzji Woźniaka. Jego postawa była ostatnimi czasy, dla nas, kluczowa.
@Irishman
10 listopada 2019 at 15:49
Jaka absencja 5 zawodników ? Za kartki będzie pauzował tylko Kiebzak.
greg
10 listopada 2019 at 18:28
pilkarski kryminal obiektywnie sedzia kryminal dlaczego gola nie uznal a ten 2 karny zalchlopaki do gory glowa
Pigula
10 listopada 2019 at 19:13
Życzę GKSie awansu, bo ta drużyna robi największe wrażenie w 2 lidze. (kibic Resovii)