Felietony Piłka nożna
Ku pokrzepieniu serc – cieszmy się tym co mamy!
Co można powiedzieć po takim meczu, po takim finale rundy jesiennej? To druga z rzędu runda, w której stracona bramka w doliczonym czasie gry coś nam zabiera. Na wiosnę była to utrata złudzeń i spuszczenie nas z hukiem do drugiej ligi. Teraz gol w 95. minucie zabrał nam bycie najlepszą drużyną jesieni w tej lidze. Znów okazało się, że życie kibica GKS Katowice to droga krzyżowa, która – można czasem odnieść wrażenie – nigdy się nie skończy.
Oczywiście to stwierdzenie – choć prawdziwie – jest emocjonalną reakcją na dzisiejsze okoliczności. Bo jednak patrząc obiektywnie, porównanie tegorocznej wiosny z obecną jesienią jest takie, że… nie ma porównania. Pół roku temu frustrowaliśmy się zawalanymi seryjnie meczami u siebie, z końcowym gongiem w postaci gola bramkarza. Dziś frustrujemy się, że nie udało nam się wskoczyć na pozycję lidera (to akurat się nie zmienia), jednak po rundzie, która – poza początkiem – była bardzo udana, wręcz kapitalna. Frustrujemy się, że prowadząc 2:0 na boisku lidera i być może najlepszej drużyny tej jesieni, nie potrafiliśmy utrzymać tego prowadzenia dwóch minut dłużej. Denerwujemy się tym, że zremisowaliśmy na wyjeździe z Resovią i Widzewem, będąc lepszymi od tych drużyn, a tak poza tym, to wygrywamy wszystko jak leci.
To trudny mecz do oceny, w kontekście rozpatrywania pozytywów i negatywów. Oczywiście w pierwszej chwili dominowała złość, że „znowu to samo”. Złość uzasadniona, bo ten mecz trzeba było zamknąć w pierwszej połowie, gdy przy stanie 2:0 mieliśmy kilka kolejnych znakomitych okazji i albo brakowało precyzji, albo szczęścia, bo bramkarz rywali dokonywał cudów w bramce. Ale sytuacje Rogalskiego, Woźniaka czy Błąda po prostu MUSIAŁY się zakończyć bramką. A jak już Stefanowicz trafił, to sędzia bramki nie uznał. Między sobą mówiliśmy w przerwie, że bardziej jesteśmy wk..ieni, że nie udało się tego trzeciego gola zdobyć, niż cieszyliśmy się, że mamy przecież wyśmienity wynik. No niestety – my kibice GieKSy nauczeni wieloletnim doświadczeniem i milionem klęsk, gdy nieraz wydawało się, że zwycięstwo jest w garści, a kończyło się płaczem i zgrzytaniem zębów. I to dwubramkowe prowadzenie w kontekście zmarnowania tylu sytuacji – nie mogło nie powodować obawy, że to się zemści. I po raz milion pierwszy niestety się zemściło. Po meczu był tylko żal, złość i rozwalony termos, ciśnięty gdzieś tam w ścianę kabiny prasowej. A trener Górak minę na konferencji i gdy wychodził z sali miał taką, że jedynie – porównując – rolki papieru prostujące się na Bukowej za czasów Mariana Dziurowicza mogłyby dostatecznie oddać powagę sytuacji.
Jakkolwiek obecną drużynę oceniamy lepiej pod względem charakterologicznym, niż kilka poprzednich śmiesznych ekip, a dodatkowo widzimy w wielu nowych zawodników całkiem niezły potencjał czysto sportowy – jedna rzecz jeszcze się nie zmienia i wymaga poprawy. Bo o ile od początku sezonu kilka rzeczy – z meczu na mecz – się poprawiało, jak na przykład przeprowadzanie kontr czy stałe fragmenty, to ciągle jednak w momencie naporu przeciwnika, momentu, w którym nabiera on wiatru w żagle, gra szybko i agresywnie – gubimy się. Pojawia się nerwowość i chaos. Tak było w Łodzi, gdzie w końcówce Widzew mocno przycisnął – wówczas udało się jeszcze przejść suchą stopą. W Rzeszowie już się to nie udało i choć z gry przeciwnicy nie potrafili zdobyć gola, to dwa razy sprokurowaliśmy rzut karny. Ale wystarczy też wspomnieć inny mecz w Rzeszowie – ze Stalą, tam przecież w końcówce przeciwnik również miał sytuacje i cudem nie wbił drugiego gola.
Ten negatywny balans pomiędzy bardzo dobrą grą w ofensywie a pogubieniem w defensywie powoduje, że nie wygrywamy niektórych spotkań, ale z drugiej strony cieszmy się, że ich nie przegrywamy. To i tak jest postęp w porównaniu do poprzednich lat.
Jeśli czasem mówi się, że jakaś drużyna dostała zimny prysznic, to dzisiaj ten prysznic był lodowaty. Mogło być spektakularnie na koniec rundy. Nie wyszło i osuwamy się w tabeli, zamiast podnieść. Takie jest życie piłkarza i kibica.
Ale felieton ten nie ma na celu tego, żeby smęcić. Trener (na pewno) i piłkarze (miejmy nadzieję) doskonale wiedzą, co się stało. Coś zyskali świetną, naprawdę świetną grą w pierwszej połowie i coś stracili – dając się mocno zdominować w drugiej i przede wszystkim nie kontynuując swoje postawy z pierwszych 45 minut.
Kto jednak się spodziewał przed sezonem, a tym bardziej po początkowych meczach, na czele z pierwszą połową meczu ze Zniczem, że to będzie wyglądać tak jak teraz? Przecież ze Zniczem do przerwy było 0:3 i było pozamiatane.
0:3.
Zero trzy.
Męczyliśmy te początkowe mecze bardzo. O ile wyjazdowa wygrana w Wejherowie była pewna, to w Stargardzie mega szczęśliwa. Każdy gol na Bukowej w tych pierwszych meczach to była taka wymęczona buła, że stadion za każdym razem odlatywał, gdy udało się trafić do siatki. Z czasem te akcje zaczęły się coraz bardziej zazębiać, tych trafień było więcej, po ładnych, przemyślanych akcjach, kontrach, sytuacjach sam na sam. Z czasem tę GieKSę dało się oglądać, nawet jeśli nadal sporo meczów wygrywaliśmy w końcówce. Ale tworzył się charakter, coś więcej niż tylko kwestia piłkarska. Dwa mecze wygraliśmy grając w dziesiątkę, co przecież innym drużynom pewnie nie zdarza się czasem przez kilka dobrych lat. No i nie mówiąc już o serii meczów bez porażki (to już jedenaście) i takiej liczbie zwycięstw.
Przyznam się, że po pierwszym golu, widząc napór gospodarzy, bałem się, że ten mecz przegramy i będzie totalna klęska. A tak – mimo wszystko – mamy punkt na boisku lidera, będąc w pierwszej połowie drużyną „bardziej lepszą” od Resovii niż Resovia od GieKSy po przerwie. Więc choć boli ta bramka w doliczonym czasie gry, patrząc wyjściowo – na czas przed meczem – efekt jest zadowalający.
Powtórzę – pierwsza połowa była znakomita. Po prostu znakomita. GieKSa mogła strzelić i cztery bramki i Resovia nie mogłaby narzekać. To była najlepsza połowa w tym sezonie, a trzeba by było się zastanowić – najlepsza od jak dawna, bo w sumie przecieraliśmy oczy ze zdumienia. „Podnosiłem oczy ku górze dziękując, że przegrywaliśmy do przerwy tylko 0:1, bo w pierwszej połowie graliśmy bardzo źle” – powiedział kiedyś śp. Władysław Stachurski, trener Legii, gdy na Łazienkowskiej GieKSa prowadziła do przerwy 1:0. Ostatecznie Legia wygrała 2:1. Dzisiaj analogicznie – tylko z jedną bramką więcej – mógł powiedzieć trener Szymon Grabowski.
Nie wybrzydzajmy więc, bo choć dzisiaj bezpośrednio po meczu ilość przekleństw przekroczyła skalę, to tak naprawdę scenariusz mógł być na przykład taki, że żyliśmy złudzeniami poprzednich meczów, przyjechaliśmy na Resovię, dostaliśmy 0:3 po beznadziejnym meczu i te złudzenia by zostały zdeptane, pokazując, że wiele poprzednich meczów to był jakiś dziwny zbieg okoliczności, słabi rywale i masa szczęścia. Co przecież zdarzało się wielokrotnie w poprzednich sezonach, weryfikując negatywnie wcześniejsze pseudo-dobre wyniki.
Nie. Ten mecz właśnie coś udowodnił. Pokazał, że ta nowotworzona drużyna już ma swoją jakość. Ze swoimi mankamentami, pogubieniami i „głupotami”, jak to powiedział raz trener Górak, ale tak – ma swoją jakość. I ma nawet swój styl – tu też cofniemy się do naszego szkoleniowca, cytując go zdaniem z jego poprzedniej kadencji sprzed 7 lat, kiedy to po meczu z ŁKS w Łodzi powiedział, że ta drużyna ma swój styl „chaotyczno-szarpany”. Teraz na pewno taki nie jest – może był na początku sezonu – ale obecnie miło się patrzy na te próby młodych i doświadczonych zawodników, próby oparte na pressingu, grze tyłem do bramki, odgrywaniu na skrzydła i wykorzystywaniu szybkich bocznych obrońców czy pomocników.
Nie wybrzydzajmy. Jeśli GieKSa będzie konsekwentnie podążać tą drogą, którą wyznaczyli Górak, Góralczyk i cały sztab, to zwycięstwa po prostu będą tego logiczną konsekwencją. I po jakimś czasie nikt nie będzie rozpamiętywał meczu z Resovią, a jeśli już, to co najwyżej w zupełnie „urealnionych” kategoriach, czyli takich, że po prostu w piłce zdarza się utracić zwycięstwo w 95. minucie. Nawet po kiksie. Nawet po karnym.
Dlatego cieszmy się, że po takim Dudkowym koszmarze w ciągu pół roku udało się stworzyć taki kształt drużyny, jak obecnie. Ja, choć od początku w trenera Góraka wierzyłem, nie spodziewałem się, że na ten moment możemy być w tym miejscu. Jest naprawdę super.
Ale będziemy systematycznie studzić głowy. To dopiero połowa drogi w tym sezonie. Pamiętamy, co się kilka razy działo na wiosnę. Dobrze by było, żeby Rafał Górak też odrobił lekcję z historii, a jeśli będzie chętny, my również służymy przypomnieniem tej historii. Warto ją pamiętać i znać, bo jak wiemy, kto nie zna swojej historii, skazany jest na jej powtarzanie.
I tylko termosu żal. Ale niech to będzie ofiara za sukces na koniec sezonu!
Hokeiści GieKSy już za kilkanaście dni powrócą na lód, by rozpocząć przygotowania do sezonu 2026/27. Korzystając z przerwy – Wierzba spotkał się z Bartoszem Fraszko na godzinną rozmowę.
Dajcie znać, jak Wam się podobał odcinek. Prosimy także o pomoc w wypromowaniu podcastu poprzez lajki, udostępnienia, oceny w aplikacjach itd. Nie obrazimy się także na dyskusję w komentarzach. Z góry dzięki!
Możesz nas wesprzeć finansowo (odsłuchanie kosztuje 5 zeta, a komentowanie 19,64 ;)):
Konto:
Santander
87 1090 1186 0000 0001 2146 9533
SK 1964
ul. Bukowa 1a, 40-108 Katowice
Tytułem: Podcast hokej
PAY PAL:
E-mail: [email protected]
Tytułem: Podcast hokej
Posłuchaj archiwalne podcasty:
Jesteśmy dostępni także na Spotify:.
Felietony Piłka nożna
Dokąd zmierzacie Szoszoni?
Po 23 latach GKS Katowice wraca do Europy. Niezwykłym faktem jest to, że trafiając na tak bliskiego geograficznie rywala jak MŠK Žilina, GieKSa zagra w pucharach z przeciwnikiem oddalonym zaledwie jedną czwartą odległości od miejsca, w którym te puchary drużyna sobie w lidze zapewniła. Jeśli Baltika Kaliningrad nie wywalczyła kiedyś pucharów w ostatniej serii gier z Łucz Energią Władywostok, to zapewne próżno szukać takiej sytuacji w annałach europejskiej piłki.
W lidze wyjazd 150 kilometrów kwalifikujemy jako nie najbliższy, ale bliski. Przecież to mniej niż choćby do Wrocławia, a przecież tam to jest szast prast i jest się na miejscu. Tak więc logistycznie wypadło dla GKS idealnie – brak konieczności lotu, a i dla kibica jest to wycieczka bardzo łatwa. Pamiętajcie tylko, że jeśli będziecie przekraczać granice w Zwardoniu, to odcinek autostrady D3 (Skalite – Svrčinovec) jest zamknięty i trzeba jechać wioseczkami i miasteczkami m.in. przez Oszczadnicę. Wiadomo – jeśli chodzi o przygodę dla kibiców, to lepszy byłby Hajduk, ale przygody zostawmy sobie po prostu na następne rundy.
MŠK Žilina to drugi po Slovanie Bratysława najbardziej utytułowany klub Słowacji. Został założony w 1908 roku pod węgierską – w wyniku madziaryzacji – nazwą Zsolnai Testgyakorlók Köre (Klub Gimnastyczny w Żilinie). Później nazwa zmieniana była kilkukrotnie, choć w latach 1919-1948 była bliska obecnej – ŠK Žilina. Zresztą tak samo nazywał się w latach 1990-1995 i właśnie wtedy dodana została literka „M”, czyli „Miejski”. Pierwsze sukcesy klub odniósł w latach 1928 i 1929 w nieoficjalnych rozgrywkach zdobywając Mistrzostwo Słowacji. To był czas, kiedy istniała Czechosłowacja i był okres, w którym najlepsze drużyny słowackie grały w fazie play-off o mistrzostwo łączonego kraju. W omawianych latach nie miało to jednak miejsca.
W lidze czechosłowackiej zespół grał przez 30 sezonów, a najwyższym miejscem z tamtego czasu było czwarte w sezonie 1946/47. Wielkimi zgłoskami zapisał się początek lat 60. W pierwszej w historii edycji Pucharu Czechosłowacji ówczesne Dynamo Żilina dotarło aż do finału, gdzie w Ołomuńcu uległo praskiej Dukli 0:3. Jako, że Dukla zdobyła mistrzostwo, Słowacy dostali przepustkę do Pucharu Zdobywców Pucharów. Tam to zrobili niemałą furorę, dochodząc aż do ćwierćfinału, choć były to czasy, że aby dotrzeć na ten szczebel wystarczyło przejść… jedną rundę.
W dwumeczu Żilina trafiła na grecki Olympiakos. W pierwszym meczu w Pireusie goście mimo dwukrotnego tracenia prowadzenia, w 87. minucie jednak dopięli swego, gdy Julius David po raz trzeci trafił do siatki. W rewanżu Słowacy wygrali 1:0 po golu Vladimira Pisarika.
Prawdziwa bomba miała miejsce w ćwierćfinale. Dynamo trafiło na broniącą pucharu Fiorentinę i w pierwszym meczu to właśnie klub z Żiliny sensacyjnie wygrał to spotkanie 3:2, wprawiając w osłupienie byłego wicemistrza świata, węgierskiego trenera Nandora Hidegkutiego, mającego swego czasu swój epizod na ławce w… Stali Rzeszów. W rewanżu jednak faworyt odrobił straty i wygrał 2:0.
Ciekawostka! Bramkarzem Żiliny w tych spotkaniach był zawodnik nazywający się… František Plach. Tak, to nie przypadek – był to dziadek obecnego golkipera Piasta Gliwice, mającego to samo imię, co świadczy, że była to persona poważana i szanowana w rodzinie. Kontuzjowanemu od marca wnukowi słynnego dziadka życzmy dobrej rekonwalescencji i dalszego dochodzenia do siebie po marcowym urazie kolana.
W nowożytnej historii, czyli grze już w stricte w lidze słowackiej – po rozpadzie Czechosłowacji – MŠK Žilina odniosła sporo sukcesów. Siedmiokrotnie zdobyli mistrzostwo, choć pięć z tych tytułów przypadło na pierwszą dekadę XXI wieku. Dodatkowo dwukrotnie zdobyli Puchar Słowacji i cztery razy byli finalistą. To właśnie zdobycie pucharu w tym roku dało piłkarzom Pavola Staňo przepustkę do kwalifikacji Ligi Europy.
Pavol Staňo to postać w polskiej piłce aż nadto znana. Jako piłkarz rozegrał aż 243 mecze w ekstraklasie i zdobył 23 bramki. Występował w Polonii Bytom, Jagiellonii, Koronie, Podbeskidziu i Termalice.
W XXI wieku Słowacy zagrali niezliczoną ilość spotkań w europejskich pucharach. Raz nawet awansowali do Ligi Mistrzów, gdy w decydujących bojach dwukrotnie wygrali ze Spartą Praga, ale w grupie już poszło im fatalnie – przegrali wszystkie sześć meczów, a z Marsylią polegli u siebie aż 0:7. Jeśli chodzi o pojedynczy mecz to na pewno słowaccy kibice wspominają triumf na Villa Park w 2008 roku, kiedy to niedoceniany przybysz z Europy środkowej wygrał z Aston Villa 2:1, co oklaskiwał z ławki trenerskiej dobrze znany w Polsce Dusan Radolsky. Co ciekawe Żilina, która teraz przecież przegrała dwumecz z Hajdukiem, wyeliminowała Chorwatów w 2009 roku w eliminacjach do Ligi Europy. Z ciekawszych wyników na uwagę zasługuje zwycięstwo z luksemburskim Dudelange… 5:4 oraz niesamowita końcówka dwumeczu z Worskłą Połtawa z 2015 roku. Żilina w pierwszym spotkaniu wygrała 2:0, taki sam wynik, tyle że na korzyść Ukraińców był po 90 minutach rewanżu. W dogrywce Worskła strzeliła na 3:0, ale w doliczonym czasie goście ze Słowacji zdołali strzelić gola dającego awans – wtedy jeszcze bramki na wyjeździe były premiowane. Potem Żilina nawet wygrała pierwszy mecz z Athletikiem Bilbao 3:2 (przegrywając 0:2 do przerwy!), ale w rewanżu Baskowie ugrali 1:0.
W poprzednim sezonie doszło w końcu do starcia MŠK Žilina z polskim klubem, mianowicie Rakowem Częstochowa. Medaliki nie zostawiły złudzeń Słowakom wygrywając 3:0 u siebie i 3:1 na wyjeździe. W dwumeczu tym debiutował w europejskich pucharach Oskar Repka, dla którego pierwsze starcie było dopiero drugim meczem w ogóle w barwach Rakowa, po inauguracji przeciw GKS Katowice. Choć proforma dodajmy, że w 1997 roku Żilina zmierzyła się w Pucharze Intertoto z Odrą Wodzisław, a było to o tyle ciekawe, że teoretycznie niemająca szans na Puchar UEFA Odra została właśnie zgłoszona do rozgrywek „Pucharu Lata”. Intertoto odbywało się wówczas jeszcze w trakcie trwania poprzedzającego sezonu i na finiszu ligi wodzisławianie jednak do Pucharu UEFA się dostali – kosztem GieKSy. Odra zremisowała z Żiliną 0:0, a trenerem gości było – co za zaskoczenie – Dusan Radolsky.
1 maja 2026 MŠK Žilina zdobyła swój trzeci Puchar Słowacji. W rozegranym u siebie, czyli na Stadioniem pod Dubnom, drużyna wygrała z FC Košice 3:1. Bramki zdobyli Michal Fasko, Filip Kasa i Marko Roginić. Tym samym trofeum wróciło do Żiliny po 14 latach. Co ciekawe z rywalem z Koszyc zespół zmierzy się w pierwszej kolejce nowego sezonu i pojedynek ten odbędzie się pomiędzy dwoma meczami z GKS Katowice.
Przez lata przewinęło się przez ten klub wielu nie tylko znanych zawodników, ale przede wszystkim znanych nam – polskim kibicom. Z racji bliskości do polskiej granicy, wielu słowackich zawodników czy trenerów mieliśmy okazję gościć na terytorium naszego kraju, ale przecież też Polacy zaznaczyli swój ślad w klubie spod Małej Fatry.
Obecnie barw słowackiego klubu broni Fabian Bzdyl, młodzian z Cracovii, który jednak nie miał okazji zagrać na Nowej Bukowej w przegranym przez Pasy 1:2 meczu. W przeszłości w Żilinie grał jeszcze Dawid Kurminowski i robił tam niemałą furorę – strzelając w 52 meczach aż 27 bramek i mając na koncie tytuł króla strzelców w sezonie 2020/21 z 19 trafieniami na koncie. No i największa obecnie gwiazda Jakub Kiwior, który z Železiarne Podbrezová trafił właśnie do Żiliny i rozegrał tam 50 meczów. Dobre występy zaowocowały transferem do Spezii, a potem piłkarz zdobył kontrakt życia w Arsenalu. Obecnie broni barw FC Porto.
A piłkarze, którzy grali w Żilinie oraz w polskich rozgrywkach: Aleš Besta strzelił nam kiedyś bramkę w meczu Górnika z GieKSą, gdy rozpoczynała się i umacniała ówczesna zgoda, a na Roosevelta, na starym jeszcze stadionie, przy 20 tysiącach kibiców mieliśmy piłkarskie święto. W Polsce grali lub grają przecież Wahan Biczachczjan, Roman Gergel, Ľubomír Guldan, Róbert Jež, Dušan Kuciak, Samuel i Patrik Mrázowie, Ján Mucha, Róbert Pich, František Plach, Ivan Trabalik czy Kristian Vallo.
Zdecydowanie największą karierę w światowej piłce zrobił Milan Škrinjar, reprezentant Słowacji, wychowanek tego klubu, który rozegrał niemal dwieście meczów w Interze Mediolan, a grał też w PSG. Zawodnik obecnie gra w Fenerbahçe i sposobi się do gry o Ligę Mistrzów z Górnikiem Zabrze. Polscy kibice mogą pamiętać Stanislava Sestaka, który niegdyś w Bratysławie w dwie minuty strzelił dwie bramki reprezentacji Polski w eliminacjach do Mundialu 2010 odwracają losy spotkania. No i oczywiście Martin Dúbravka, wieloletni bramkarz Newcastle United. Ostatnio grał w Burnley, a pod koniec czerwca został ogłoszony zawodnikiem Tottenhamu.
MŠK Žilina ma też powiązania z GieKSą. Jedno przeszłe, jedno obecne. Oliver Praznovsky grał w GKS przez dwa sezony. Miał lepsze i gorsze momenty, ale w formie był zawodnikiem bardzo solidnym. Katowicki Senderos strzelił cztery bramki dla naszego zespołu. Potem m.in. przez cztery lata grał w Chrobrym Głogów. No i obecny zawodnik – Marko Roginić. Chorwat w GieKSie był przez półtora sezonu i rozegrał 43 mecze zdobywając zawrotne 3 bramki – przeciw ŁKS, Łęcznej i Tychom – co ciekawe wszystkie na wyjeździe. Potem właśnie trafił do zespołu z Lubelszczyzny.
Nazwa stadionu MŠK Žilina wprost nawiązuje do wzgórza Dubeň znajdującego się nieopodal – po drugiej stronie rzeki Wag, a widocznego z samego obiektu. Analogicznie więc z wieży widokowej na górze tejże, widać stadion, jak i całą piękną panoramę miasta. Na tym jednak widoki się nie kończą, gdyż Żilina znajduje się nieopodal Małej Fatry ze swoimi wysokimi szczytami i bardzo wymagającymi podejściami na Wielki Krywań, Stoh czy Wielki Rozsutec, szpizczastą górę widoczną świetnie choćby z naszej Magurki Radziechowskiej w Beskidzie Żywieckim. Swoją drogą obiekt ten tak do złudzenia przypomina stadion Górnika Łęczna, że wspomniany Roginić, gdy zmieniał barwy klubowe musiał mieć w głowie niezłe zamieszanie i zastanowienie, czy aby na pewno transfer doszedł do skutku i nadal nie dźwięczyły mu w głowie tony głosu Krzysztofa Cugowskiego.
Drużyna i trenerzy Żiliny mieli duże aspiracje przed meczami z Hajdukiem. Pavol Staňo zapowiadał, że zespół chce grać swoją i odważną piłkę. Czy jednak te słowa mogły się ziścić? Piłkarze ze Słowacji w Splicie nie zaprezentowali się najlepiej, choć mimo to mieli swoje stuprocentowe okazje, których nie wykorzystali Hranica i Roginić, a jeden z obrońców Hajduka nieomal zaliczył „estońską sztuczkę”, bo bramkarz znajdował się za światłem bramki, ale po przeciwległej stronie i podanie do pustaka… minimalnie minęło lewy słupek. Tak, chorwacki obrońca zrobił to co należy, czyli nie zagrał w światło bramki, ale serce kibicom Torcidy podeszło do gardła, a nasi południowi sąsiedzi mieli nadzieję. Märtenowi Kuuskowi życzymy wszystkiego dobrego w barwach Dumy Stolicy!
Fani z Żiliny nie byli pocieszeni. W sieci pojawiło się utyskiwanie na postawę zespołu w tym meczu, ale też kibice zwracali uwagę na szerszy kontekst, czyli zarówno brak wzmocnień, jak i kontynuację słabej gry z końcówki poprzedniego sezonu.
„Kpiną jest to, że na Europę nie zostało wystawione ani jedno wzmocnienie, ale to nie jest niespodzianka w ostatnich latach”
„Wynik z przebiegu meczu powinien brzmieć 6:1. Zero obrony”
„Możemy się cieszyć, że z tak nędzną grą, mamy taki wynik. Z drużyny, która miała tytuł w garści, zajęliśmy czwarte miejsce na wiosnę, a puchar był cudem”
„Strasznie słaby występ wczoraj. Atak to katastrofa, Roginič i Faško wypadli z formy, czuję się jakbyśmy ich tam nie mieli”
„Žilina = obolałe oczy, nieszczęście”.
Trudno się dziwić frustracji kibiców, bo rzeczywiście – mimo, że drużyna awansowała do pucharów, to wiosna do dobrych nie należała. Sezon zasadniczy (22 kolejki) Żilina zakończyła na 3. miejscu z sześciopunktową stratą do lidera. Bilans 11-7-4 nie wyglądał najgorzej. Grupa mistrzowska to jednak były cztery zwycięstwa i sześć porażek. W ostatnich pięciu kolejkach sezonu drużyna przegrała czterokrotnie. To skutkowało wypadnięciem poza podium i strefę pucharów, dlatego tak ważne było zdobycie Pucharu Słowacji.
Patrząc na składy z meczu z Rakowem sprzed roku, widać, że w zespole doszło do kilku przetasowań. W pierwszym meczu grało czterech, a w drugim pięciu zawodników, których już w klubie nie ma. Przede wszystkim odszedł młody, zdolny Ghańczyk Samuel Gidi, który trafi do Cincinati i w Major Leauge Soccer rozegrał już (na raty – 2 pobyty) 23 mecze, grając m.in. przeciw takim gwiazdom jak Leo Messi. To była ważna postać, bo w Żilinie zawodnik rozegrał ponad sto meczów. No ale odeszli też tacy piłkarze jak Ľubomír Belko (Viking), Samuel Kopásek (Pardubice, a dosłownie wczoraj wypożyczony do Lechii Gdańsk), Adrián Kaprálik (Holstein Kiel) czy Dávid Ďuriš (Rosenborg).
Popularni Szoszoni kilka lat temu nie mogli być jednak pewni, że ich klub nadal będzie znajdował się na piłkarskiej mapie Słowacji. Krótko bowiem po ogłoszeniu w Europie pandemii, trzy tygodnie po przerwaniu rozgrywek – MŠK Žilina ogłosiła komunikat z enigmatycznym określeniem „postawienia klubu w stan likwidacji”. Powodem była fatalna sytuacja finansowa. Klub w związku z nią chciał obciąć siedemnastu najlepiej zarabiającym piłkarzom aż 80 procent pensji, na co zawodnicy nie chcieli przystać, choć byli gotowi na zrzeczenie się pewnej części wynagrodzenia. W związku z odmową piłkarze dostawali wypowiedzenia. Problem polegał na tym, że klub nie ogłaszał bankructwa, chciał po prostu ogarnąć finanse – sportowo w przypadku powrotu do rozgrywek, drużyna miałaby do nich przystąpić, tylko grając juniorami, ewentualnie tymi, którzy zgodziliby się na drastyczną obniżkę apanaży i zostali w klubie. Nasi Kurminowski i Kiwior byli wówczas młodymi zawodnikami, więc ich tak drastyczna obniżka pensji nie dotyczyła i w klubie zostali. Jednym z tych, który odszedł był obecny bramkarz Piasta Gliwice, który trafił do klubu w obliczu kontuzji Placha – Dominik Holec, który sam głośno wyrażał swoje niezadowolenie z tej 80-procentowej obniżki. Natomiast, że stara miłość nie rdzewieje pokazali inni zawodnicy, którzy wówczas rzeczywiście z klubu odeszli, ale dziś po kilku latach znów bronią barw MŠK Žilina – jak choćby Filip Kasa czy kapitan Miroslav Kacer.
A dlaczego w ogóle MŠK Žilina to Szoszoni? Przydomek i maskotka nawiązują do grupy plemion indiańskich. Plemiona te zamieszkujące m.in. tereny dzisiejszych stanów Wyoming i Idaho, zajmowały się głównie łowiectwem i zbieractwem. Ich głównym pożywieniem były orzeszki piniowe, ale ci, którzy mieli zdolność polowania, próbowali zdobyć zające wielkouche, ale także sarny, bizony czy antylopy. Była to grupa uboga, wedle relacji amerykańskich i brytyjskich traperów nie stanowili mocnej siły w tym regionie. Dodatkowo dochodziło do starć i nieporozumień ze względu na wybijanie przez traperów populacji bobra, która to była dla Szoszonów m.in. źródłem odzieży. Rząd USA próbował ogarnąć sytuację, stworzyć rezerwaty i dostarczać im środki na przetrwanie, ale wyglądało to różnie, a na pewno dość szorstko i dochodziło na tym tle do wielu nieporozumień.
Co ciekawe nie tylko amerykańskie, ale i afrykańskie wątki dotyczą naszego najbliższego rywala. W 2018 roku założono bowiem w Ghanie filię MŠK Žilina, mianowicie MŠK Žilina Africa FC. Klub zlokalizowany jest w Labadi na przedmieściach Akry i występuje na trzecim poziomie rozgrywkowym. W zakończonym sezonie zespół w czterozespołowej grupie play-off o awans zajął trzecie miejsce, w niefortunnym układzie punktów 6-6-6-0 (Czesław Michniewicz na Euro U-21 nie lubi tego). Drużyna wygrała dwa mecze i jeden przegrała, ale bilans bramkowy 2:2 nie pozwolił wywalczyć awansu na zaplecze. Między klubem-matką, a ghańską filią rzadko dochodziło do wymian piłkarzy, ale wspomniany wcześniej Samuel Gidi był właśnie tą perełką wyłowioną z afrykańskiego kraju. Zawodnik przyjął słowackie obywatelstwo i zagrał sześć meczów w młodzieżówce.
Swoją drogą nazwy trzecioligowych ghańskich drużyn są… specyficzne. True Life, Prestige, Immigration, Ghana Army, Third World, Still Believe, John Paintsil czy Mobile Phone People raczej przywołują skojarzenia z rozgrywek Red Boxa lub innych lig szóstek. Dla młodszych i niewtajemniczonych kibiców przypomnę, że np. John Painstil to po prostu były reprezentant Ghany w piłce nożnej, uczestnik Mundialu w 2006. Natomiast jeśli chodzi o filię lub (?) fancluby (?) to można tam znaleźć także choćby… Schalke 04 czy Besiktas Berlin.
Wróćmy do dwumeczu z Hajdukiem. W rewanżu Żilina zaczęła grać, ale… zbyt późno. Kiedy Van Hoorenbeeck strzelał dla gości bramkę do szatni, wydawało się, że wszystko jest pozamiatane. Pogoń Żiliny zakończyła się strzeleniem dwóch bramek, z czego tej drugiej w doliczonym czasie gry. Na więcej nie starczyło czasu. Pierwszą bramkę dla gospodarzy zdobył Roginić, natomiast dwukrotnie zawodnik ten tak szpetnie zmarnował stuprocentowe sytuacje, że naprawdę trudno się dziwić komentarzowi jednego z fanów zespołu: „Ale ten chłopak to drewno!”.
Kibice zwracali uwagę na dobrą postawę w drugiej połowie.
„Gdyby grali tak, jak przez ostatnie 30 minut to skończyłoby się 4:1”
„Dlaczego od początku nie grał Bzdyl?”.
Prawda. Fabian zastąpił kapitana Miroslav Káčera i wniósł mnóstwo ożywienia dla gry zespołu. Wypracował drugiego gola.
Kapitan zespołu Miroslav Káčer powiedział, że ma nadzieję, że w kolejne rundzie z tych sytuacji, które sobie wykreują, bramki będą już strzelać. Obrona GKS musi się więc mieć na baczności.
Bardzo ciekawy komentarz zawarł jeden z kibiców, który patrzy na szerszy kontekst:
„Po zwycięstwie w Pucharze Słowacji pan Antošík zapowiadał: „Tym razem chcemy odnieść sukces w Europie. Sprowadzimy dwóch nowych zawodników!”. Tymczasem znów zamieniliście to w przedsięwzięcie czysto biznesowe. Wystawialiście do gry piłkarzy, których chcieliście sprzedać. Z Polakami też odpadniecie, a potem nastąpi kolejna wyprzedaż – dokładnie tak jak ostatnim razem. Czy dziwi was, że cała Żylina i okolice kompletnie nie interesują się waszą drużyną piłkarską?”.
To daje obraz, że kibice są niezadowoleni nie tylko z braku wzmocnień, ale z permanentnych osłabień, ba – niektórzy przewidują odejścia zawodników jeszcze przed dwumeczem z GieKSą. Ktoś inny napisał:
„Tak jak w zeszłym roku, tak i teraz Polacy wygnają nas z europejskich pucharów”
Całość pokazuje, że mimo triumfu w krajowym pucharze, nastroje kibiców w kontekście kilku ostatnich lat najlepsze nie są. Systematyczne porażki w pierwszych rundach europejskich pucharów są dla żilinian frustrujące. Mają oni nadzieję na przejście GKS, jednak zdania są podzielone – jedni uważają rewanżowy mecz z Hajdukiem za dobry prognostyk, inni mają dość sporo defetyzmu i przewidują porażkę.
Czy Adam Zreľák zagra przeciw swoim rodakom to zawsze jest niewiadoma, ale w przeszłości miał już tę okazję. W barwach Rużomberoka strzelił przeciwko Żilinie gola i zaliczył asystę.
Dla GKS Katowice europejskie puchary to wielka niewiadoma. Dodatkowo katowiczanie nie trafiają na amatorów z San Marino czy Andory, jak to kiedyś bywało w przypadku polskich drużyn we wczesnych fazach. Trafiamy na drużynę z regionu, niesłabą i też nieprzesadnie mocną. Wydaje się, że liga słowacka jest nieco słabsza od polskiej, co by dawało pewną przewagę naszej drużynie. Z drugiej strony rywale są na europejskiej arenie dość ograni. Nie ma więc chyba co dywagować, kto jest faworytem tej potyczki. Na pewno rywal jest w zasięgu, a dwumecz Rakowa z poprzedniego roku wyraźnie to pokazał.
Źródła:
Wikipedia PL
Wikipedia EN
https://igol.pl/msk-zilina-likwidacja-co-oznacza/
Transfermarkt
https://sciezkimojegoswiata.pl/2020/09/26/vyhliadkova-veza-duben-czyli-wieza-widokowa-w-zylinie/
90minut.pl
https://www.mskzilina.sk/
Facebook – MŠK Žilina
Foto: https://img.uefa.com/imgml/stadium/uw/65053.jpg
Piłka nożna
Bliżej Żiliny
Hajduk Split wygrał w pierwszym meczu pierwszej rundy eliminacji Ligi Europy z MSK Żilina 2:0. Przegrany tego dwumeczu będzie rywalem GKS Katowice w II rundzie eliminacji Ligi Konferencji.
Pierwszą bramkę zdobył w 22. minucie Roko Brajković, pięknym technicznym strzałem z kilkunastu metrów pokonując Jakuba Badzgona. Drugie trafienie zaliczył Dalisson, który przeprowadził indywidualną akcję i płaskim strzałem zza pola karnego podwyższył prowadzenie swojego zespołu.
Hajduk był zespołem dominującym i stworzył sobie jeszcze kilka sytuacji, jednak Żilina również miała swoje okazje – m.in. znakomitych sytuacji sam na sam nie wykorzystali Timotij Hranica i Marko Roginić.
Rewanż odbędzie się w czwartek 16 lipca o 20:30 w Żilinie.
Pierwszy mecz drugiej rundy eliminacji Ligi Konferencji GKS Katowice rozegra na wyjeździe 23 lipca.
Hajduk Split – MSK Żilina 2:0
Bramki: Brajković (22), Dalisson (49).
Hajduk: Silić – Acapandie, Maresić, Van Horenbeeck, Hrgović, Brajković (79. Hodak), Pajaziti, Pukstas, Dalisson (79. Del Moral), Melnjak (73. Huram), Sego (86. Livaja).
Żilina: Badzgon – Paliscak, Kasa (63. Minarik), Narimanidze, Hranica (82. Datko), Kaceer (71. Adang), Bzdyl, Kasko (63. Ilko), Kosa (63. Florea), Bari, Roginić.

Fjodor
9 listopada 2019 at 21:54
Który cisnął termosem, Ty czy Mayek? 🙂
tomassi
9 listopada 2019 at 22:28
brawo dla autora
jedziemy dalej
tomassi
9 listopada 2019 at 23:05
gdzie jest ta cała ekipa krytyków która po każdym meczu wylewała żale swoje?
Trudno coś pochwalić?
A my dalej swoje…. Hej GieKSa gol….
Pamiętamy też o kibicach których los doświadczył szczególnie.
To jeden z nas Piekarski kibic który potrzebuje pomocy.
#Jeden za wszystkich,wszyscy za jednego#.
Robson
10 listopada 2019 at 00:25
Chciał bym wiedzieć dlaczego nieuznano nam 3 bramki bo oglądam powtórkę 7 raz i nie widzę powodu. Jak i te 2 karne z dupy zwłaszcza pierwszy nie dość że przed linią to gdzie tam karny?
Ale nic możemy jedynie zaśpiewać jedną z ulubionych pieśni Polscy sędziowie to kurwy sprzedawczykowie..
Nerwus
10 listopada 2019 at 05:53
Z czarnymi jeszcze nikt nie wygrał, to jest mafia.
Irishman
10 listopada 2019 at 07:12
Oglądałem BEZNADZIEJNĄ relacje na tv.com, więc co do spalonego i drugiego karnego się nie wypowiadam, bo….. po prostu tego nie pokazali. Ale pierwszy karny – EWIDENTNY.
Irishman
10 listopada 2019 at 07:17
Shellu, po co to „pokrzepienie serc”? Przecież jest pięknie! Ja też wierzyłem w Góraka i też nie sądziłem, że to tak szybko zaskoczy! Po prostu chciałem, aby straty punktowe….. do baraży nie były zbyt duże! 🙂
No ale z tymi punktami to poczekajmy, bo gramy jeszcze trzy mecze z wiosny. A szczególnie następny w Pruszkowie będzie BARDZO TRUDNY ze względu na absencje chyba z pięciu podstawowych zawodników!
Irishman
10 listopada 2019 at 07:24
A po awansie, to proponuje abyśmy się wszyscy zrzucili na termos dla Was i to z atrakcyjną zawartością, za to świetną robotę jaką robicie na wyjazdach! 🙂
Za wczoraj szczególne słowa uznania dla Błażeja, który serio miał ciężko. W pewnym momencie nie wytrzymałem już pier….nia komentatora tvcom i postanowiłem przełączyć fonie na nasze radio. Niestety tam też było tylko słychać kibiców Resovii. Mimo wszystko Błażej robił co mógł i gardło ma na bank zdarte!
Kibol
10 listopada 2019 at 07:48
tragedia psychika słaba z 2:0 to tylko frajerzy odpuszczaja albo ci co sa przepłaceni
19BOrYS64
10 listopada 2019 at 10:45
Zgadzam się w pełni z opinią, że jeszcze tej wiosny każdy z Nas cieszyłby się z aktualnego stanu rzeczy. Realia jednak się zmieniły i jeśli chcemy wrócić na zaplecze Ekstraklasy to mecze z liderami tabeli należy wygrywać. W meczach ze Stala, Widzewem i Resovia ugralismy 3pkt na 9 możliwych. Głęboko wierząc w awans, nie chciałbym liczyć 6 pkt straconych w starciach bezpośrednimi rywalami. Niestety przy mentalności naszej drużyny mecze barażowe mogłyby by się okazać prawdziwą gehenna.
1964
10 listopada 2019 at 10:56
A moim zdaniem awans robi się robiąc punkty z dołem tabeli!Te mecze są trudniejsze pod względem psychiki. Wydaje się że musisz wygrać bo grasz z kelnera i. A tak naprawdę jak się nie przyłożysz to się nie wysrasz.Z drużynami z czołówki nie trzeba się dodatkowo motywować. Chłopaki i sztab szkoleniowy zrobili wiele ale to dopiero pierwsza połowa!
Roh
10 listopada 2019 at 11:16
Szkoda tego meczu i tyle jak prowadzi sie 2-0 nie powinno sie tego wypuscić. Walczymy dalej.
pablo eskobar
10 listopada 2019 at 11:44
Nieda sie grac przez 90 minut na pelnych obrotach kto kiedys gral w pilke to otym doskonale wie ten szpil powinien byc zabity w pierwszej polowie bo byly na tookazje nieudalo sie i w drugiej czesci poprostu niewystarczylo sil aby dalej grac tak jak w pierwszej polowie szkoda ale taka jest pilka
KaTe
10 listopada 2019 at 12:37
Nie ma co marudzić. Wszyscy wiedzą, że przy wyniku 2:0, kolejny gol może zmienić obraz meczu: albo załamie przeciwnika, albo (przy 2:1) go zmobilizuje.
Tym razem się nie udało, ale ludzie – to dopiero listopad. Wszystko rozstrzygać się będzie w kwietniu.
Szkoda kontuzji Woźniaka. Jego postawa była ostatnimi czasy, dla nas, kluczowa.
@Irishman
10 listopada 2019 at 15:49
Jaka absencja 5 zawodników ? Za kartki będzie pauzował tylko Kiebzak.
greg
10 listopada 2019 at 18:28
pilkarski kryminal obiektywnie sedzia kryminal dlaczego gola nie uznal a ten 2 karny zalchlopaki do gory glowa
Pigula
10 listopada 2019 at 19:13
Życzę GKSie awansu, bo ta drużyna robi największe wrażenie w 2 lidze. (kibic Resovii)