Dołącz do nas

Blaszok Felietony Hokej Kibice Klub Piłka nożna SK 1964

Jak przez trzy lata wyglądała „współpraca” Marka Szczerbowskiego z kibicami?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Na naszej stronie pojawił się w lutym tekst kibiców GKS Katowice (tutaj), który został napisany łącznie przez kilkunastu fanów. Wbrew temu, co niektórzy sugerowali, nie byłem jego współautorem, moja rola ograniczyła się jedynie do językowej korekty. Dziś chciałbym przedstawić Wam moje spojrzenie na aktualną sytuację, które mam nadzieję, nakreśli Wam szerszy kontekst obecnego konfliktu.

W zeszłym tygodniu grupy kibicowskie przedstawiły tylko krótką informację skierowaną do naszych kibiców odnośnie do tego, że zdecydowaliśmy się na bojkot domowych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że część z Was mogła być skołowana, szczególnie po medialnych atakach, które zostały na nas przypuszczone. Tym bardziej podziękowania dla Was za dostosowanie się do kibicowskich apeli. Znamienne, że duża część osób chciałaby rzekomo usunąć „kibolstwo” ze stadionu, a jak „kibolstwo” samo się z niego na pewien czas usunęło, to… też źle.

Pisanie wstępu ma taki plus, że zazwyczaj robi się to… na samym końcu. Ja już wiem, jak długa czeka Was lektura. Pokazywałem tekst kilku osobom przed publikacją i one same z siebie podrzucały: „ale czemu nie napisałeś o X”, „zapomniałeś o Y”. Rzeczywiście o wielu kwestiach zapomniałem, ale nie chciałem temu artykułowi dodawać kolejnych akapitów. Jeśli zbierze się więcej „zapomnianych” spraw lub dojdą nowe (oby nie, ale trudno wierzyć, że będzie normalnie), to po prostu… powstaną kolejne teksty. Starałem się też nie powielać poruszanych wcześniej na naszej stronie tematów. W zależności od kontekstu raz pisałem w liczbie pojedynczej, a raz mnogiej. Za wszelkie niedopatrzenia i błędy (w tym te ortograficzne) winę ponoszę jedynie ja.

Napisałbym miłej lektury, ale tak przecież nie będzie. To nie będzie miły tekst i nie sprawił mi żadnej przyjemności, wręcz przeciwnie. Wy także nie będziecie czerpać radości z czytania, ale widać tak czasem musi być. Najbardziej przeraża mnie jednak, że to zapewne nie koniec.

Zamykamy Blaszok

Marek Szczerbowski po objęciu funkcji prezesa zaczął spotykać się z poszczególnymi grupami – sportowcami, pracownikami, członkami Klubu Biznesu, były piłkarzami. Przyszedł też czas na spotkanie z kibicami. Dużym zaskoczeniem była dla nas obecność na nim dwóch osób – Justyny Zaręby (sekretarki, która potem zrobiła spektakularną karierę, awansując na dyrektorkę) oraz Roberta Góralczyka. Szybko wyjaśniła się obecność tego ostatniego, ponieważ prezes praktycznie na wstępie zaczął od tego, że zapewne jesteśmy ciekawi tego… ile zarabiali i ile będą teraz zarabiać piłkarze. Nas to nigdy nie interesowało, temat ucięliśmy, nim dyrektor sportowy zdążył się odezwać (i mimo tego, że spotkanie było dość długie, to siedział na nim cicho do samego końca). „Najlepsze” miało jednak dopiero nadejść. W trakcie rozmowy prezes stwierdził, że analizował słabą frekwencję (tutaj w mojej głowie pojawiła się myśl, że zaraz zaproponuje ciekawe rozwiązanie marketingowe na to, by temu zaradzić), wobec czego wpadł na pomysł, by… zamknąć Blaszok, a wszystkich kibiców zebrać na Trybunie Głównej i dzięki temu zaoszczędzić pieniądze na organizacji meczu. Tak – na pierwszym spotkaniu z kibicami prezes, zamiast zaproponować działania zmierzające do zwiększenia frekwencji, rzucił pomysłem zamykania trybun.

Prezes na białym koniu i trudne spotkania

Nasi przedstawiciele nie raz i nie dwa spotykali się z prezesem oraz wyznaczonymi przez niego pracownikami. Za każdym razem odbywało się w to w normalnej atmosferze, w którym dobro GKS Katowice było stawiane na szczycie. Czasem wydawało się wręcz, że druga strona nas rozumie, ale potem prawie za każdym razem coś szwankowało. Trudno roztrząsać tutaj każdy przypadek osobno, ale chciałbym wspomnieć o czymś, co nas niezmiernie irytowało.

Prezes miał taką taktykę, że na pierwsze spotkania w danym temacie (np. odnośnie do karnetów) wyznaczał poszczególnych pracowników klubu, którzy mieli nam przedstawić wymyślone przez niego absurdalne pomysły (np. karnety na Blaszok w drugiej lidze za około 400 złotych). Potem następowało kolejne spotkanie, na którym obecny był już prezes, który rugał przy nas pracowników i składał już normalną propozycję. Taktyka wjeżdżania na białym koniu była groteskowa i później zaczęliśmy mówić, że my przyjdziemy dopiero na to drugie spotkanie, bo szkoda naszego czasu i nerwów na pierwsze. Podobną taktykę próbował stosować w późniejszym czasie Łukasz Czopik.

Jak trudne były działania przy prezesie, niech zobrazuje fakt, że po awansie do pierwszej ligi chcieliśmy od razu ruszać z promocją karnetów, ale sam prezes i pracownicy klubu nie chcieli działać od razu, tylko twierdzili, że muszą odpocząć… po zdobytym (!) awansie. Tak jakby to oni ten awans wywalczyli na boisku. Na szczęście jeszcze wtedy udało nam się postawić na swoim, czego efektem było natychmiastowe sprzedanie kilkuset karnetów na pierwszą ligę.

Pozorowanie działań

Jakbym miał wskazać jeden punkt, który nas najbardziej różnił, to byłoby działanie. My zawsze byliśmy gotowi do działania i promowania klubu, wykorzystywania każdej nadarzającej się okazji, każdego małego sukcesu czy zwycięstwa. Niestety często napotykaliśmy na ścianę niezrozumienia. Z jednej strony winne wszystkiemu było sformalizowanie najdrobniejszych działań przez karty spraw (m.in. przez to często na meczu nie było GieKSika, bo rozbijało się o brak podpisu pod kwotą kilkudziesięciu złotych). Z drugiej jednak strony nie można wszystkiego zrzucić tylko na karb karty spraw czy prezesa. Dla przykładu obrazującego problem – organizowaliśmy zapisy na dzielnicach i FC na bilety/karnety, przyjeżdżaliśmy z listami i pieniędzmi do klubu, ale w nim – mimo kilku osób w dziale biletowym – nie było nikogo, kto zająłby się nabiciem wejściówek. W klubie wychodzono z założenia, że niech każdy sobie sam kupi, po co oni mają to robić. To brzmi tak absurdalnie, ale właśnie tak wyglądało – robiliśmy wszystko od początku do końca i zamiast dziękuję, słyszeliśmy, że nikt w klubie się tym nie zajmie.

Innym pozorowaniem działania było zatrudnienie Michała Fortuńskiego, który w przeszłości był… rzecznikiem prasowym sosnowieckiego SLD. W GieKSie został zatrudniony na stanowisku dyrektora ds. sprzedaży, marketing i komunikacji. Mimo rocznej obecności w klubie nie wykazał się żadnym sukcesem, a o jego wysokich zarobkach huczały klubowe korytarze…

Płacenie za darmowe bilety dla dzieci

16 września 2021 roku na meczu z Arką Gdynia wywiesiliśmy na Blaszoku transparent: „Na mecz z Banikiem sami zrobiliśmy frekwencję, wy dalej siedzicie i umywacie ręce”. Prawdę napisał w swoim tekście Maciej Grygierczyk, który odezwał się wtedy do mnie z prośbą o rozwinięcie tematu, ale odmówiłem, bo zdecydowaliśmy się nie wychodzić jeszcze poza nasze środowisko, ciągle wierząc, że jesteśmy w stanie zmienić urzędniczą mentalność wśród pracowników klubu. Dziś możemy już napisać, co mieliśmy wtedy na myśli. Nie chodziło nam jedynie o samą frekwencję – która na meczu z Banikiem była wyłącznie naszą zasługą – ale o całokształt naszej „współpracy” przy tym spotkaniu. Skupię się na najważniejszych rzeczach, bo opisywanie całości zaniedbań i pretensji do klubu, nie zmieściłoby się w jednym tekście.

Przede wszystkim już na starcie był ogromny problem, bo klub nie potrafił w PZPN tak poprzesuwać pozostałych spotkań, by można było zagrać z Banikiem, choć przy tego typu okazjach jest to normalna praktyka (z czego korzystał także nasz klub w przeszłości). Bardzo nieładnie traktowano wtedy klub z Ostravy, komunikując się z nim jak z niechcianym petentem Ostatecznie sprawę „uratował” Filip Szymczak, a dokładniej powołanie dla niego do młodzieżowej reprezentacji kraju, które pozwoliło nam na przełożenie ligowego spotkania.

Dla nas od samego początku miał to być mecz nie tylko dla kibiców, ale także dla dzieci. Niestety nasza wizja, by wpuścić najmłodszych za darmo na obiekt, napotkała silny opór w klubie. Zarząd uważał, że może się na to zgodzić, o ile… my jako kibice zapłacimy za te bilety. Wychodzili z założenia, że lepiej mieć puste miejsca na stadionie niż dać je najmłodszym. Patowa sytuacja trwała co najmniej kilkanaście dni, w pewnym momencie byliśmy gotowi wyłożyć pieniądze, ale ostatecznie w klubie poszli po rozum do głowy i zgodzili się wpuścić najmłodszych za darmo. Efektem było ponad 700 (!) dzieci. Tutaj trzeba oddać klubowi, że gdy zobaczyli, jak świetnym to było pomysłem, to na kolejne spotkania dzieci do 13. roku życia mogły wchodzić za darmo.

Warto także zaznaczyć, że cały dochód z biletów trafił do klubu, a wszelkie atrakcje, których jak pewnie pamiętacie, było multum, zapewniło stowarzyszenie kibiców wraz z kibicami z dzielnic i FC (szeroko pojęta ekipa wyjazdowa). To tylko dzięki tym osobom mecz wyszedł tak świetnie, a dzieci miały co robić. Było kilka dmuchańców, didżej, dodatkowe stanowiska cateringowe, ugoszczono kibiców z Ostravy. Za zgodowe torty dla piłkarzy obu klubów także płacili kibice. Całość wydatków, także tych promujących mecz, wyniosła około 30 tys. złotych.

Na sam koniec, gdy dzień lub dwa po meczu rozliczałem się za bilety z dzielnic i FC, zostałem praktycznie wprost (przynajmniej tak uważają świadkowie, w tym ludzie z klubu) oskarżony o przywłaszczenie kilkuset złotych. Jak się okazało, błąd był po stronie pracownika spółki, który źle wyliczył należną kwotę, a z naszej strony wszystko się zgadzało. Wtedy podchodziłem do tego na zasadzie, że może ktoś ma po prostu taki „specyficzny” charakter, że łatwo oskarża, a potem nie przeprasza. Dziś bliżej mi ku temu, że takie podejście do kibiców zostało w klubie dosłownie wyhodowane. Prezes przyszedł do klubu z tezą, że kibice na nim zarabiają i to przeniknęło na pracowników niższego szczebla.

Złamanie umowy i ukaranie chorego dziecka

Utrata zaufania do klubu i zawierania z nim jakichkolwiek umów, związana jest także z przewijającym się tematem w mediach i jednym z punktów porozumienia dotyczącym „pieniędzy z biletów z sektora gości”. Jeden z dziennikarzy, który skompromitował się już wcześniej (tutaj), zasugerował, że pieniądze miały rzekomo trafiać do stowarzyszenia kibiców. To nie jest prawda. Ten punkt porozumienia ma inną historię. Przed rundą jesienną poprzedniego sezonu zawarliśmy z klubem dżentelmeńską umowę, że dochód z biletów z sektora gości trafi na wybrany cel charytatywny. Wspólnie z klubem wybraliśmy pomoc jednemu choremu dziecku, które jest naszym kibicem. Po zakończonych spotkaniach podliczono, że będzie to kwota ponad 16 tys. złotych.

I wtedy się zaczęło… Najpierw klub zdecydował się odliczyć od tej kwoty podatek i VAT (to tak na marginesie do medialnych sensacji, że bilety były sprzedawane w drugim obiegu), co wzbudziło w nas duży niesmak, bo wcześniej nie było o tym mowy. To nie był jednak koniec – następnie zaczęto odliczać… kary nałożone przez PZPN, w tym także np. 2000 złotych za to, że piłkarze przybili po domowym meczu z GKS-em Tychy piątki z dziećmi z sektora drugiego (klub nie tylko od tej, ale także od innych kar nigdy się nie odwołał). Po wszystkich odliczeniach kwota pomocy zmalała do około… 5 tys. złotych. Jakby tego było mało, to pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na święta Bożego Narodzenia. Karty sprawy oraz przeboje związane z pomniejszaniem kwoty doprowadziły do przeniesienia tematu na styczeń. W międzyczasie sprawę ze strony klubu (po odejściu Grzegorza Górskiego, którego próbowano obarczyć winą za zaistniałą sytuację) przejął Maciej Blaut.

Z przekazywanych nam informacji wynikało, że blokadę ze strony klubu spowodował Łukasz Czopik, który później próbował doprowadzić do spotkania z nami, na którym rzekomo chciał przedyskutować ostateczną kwotę wsparcia, ale wiążąc ją ze sprawami związanymi z rundą wiosenną. Na to z naszej strony nie było zgody – powiedzieliśmy, że nie możemy dyskutować o przyszłości, jeśli klub nie potrafi się wywiązać z tak prostej, wydawałoby się umowy. Osobiście czułem ogromne obrzydzenie na samą myśl, że chore dziecko było przedmiotowo wykorzystywane przez klub i grało się jego zdrowiem. Pieniądze miały trafić do rodziców dziecka na gali „Złote Buki”, ale ostatecznie trafiły kilka tygodni później w kwocie 10 tys. złotych. Ze strony klubu panowało jeszcze zdziwienie, że nie doceniamy tego, że kwota była prawie dwa razy wyższa niż 5 tys. złotych, które wyliczył sobie wcześniej klub (niezgodnie z naszymi wspólnymi ustaleniami) i nikt nie umiał zrozumieć, że dziecku zabrano ponad 6 tys. złotych. Czy ktoś się teraz dziwi, dlaczego nie mamy zamiaru angażować się w żadne kwestie związane z biletami na sektor gości oraz że czujemy dużą nieufność do jakichkolwiek umów z klubem?

Zmarnowane mistrzostwo i chwalenie się nie swoimi działaniami

Nawiązując do antykibicowskiego nastawienia w klubie i szukania wszędzie spisków, warto wspomnieć o sytuacji, w której postanowiliśmy jako kibice rozpocząć rywalizację dzielnic i FC na domowych spotkaniach hokeja, by pobudzić frekwencję i sprawić, że nudne spotkania sezonu zasadniczego nabiorą należytej oprawy. To się udało – byliśmy chwaleni w całej Polsce za dodanie kolorytu trybunom. W specyficzny sposób docenił to także prezes Szczerbowskim, który… przypisał sobie wszystkie zasługi. W kilku wywiadach odnosił się do tego, że w mistrzowskim sezonie sekcja hokeja na lodzie miała rekordową frekwencję i rekordowe przychody z biletów. Nie zająknął się jednak ani słowem, czyje działania miały na to wpływ. Nie byłem osobą, która z naszego środowiska była zaangażowana w ten temat, więc tylko mogę sobie wyobrazić, co czuło te kilka osób, które tydzień w tydzień boksowało się z pracownikami klubu o takie banały jak wydruk biletów, plakatów czy filmów promujących mecz. Byłem z tym jednak na bieżąco, bo na jednej z naszych wewnętrznych grup, zdawano relacje, jak to wygląda i jakie są problemy. Często wręcz chwytałem się za głowę, ale najbardziej zapamiętałem, gdy jedna z osób relacjonowała, że w klubie zrobiono spotkanie, na którym pracownicy głowili się… w jaki sposób możemy próbować ich oszukać na biletach.

Przy hokeju nie można nie wspomnieć o braku wykorzystania zdobytego Mistrzostwa Polski. Sam fakt, że spontaniczną fetę organizowali pod Spodkiem kibice, a dyrektorka działu organizacji ograniczyła się jedynie do poinformowania kibiców, że to jest „nielegalne zbiorowisko” (miała zapewne na myśli zgromadzenie), mówi wiele. Mimo to pracownicy jej działu próbowali ogrzać się w blasku mistrzostwa, ale szybko zostali wyproszeni ze schodów katowickiego Spodka. Klub zrobił, wyłącznie z powodu nacisków miasta, wewnętrzne spotkanie dla polityków. Nie zadbano w ogóle o zwykłych kibiców, a jedyną możliwością zobaczenia pucharu na żywo było… przyjście na mecz siatkarzy do Spodka. Życie kibica GieKSy nie należy do obfitującego w sukcesy, więc wykorzystywanie każdego najmniejszego sukcesu jest dla naszej społeczności na wagę złota. Tak było między innymi z awansem na zaplecze Ekstraklasy, kiedy zorganizowaliśmy fetę pod Spodkiem, wracając z wyjazdowego meczu z Ostródy. Pracownicy klubu o niczym nie wiedzieli i w niczym nie pomogli.

Pogrzebanie najlepszej społecznej akcji GKS Katowice

To punkt, który mnie najbardziej boli, bo jestem jednym z pomysłodawców projektu i drugą osobą w kolejności, która włożyła w to najwięcej czasu. Pierwszą była oczywiście Olga Bieganowska, którą prezes zwolnił w 2020 roku. Dodajmy, że Olga tego czasu na projekt poświęciła dużo, dużo więcej niż ja, ale uważam, że mam prawo nazywać się jednym z ojców tej akcji.

Tegoroczna edycja miała być jubileuszową dziesiątą. Z ramienia klubu został do niej wyznaczony Aleksander Matusek. Tutaj też należy nakreślić kontekst, że w klubie w pewnym momencie doszli do wniosku, że może mamy rację i trzeba mieć dział marketingu. Przez ponad dwa miesiące nasi przedstawiciele spotykali się z pracownikami klubu, w końcu ci mieli ogłosić nazwisko nowego szefa marketingu. Gdy okazało się, że po tych wszystkich spotkaniach zdecydowano się na Lyja, heh… musielibyście widzieć nasze miny. Szczególnie że pracownicy klubu, którzy dokonali takiego wyboru, wprost przyznawali, że nie sprawdził się on jako rzecznik prasowy.

Niestety, patrząc na to, że klub potwierdził swoje kłamstwo w ostatnich dniach, że projekt był gotowy do odpalenia, to najpewniej będę musiał się do tego odnieść w osobnym, dużo obszerniejszym tekście. Co mi w ogóle nie sprawia przyjemności, bo boli mnie każda litera i zdanie, kiedy o tym piszę. Sam Lyjo też zebrał swoje po internetowej dupie za zawalenie projektu i kompletnie nie rozumiem, dlaczego pracownicy działu komunikacji wystawiają go ponownie na lincz. Szczególnie iż sam zainteresowany wie, jak bardzo zawalił.

Na razie nie chcę wchodzić w to szczegółowo, ale jeśli prawdą byłoby, że klub był gotowy na odpalenie projektu i nie chciał go robić z kibicami (rzekomo z powodu meczu z Widzewem), to przecież powinien był go zorganizować samemu. My byliśmy jedynie współorganizatorami, odpowiadaliśmy za wąską działkę, która nie była niezbędna do realizacji projektu (zapewnialiśmy koordynatorów na każdej lokalizacji). Niemniej wychodzi na to, że przez zachowanie kibiców, klub postanowił ukarać… dzieci, choć rzekomo był gotowy na start akcji. Absurdalne i pozbawione logiki tłumaczenie. W zamian przyłączono się do Dzielnicowych Mistrzostw Katowic organizowanych przez MOSiR. Jak relacjonowało nam kilka osób to na tych turniejach, przez brak wyobraźni i doświadczenia organizatorów, doszło do ekscesów na tle (o, ironio!) kibicowskim.

Po ogłoszeniu bojkotu klub robi to, o co walczyliśmy od lat

Nie mam zamiaru odnosić się do frekwencji na niedzielnym meczu z Termaliką, bo każdy, kto widział zdjęcia lub był na stadionie, zdaje sobie sprawę, że nie było na meczu 1021 widzów (jak to zostało podane przez klub). Prostowanie medialnych bzdur jakoby dochód z tego meczu był dużo wyższy niż z kibicami, nie ma sensu, bo to oczywistość, że tak nie było. Rozdano bardzo dużo biletów najmłodszym, ściągnięto młodych piłkarzy AMG czy sportowców innych sekcji. I… bardzo dobrze, bo właśnie takich działań od klubu oczekiwaliśmy, o takie działania apelowaliśmy od samego początku, ale nie wiedzieć czemu, zaczęto je realizować, dopiero gdy ogłosiliśmy bojkot.

Choć dla osób postronnych może to wydawać się dziwne, dla nas takim nie jest. Pamiętacie, gdy napisaliśmy tekst o organizacyjnej klapie na jednym z domowych spotkań (tutaj)? Po jego publikacji pracownicy klubu próbowali dociec, kim jest jego autor i to na tym się skupiali, a nie na poprawieniu swoich zaniedbań. Pamiętacie tekst grupy kibiców z tego roku, który pisało kilkunastu fanów, a którym wspominałem na wstępie (tutaj)? Po jego publikacji klub na moment ruszył z działaniami marketingowymi, choć pary nie starczyło na wiele, ale między innymi dzięki temu mamy przy Bukowej dmuchańca dla dzieci. Za każdym razem najpierw przedstawialiśmy coś w klubie, próbowaliśmy do tego namówić prezesa, ale większość działań została podjęta, dopiero gdy zdecydowaliśmy się publicznie skrytykować klub. Dopiero wtedy prezes uruchamiał kartę sprawy i znajdowały się pieniądze. Na szczęście przez te lata pracownicy klubu dostali od nas gotowca do tego, by wreszcie godnie i efektywnie promować klub. Faktem jednak pozostaje (nawet biorąc wydumaną liczbę 1021 kibiców), że była to najmniejsza frekwencja na inauguracyjnym domowym meczu w historii klubu.

Kilka sprostowań odnośnie do medialnych publikacji

Na sam koniec chciałbym sprostować kilka nieprawdziwych informacji, które pojawiły się w mediach w ostatnim czasie. Nie będę się odnosił do każdego tekstu z osobna, szczególnie że większość z nich jest na żenującym poziomie. Dużo w nich emocji, chęci wywołania burzy, ale mało faktów. Niektórzy dziennikarze, nawet gdy dostali wgląd do korespondencji mailowej pomiędzy nami i klubem (co na marginesie uważam za załamanie wszelkich reguł przez pracowników klubu i między innymi dlatego uznaję, że żadne wcześniejsze dżentelmeńskie ustalenia już nie obowiązują), dalej popełniają błędy merytoryczne.

De facto jedyny tekst, w którym autor próbował zadać sobie trud odnośnie do przedstawienia całej sytuacji, był ten Macieja Grygierczyka ze „Sportu”. Jest w nim kilka błędów, ale wynikających głównie z tego, że autor nie mógł o pewnych rzeczach wiedzieć. Trzeba też oddać Grygierczykowi, że zwrócił się do mnie z prośbą o komentarz, ale odmówiłem, bo skupialiśmy się na niedzielnym meczu (informacja o bojkocie nie była naszym oświadczeniem, tylko informacją wewnętrzną dla kibiców, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że rozniesie się szeroko w mediach). Nie ze wszystkim się zgadzam, bo np. przedstawienie sukcesów sportowych klubu pod wodzą prezesa można równocześnie zbić, przedstawiając sportowe porażki klubu w tym okresie (brak awansu piłkarzy, najwyższe dotacje miejskie na poszczególne sekcje nieprzekładające się (oprócz hokeistów) na najwyższe miejsce w swoich ligach itd.), niemniej to prawo autora.

Przede wszystkim, wbrew temu, co napisano w kilku miejscach i co sugerował także rzecznik prasowy, to sklep kibiców Blaszok nie przedłużył umowy z klubem, a nie klub wypowiedział ją sklepowi. To może nie byłoby tak ważne, gdyby nie próbowano osadzić całego konfliktu w kontekście rzekomej utraty wpływów przez nasze środowisko. Dlatego chciałbym, aby było to jasne. Klub próbował narzucić sklepowi Blaszok zapis umożliwiający mu zerwanie umowy z dnia na dzień, bez żadnego okresu wypowiedzenia, co przy prowadzeniu tak specyficznej działalności, było nie do zaakceptowania.

Prezes w jednym z wywiadów, a także kilku dziennikarzy zwracało uwagę, że w mailach z klubem odnośnie do „porozumienia” podpisywaliśmy się „Stowarzyszenie SK 1964”, nie podpisując się z imienia i nazwiska. Tak rzeczywiście było, ale już nikt nie chce zauważyć (także sam prezes), że to klub pierwszy napisał do nas maila, w którym podpisał się… „Z poważaniem, GKS GieKSa Katowice S.A. [email protected], +48 (32) 254 89 14”. I taka stopka widniała w każdej kolejnej wiadomości. Zauważyliśmy to od razu i specjalnie zagraliśmy według dziwnych reguł narzuconych przez klub. Niemniej nikt na Bukowej nie miał wątpliwości, z kim pisze, skoro co jakiś dołączano do korespondencji… mój prywatny adres mailowy. Jednakże, aby rozwiać wątpliwości – każdego maila pisałem ja, Piotr Koszecki. Oczywiście po konsultacji z zarządem i członkami stowarzyszenia.

Nieprawdą jest także informacja, że to my dodaliśmy do korespondencji wiceprezydentów Miasta Katowice: Waldemara Bojaruna i Bogumiła Sobulę oraz przewodniczącego Rady Nadzorczej Andrzeja Norasa. To zrobił nagle klub w drugim mailu, nie informując nas o tym wcześniej, po prostu dodając „Do wiadomości” kolejnych adresatów. Takie sytuacje dobrze obrazują działania klubu, który z jednej strony rzekomo próbował dojść z nami do porozumienia, a z drugiej zachowywał się w sposób nieprofesjonalny (choć wszystko przebiło wspomniane przeze mnie wcześniej udostępnienie tej korespondencji skompromitowanemu „dziennikarzowi”). Odpowiedzieliśmy na to w taki sam sposób – dodając Wojciecha Cygana (członka zarządu PZPN), Marcina Janickiego (szefa PLP) oraz Dariusza Łapińskiego (krajowego koordynatora projektu SLO w PZPN, którego jednym z zadań jest budowanie relacji na linii kibice-klub).

Sprowadzanie kwestii konfliktu kibiców z klubem do samego porozumienia jest nie na miejscu. To jedno z wielu działań, które napotykaliśmy w ostatnim czasie, które ma za zadanie uprzykrzyć życie kibicom. Sami widzicie, że ten tekst, jak i wcześniejsze, które ukazywały się na naszej stronie, porusza dużo szerszy zakres tematów. Do samego porozumienia zapewne niedługo odniesiemy się na łamach naszych mediów, bo jest tam kilka rzeczy wymagających odkłamania, niemniej to nie kwestia porozumienia jest powodem konfliktu i bojkotu.

Nie sposób także pozostawić bez komentarza słynnego stwierdzenia, że „kibice są od kibicowania”. Kto, jak nie my, jest lepszym przykładem, że to tylko pusty banał? Przecież zarówno odbudowując klub w 2005 roku, jak i później uwalniając go od Ireneusza Króla, musieliśmy zrobić dużo więcej niż tylko „kibicować”. W innym wypadku nie mielibyśmy na piłkarskiej mapie Polski GKS-u Katowice.

Na koniec

Po prostu dziękuję za doczytanie do samego końca. Cała GieKSa razem!

15 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

15 komentarzy

  1. Avatar photo

    Gizik

    26 lipca 2022 at 19:45

    Dzięki za takie zaangażowanie w swoim imieniu. Osobiście odczuwam ogromną gorycz z powodu tej całej sytuacji. Kocham ten klub, chodzę od dziecka na każdy mecz hokeja a to co serwuje zarząd po sezonie mistrzowskim (jak i w trakcie) to systematyczne plucie w twarz kibica. Mam nadzieję, że uda nam się przetrwać to wszystkoi stosunkowo szybko wyjdziemy zwycięsko z tej batalii.

  2. Avatar photo

    Nerwusik

    26 lipca 2022 at 19:46

    Przez 8 klas ,nie przeczytałem tyle co tutaj.oczy krwawią

  3. Avatar photo

    Bgc

    26 lipca 2022 at 20:11

    Tego się nie da czytać, a najgorsze jest to, że wiem, że to wszystko prawda. Marek Szczerbowski to zakompleksiony człowiek który na złość mamie odmrozi sobie uszy (niszczy GieKSe na złość kibicom). Dla mnie to niepojęte jak ktoś taki kto od lat ślizga się na stanowiskach urzędniczych i zawsze w stosunku do niego są różne kontrowersje mógł objąć taki klub jak GKS Katowice

  4. Avatar photo

    Dariusz_Szczekociny

    26 lipca 2022 at 20:16

    Dzięki za całe informacje ja już widziałem jak nic nie robili w sprawie Mistrza Polski wiedziałem że coś jest nie tak i że nic nie robią z tak wielkim sukcesem! Banda do wyrabania! Mam nadzieję że zarząd jeszcze pójdzie po rozum i zrobi coś żeby się to wszystko poukładało.

  5. Avatar photo

    GieKSiorz

    26 lipca 2022 at 22:35

    Niestety takich smutnym czasów dozylismy znowu, to jakieś fatum lub celowe działanie? tak to jest jak klub miejski jest kurwidolkiem dla pociotków, znajomych itd, którym nie zależy na Gieksie,prezes który jeździ na cicha,chop z marketingu z SLD z sosnowca to jest dramat, graffiti robi firma z gliwic która sympatyzuje z piastem co to kurwa jest???!!!ten czerwony szkodnik tzw prezes,moim zdaniem robi od lat na szkodę klubu i dąży tym samym do konfrontacji z kibicami którzy mają ten klub w sercu,moim zdaniem prowokuje różne sytuacje żeby przedstawić siebie jako biedny, zapracowany itd,mecz z widzewem dziwne że inne mecze podwyższonego ryzyka bez kibiców gości a tutaj prosze tak jakby ktoś liczył że będzie się działo i będzie to można wykorzystać i od tamtego czasu zaraz lawina działań antykibice? dla ludzi którzy mimo bojkotu chodzą choć nie wiem czy to kibice Gieksy,a może przebrani na potrzeby propagandy przez Marka.sz? Powiem szczerze wam że mi było by wstyd wpisywać się w propagandę tego szkodnika,za co za darmowy karnet,wate cukrowa, niektórzy pisza na różnych forach że w końcu z „kibolami” naczelny boski prezes robi porządek , popatrzcie obiektywnie i przeczytajcie powyższy tekst,tak jest super, doprawdy? będziecie niepotrzebni do celów propagandowych to o was zapomni albo odbije sobie darmowa watę, dmuchawce dla dzieci, darmowe karnety w inny sposób

  6. Avatar photo

    GieKSiorz

    26 lipca 2022 at 22:47

    A gdzie jest Krupa, Pieczyński takie dupne kibice Gieksy?!czy aby Gieksy bo przyzwalanie na takie rzeczy to wygląda jak sabotaż!!!w UM widzą że wszystko jest tak super, to chyba ślepi są, nie widzą niszczenia klubu,braku walki o wyższa frekwencje, brak kompetencji ludzi zatrudnionych przez pana”prezesa”,braku profesjonalizmu i można wymieniać jeszcze, albo UM pasuje to?czysta komunistyczna, lewacka propaganda uprawiana przez czerwonego szkodnika,i te niektóre media tak broniące i szkalujące kibiców, nie wspomnę o obiektywnej ocenie bo z nikim nie komunikują się tylko z „guru, najlepszym z najlepszych” markiem sz, który pokazał jaki to „fachowiec” jako dyrektor stadionu śląskiego z którego go wyjebali za nieudolność,zakompleksiony czerwony karaluch , kawał ch….

  7. Avatar photo

    dar26ber

    26 lipca 2022 at 22:51

    Dzięki Kosa za ten artykuł i wyjaśnienie kilku spraw.

  8. Avatar photo

    Cezarea

    27 lipca 2022 at 01:14

    Nie potrafię zrozumieć jakim cudem kibice GKS-u nie potrafią sobie poradzić z chłopkiem-roztropkiem jakim jest Szczerbowski. Wieczny aparatczyk, wiecznie w jakiś strukturach, jednak niesamowicie mierny i bez żadnego autorytetu. I to nie on jest problemem, a problemem jest słabe Stowarzyszenie Kibiców, bo to żaden przeciwnik jest (w kategoriach rozgrywek w klubowych korytarzach). Król przy nim to był genialny strateg i waga ciężka.

  9. Avatar photo

    Cezarea

    27 lipca 2022 at 01:27

    Pójdę nawet dalej, choć będzie to niepopularna opinia, bo przecież Szczerbowski jest częscią katowickiego establishmentu od lat, pomimo swoich lewackich korzeni. Ta cała klika złożona z Bojarunów, Witków czy innych Krup to musi mieć niezłą polewę z kibiców GieKSy przy każdej pitej wódce razem. Niestety dla nich SK1964 to nadal tylko i wyłącznie „chłopaczki w spodenkach”.

  10. Avatar photo

    Konfucjusz

    27 lipca 2022 at 01:49

    No, w końcu lekkie rozjaśnienie, już trzeba było publicznie wcześniej.

  11. Avatar photo

    Kejta

    27 lipca 2022 at 05:19

    A tymczasem klub daje dzisiaj newsa o sprzedazy biletow na mecz z Sosnowcem i nie ma juz cos takiego jak bilet na blaszok hehe bo kibice sa od kibicowania a my od zawsze robilismy duzo wiecej zeby uratowac ten klub przed upadkiem o dla tego teraz nie mamy szacunku od wladzy

  12. Avatar photo

    Pan Katowice64

    27 lipca 2022 at 08:47

    Artykuł daje dużo do myślenia, ale….. przepadnie bez większego rozgłosu. My jako kibice nie mamy obecnie ŻADNEJ SIŁY PRZEBICIA. A Marek ma pełne poparcie UM. Jesteśmy na przegranej pozycji. Bojkot tego nie zmieni a jeszcze pogorszy sytuację.

  13. Avatar photo

    Kato

    27 lipca 2022 at 13:37

    Miasto Katowice jest miastem/stolicą województwa i ma inne cele w/g władzy.
    Tutaj wdała się polityka i o ile w miastach ościennych dba się i wspiera lokalną społeczność, tak w Katowicach pominięto społeczność. Nie dotyczy to tylko sportu i Klubów ale wszystkich dziedzin życia. Miasto nie radzi sobie z parkingami, a ma z ambicjami kibiców którzy chcą widzieć GIEKSE w wielkiej chwale. Widać to dla dowodu po radości władzy z majstra w hokeju.
    Władza nie ma pojęcia jak ten sukces zagospodarować.
    Smutne to, ale my kibice mamy jeszcze siłę przekazu, tylko musimy konsekwentnie mówić jednym zdaniem.
    Do boju GKS Katowice!
    Cała Kibicowska GIEKSA Razem!

  14. Avatar photo

    Grzesiek

    27 lipca 2022 at 21:16

    Czy kiedyś będzie normalnie w Naszej GieKSie?Wycięliśmy wrzoda w postaci Króla ale na jego miejscu pojawił się następny.Smutne.ps.Kosa dziękuję za rozjaśnienie sprawy…

  15. Avatar photo

    stary kibic

    30 lipca 2022 at 20:57

    W każdej dzielnicy jest kibic, jest grupa i w niej siła, zebrać się stworzyć np stowarzyszenie wybrać liderów lokalnych i działać dla miasta Katowic oraz GKS.
    Przyjemne z pożytecznym. Jak mieszkańcy zauważa pozytywne działania to i w najbliższych wyborach samorządowych liderzy z dzielnic mogą powalczyć o miejsce w radzie miasta.
    Przecież żadna partia polityczna w Katowicach nie liczy tyle osób co nas wszystkich.
    Taki pomysł na porządek w mieście i na bukowej.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Sierp i młot

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

O ile w drugiej rundzie przyszło nam się zmierzyć z geograficznym sąsiadem, to teraz trafiamy na rywala terytorialnie mocno egzotycznego. Choćby dlatego, że Izrael jest krajem azjatyckim, położonym na Bliskim Wschodzie. Katowiczanie będą więc mierzyli się z zespołem z innego kontynentu, z kraju targanego kontrowersjami i polityką, którego również historia piłkarska jest nierozerwalnie związana z zawirowaniami tej części świata.

Izrael był członkiem Azjatyckiej Federacji Piłkarskiej od momentu powstania niepodległego państwa w 1948 roku. W 1964 drużyna narodowa sięgnęła nawet po Puchar Azji, kiedy to na swoich boiskach w czterozespołowym turnieju – format grupy i trzy mecze – pokonała Indie, Koreę Południową i Hong Kong. W 1970 roku Izrael awansował do finałów mistrzostw świata w Meksyku, gdzie przegrał z Urugwajem, ale za to zremisował ze Szwecją i Włochami. Drużyna spod znaku Gwiazdy Dawida była jedynym przedstawicielem Azji na tym Mundialu.

Narastały jednak napięcia na kontynencie. Uczestnictwo Izraela w azjatyckiej piłce nie było w smak innym państwom, głównie arabskim i muzułmańskim. Inne kraje bojkotowały rywalizację z Izraelem i mecze po prostu się nie odbywały. Na początku lat 70. otwarcie domagano się wykluczenia Izraela ze struktur azjatyckich. W końcu pod wpływek nacisków w 1974 formalnie wykluczono ten kraj ze struktur kontynentalnej federacji.

Izrael musiał szukać piłkarskiego miejsca dla siebie, choć tak naprawdę już wcześniej zdarzało mu się grać choć w eliminacjach strefy UEFA. W każdym razie już wkrótce grywali raz to w Europie, a na dłuższy czas zagościli w Oceanii. Było to o tyle problematyczne, że rywalizując z Australią i Nową Zelandią mogli co prawda jeszcze wygrywać, ale w barażu interkontynentalnym, a taki grali z Kolumbią, musieli uznać – choć minimalnie – wyższość rywala.

W związku z tymi niekomfortowymi okolicznościami, Izrael starał się o przyjęcie do UEFA i w 1994 roku stał się pełnoprawnym członkiem europejskiej federacji. Izrael od tamtego czasu jest więc od egidą UEFA, ale protesty istnieją nadal, trzy lata temu w związku z zaognieniem konfliktu w Strefie Gazy, dwanaście federacji piłkarskich wystosowało do FIFA oficjalne pisma o wykluczenie Izraelu z rozgrywek piłkarskich, jednak światowa federacja umywała ręce i permanentnie „bada sprawę”.

Kluby w UEFA swoje mecze natomiast zaczęły grać już od 1992. Choć to też nie do końca jest prawda, bo w latach 1976-1994 zespoły z Izraela występowały w Pucharze Intertoto, pamiętnym tzw. Pucharze Lata, który w swoim logu miał znane miłośnikom bukmacherki „1X2”. Drużyny z Bliskiego Wschodu mierzyły się choćby z Lechem Poznań czy Wisłą Kraków. W bardziej „poważnych rozgrywkach” izraelskie kluby zaczęły grać w 1992 i występują tam do dziś. Maccabi Tel Awiw, Hapoel Tel Awiw i Maccabi Hajfa potrafiły grać w Lidze Mistrzów, z czego ten ostatni klub trzykrotnie.

Samo to pokazuje, że zespoły z Izraela mają na polu Champions Leauge większe sukcesy niż polskie. Ale nawet patrząc na bezpośrednie potyczki w XXI wieku to Izraelczycy byli minimalnie lepsi. Legia Warszawa grała w Lidze Europy z Hapoelem Tel Awiw i wygrała u siebie 3:2, ale na wyjeździe poległa 0:2. Śląsk Wrocław po wygranej 2:1 u siebie, w Petach Tikwie z Hapoelem Beer Szewa poniósł klęskę 0:4. W końcu rok temu Raków przy Limanowskiego uległ 0:1 Maccabi Hajfa, by na Węgrzech odrobić stratę i wygrać 2:0.

W obecnym sezonie Hapoel Beer Szewa nadal jest w kwalifikacjach Ligi Mistrzów, gdzie po wygranej z Vikingurem zmierzy się z Crveną Zvezdą. W Lidze Europy Maccabi Tel Awiw wygrał 1:0 i aż 5:0 z Sheriffem Tiraspol i zagra dalej z CSKA Sofia. No i w Lidze Konferencji Beitar Jerozolima wygrał na wyjeździe 1:0 z AEK Larnaka, u siebie przegrał 2:3, ale awansował po karnych i w kolejnej rundzie zmierzy się z Austrią Wiedeń. Hapoel Tel Awiw – jak wiemy – wyeliminował Łudogorec Razgrad i zagra z GKS Katowice. Samo to zestawienie pokazuje, że na tym poziomie izraelski futbol klubowy jest mocny. Drużyny przeszły swoich rywali i to wcale nie uznawanych za słabeuszy. Spacerkiem więc dla kogokolwiek rywalizacja z drużynami z tego kraju nie jest.

Pamiętajmy przy tym, że powiedzenie samego „Hapoel” czy „Maccabi” nie wystarcza do zidentyfikowania klubu. W poprzednim sezonie Hapoelów w lidze było pięć, a klubów o nazwie Maccabi cztery. To i tak mało, bo w dawniejszych czasach 90 procent drużyn w lidze miało jedną z tych dwóch nazw – które to kluby próbował pogodzić (choć to słowo średnio tu pasuje) Beitar Jerozolima.

Nas oczywiście interesuje Hapoel Tel Awiw. Hapoel, czyli „robotnik”, co wywodzi się z tradycji, socjalistycznej tradycji wielu tego typu klubów. W czerwonym herbie zresztą ma on zawarty sierp i młot, jest także sylwetka właśnie robotnika, rodem wyjętego z piosenki „Wstawaj” polskiego zespołu Proletaryat. Hapoel i jego kibice zresztą nie odżegnują się od tych tradycji, dumnie prezentując symboliczne emblematy. Radykalne grupy kibicowskie otwarcie manifestują swoje skrajnie lewicowe poglądy. Wprost na swoich oprawach umieszczali wizerunki komunistycznych ikon jak Karol Marks czy Che Guevarra.

Klub został założony po raz pierwszy w 1923 roku, ale potem był rozwiązywany i ponownie zakładany. Należał do większej organizacji zwanej Hapoel, czyli jakoby związku sportowego, który z kolei wchodził w ramy Histadrutu, czyli związku zawodowego powstałego dla obrony praw pracowniczych żydowskich robotników w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Po powstaniu niepodległego państwa w 1948 organizacja ta ze swoim socjalistycznym zacięciem stała się największym związkiem zawodowym w Izraelu. Zresztą w latach przedwojennych kluby pod egidą Maccabi czy Hapoel funkcjonowały także w Polsce.

W 1928 roku Hapoel Tel Awiw zdobył Puchar Palestyny, choć po proteście rywali z Maccabi Hasmonean Jerozolima dotyczącym gry nieuprawnionego zawodnika, trofeum zostało podzielone pomiędzy te dwa kluby. W 1934 roku zespół zdobył dublet wygrywając ligę i puchar, a w lidze wygrał wszystkie 14 meczów. Z racji nieistniejącego jeszcze wówczas niepodległego państwa, rozgrywki były prowadzone w tamach Brytyjskiego Mandatu Palestyny – gdzie już wtedy o wpływy walczyli Żydzi i Arabowie, którzy chcieli zdominować terytorium i utworzyć swoje państwo.

Napięta sytuacja powodowała, że Hapoel w sezonach 1934/35 i 1938/39 mimo prowadzenia w lidze nie zostawał mistrzem, ponieważ rozgrywki były przerywane. W pierwszym przypadku przerwa nastąpiła poprzez nieporozumienia na linii Hapoel (związek) i Maccabi World Union, czyli żydowską organizację sportową zrzeszającą członków z całego świata. Maccabi organizowało wówczas swoje „igrzyska” i weszło to w paradę z ligą. Były też poza tym spory polityczne i walka o władzę oraz pieniądze. W sezonie 1938/39 grano najpierw w 1938, jednak nasiliły się działania Wielkiego Powstania Arabskiego, w którym palestyńscy Arabowie sprzeciwiali się brytyjskim wpływom i masowej imigracji Żydów, więc doszło do reorganizacji rozgrywek. Postanowiono stworzyć ligę Tel Awiwu i tam Hapoel potwierdził swoją wyższość. Przez wiele lat uznawano te tytuły za nieobowiązujące z racji przerwania sezonu. Wkrótce jednak Izraelski Związek Piłki Nożnej uznał mistrzostwa Hapoelu, natomiast FIFA i UEFA w swoich statystykach często ich nie ujmują.

W latach 40. były kolejne tytuły, choć też w „dziwnych” przeorganizowanych rozgrywkach. Raz były to „mistrzostwa” drużyn z Hapoelu, innym razem znów rozgrywki były zbojkotowane przez kolejną organizację – Beitar – prawicowy ruch młodych rewizjonistów syjonistycznych. W 1944 Hapoel prowadził w finale pucharu z Hapoel Petach Tikva 1:0, ale mecz został przerwany w 89. minucie, gdyż jeden z piłkarzy rywali, który został wyrzucony z boiska przez sędziego, nie chciał opuścić placu gry.

W 1948 powstało państwo Izrael i sytuacja się unormowała. Hapoel nie musiał już rywalizować – tak jak wcześniej – z zespołami typu Palestinian Police Forces, czyli palestyńskie siły policyjne. Od tamtego czasu Hapoel Tel Awiw zdobył osiem mistrzostw oraz dziesięć Pucharów Izraela. W 1967 klub zdobył klubowy Puchar Azji pokonując w finale malezyjski Selangor i jest to jego największy sukces w historii. Dwa lata później dotarli do finału kontynentalnego pucharu, lecz tam ulegli irańskiemu Taj Teheran 1:2 – w tamtych czasach Izrael i Iran utrzymywały jeszcze stosunki dyplomatyczne. Co ciekawe w 1988 roku Hapoel zdobył mistrzostwo, by rok później po raz pierwszy w historii spaść do drugiej ligi, jednak banicja trwała tylko rok.

Prawdziwy kryzys nadszedł dla klubu w drugiej dekadzie XXI wieku. W 2015 roku właścicielem klubu stał się Amir Kabiri, biznesmen i kolekcjoner sztuki, który chciał odbudować Hapoel. Poprzedni właściciele pozostawili jednak po sobie masę ukrytych długów i pod koniec 2016 roku dług ten osiągnął niemal 100 milionów szekli, które stanowiło równowartość 26 milionów dolarów. Hapoel zwrócił się do sądu z wnioskiem o upadłość i ustanowienie zarządcy, który zajmie się spłatą. W lidze automatycznie odjęto Hapoelowi dziewięć punktów.

Kabiri mówił wówczas, że poświęcił całe swoje życie Hapoelowi i zainwestował niemal wszystkie swoje pieniądze – sumując – 19 milionów dolarów. Stwierdził, że to bardzo trudna decyzja, ale postawienie klubu w stan upadłości i utrata swojego wpływu jest jedynym możliwym rozwiązaniem.

Władze izraelskiej ekstraklasy zdecydowały się na przekazanie równowartości 315 tysięcy dolarów na pokrycie bieżących wypłat w klubie i umożliwienie Hapoelowi dalszej gry. Nie uchroniło to jednak zespołu z Tel Awiu przed spadkiem. Po rundzie zasadniczej zespół zajmował ostatnie miejsce – gdyby nie odjęte punkty – byłby piąty od końca. W grupie spadkowej Hapoel walczył dzielnie, trzy razy wygrywając i trzykrotnie remisując, ale nadal nie wystarczyło to do utrzymania. Zabrakło trzech punktów. Znów jednak absencja trwała tylko rok. Hapoel zdominował drugą ligę i w cuglach awansował z powrotem.

W 2023 roku Hapoel przejęła amerykańska grupa Mintzberg, mająca też na koncie inwestycję w angielski Plymouth Argyle. Pojawiły się mocarstwowe plany powrotu Hapoelu na czołowe miejsca i przede wszystkim do europejskich pucharów. Wszystko poszło jednak źle. Dość powiedzieć, że klub prowadziło w sezonie czterech szkoleniowców. Swoje dołożyła też kolejna wojna z Hamasem, która wybuchła w październiku, a więc w trakcie trwania sezonu. Rozgrywki zawieszono, a zagraniczni zawodnicy bali się o swoje bezpieczeństwo. Po powrocie do gry Hapoel stracił rytm i notował m.in. serię dziesięciu meczów bez zwycięstwa, a w prestiżowych derbach z Maccabi Tel Awiw przegrał aż 0:5. W grupie spadkowej zespół zanotował bilans 1-1-4 i po raz trzeci w historii spadł z ligi. Między dwoma ostatnimi spadkami drużyna była zespołem środka tabeli, zajmując miejsca w sezonie zasadniczym: 8, 5, 12, 6, 11, 11. Dla porównania w czasach przed kryzysem, czyli np. w sezonach 08/09 – 11/12, czterokrotnie z rzędy klub był wicemistrzem Izraela.

W każdym razie i teraz absencja potrwała zaledwie rok, zespół z przytupem awansował z powrotem. Nawiązując jeszcze do nazw – 12 z 16 zespołów tego sezonu drugoligowego nazywały się Hapoel.

W poprzednim sezonie, jako beniaminek, Hapoel Tel Awiw zakwalifikował się do europejskich pucharów po raz pierwszy od 12 lat. W sezonie zasadniczym zajęli czwarte miejsce z bilansem 15-6-5 (bramki: 46-26). W grupie mistrzowskiej zanotowali bilans 3-2-5 (bramki: 9-9), co wystarczyło do bezproblemowego utrzymania czwartego miejsca. Hapoel podobnie jak GKS Katowice skorzystał z tego, że drużyna z czołowych miejsc, czyli 1-3, zdobyła krajowy puchar, dzięki czemu jedno miejsce więcej w lidze dało przepustkę do eliminacji Ligi Konferencji.

W trakcie sezonu Hapoel został ukarany walkowerem i odjęto mu dwa punkty za zamieszki podczas derbów z Maccabi. W obecności 30 tysięcy widzów na Bloomfield Stadium kibice jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego odpalili i rzucili na boisko duże (około czterdzieści) ilości rac, świec dymnych i innych środków pirotechnicznych. Policja zwracała uwagę jednak, że nie tylko chodziło o rzucone rekwizyty na boisko, tylko o całą otoczkę meczu i to, co się działo w mieście w tym dniu.

„Zakłócanie porządku publicznego, zamieszki, rzucanie przedmiotami, granaty dymne, fajerwerki, ranni funkcjonariusze policji oraz uszkodzenia infrastruktury stadionowej – to nie jest mecz piłkarski, lecz poważne zakłócenie porządku publicznego i akt przemocy. W związku z zamieszkami i zagrożeniem życia ludzkiego przed zaplanowanym meczem piłkarskim na stadionie Bloomfield, Policja Izraela poinformowała drużyny, zarządy klubów oraz sędziów, że podjęła decyzję o niedopuszczeniu do rozegrania tego spotkania” – cytując za Jerusalem Post napisała w swoim oświadczeniu policja.

Decyzja ta nie uspokoiła sytuacji, sfrustrowani kibice również wychodząc ze stadionem i poza nim uczestniczyli w starciach. Trzydzieści osób zostało rannych, ośmioro z nich hospitalizowano. Stanowisko zabrały władze klubu:

„Izraelska policja podjęła jednostronną decyzję o odwołaniu meczu. Atmosfera była niesamowita – świetna oprawa wizualna, rodziny, 30 tysięcy ludzi. To nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy na meczu piłkarskim pojawiają się race i granaty dymne. Po prostu nie rozumiem, jak od tego przeszliśmy do odwołania spotkania. To dla mnie niepojęte. Sport powinien być wartością nadrzędną. Serce mi pęka, że tylu ludzi wraca do domu z niczym na podstawie jednostronnej decyzji. Nikt niczego nie wyjaśnił, nikt nic nie powiedział – po prostu odwołali mecz, zanim piłkarze w ogóle wyszli na boisko” – mówił jeden z działaczy.

Zarzucono również, że policja miała już wcześniej swoje konkretne nastawienie do tego meczu.

„Z wstępnych dyskusji przed meczem wynikało, że policja przygotowywała się do wojny, a nie do wydarzenia sportowego. Szokujące wydarzenia przed stadionem oraz pochopna i skandaliczna decyzja o nieodbyciu meczu dowodzą jedynie tego, że izraelska policja przejęła kontrolę nad sportem”.

Konflikt z policją miał w tym temacie nie tylko klub, ale całe władze ligi. Zarzucali oni policji upokarzające traktowanie i brak chęci do rozmowy.

„Kiedy prosiliśmy o wyjaśnienia na bieżąco, spotkaliśmy się z poniżającym i upokarzającym traktowaniem, bez jakiegokolwiek dialogu – z takim samym traktowaniem zresztą mierzyli się przedstawiciele Związku Piłki Nożnej oraz władz ligi, którzy również próbowali cofnąć tę absurdalną decyzję. Kiedy poproszono komendanta okręgowego, Haima Sargrofa, o rozmowę z prezesem ligi Erezem Halfonem i prezesem Związku Piłki Nożnej Shino Zuaretzem, ten odmówił i oświadczył, że jego decyzja jest ostateczna. Mówił o licznych obrażeniach spowodowanych pirotechniką, ale w rzeczywistości większość poszkodowanych w tym incydencie ucierpiała z powodu brutalnej przemocy policji pod koniec meczu – co było bezpośrednim skutkiem skandalicznej decyzji o odwołaniu wydarzenia”.

Policji zarzucano też dużą brutalność, także wobec osób postronnych, w tym dzieci.

„Wszyscy widzieli te wstrząsające nagrania: dzieci tratowane przez konie, policjantów bijących kibiców na oślep. Policja przejęła kontrolę nad sportem, dlatego wzywamy najważniejsze postacie w izraelskim futbolu, aby zrobiły wszystko, co w ich mocy, by położyć temu kres, inaczej nie będzie już tutaj żadnej piłki nożnej. Rozumie się samo przez się, że zarząd klubu potępia wszelkie formy przemocy i będzie walczył z osobami łamiącymi prawo, nawet jeśli noszą one mundury”.

Wkrótce  sąd miał rozpatrzyć skargi kibiców na przekraczanie przez policję swoich uprawnień – kibice bowiem zaczęli nosić czerwone koszulki z przekreślonymi emblematami policji właśnie, a także Maccabi oraz prawicowym ruchem „Kach” i napisem „Ultras Hapoel against the scum”. „Scum” to po angielsku szumowiny i tak też Hapoel traktuje swoich wrogów. Policja dokonywała upokarzających przeszukań, zakazywała noszenia, a w niektórych przypadkach zakazywała wejścia na stadion. Kibice zarzucali atak na wolność słowa, podając przy tym przykłady, że działania policji nie były w jakikolwiek sposób związane z agresją czy aktami przemocy ze strony kibiców. Ostatecznie sąd uznał za bezprawne zakazywanie przez policję noszenia tych koszulek i wyrażania siebie w taki sposób.

Derby Tel Awiwu to spotkanie szczególne dla obu drużyn. Kluby o nazwie Maccabi reprezentowały raczej klasę średnią i kapitalistów, kibice Hapoelu nazywali ich „szejkami” lub „burżujami”, więc w starciu z klasą robotniczą rywalizacja ta wybiegała daleko poza sportowy charakter. Mecze derbowe traktowane były jako możliwość utarcia nosa bogaczom.

Między oboma klubami dochodziło na boisku i poza nim do różnych historii, które tylko zaogniały sytuację. Felix Halfon zawodnik Hapoelu w latach 90. przeszedł do Maccabi. Ówczesny reprezentant Izraela skusił się na proponowane przez głównego rywala pieniądze, choć sam potem twierdził, że był wypychany z klubu. Uznano go za zdrajcę i przez kilka lat zawodnik żył w dużym napięciu. Swoją drogą próbował przemycić kokainę – złapano go na lotnisku i skazano na 4,5 roku więzienia, ale za dobre sprawowanie wyszedł 2 lata wcześniej. Po kilku lata został ranny w strzelaninie w jednym z klubów nocnych.

Najgoręcej było w listopadzie 2014. Eran Zahavi, były zawodnik Hapoelu, który również przeszedł do Maccabi, strzelił w wyjazdowym meczu derbowym bramkę z rzutu karnego na 1:1, po czym wykonał swoją cieszynkę „pistolety” w stronę kibiców Hapoelu. Po dziewięciu minutach jeden z kibiców Hapoelu wbiegł na boisko i zaatakował Zahaviego. Zawodnik Maccabi nie pozostawał bez reakcji i też się odwinął oraz kopnął intruza. Sędzia pokazał mu za to czerwoną kartkę, co wywołało furię wśród piłkarzy gości, którzy wręcz rzucili się na sędziego z pretensjami. Zawodnik schodził z boiska w akompaniamencie nienawiści kibiców, a trudności całej sytuacji nadawało to, że musiał zejść do tunelu za bramką właśnie tam, gdzie siedzieli najzagorzalsi sympatycy Hapoelu i to właśnie z tej trybuny wybiegł kibic-napastnik. Przerwa w grze trwała 12 minut. Sędzia wznowił grę, ale po upływie minuty kolejni kibice wtargnęli na boisko i atakowali rywali z Maccabi, w związku z czym arbiter zakończył mecz. Zweryfikowano go jako wynik 0:0 i nie przyznano żadnej drużynie punktów.

Oba zespoły spotkały się w tym roku kalendarzowym czterokrotnie. Najpierw w krajowym pucharze Maccabi pokonało Hapoel w rzutach karnych, a potem w lidze nastąpił rewanż i w na Bloomfield w sposób spektakularny wygrał Hapoel. Do doliczonego czasu gry utrzymywało się prowadzenie Maccabi, ale w 92. minucie po dośrodkowaniu Xande Silvy piękną główką popisał się Omri Altman. Dwie minuty później w zamieszaniu podbramkowym piłkę do siatki wepchnął Chico. Sędzia odgwizdał spalonego, ale po analizie VAR wskazał na środek boiska wywołując nieprawdopodobną wręcz euforię wśród piłkarzy i kibiców. W grupie mistrzowskiej Maccabi wygrało pierwszy mecz 1:0, w drugim było 1:1 i tu również w końcówce – bo w 87. minucie – Hapoel wyrównał.

Bardzo bogata i obszerna jest historia Hapoelu w europejskich pucharach. Choć klub ten w tym roku wraca na europejską arenę po 12 latach, wcześniej święcił sporo triumfów z wielkimi futbolu na naszym kontynencie. W sezonie 2001/02 dotarli do ćwierćfinału Pucharu UEFA eliminując po drodze Chelsea (2:0, 1:1) i Parmę (0:0, 2:1), ulegając dopiero Milanowi. Po tych meczach europejska prasa nazwała Hapoel „Czerwonym Dżinem”. W meczu z Chelsea swoje bramki u siebie zdobywali w samej końcówce – w 89. i 94. minucie, podobnie, jak w przytoczonym dreszczowcu z Maccabi. W Pucharze UEFA 2006/07 w fazie grupowej potrafili wygrać z PSG 4:2 i to na Parc de Princes. Wyższość Hapoelu musiały uznawać takie gwiazdy światowego futbolu jak Lampard, Terry, Zola, Şükür, Cannavaro czy Pauleta. W pojedynczych meczach lub dwumeczach Hapoel potrafił wygrywać też z takimi drużynami jak Rangers, Getafe, Lokomotiw Moskwa, HSV, Celtic, Salzburg, Benfica czy Legia.

To właśnie z Legią Warszawa Hapoel spotkał się w fazie grupowej Ligi Europy w sezonie 2011/12. W meczu przy Łazienkowskiej Izraelczycy objęli prowadzenie za sprawą Toto Tamuza, potem na prowadzenie wyprowadzili Wojskowych Daniel Ljuboja i Marcin Komorowski. Wyrównał Maharan Lala, ale w 89. minucie na 3:2 trafił Miroslav Radović i dał Legii zwycięstwo. W rewanżu już się cieszył Hapoel, który wygrał 2:0, a gole zdobyli Salim Tuama i Avihay Yadin. Mimo to Legia zajęła w grupie drugie miejsce, a Hapoel trzecie.

W Hapoelu grało kilku polskich zawodników. Były bramkarz reprezentacji Jarosław Bako rozegrał w tym klubie 85 meczów w latach 1993-96. W tym samym czasie 63 występy zanotował w klubie były wieloletni zawodnik Lecha Poznań Damian Łukasik. Wkrótce do Hapoelu trafił nasz były trener, a obecnie szkoleniowiec Wieczystej – Kazimierz Moskal, który rozegrał w klubie z Tel Awiwu 90 meczów. Jak specyficzna była gra w Izraelu i z jakimi ryzykami się wiązała opowiadał właśnie Moskal, mówiąc, że był świadkiem sytuacji w której jakiś człowiek w mundurze wojskowym otworzył ogień i zaczął strzelać do ludzi siedzących w kawiarni. To był też czas, w którym Sadam Husajn groził użyciem broni chemicznej, więc ludzie w panice kupowali folie do zabezpieczenia okien oraz maski przeciwgazowe. Raz w ciągu tygodnia w Tel Awiwie były trzy zamachy samobójcze w autobusach. Moskal kilkukrotnie zastanawiał się, czy aby bezpieczniej nie byłoby wrócić do Polski.

Na marginesie zaznaczmy też, że w Izraelu grała jednak z legend GKS Katowice, czyli Jerzy Wijas. Zawodnik w barwach Hapoelu Kfar Saba zdobył Puchar Izraela w ćwierćfinale eliminując w dwumeczu m.in. Hapoel Tel Awiw, a w finale grając pełne 120 minut przeciw Shimshon TLV.

Tel Awiw, a właściwie Tel Awiw-Jafa to miasto o populacji 475 tysięcy ludzi. Wchodząca w skład nazwy miasta Jafa, to jednocześnie port i nazwa obecnej dzielnicy miasta, która do 1949 roku stanowiła miasto odrębne. Początkowo Jafa wedle rezolucji ONZ miała wchodzić w skład państwa arabskiego (Tel Awiw w skład państwa żydowskiego), ale Arabowie odrzucili ten pomysł i wywołali wojnę domową. Żydzi zajęli Jafę, a Arabów wygnali. Izrael włączył właśnie Jafę do Tel Awiwu podobnie jak wioski Asz-Szajch Muwannis, Al-Dżammasin i Sumajl, które zostały opuszczone przez Arabów.

W wyniku kolejnej odsłony wojny, czyli od wspomnianego października 2023, UEFA nie dopuściła do rozgrywania oficjalnych rozgrywek międzynarodowych na terenie Izraela. W związku z tym Hapoel nie może grać na swoim stadionie Bloomfield, powstałym w 1962 roku, obecnie niemal 30-tysięcznym obiekcie. Wcześniej Hapoel grał na starym stadionie Basa.

Kibice Hapoelu są skrajnie lewicowi. Ultras Hapoel ’99 to główna grupa ultras tego klubu, która szczyci się swoją postawą antyfaszystowską i antyrasistowską. Ultrasi Hapoelu utrzymują kontakty z innymi europejskimi grupami o podobnych poglądach politycznych, takimi jak kibice niemieckiego Sankt Pauli, którzy z powodu swojego zamiłowania do skrajnej lewicy są chyba najbardziej znani. Jakiś czas temu relacje między ultrasami Hapoelu, a ich ziomkami z St. Pauli doprowadziły do ​​napięć z grupą kibiców Beitaru Jerozolima o nazwie „La Familia” – jedną z najbardziej znanych organizacji skrajnie prawicowych w Izraelu. Obiekt treningowy Hapoelu stał się celem ataku, a władze Izraela uznały podpalenie za celowe. Radykalna frakcja La Familii, określająca się mianem „Strażników Tradycji” zdawała się przyznać do tego czynu za pośrednictwem swojego konta na Instagramie – opublikowano tam nagranie płonącego magazynu sprzętu drużyny młodzieżowej oraz zdjęcie pobliskiego graffiti z napisem: „Holokaust nie był jedynym momentem, w którym was spalono”. Podczas jednego z meczów drugiej ligi niemieckiej pomiędzy St. Pauli a Greuther Fürth, ultrasi z St. Pauli wyrazili poparcie dla swoich izraelskich przyjaciół, prezentując na trybunie południowej transparenty z hasłem: „Solidarity with Hapoel! Fuck Beitar! Fuck Nazis!”.

Nie pozostało bez odpowiedzi. Gdy Beitar mierzył się z Hapoelem w izraelskiej ekstraklasie, La Familia przygotowała transparent z agresywną ripostą: „Drogie St. Pauli, jeśli uważacie się za takich twardzieli, przyjedźcie i stańcie ramię w ramię z UH99 przeciwko nam – pieprzyć Antifę!”.

St. Pauli nie jest jednak jedynym klubem, z którym Hapoel utrzymuje przyjazne stosunki ze względu na upodobania polityczne. Ich ziomkami jest także Omonia Nikozja, którą pamiętamy ze transparentów podczas meczu z Legią mówiącym o tym, że w 1945 roku Armia Czerwona wyzwoliła Warszawę, widniały też na stadionie symbole sierpa i młota oraz wizerunek Che Guevarry.

7 października 2023 w wyniku ataków Hamasu pod nazwą „Burza Al-Aksa” zginęli także kibice Hapoelu. Jedną z ofiar był Omer Hermesh – postać doskonale znana wszystkim sympatykom Hapoelu. Na jego grobie złożono, szaliki i inne rekwizyty z emblematami i klubowymi barwami. Podczas pogrzebu Hermesha kibice odśpiewali hymn swojego klubu. W wyniku ataków Hamasu zginęło 30 kibiców klubu, a kolejne osoby zostały uprowadzone i przetrzymywane jako zakładnicy.

Kibice Hapoelu w Izraelu są otwarci na Arabów i mają w swojej społeczności wielu z nich. Mimo ataków ze strony wroga kibice nie zamierzali zmieniać swojego tolerancyjnego – na swój sposób – podejścia. Także i członkowie mniejszości arabskiej brali udział w uroczystościach pogrzebowych. Jak powiedział Hermesh: „Możemy słynąć z ciętego języka, ale nie jesteśmy rasistami!”.

Na oficjalnej stronie Hapoelu jest podstrona – ściana pamięci – gdzie są wyszczególnione zmarłe osoby, ze zdjęciami i krótkimi notkami tychże kibiców Hapoelu.

Po dwumeczu z Łudogorcem kibice są przeszczęśliwy. Powrót po 12 latach do piłkarskiej Europy okazuje się jak na razie bardzo udany. Komentarze nie pozostawiały wątpliwości:

„Przez wiele lat nie mieliśmy tak zaangażowanych graczy”

„Nie ma to jak Hapoel Tel Awiw”

„To wspaniałe – wracamy do starych, dobrych czasów”

„Do boju, Hapoel! Jeśli lecicie na mecz wyjazdowy, pamiętajcie: nie przepadają za nami, a ich ultras to twardzi zawodnicy – ​​uważajcie na siebie”.

„Do wszystkich wybierających się na mecz: uważajcie na polskich nazistów”.

No właśnie. W internecie już pojawiła się narracja o tym, jacy kibice GKS nie są skrajnie prawicowi. I choć oczywiście generalnie polskim kibicom trudno zarzucić lewicowość, to w porównaniu z kibicami niektórych krajów czy regionów świata i Europy, jako naród i kibicowska społeczność jesteśmy skrajnie daleko od… skrajności. Niestety narracja, przekłamana narracja, jest przez niektóre środowiska powielana. W zeszłym roku, gdy Raków grał z Maccabi Hajfa, na trybunach meczu – na Węgrzech zresztą – izraelscy kibice wywiesili transparent o treści „Murderers since 1939”, obarczając Polaków, a nie Niemców, za Holokaust. Chcielibyśmy wierzyć, że podobnych prowokacji unikniemy podczas tego dwumeczu.

Kibice Hapoelu mają alergię na wiele rzeczy – na faszyzm czy rasizm właśnie, na tych, co myślą inaczej niż oni. Mają także alergię na żółty kolor, który powoduje u nich spazmy. Dlatego też rywalizacja – zwłaszcza na Nowej Bukowej – będzie im przypominać ich potyczki z Maccabi Tel Awiw. No i dobrze. Niech mają namiastkę derbów w swoim mieście – bo choć trudno ocenić, jak będzie wyglądał mecz w Miszkolcu – z racji na neutralny teren – to w Katowicach szykuje się kolejne piłkarskie święto. Święto, w którym z racji różnic kulturowych i światopoglądowych – będzie naszej drużynie kibicować cała Polska.


Źródła:

https://pids.pl/analiza/izrael-w-uefa-czyli-geografia-kontra-polityka/#_ftn1
Wikipedia PL
Wikipedia EN
timesofisrael.com
The Jerusalem Post
Ynet News
https://israeldesks.com/
RMF24.pl
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it
www.dw.com/en/october-7-massacre-hapoel-tel-aviv-supporters-mourn-the-death-of-well-known-fan/a-67352658
www.dw.com/en/israel-protests-what-have-football-fans-got-to-do-with-it/a-65164429
Zdjęcie:
https://www.timesofisrael.com/
Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Krytyka i wsparcie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Ech, Bożesz Ty mój… Ze scenariuszy, o których pisałem wczoraj rano, sprawdził się ten znany. Czyli bezzębna, bardzo słaba GieKSa na wyjeździe. Przyznam, że powoli robi się to irytujące. Żeby poszukać naprawdę dobry, solidny od początku do końca mecz w delegacji, trzeba się cofnąć do samego początku roku do Lubina. Potem mieliśmy spektakularne – momentami bardzo dobre mecze w Częstochowie i Poznaniu, choć na Rakowie straciliśmy od przerwy do 49. minuty dwie bramki. Lech trzykrotnie z nami wyrównywał. No ale tak – były to mecze spektakularne. Z Radomiakiem – ostatnia wygrana wyjazdowa – cisnęli nas gospodarze niemiłosiernie i tym bardziej było to cenne zwycięstwo. Ostatnie – pięć miesięcy temu. Poza tym, to gramy na wyjazdach w tym roku całkiem konkretnie paździerze.

Gdynia – oprócz początku meczu – paździerz. Jaga- niezła druga połowa. Cracovia – totalny paździerz. Korona – przeciętnie. Piast – totalny paździerz. Pogoń – totalny paździerz, ale złota bramka na puchary. Żilina – paździerz przez dużą część meczu. Wisła – nie paździerz, ale zawias na kilkanaście minut.

Przecież jakby GieKSa u siebie grała tak, jak na wyjazdach, to byśmy lecieli z tej ligi hukiem. Na szczęście u siebie zespół robi coś dokładnie odwrotnego niż paździerze – gra efektownie, z pomysłem, polotem, odważnie, dobrze piłkarsko i skutecznie. Mecze domowe równoważą, z lekką nawiązką, to co się dzieje na wyjazdach. A dzieje się bardzo źle i to się musi zmienić i szczerze mówiąc oczekiwałbym, że przez tyle miesięcy znana już jest diagnoza tej absurdalnie dużej różnicy w meczach u siebie i na wyjeździe.

Mecz z Hapoelem był ultrasłaby. Wiadomo, że rywal pokazał solidną jakość piłkarską i tu nie ma co polemizować. Ale abstrahując od tego, co pokazywali gracze z Izraela, to trzeba spojrzeć na jedną podstawową rzecz. Niewymuszone błędy po naszej stronie. Tak bardzo niewymuszone, że Hapoelu mogłoby nie być na boisku, a i tak byśmy je popełnili. Mówię zarówno o defensywie, jak i ofensywie.

Piszę o tym, bo nie ma co popadać w skrajności. Wszyscy się cieszymy z pucharów, z tego, że GieKSa zasłużenie je sobie wywalczyła dając nam szansę na piękną przygodę. Jeśli odpadniemy – żadna tragedia się nie stanie. Będziemy dalej walczyć w lidze i Pucharze Polski – nikt tu szat rozdzierać nie będzie. Ale to nie chodzi też o to, żeby wszystkich zagłaskać. Bo jak rywal będzie po prostu zdecydowanie lepszy i wygra – nie będę miał żadnych pretensji. Jednak jeśli odprawiamy takie cuda na boisku, jak wczoraj w Miszkolcu, to też nie można przejść obok tego obojętnie.

Pierwsza połowa to była katastrofa. Byliśmy elektryczni i nieporadni. Czasem się naprawdę zastanawiam z tymi piłkarskimi trendami, z tym rozgrywaniem piłki od tyłu… Dobra, ja się nie znam na taktyce, może to i jakieś efekty przynosi. Ale na Boga, jeśli gra nam nie idzie, przeciwnik jest nakręcony, stosuje agresywny pressing, to to podawanie piłki po ziemi w swoim polu karnym lub tuż przed wywołuje palpitacje serca. Chciałoby się powiedzieć (głosem Tomasza Hajty) – wybij tą piłkę, oddal, nie baw się. Uważam, że ta zmiana przepisu z wybiciem od bramki, że nie trzeba już przejmować piłki poza polem karnym, wprowadziła więcej zamieszania niż pożytku. Taka gra od tyłu wymaga naprawdę dobrej techniki.

No wybij tę piłkę, jak jesteś pod presją. Ale nie tak jak Borja Galan, który robi totalnie dziwny przerzut wszerz boiska. Co nasz zawodnik miał na myśli, pewnie nie wie on sam. Była strata, wycofanie, kompletny brak asekuracji i rywal znajdujący się przed polem karnym. Kolejna zabawa – tym razem Arka Jędrycha przed polem karnym – wysunięty Gabriel Kobylak i już mieliśmy dwa gongi. Jedno jest pocieszające. Tak dramatycznego meczu nasz kapitan już nie powtórzy. Nie wychodziło mu w tym meczu nic, sprokurował kilka kolejnych bramkowych sytuacji, które nie zakończyły się golami tylko dzięki Kobylakowi lub szczęściu, gdy okazało się, że jednak jest spalony i rzutu karnego nie będzie. Nie będę się pastwił, bo swoje Arek przecież wie. To był koszmarny jego mecz.

Inni zawodnicy nie byli wiele lepsi. Chodzi też o ofensywnych. Hapoel po zdobyciu dwóch goli oddał nieco pole i się cofnął. GieKSa nie potrafiła z tego „podarowanego” miejsca na boisku zrobić nic. A okazje ku temu były. Kilkukrotnie nasi zawodnicy pokazywali się na idealnych wprost pozycjach do zagrania – nie, piłek nie dostawali. Było kółeczko, spowolnienie akcji i jakieś podanie, które już większego pożytku nie przynosiło. Bartek Nowak tym razem efektywny nie był, a Bartek Wolski widać, że chyba potrzebuje czasu, żeby się wkomponować, bo też dokonywał kompletnie chybionych wyborów. I znów zapominał, że rywal robi doskok.

Zagrożenia ostatecznie nie stworzyliśmy żadnego, ani przez moment nie było nawet blisko zdobycia bramki. Za to Hapoel miał ich dużo więcej. I kończy się to tak, że z przebiegu tego spotkania możemy cieszyć się, że skończyło się tylko 0:2, bo ten dwumecz z dużym prawdopodobieństwem mógł być już rozstrzygnięty. Trzecia bramka zamknęłaby sprawę – odrobienie strat rozpatrywalibyśmy wówczas w kategorii cudu. Strata jest dwubramkowa, więc włącza się realizm. Wierzę, że w Katowicach sytuacja może się odwrócić.

Hapoel pokazał bardzo dobrą piłkę to prawda. Ale nie był to futbol wybitny, świadczący o jakiejś niesamowitej klasie rywala – takiej, że GKS nie ma co się równać. Tak jak powiedziałem – nawet w tak słabym meczu, gdyby nasi zawodnicy dokonywali lepszych wyborów w swoich atakach, można by było pokusić się przynajmniej o jedną bramkę. A gdybyśmy nie zrobili tych koszmarów w obronie… ech.

Czy Hapoel jest do ogrania? Tak – jest. Tylko przede wszystkim trzeba zagrać perfekcyjnie w obronie. Jedna bramka może przekreślić wszystko. Więc defensywa to jest podstawa. No i trzeba być kreatywnym w ataku. Jedno, czego jestem pewien to to, że GieKSa jest w stanie strzelić dwie bramki. To na bank. Tylko no właśnie – strzelić i nie stracić.

Dobra Panowie, krytyka jest i tyle. Teraz chodzi o to, żeby się nie poddawać, żeby znów wyjść z tą agresją i przekonaniem na rewanż na Nowej Bukowej. Nasze wsparcie niezmiennie macie. Tak jak napisałem, jeśli się nie będzie dało awansować – trudno. I tak te cztery mecze w Europie to coś wspaniałego i będziemy wam to zawsze pamiętać i być wdzięczni. Ale powalczcie. Strzelcie tę bramkę, żeby ten stadion choćby na chwilę uwierzył, że odrobienie strat jest możliwe. Niech to będzie ta drużyna, którą znamy aż nadto z meczów u siebie. Z meczu z Żiliną czy Radomiakiem.

A teraz regenerujcie się przez te dwa dni, bo ostatnio był maraton. Czas na odpoczynek, by już za chwilę rozpocząć akcję rewanż. Stać was na rzeczy wielkie. Głowa do góry i do boju!

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Kato-Miszkolc dwa bratanki – reportaż z Węgier

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Swą podróż do Miszkolca rozpocząłem już dzień przed meczem. Za długo człowiek czekał na te puchary, żeby odmówić sobie przyjemności zrobienia „kontentu” daleko wykraczającego poza samą piłkę nożną. Lata jeżdżenia po ośrodkach pierwszoligowych, a przez chwilę nawet drugoligowych mogła wywołać rutynę i znudzenie. Ileż razy można było jeździć do Suwałk, Grudziądza czy Pruszkowa. Sześcio- czy siedmiokrotne wizyty w niektórych miastach (a na Arce czy w Niecieczy to i osiem razy) powodowały, że stadiony rywali znałem jak własną kieszeń.

Teraz sytuacja się odmieniła, bo mamy ekstraklasę i jest trochę nowości. To znaczy teraz dalej będą powtórki, ale nowe. Na takim Rakowie od awansu byliśmy już trzy razy, a już niedługo będzie czwarty. Taka rutyna nie zaszkodzi. Za to europejskie puchary są jedyne w swoim rodzaju, bo prawdopodobieństwo trafienia na tego samego przeciwnika jest nikłe. Dlatego są to doświadczenia unikatowe. Wymagające specjalnego potraktowania.

***

Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. A zwłaszcza przed podróżą. Dlatego też musiała najpierw nastąpić konsumpcja. Jeszcze chwila ogarnięcia się i w drogę na Węgry. Czekało mnie planowo ponad pięć godzin jazdy, ale wiadomo było, że z postojami wyjdzie to nieco dłużej.

Było ciepło, bardzo ciepło. Ale to była tylko przygrywka do tego, co się będzie działo na Węgrzech. Zapowiadane temperatury na środę i czwartek to 39 stopni. Grunt to dobry humor i… klimatyzacja.

Droga przebiegała spokojnie. Trochę zakorkowany wjazd na Zakopiankę, ale zupełnie bez tragedii. No i dalsza trasa. Zakopianka czy nowa Zakopianka przebiega naprawdę malowniczymi terenami, na granicy Beskidu Żywieckiego, a Beskidu Wyspowego, Makowskiego czy Gorców. Dzięki czemu podczas trasy możemy podziwiać malownicze wzgórza, z tymi rozpościerającymi się przysiółkami, domostwami. Na swoich długo czy średniodystansowych szlakach przecinałem Zakopiankę – czy to na Głównym Szlaku Beskidzkim, a także szlaku Brzeźnica – Kacwin.

W Nowym Targu było odbicie. Za miastem krótki postój na kupienie czegoś zimnego i stacyjną przekąskę. Już stąd rozciągał się piękny widok na Tatry. Tatry, które miałem od wschodniej strony objechać. Cieszyłem się na tę drogę. Tym bardziej, że w życiu tak dużo chodziłem po górach, że nieraz jadąc przez jakieś dziwne miejsca mogłem powiedzieć – byłem tutaj.

Tak było choćby, gdy przejeżdżałem przez Bukowinę Tatrzańską, przez którą przechodzi szlak Trzy Kopce – Chochołów. Przeszedłem go za drugą próbą, bo za pierwszą narzuciłem sobie zbyt duże tempo pierwszego dnia i po przejściu ponad 40 kilometrów w ulewnym deszczu poległem. Pamiętam, że dzień później GieKSa wygrała u siebie z Garbarnią 2:0. Czasy Covidowe.

Tak więc Bukowina (wcześniej Białka) czy Czarna Góra były mi dobrze znane. Ja tym czasem zbliżałem się do granicy w Jurgowie, a moim oczom ukazywały się najpiękniejsze Tatry Bielskie. Przejeżdżałem przez Zdziar. Miejscowość, w której miałem kiedyś nocleg przed wielodniowym pobytem w Tatrach Słowackich. Wówczas to ruszyłem w Tatry Bielskie właśnie – niestety na Hawrań, Murań czy Płaczliwą Skałę nie można wchodzi ze względu na rezerwat – choć jakieś gagatki wówczas miały to za nic i i tak wchodziły. Ja potem udałem się do schroniska przy Zielonym Stawie i Jagnięcy Szczyt. To byli czasy.

Jadąc autem niestety nie mogłem robić zdjęć w najbardziej efektownych momentach. Ale gdzieś tam raz czy dwa przystanąłem i udało się zrobić fotki tych majestatycznych, zielonych i trawiastych zboczy. To naprawdę jedno z moich ulubionych miejsc.

Droga przebiegała spokojnie – przez Tatrzańską Kotlinę, Tatrzańską Łomnicę i Wielką Łomnicę. Gdzieś tam kilka razy przecinałem tory, po których porusza się Elektrická, czyli kapitalna transportowa sprawa, pozwalająca poruszać się w większej części południowego krańca Tatr. Sam z niej korzystałem wielokrotnie. Wkrótce dotarłem na obrzeża Popradu, a to oznaczało, że zaraz wyjadę na autostradę.

Droga tą autostradą to była poezja. Samochodów było na niej niebywale wręcz mało. Często zdarzało się tak, że zarówno z tyłu, jak i z przodu na horyzoncie nie było ani jednego. I tak przez całe, całe minuty. Jechałem więc przez te słowackie pola, malowniczo to wyglądało, inaczej niż w Polsce. Tak więc podążałem sobie ku Węgrom.

Po drodze stwierdziłem, że jednak nie będę jechał na miejscówkę, tylko od razu na stadion na przedmeczową konferencję. W Żylinie nie dałem rady ze względu na to, że w środę jeszcze „uszczknąłem” pracę i wyjeżdżałem dopiero o dwudziestej. Tutaj z racji porannego wyjazdu, konferencja była wpisana w plan.

Zszokowałem się, gdy podczas postoju na stacji wysiadłem z auta. Wiadomo, w samochodzie klimatyzacja i człowiek się przyzwyczaja do normalnej temperatury. Po wyjściu na zewnątrz – ukrop. Niesamowity ukrop. Można było odnieść wrażenie, że im bardziej na południe, tym goręcej. W sumie – logicznie.

Dojechałem do węgierskiej granicy. Dalsza droga aż do Miszkolca, równie przyjemna, co na Słowacji. Kilkadziesiąt minut i dotarłem do miasta docelowego. Wjazd do centrum i w stronę stadionu. Odrobinę inaczej niż w Polsce, na przykład czerwone światło i zielona strzałka na wprost. Za pierwszymi dwoma razami miałem zawias. Potem już śmiało jechałem.

Dotarłem do stadionu DVTK, czyli Diósgyőri Vasgyárak Testgyakorlók Köre, bo tak nazywa się drugoligowy klub, który gra na tym obiekcie. Co ciekawe klub ma na koncie Mistrzostwo Węgier w… szachach. Dobrze znamy ten smak triumfu w krajowej lidze.

Pod stadionem byłem o 16.40, czyli pół godziny przed planowaną konferencją. Stadion wyglądał… tak jak na Google Maps. Dzisiaj coraz mniej jest tajemnic. Choć jak na Google Maps „wjedziecie” sobie na sam parking tuż przy stadionie – to zobaczycie zdjęcia sprzed kilkunastu lat, jeszcze ze starym oldchoolowym obiektem. W każdym razie prezentuje się ładnie, jest dość spory, a dzięki informacjom sprzed wyjazdu, dokładnie wiedziałem, gdzie wejść.

Tak więc podchodzę do panów ochroniarzy, jeden powoli, mozolnie, gasi papierosa i zmierza do drzwi, żeby mnie wpuścić. Otwiera je i pokazuje następne, gdzie jest sala konferencyjna. Wchodzę więc i witam się z ludźmi z oficjalnych mediów GieKSy, którzy też niedawno – dotarli na miejsce. Kręcą się tam ludzie z Hapoelu Tel Awiw, drużyna miała chwilę wcześniej trening. A ja czekam na konferencję, na której pierwotnie miał być trener i Alan Czerwiński, ale z racji lekkiego opóźnienia pojawił się tylko szkoleniowiec.

Jestem jedynym na tej konferencji oprócz chłopaków i dziewczyny z oficjalnej. Zazwyczaj było tak, że jak nie było żadnego dziennikarza na tych briefingach, to po prostu media GieKSy robiły wywiad z trenerem. Tutaj zrobiliśmy wszystko „oficjalnie”, czyli przy stole, na tle ścianki Hapoelu.

Zadaję pytanie trenerowi o Węgry, gdyż to w tym kraju zaczęła się jego historia w GKS. Pamiętne zgrupowanie w Telki, na które pojechaliśmy jako redakcja Bukowej, by je relacjonować. To było 15 lat temu, a my wówczas połączyliśmy wakacje z pracą na rzecz GieKSiarskiej społeczności. Dziwne, trudne i piękne to były czasy. Byliśmy na sparingach, m.in. GieKSa grała z Honvedem w Budapeszcie, a przed tymże sparingiem odegrano hymn Polski. Wszyscy byliśmy wtedy młodziutcy, zresztą zobaczyć możecie to na filmach poniżej. No i był kot Laszlo w ośrodku reprezentacji Węgier.

Jeszcze przed briefingiem i po nim udaję się na sektor prasowy. I tam od razu niespodzianka. Na stanowiskach są już wydrukowane kartki z nazwiskami dziennikarzy, więc mam już swoje przyporządkowane miejsce. Jest to komfort – dzień przed meczem znać już wszystkie trakty, wiedzieć, gdzie wejście, sala konferencyjna, jak wygląda prasówka. Jest to odhaczone i nie trzeba się następnego dnia stresować. Bo często na stadionach te oznaczenia są niejasne lub w ogóle jest ich brak, a ochrona zazwyczaj nic nie wie.

 

A tutaj – komfort. Dodatkowo sama prasówka jest na samej górze (jak wchodziłem, to jakiś gościu wywoził stół do ping ponga). Wszystko na swoim miejscu. Widok na boisko znakomity. Toteż po konferencji siadam na chwilę na „swoim” stanowisku i gdy piłkarze zaczynają trening – ja zamieszczam na stronię relację z konferencji właśnie. Zajmuje mi to wszystko z godziny, po czym kieruję się do wyjścia.

Przed stadionem spotykam jeszcze rzecznika Michała i pana Bogdana, kierowcę GieKSiarskiego autobusu. Mówimy o tym upale i problemie ze schłodzeniem w zadowalający dla pasażerów-piłkarzy sposób. Upały dają się we znaki, a schłodzić taki gabaryt, to jednak duże wyzwanie. W autobusie nadal było więc ponad 25 stopni, temperatura zatem niezbyt ciekawa do funkcjonowania. Przynajmniej zawodnicy nie musieli się te powiedzmy 7 godzin smażyć, ale jednak droga z lotniska z Koszyc do Miszkolca, no i potem transfery na stadion to jednak jest pewien czas spędzony w autobusie.

Ja wsiadam do auta i ruszam na kwaterę, do której mam kwadrans. GPS prowadzi mnie jakimiś drogami, krętymi i górskimi – bo trzeba przez jakieś wzgórze przejechać – i po drodze robię jeszcze postój w Lidlu. Przede wszystkim zaopatruję się w picie, bo w tym upale to jest obowiązek. Plus kilka rzeczy do jedzenia. Zwracają uwagę typowo węgierskie specjały w lodówkach. Salami po prostu być musi. A na półkach nie może zabraknąć węgierskich past paprykowych. Jedną taką kupuję. Bo choć wiem, że jest przeraźliwie słona (11,5 g soli na 100 g), to ma swój paprykowy klimat.

Po kilku kolejnych minutach docieram na kwaterę. Brama zamknięta, dzwonię, nikt nie wychodzi. Dzwonię na telefon – cisza. Dopiero po paru minutach wyszedł gospodarz, uff. Mówi po angielsku i to bardzo komunikatywnie. Znakomicie. Dokonujemy formalności i prowadzi mnie do pokoju. Za chwilę największa próba – czy działa klimatyzacja. To był absolutnie główny punkt przy doborze noclegu. Były bowiem lepsze lokalizacje, bliżej centrum czy stadionu. Jedno miejsce było super, ale w komentarzach pisali, że klima jest, ale nie działa. Tutaj załączam i od razu powiało przyjemnym chłodkiem. Pięknie. Jestem na miejscu. A w lodówce – półtoralitrowa, schłodzona woda mineralna.

Chwila ogarnięcia się, rzeczy do lodówki. Prysznic po podróży. No i miałem upatrzoną restaurację nieopodal, gdzie wyczytałem, że menu jest po polsku, a opinie bardzo dobre. Udaję się więc do niej na obiadokolację. Jestem już mocno głodny, bo wcześniej jadłem tylko wspomniane śniadanie i hot doga na stacji, ale to z siedem godzin temu. Idę więc do wspomnianej knajpki. Co prawda mam ochotę na jakieś węgierskie dania, ale z drugiej strony obawiam się, że leczo czy zupa gulaszowa to będzie za mało. Tym razem więc jeszcze nie kombinuję i biorę solidnego burgerasa. Co prawda tu jedna z opinii była taka, że burger mały, więc ktoś musiał dokupić sobie deser, żeby się najeść. No ale patrzę – 220 gram mięsa, więc solidny kotlet. I rzeczywiście wizualnie – przed nie jakąś wielką bułkę – sprawiało to wrażenie, że jest trochę małe, ale ostatecznie – delikatnie mówiąc – najadłem się. Było sycie i sowicie. Do tego dwie homemade ice tea. Pragnienie było duże. Mimo wielu godzin w klimie w aucie, ten upał nie pozostawał obojętny dla organizmu. Było to bardzo sympatyczne posiedzenie, na ogródku na takim podeście. Wieczorem już dało się wytrzymać.

Zabawne jest to, że gdy siedzę w tej knajpce, przychodzą… media GieKSy. Naprawdę świat jest mały. Uważam, że to miejsce na nocleg, które wybrałem, nie jest oczywistym wyborem, bo znajduje się na takich totalnych przedmieściach Miszkolca – dokładnie w dzielnicy Miskolctapolca. Szansa, że oni będą w tym samym miejscu, wybiorą tę samą knajpę była naprawdę mała. A jednak. Jeszcze potem spotykamy się po opuszczeniu lokalu.

Ja wracam na kwaterę. Przypominam sobie, że dzisiaj gra Górnik. Ale nie chce mi się odpalać laptopa. Przychodzi mi więc do głowy myśl, że może w węgierskiej telewizji leci mecz z Ferencvarosem. I tak jest w istocie, więc oglądam drugą połowę. Potem piszę jeszcze felieton przedmeczowy i czas na spanko. Jutro zapowiada się intensywny dzień.

***

Po skonsumowaniu zakupionej dzień wcześniej bułki z „wypalonym” napisem „ham and cheese”, ruszam do miasta. Patrzyłem wcześniej, jak to się układa z parkingami, płatnościami. Wybór pada na parking pod Sparem nieopodal centrum. Kilkanaście minut i koło jedenastej jestem na miejscu. Jedenastej, bo musiałem lekko odespać. Więc pobudka była przed dziewiątą.

W przeciwieństwie do Żyliny, nie mam żadnego planu zwiedzania. Jedyne cele, o których myślę to ten plac napisem Miszkolc oraz wzgórze z wieżą TV, z której jest widok na miasto. Ale to mgliste. Na początku nawet nie wiem, którędy dokładnie tam iść, dopiero po chwili patrzę na mapę.

Na razie jestem na takiej ruchliwej, głównej ulicy. Fajne jest rondko z wypukłościami na liniach rozdzielających pasy, dzięki temu żaden gagatek nie będzie jeździł, jak chce. Problem będzie wtedy, kiedy ktoś się pomyli, ale cóż – zdarza się.

Wchodzę w ulicę István Széchenyi, drogę bez samochodów, za to z tramwajami. I typowo węgierską ulicą – idę przed siebie. Miasto w czwarte o 11.00 jest jednocześnie żywe i spokojne. Jest trochę ludzi, ale nie widać absolutnie żadnej gonitwy czy napięcia. Wszystko się toczy swoim spokojnym rytmem. Powiedzielibyśmy, że to taka spokojniejsza (i schludniejsza) 3 maja. Jest trochę zieleni, trochę drzewek.

Upał jest niesamowity. W zasadzie kilka minut po wyjściu z samochodu, normalnie idąc, miałem już mokre czoło. Ale jest mimo to bardzo przyjemnie. Picie z lodówki jeszcze w plecaku jest chłodne.

Docieram do Placu Szent István, czyli Świętego Stefana. Postać ta to książę i pierwszy król węgierski, koronowany w 1000 lub 1001 roku. Zjednoczył on plemiona węgierskie i dokończył proces chrystianizacji na Węgrzech. Na jego cześć nadano też nazwę austro-węgierskiemu pancernikowi, działającemu podczas pierwszej wojny światowej i zatopionemu w 1918 roku. Co ciekawe istnieje film z zatonięcia statku, co jak na wydarzenie sprzed 108 lat jest ewenementem.

Plac jest lekką betonozą, z ładnym klombem po środku. Są też jakieś drzewka na bokach. No i napis białymi literami Miskolc. Idzie się uprażyć na tej patelni, ładnej patelni. W tle wzgórze Avas ze wspomnianą wcześniej wieżą. Robię nagrywkę do trzech razy sztuka, szybkie coś do picia i podejmuję decyzję, by już teraz ruszyć na wzgórze.

Przechodzę więc na ulicę Kálvin János. Tu już mam wrażenie lekko wyludnionego miasta. Jedynie jakiś biegacz robi sobie trening i w pewnym momencie na chodniku – dwa metry ode mnie – pada i zaczyna robić pompki. Mnie czekają teraz schodki, wejście na Avas. Według archaicznego języka „Avas” oznacza zakazany. Pochodzi ona od tego, że w dawnych czasach zakazano pasterzom wypasania owiec na wzgórzu, gdyż obawiano się o zawalenie starych piwnic z winem.

Po kilku minutach mijam protestancki kościół gotycki. Jest zamknięty, więc idę dalej i przechodzę przez cmentarz. Pochowani są tu znani ludzie z życia Miszkolca, jak Bertalan Szemere and László Palóczy. Uwagę zwracają bardzo stare nagrobki, takie wystające z ziemi tablice nagrobkowe. Niektórzy pochowani pod tymi tablicami zmarli jeszcze w XIX wieku. Robi to wrażenie.

Mija południe. Z wież kościoła biją dzwony, nieopodal wybrzmiewa jakby hejnał. Już nie po schodkach, a wąską uliczką minimalnie zwiększam wysokość. To wszystko jest bardzo blisko – nie jest to odległość od podnóża Dubni do wieży w Żylinie. Pod koniec znów jest kilkadziesiąt schodów i – jestem na górze.

Nie wiedziałem wcześniej, czy wejście na wieżę jest płatne i czy w ogóle można wchodzić. Wywnioskowałem to po zdjęciach, na których ludzie faktycznie szwendali się po balkonie. Patrzę przed siebie – są schody na wieżę. Nie ma nikogo, więc jak słowiański i staropolski zwyczaj nakazał – wchodzę.

Okazuje się, że ten „balkon” jest ogólnodostępny, po prostu wchodzi się po schodach i jest się na górze. Więcej niż jedno duże piętro nie trzeba, bo i tak jesteśmy na wzgórzu i nie ma czynników zasłaniających (drzewa). Oczom moim ukazuje się piękna panorama Miszkolca. Rzucają się czerwono-pomarańczowe dachówki większości domostw. Blokowisk jest tu stosunkowo niewiele, ale są. To nie jest wielkie miasto – choć czwarte co do wielkości na Węgrzech, to zamieszkuje je 160 tysięcy mieszkańców. Ze stosunkowo nisko położonej wieży wzrokiem obejmujemy jego zdecydowaną większość. Bez problemu można dostrzec kolejne niewielkie wzgórza i pola za miastem. Na balustradzie są tabliczki z nazwami miejscowości. Do Valenciennes, które dobrze zna Lukas Klemenz jest stąd 1303, a na przykład do Cleveland 7026 kilometrów. Są też miniaturki miszkolckich zabytków.

Widok w tej pogodzie jest bardzo ładny. Może nie tak spektakularny jak w Żylinie, ale tam to była całkiem konkretna duża góra. Tutaj ledwie pewne, acz wyraźne podwyższenie. Patrząc na zachód można dostrzec dach stadionu DVTK. Czyli podobnie jak na Słowacji – z wysokości widzę arenę wieczornych zmagań. Miła sprawa.

Co się okazuje. Piętro wyżej jest… kawiarnia. Taka przeszklona z widokiem na miasto. Dwa razy czy nawet raz nie trzeba było mnie namawiać. Śniadanie bowiem było symboliczne i już wcześniej myślałem o jedzeniu, no i nadeszła pora napić się czegoś zimnego. Wchodzę więc i zasiadam w miejscu, w którym mam przed oczami piękny pejzaż. Przeglądam menu – oprócz słodkich są sandwiche. Decyduję się na kanapkę z salami, jajkiem i serem. Do picia herbata (mimo upału) i lemoniada malinowa. Wnętrze kawiarni jest bardzo ładne i schludne. No i jest… klimatyzacja. Ludzi prawie zero, jakaś babcia z wnuczkami jedna. Bardzo przyjemnie. Czwartek godzina 12.30. Idealnie, by coś takiego zrobić. Mając w planach wieczorem mecz piłkarski.

Lemoniada jest przepyszna. Smaczna plus gazowana. Idealna na taki upał. Napawam się nią i czekam na kanapki. I kelner/barman – sympatyczny, trochę przypominający Adama Zreľáka – przynosi dosłownie kanapki. Cztery średniej wielkości właśnie z salami, plastrem jajka i kosteczkami sera a la ementaler. Pychota. To jest to, czego potrzebuję na mały głód. Aż nie chce się iść dalej, tak jest przyjemnie. W sumie spędzam na Avas godzinę.

Schodzę dalej tymi wyludnionymi drogami i znów pomiędzy ciekawymi domostwami na wzgórzu. Chcę znów zajrzeć do centrum, podobno jest tam synagoga, więc w temacie dzisiejszego spotkania. Nadal jest wyludnienie i pusto.

Gdzieś tam przejeżdża węgierska „eLka”, czyli „teTka”. Uczący się jeździć są właśnie oznaczeni literką T. Dlatego też, tak jak u nas „L” jest wplatane w nazwy szkół jazdy, jak w dobrze znanym kibicom GieKSy „Zielonym Listku”, tak tutaj widziałem szkołę, która nazywała się „Green lighT”. Jest to pomysł. „T” pochodzi od węgierskiego „tanuló”, czyli uczeń. W Polsce „L” znaczy po angielsku „learner”, czyli również uczeń właśnie.

Są tu i budki telefoniczne, ale niektóre opatrzone logiem T-Mobile. Z ławeczką w środku. Obrazki, raczej u nas niespotykane. Całkiem przypadkiem trafiam w kolejne charakterystyczne miejsce. Sympatyczny skwerek z kolejnymi siedziskami, choć głównie na betonie, więc mało kto tu siedzi w tym skwarze. Są knajpki, fontanny i rzeczka Szinva. Zwłaszcza jedna knajpka, przy wąskim przejściu ze stolikami tuż nad tą rzeczką, ma swój klimacik. Lokalista – gdyby dopiero co się nie posilił i napoił, zasiadłbym zapewne tutaj.

Jest i popularny motyw w niektórych miastach, jak na przykład w Pszczynie, czyli kolorowe parasolki nad uliczką. Tutaj kolory są jasne i stonowane – czyli jasnożółty, fioletowy czy czerwony. Być może nieco wyliniały po prostu.

Po chwili jestem na placu przed kościołem Franciszkanów. Kolejny betonowy plac z dwiema fontannami, jedną ładną, błękitną i takimi uroczymi kanalikami, którędy przepływa woda. Naprzeciw jest wspomniana synagoga. Chcę zajrzeć, ale jest zamknięta, więc odpuszczam. Wchodzę natomiast do kościoła. Mogę tylko zajrzeć przez zamknięte drzwi już w środku – do środka.

Wychodząc orientuję się, że kończy mi się trzygodzinny czas parkingu. Chcę więc przedłużyć o godzinę – będę miał wtedy jeszcze godzinę i dziesięć minut. Przedłużam no i lipa. Tamto dziesięć minut mi się skasowało i godzinę naliczyło już bez nich. Bezsens. No i to powoduje, że muszę odrobinę się pospieszyć, bo w planie mam jeszcze jeden punkt.

Idąc na północ widzę już jakieś zastępy policji w radiowozach zmierzające gdzieś tam. Czy to już pod mecz? Nie wykluczam. Jest godzina czternasta. Potem, gdy będę szedł do samochodu, będzie przejeżdżał cały autokar z policją.

Podążam więc główną ulicą mijając slalomem coraz to kolejne wylewki asfaltu. Nie wiem, kiedy je położono, wiem jedynie, że wdepnięcie w tej temperaturze mogłoby mieć opłakane skutki. Mijam jakiś starodawny, socjalistyczny moloch – niby znany u nas widok, a jednak jakiś inny. Te na Słowacji czy właśnie tutaj sprawiają wrażenie opuszczonych i totalnie zaniedbanych. Pewnie tak nie jest, ale wrażenie takie sprawia. Podobnie jak te wszechobecne węgierskie nazwy.

W ogóle węgierski język to moja trauma z dzieciństwa, gdy byłem z rodzicami na wakacjach i zgubiłem się w jakimś centrum handlowym. Jakieś babki-ekspedientki podeszły do mnie i po madziarsku zaczęły gadać. Nie wiem, czy byłem bardziej przerażony zgubieniem się czy tym dziwnym językiem, którego używają.

A zgubiłem się, bo wydawało mi się, że za którymś regałem usłyszałem motor. Więc poszedłem go szukać… Wszyscy na Motor w niedzielę!

I w końcu dochodzę. Do niepozornej ulicy, z jakimiś blokami już poza ścisłym centrum. Kompletnie niby nic. Ale nie jest to byle jaka ulica, bo nazywa się… Katowice! I tak, nie jest to przypadek – ulica ta nazwana jest na cześć naszego miasta, co zresztą uwidacznia tablica kilka metrów od klatki schodowej, przy której robię zdjęcie. Tablica z 1969 roku podpisana jest Rada Miasta Miszkolc i podkreśla przyjaźń. My mamy w Katowicach Skwer Przyjaciół z Miszkolca – ten mini park przy przystankach na Sokolskiej. Od lat wiedziałem, że to miejsce się tak nazywa, ale nigdy nie sądziłem, że do Miszkolca mnie wywieje za GieKSą.

No nic, pora iść do auta, do którego mam dwa kilometry. Idę już drugą stroną ulicy by omijać miękki asfalt. Już czuć po dniu, że zrobiło się popołudnie. Inne słońce, inne światło. Swoje się nachodziłem. Czas więc zakończyć to zwiedzanie.

W ogóle śmieszny ten węgierski język, że „sz” czyta się jak „s”. Dlatego po ulicy jeździ nie bus, tylko busz. Mijam wspomniany autokar z policją. W ogóle jak policja może się nazywać „Rendőrség”. No ludzie!

Jestem z powrotem przy Sparze. Wchodzę na szybkie zakupy, chodzi o napoje. Niestety zimnych nie uświadczysz. Z powodu suszy i niskiego poziomu Dunaju rząd zapowiadał obcięcie energii, za dostarczanie której w dużej mierze odpowiedizalna jest elektrownia w Paks. Tutaj na lodówkach pojawił się komunikat:

„Szanowni Klienci!

W związku z zaistniałą ogólnokrajową sytuacją energetyczną podjęliśmy decyzję o tymczasowym wyłączeniu tej lodówki. Bardzo przepraszamy za spowodowane niedogodności!”.

Jakoś nie do końca wierzę. W Polsce w lato na wsiach i mniejszych miastach to jest stała praktyka. Wyłączanie lodówek w lato. Typowo z oszczędności prądu, a nie jakichś kataklizmów. Zawsze chodzą tylko lodówki z piwem i poupychana jest tam wódą. Wiadomo, dlaczego, ale nie będę się powtarzał, bo już się kiedyś o tym rozpisywałem.

Wsiadam do auta i zmierzam na kwaterę. W międzyczasie kontaktują się ze mną chłopacy (cytat z Joe Pesci’ego), którzy dojeżdżają i mają godzinę z kawałkiem. Umawiamy się w knajpce Lignum, w której to właśnie cała medialna GieKSa, oficjalna i nieoficjalna stołowała się podczas tego pobytu.

Z Kazikiem i Miśkiem zamawiamy leczo. Tak, tym razem na typowo węgierskie żarcie się zdecydowałem. Przyznam, że to leczo to jest mistrzostwo świata. Dużo papryki i cebuli, ale kompletnie nie w postaci jakiejś mazi, tylko gęsto upchane warzywa. Do tego doskonała, przyprawiona kiełbaska. U nas to wrzucą gdzieś zwykłą śląską i robią z tego drogie danie. Tutaj naprawdę kiełbasa była pierwszej jakości. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię Śląską – zwłaszcza całą w cieniu, polską Śląską. A przed meczami na nowej Bukowej jestem pierwszy do przedmeczowego giga-wuszta. No ale to jest knajpa, więc sami wicie, rozumicie.

Posilamy się, po czym chłopaki jadą jeszcze na chwilę na miasto, a ja zbieram się na kwaterę, by przebrać się i przygotować do meczu. Jest godzina siedemnasta, więc do tego emocjonującego starcia pozostają zaledwie trzy godziny.

***

Pod stadionem na dwie godziny przed meczem kręci się już trochę kibiców Hapoelu. Ubrani w swoje czerwone barwy oczekują przed obiektem na spotkanie. Nie odnotowuję jakiegoś zwiększonego policyjnego napięcia przed obiektem, kibice chodzą sobie jak chcą. Ja podjeżdżam na parking i bez problemu parkuję tuż przed prowizoryczną bramą stadionową. Spotykam ludzi z Klubu Biznesu, którzy też mają swoją ciekawą wycieczkę na to spotkanie.

Chwilę po moim przyjściu na stadion przyjeżdża autokar GieKSy z piłkarzami. Korzystam z okazji i robię kilka fotek. Nasi wyglądają, jakby mieli humory dobre. Ale co mają nie mieć – w końcu po to się gra w piłkę, by grać jak najwyżej. A dla nas, dla GKS Katowice puchary europejskie to spełnienie snów. Wychodzą więc w tej nadal gorącej temperaturze zawodnicy i kierują się do budynku. Zaraz przechodzą też sędziowie. Z tym Dechepy’m, co to wyrzucił Baloguna w lidze francuskiej i tam żadna protekcja Amerykanina nie uratowała.

Po chwili i ja wchodzę. I tu o ile przed stadionem było bardzo spokojnie, to w środku kontrola, jak na lotnisku. Choć daleki jestem nadal od stwierdzenia, że jest jakakolwiek napięta atmosfera. Po prostu technicznie trzeba przejść przez bramkę, przepuścić plecak przez „rentgen” no i tak samo w koszyczku przetransportować rzeczy z kieszeni. Potem już nawet nie przeszukiwał mnie ochroniarz, więc tak naprawdę – spokojnie się dało coś przemycić. Troszkę przerost formy nad treścią. I tak jak mówię – duży spokój w tym wszystkim. Po chwili odbieram akredytację. Również wszystko przechodzi szybko i sprawnie. Nie mogę mieć zastrzeżeń.

Jestem znów na sali konferencyjnej. Kręcą się ludzie z Hapoelu, sam nie wiem, czy oni są z klubu, czy to są dziennikarze. I po meczu będą mi się wszyscy zlewać w jedną całość. No nic, czas na pójście na trybuny. Na początku schodami, ale potem udaje mi się wykminić windę i z niej korzystam – niby tylko trzy piętra, ale znów to są takie piętra, jak na Wiśle, że niby trzy, a tak jakby sześć. Ważne było, żeby na górze była jakaś woda. Bo na Sali konferencyjnej woda była w butelkach jak z wódki. No i w sumie się kończyła. Może to była wódka.

W zachodzących promieniach słońca oczekuję na mecz. Schodzą się dziennikarze z Polski, jest Kacper Janoszka, Tadek i Rafał Musioł, potem spotykam też starego druha z GieKSy Rafała Kędziora z ekipą z TVP Sport. Oczekujemy wszyscy w napięciu na spotkanie.

Mnie zaczepia węgierski dziennikarz, który już zdążył pooglądać moje nagrywki z Miszkolca i mówi, że nikt tak nie rozpromował tego miasta. I sam mi puszcza moje własne nagrywki na swoim telefonie. Opowiada też o swoim klubie, drużyna z Miszkolca potrafiła kiedyś grać w europejskich pucharach. No i jak patrzę na „lajki” pod moimi nagrywkami, to jest masa ludzi z Węgier. Algorytm działa więc też geograficznie. Ogólnie bardzo to miłe. Kibice polscy i węgierscy potem na meczu wzajemnie się pozdrawiają.

Tak jak pisałem wcześniej – stanowiska są doskonałe. Jest WiFi, prąd, dobre, sztywne blaty, super widoczność. Nie pozostaje nic, jak tylko relacjonować mecz. Podczas rozgrzewki Hapoelu kibice z Izraela robią małe piekło. Są niesamowicie głośni i ciągle śpiewają. My czekamy na kibiców GieKSy, którzy pojawiają się na krótko przed spotkaniem.

Ostatecznie podczas meczu kibice Hapoelu nie nawiązują aż tak do tego, co na rozgrzewce. Myślałem, że będą jednak głośniejsi. Dopingują oczywiście dobrze przez cały mecz, ale nie ma tego tąpnięcia, co na początku. Kibice GieKSy natomiast – jak zwykle trzymają poziom i prowadzą doping przez całe spotkanie. Fajna jest ta poprawka „Naprzód GieKSiarze!”, bo za pierwszym razem nie wybrzmiała tak dobrze, jak za drugim.

Niestety tracimy gola już w piątej minucie. Izraelski spiker w swoim języku hebrajskim wykrzykuje radośnie ten fakt i z kibicami nazwisko strzelca Stava Turiela. Jest ta egzotyka, niezależnie czy GieKSa by traciła czy zdobywała bramki (tu tylko traciła) w tych obcych dla nas okrzykach spikera. To znak, że gramy w pucharach.

W osiemnastej minucie jest już 2:0 dla Hapoelu. Gra nam się kompletnie nie układa, popełniamy rażące błędy i nie potrafimy nic zrobić z przodu. Formalni gospodarze chcą nas zaskoczyć jeszcze bardziej i nawet mają rzut karny, który sędzia odwołuje z powodu spalonego.

W przerwie możemy tylko zastanawiać się, co zrobić, by zagrać w drugiej połowie lepiej. Na początku drugiej części gry na boisko wpada intruz i co bardzo dziwne – ochrona absolutnie nie kwapi się, by go gonić i łapać. Paraduje sobie po tym boisku i robi jakieś gesty w stronę kibiców GKS. Potem niemal spokojnie wraca na sektor, ale jednak nie udaje mu się tam wejść Ochrona chce go złapać w kilku chłopa, ten się szarpie i wyrywa, ochroniarze się przewracają. Totalny kabaret. Jeszcze z trybun wlatuje drugi jegomość – Węgier, żeby nastukać temu pierwszemu. Szamotanina prima sort. W końcu ich gdzieś tam wyprowadzają, przynajmniej tego jednego.

Ostatecznie gola już nie tracimy, ale też nie zdobywamy i przegrywamy mecz 0:2. To daje nadzieję na odrobienie strat w rewanżu. Jestem niepocieszony po fatalnym występie GieKSy, ale nadal to dopiero pierwszy mecz. Robię nagrywkę pomeczową i idę na konferencję.

Konferencja prasowa jest dziwna, jedna z najdziwniejszych, na jakich byłem. Nie ma osoby koordynującej, wszystko dzieje się totalnie samopas. Rolę tutaj powinien pełnić rzecznik prasowy gospodarzy, ale takiego chyba w ogóle tam nie było. Przychodzi więc trener Górak z Michałem Kajzerkiem i to Michał prowadzi naszą część. Trener się wypowiada, potem zadaję pytania ja i Łukasz Olkowicz. Gdy wydaje się, że ta część konferencji się skończy, pałeczkę przejmuje dziennikarka z Izraela. Najpierw zadaje pytania o piłkarzy Hapoelu, a potem o… bezpieczeństwo w Polsce.

– Dużo fanów Hapoelu i w ogóle kibiców z Izraela obawia się przyjazdu do Polski. Czy jest bezpiecznie?

– W Polsce jest bezpiecznie, bądźmy spokojni.

– Nie wie pan o czym ja mówię? (Don’t you know what I’m talking about?”

– Nie mam pojęcia.

Dziennikarka nie jest pocieszona tymi odpowiedziami i po wyjściu trenera już dosłownie pretensjonalnym tonem zadaje pytanie rzecznikowi, czy naprawdę nie wiedzą, o co jej chodzi?

To było pytanie z podszytą tezą. Czy pani dziennikarka obrała narrację o Polsce jako niebezpiecznym, rasistowskim i faszystowskim kraju? Nie wiem, ale się domyślam. Można pomyśleć sobie, że to tylko mrzonki, ale najwidoczniej taka narracja w Izraelu o Polakach po prostu ciągle funkcjonuje. Narracja, którą i Maccabi rok temu – również na Węgrzech – zaprezentowało. Przykre to. Sam mówię tej dziennikarce, że to są pomówienia i niech po prostu przyjedzie w środę do Polski i sama się przekona. Powiedziałem jej również, że jeżeli nie będzie żądnych prowokacji, to będzie spokojnie.

Pozostaje cieszyć się, że w tym pierwszym meczu nie było żadnych newralgicznych sytuacji poza kilkoma typowo piłkarskimi pozdrowieniami na trybunach. Nie liczę tego intruza na boisku, bo to nie jest coś, co można uznać za jakiś skandal obyczajowo-międzynarodowy.

Kuriozalne jest to, że na drugą część konferencji przychodzi tylko trener i zawodnik Fernando Mayembo. Nie ma wspomnianego rzecznika. Pytania i to w sporej liczbie zadaje wspomniana dziennikarka, robiąc taki mini-wywiad. Dlatego kompletnie nie rozumiemy, co tam po hebrajsku odpowiada trener. Nie ma tłumaczenia, więc wszystko jest przeznaczone tylko dla uszu Izraelczyków. Z piłkarzem pani rozmawia już po angielsku, więc tu już wszystko rozumiemy.

Ogólnie media izraelskie mają swój temperament i na sali konferencyjnej są bardzo głośni. Ciężko zebrać myśli przy swojej pracy. No ale tak jak mówię, to kwestia południowo-wschodniego temperamentu, więc trudno jakieś wielkie pretensje mieć. Jeszcze na koniec jeden z chyba fotoreporterów łamaną angielszczyzną mówił, że był w Polsce kilka razy – w Katowicach, Krakowie czy Warszawie. Mówił, że bardzo mu się podobało. Był na meczu Polska – Izrael 4:0 za Jurka Brzęczka. Pytał, czy my byliśmy w Tel Awiwie. To akurat było sympatyczne.

Chłopaki z GieKSa.pl już pojechali, ja jeszcze chwilę zostaje i kończę konferencję. Wkrótce zbieram się i idę do samochodu. Już dzień wcześniej i teraz za dnia pokonywałem trasę na miejscówkę, ale jest ona bardzo specyficzna. Trzeba przejechać znów przez to wzgórze, są jakieś zawijasy i wątpliwej jakości droga. Ale po niecałych dwudziestu minutach jestem na kwaterze.

Szkoda tego meczu. Nie tyle, że przegrany, ale że w takim stylu i bez tej jednej strzelonej bramki. Dwa gole do odrobienia to sporo, ale nie jest to niemożliwe. W pokoju odpalam sobie skrót i włosy mi stają dęba. Potem jeszcze z rozpędu piszę felieton pomeczowy.

Na tym kończy się przygoda na Węgrzech. Cokolwiek się nie działo w tym meczu i nie wydarzy w rewanżu, jestem wdzięczny drużynie za to, że takie przygody mogę przeżywać. To wspaniałe.

***

W piątek już się nieco schładza, droga powrotna trwa też niecałe sześć godzin plus pierogi w Nowym Targu. W karczmie… Zadyma. Wieczorem jestem w domu i… zaczyna się ligowa kolejka, w której akurat GKS Katowice będzie pauzować.

To był pierwszy akord tego dwumeczu. W środę gramy rewanż. Nie szczędźcie gardeł, by wspierać naszych zawodników, bo wiele razy udowodnili, że zasługują na wsparcie w trudnych chwilach. I wielokrotnie to wsparcie czyniło cuda. O awans będzie bardzo ciężko, ale jeśli to by się udało, to możemy zrobić taką remontadę, która będzie po stokroć bardziej efektowna od tej z Żyliną i będziemy pamiętać ją na całe życie. A GKS naprawdę zapisze swoją złotą historię w rozdziale „europejskie puchary”.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga