Piłka nożna
Grali tylko wtedy, gdy im się zachciało
Opisywanie pomocników to kara za grzechy, tym bardziej, jeśli robi się to w czasie urlopu, podczas mistrzostw świata, kiedy można byłoby zająć się czymś wiele przyjemniejszym – wyjść na ogródek, poobcować z naturą, wypocząć.
Karą za grzechy nie ze względu na to, że się nie chce. Powodem jest to, że przychodzi mi opisywać formację, która nie tylko zaprezentowała się fatalnie sportowo, ale przede wszystkim odpuściła kompletnie całą rundę wiosenna, przeszła obok niej i generalnie zaśmiała się wszystkim kibicom w twarz. To odbiera w zasadzie sens głębszej sportowej analizy. Postaramy się więc przejść przez to dość ogólnie, a potem wypić pół litra i zapomnieć…
Z tym pół litra, to oczywiście żart. No dobra, może był pół litra piwa.
Defensywni pomocnicy
Jesienią mieliśmy względnie stały duet Grzegorz Fonfara – Sławomir Duda. Potem doskoczył jeszcze Kamil Cholerzyński. Śmiało można powiedzieć, że ta część środkowej formacji spisywała się jesienią co najmniej solidnie, jeśli nie bardzo dobrze. Wiosną mieliśmy natomiast totalną klapę. Nawet trener Kazimierz Moskal w pewnym momencie tak się pogubił z dwójką defensywnych, że aż strach. Ale o tym dalej.
Od początku rundy nadal dwójkę stanowili trzej wymienieni piłkarze. Występowali jednak w różnych konfiguracjach, z czego najrzadziej występował Cholerzyński z Fonfarą. Trzeba też powiedzieć, że nieraz na boisku znajdowało się miejsce dla nich trzech – z tym że wówczas Fonfara był przesunięty do przodu na pozycję rozgrywającego (co na jesieni czasem przynosiło bardzo dobre rezultaty).
Już od drugiego meczu z Okocimskim było widać, że zawodnicy są bez formy. Dudzie zdarzył się nawet niewykorzystany rzut karny w meczu ze spadkowiczem, co mogło być negatywnym punktem zwrotnym całej rundy. W meczu z Bełchatowem Duda na tle dobrze grających kolegów spisał się bardzo słabo, raziły niecelne podania. Cholerzyński starał się, ale też wiele efektów nie było, do tego pomylił się przy utracie jednej z bramek.
Kolejne spotkania – z Miedzią, Łęczną i Arką były tyleż fatalne, co anonimowe. Zawodnicy byli po prostu cieniami na boisku, nie było widać żadnej ikry, było bezbarwnie, bez wiary, bez zacięcia. W tych trzech meczach trener przetestował każdą kombinację par z tej trójki i za każdym razem wyglądało to beznadziejnie. Kufel po raz pierwszy pokazał dobitnie w meczu z Łęczną, że nie jest zainteresowany gonieniem rywala, gdy ten szykuje się do zdobywania bramki.
Odmianę mieliśmy w spotkaniu z ROW. Co prawda Fonfara zagrał najsłabiej z całego zespołu (choć nie tak źle), natomiast pod koniec meczu Duda zaczął świetnie wyprowadzać akcję, prostopadłymi podaniami uruchamiał partnerów niczym Daley Blind z wczorajszego meczu Holandii z Hiszpanią. Był to zdecydowanie najlepszy moment Sławka w tej rundzie.
Niespodziewanie w meczu z Dolcanem do składu wskoczył Radosław Sylwestrzak i naprawdę w Ząbkach spisał się bardzo dobrze, będąc jednym z najlepszych zawodników. Nieźle grał w destrukcji, próbował też rozgrywania. Ten mecz pokazał, że zawodnik ma pewien potencjał.
Z Kolejarzem znów wystąpił Duda z Cholerzyńskim i o ile ten pierwszy zagrał przeciętnie, to Kamil zaliczył zachowanie, które powinno się pokazywać adeptom piłki, jak nie powinno się w nią grać. Chodzi oczywiście o pamiętne odwrócenie się na pięcie, podczas gdy rywal przeprowadza bramkową akcję. To był nie pierwszy i nie ostatni przejaw unikania odpowiedzialności zawodnika.
Zniecierpliwiony Moskal od tego meczu zaczął kombinować, trochę chaotycznie – mianowicie wystawiając zawodników stricte ofensywnych na pozycji defensywnego pomocnika. W Niepołomicach pojawił się tam Grzegorz Goncerz. Nie zagrał zbyt dobrze, za to z Chojniczanką strzelił ładnego gola z dystansu. To, że jednak defensywa nie jest dla niego nasuwa się każdemu (prawie). Na całość trener Moskal poszedł w Grudziądzu, gdzie podjął chyba najbardziej kuriozalną decyzję – wystawiając Goncerza i Rafała Figiela. To nie miało prawa się powieść. Zawodnicy, którzy nie czują gry defensywnej, urodzili się zawodnikami ofensywnymi i takimi pozostaną, zostali zmuszeni do gry, której głównym zadaniem jest destrukcja. Obaj spisali się słabo, a na domiar złego – właśnie nie czując pozycji – odpuścili powrót w pole karne przy bramkowej akcji Olimpii. Wystawienie tych piłkarzy owszem – było spowodowane kłopotami kadrowymi, ale zdecydowanie lepiej można było to rozwiązać.
W meczu z Niecieczą wrócili Cholerzyński i Duda i było poprawnie. Widać było, że choć są w słabej formie, to jednak nominalni piłkarze na swojej pozycji.
Jeszcze w Olsztynie zagrał znów Sylwestrzak (tym razem słabo), a w meczu z Tychami znów wystąpili Duda (niewidoczny) i Cholerzyński (dobra gra i gol).
Ofensywna pomoc
Wszyscy wiemy, że głównym rozgrywającym naszego zespołu jest Przemysław Pitry. Zawodnik, kiedy jest w formie i mu się chce, potrafi wiązać krawaty. W innym przypadku mamy obraz człowieka, który przechodzi obok meczu. I tak niestety było w wielu meczach na wiosnę.
Po niezłym meczu w Nowym Sączu, z Okocimskim był chyba najsłabszym zawodnikiem w najsłabszym meczu. „Tak beznadziejnego meczu Pitry w GKS chyba jeszcze nie zagrał. Nie wychodziło mu nic, podawał niedokładnie, za lekko, nieprecyzyjnie, wręcz niechlujnie, jak choćby w jednej z niewielu akcji, w których GKS miał sporo miejsca – mowa o dobrym podaniu Czerwińskiego na wolne pole, gdy Pitremu po przyjęciu piłka zaplątała się między nogami i ją stracił. To po jego fatalnej stracie na własnej połowie padła bramka dla rywali” – pisaliśmy na stronie.
Chyba też zniecierpliwił się trener Moskal i z Bełchatowem posadził Pitrego na ławie. Gdy ten wszedł w drugiej połowie, zagrał kapitalnie i odmienił postawę zespołu. To był najlepszy Pitry od długiego czasu, dynamiczny, aktywny, celnie podający, strzelający. Pokazał w pewnym sensie sportową złość (?) albo po prostu postanowił, że zagra na poważnie. Efekty było widać od razu z silnym rywalem. Na dziesiątce zagrał w drugiej połowie z Miedzią (jeden z najlepszych), z Arką (beznadzieja) i ROW (dobrze, ale błyszczeli inni).
Ze względu na tragedię w ataku, Pitry był często wystawiany w przodzie, dlatego nie uwzględniamy tych meczów (będziemy opisywać w artykule o napastnikach), choć wiadomo, że zawodnik nie jest typową dziewiątką, tylko często schodzi do pomocy.
W meczu z Puszczą zagrał średnio, ale strzelił gola, podobnie było w meczu z Chojniczanką. Potem był jednak beznadziejny i przeczłapany mecz w Grudziądzu i przeciętny z Niecieczą. Na tym udział Pitrego w sezonie się zakończył i w trzech ostatnich meczach już nie wystąpił.
Kto grał na tej pozycji, gdy Pitry nie występował lub był w ataku?
Głównie Grzegorz Fonfara i Tomasz Wróbel. O tych zawodnikach napisano już tomy… na forum internetowym. Nie pociągnęli gry zespołu, nie wzięli odpowiedzialności, byli bezbarwni i słabi. Jeśli chodzi o lepsze momenty, to były to na pewno mecz Fonfary z Bełchatowem czy zmiana Wróbla z ROW. To były jednak jedyne aktywa, w większości meczów zawodnicy spisywali się co najwyżej poprawnie, ale z reguły żenująco słabo. Nawet nie tyle chodzi o jakieś rażące błędy, to o brak motywacji i chęci na boisku, co było widoczne gołym okiem. Nie zmienił tego gol Wróbla z Tychami, gdzie najwidoczniej na moment mu się zachciało.
W meczu z Tychami spróbował Rafał Figiel, ale poradził sobie z tym bardzo przeciętnie.
Skrzydła
Wyjściowo do tej pozycji było kilku kandydatów – Tomasz Wróbel teoretycznie powinien był być pewniakiem na prawej stronie, Janusz Gancarczyk i Krzysztof Wołkowicz mieli rywalizować o lewą flankę.
Generalnie skrzydła nie funkcjonowały w pierwszej fazie sezonu tak jak powinny. Przy Wróblu praktycznie możemy powtórzyć, to co napisaliśmy wcześniej, czyli że miał kilka dobrych minut w rundzie, ale reszta to była sportowa klapa bez ambicji.
Inaczej prezentował się Janusz Gancarczyk, jeden z najbardziej energetycznych zawodników. Zagrał świetnie z Bełchatowem i zdobył dwie bramki, a na początku meczu z Miedzią mógł to podkreślić, ale nie wykorzystał sytuacji sam na sam. Wszystko popsuł, gdy wkurzył się po zmianie, a potem samowolnie odjechał ze stadionu w Legnicy. Po tym zdarzeniu z Garnka nie było już prawie nic. Został odesłany do rezerw, potem przywrócony, ale grał już przeciętnie. Jedynie należy przypomnieć świetnie podanie do Goncerza w meczu z Chojniczanką. Zawodnik miał papiery, by zostać w GKS czołowym zawodnikiem, ale przez półtora sezonu nie pokazał tego i już go więcej w GieKSie nie zobaczymy.
Krzysztof Wołkowicz również spisywał się bardzo słabo przez większość rundy. W wielu meczach był jedynie zmiennikiem i nic nie wnosił do gry zespołu. Z powrotem do składu wskoczył na mecz z Chojniczanką i co prawda w meczu z Olimpią, gdzie spisał się źle i olał powrót przy bramce, odwracając się niczym Kufel na pięcie („nic tu po mnie”), ale w następnych meczach było już lepiej. Zawodnik na koniec rundy uchwycił formę, a asysta w Olsztynie, a potem dwie z Tychami po świetnych dryblingach były klasowe. Nie poznawaliśmy zawodnika, który pokazał się z bardzo dobrej strony. A przecież jesienią także pokazał, że potrafi grać dobrze i nawet strzelać bramki.
W meczu ze Stomilem trener wpuścił Alana Czerwińskiego na prawą pomoc. Było widać, że zawodnik coś chce, coś próbuje. Zaryzykowaliśmy wówczas typ, że Alan od pierwszej minuty zagra na prawym skrzydle z Tychami i nie pomyliliśmy się. Dobry mecz piłkarza, piękny gol, a potem świetna asysta przy golu Wróbla. Może w końcu trener przejrzy na oczy i uzna, że Czerwiński to zawodnik typowo ofensywny. Tłukliśmy już to za czasów Rafała Góraka, tłuczemy i teraz, ale mamy nadzieję, że w końcu nasza opinia okaże się zgodna z opinią szkoleniowca i Alan będzie się rozwijał jak należy na bocznej pomocy.
Na lewej flance występował też Bartłomiej Chwalibogowski – i tu mała korekta do naszego artykułu o obrońcach – właśnie jako lewy obrońca Chwalibóg zaliczył asystę przy golu Gancarczyka świetnie dośrodkowując. Miał też momenty w pomocy, ale były one raczej przeciętne, choć nie bardzo słabe, tak jak koledzy. Nie zyskał uznania w oczach szkoleniowca na dłużej i również opuści klub. Świetny mecz z ROW i w końcówce udział przy dobijaniu rywala.
Podsumowanie
Linia pomocy była obok obrony i napadu najsłabsza w rundzie wiosennej. Zawodnicy bez charyzmy i bez ikry doprowadzili do tego, że gra w destrukcji oraz rozprowadzanie akcji wyglądało tak, jak wyglądało. Oczywiście były przebłyski w postaci centr Wołkowicza, ale brakowało chociażby znaku firmowego z jesieni – czyli prostopadłych podań w uliczkę.
Problemem jest jednak to, że my widzieliśmy kilka zrywów i trudno je interpretować inaczej niż to, że zawodnicy na chwilę postanowili grać na poważnie. Druga połowa z Bełchatowem, pogrom z ROW, gol Wróbla z Tychami, odrabianie strat z Puszczą. GKS skończył sezon z dużą stratą do strefy awansu, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że gdyby nasi zawodnicy chcieli na poważnie grać i awansować, to z dużym prawdopodobieństwem im by się to udało.
Stłamszenie Bełchatowa było rewelacyjne i tym meczem sobie zrobili piłkarze problem. Bo pokazali, że można zdominować totalnie zespół, który za chwilę awansował do ekstraklasy. Że można go stłamsić, zmieść z powierzchni ziemi. Dlaczego tylko raz? Dlaczego w innych meczach widzieliśmy bezbronnych ludzi bez ambicji? Nikt nam nie wmówi, że to była kwestia czysto sportowa. Bo jak raz się pokazało, że się umie – to znaczy, że się umie. I koniec.
Felietony Piłka nożna
A jak Nowa Bukowa – to koncert
Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.
Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.
No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.
Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.
Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.
I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.
GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.
No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.
Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.
Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.
A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.
Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.
Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.
I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!
Galeria Piłka nożna
Szkurin show w Zabrzu!
Derby, emocje i bramka na wagę zwycięstwa w samej końcówce! GieKSa po szalonym spotkaniu pokonała Górnika Zabrze 3:2, a wszystkie trzy gole dla zdobył Ilja Szkurin. Zapraszamy do trzeciej galerii, którą przygotował dla Was Marcin.
Felietony Piłka nożna
Niezłomność i perełki
Jak przełamywać niemoce – to właśnie tak. Jak wygrywać po raz pierwszy od pół roku na wyjeździe – to właśnie w taki sposób. Nie wymarzylibyśmy sobie lepszego scenariusza. Choć z drugiej strony… przecież coś podobnego przeżywaliśmy na otwarcie Areny Katowice. Przecież wtedy – nawet minutę później niż Ilja – Filip Szymczak strzelił zwycięskiego gola. W Zabrzu nie lubią liczby sto. Bo to dokładnie w dziesiątej doliczonej minucie nasz super-napastnik zdobył zwycięskiego gola i wprawił w euforię całe Katowice.
Historia i interpretacja pisze się przez strzelone gole. Możemy zaklinać rzeczywistość, ale nie uciekniemy od tego. Oczywiście można zagrać jeden czy dwa lepsze mecze, które się przegra. I można wtedy mówić o tendencji wznoszącej, o optymizmie, o pechu. Jednak jeśli coś powtarza się długo lub wielokrotnie, to raczej tworzy się pewna reguła.
Taką regułą są na przykład drużyny grające ładną, ofensywną piłkę, miłą dla oka, ale ostatecznie dostawającą jednego czy drugiego gonga, który decyduje o niepowodzeniu. Jeszcze za wcześnie, żeby taki wniosek wysuwać, ale prototypem takiego momentu jest dla mnie Wieczysta. Ich naprawdę niezła gra może pójść w dwie strony – albo zaczną w związku z nią punktować, albo będą tymi „wyszumiejącymi” się zawodnikami, którym brakuje pewnej dyscypliny, by osiągnąć korzystny rezultat. Takim przykładem też póki co jest Widzew. W poprzednim sezonie i teraz. Niby cisną, niby mają sytuacje, ba – strzelają sporo goli. Ale co z tych sześciu strzelonych w dwóch ostatnich meczach, gdy dały one ledwie punkt. I dwie przegrane u siebie.
Ta przydługawa dygresja dlatego, bo wynik wczorajszego meczu w oczywisty sposób determinuje patrzenie na to spotkanie. Gdyby utrzymał się wynik 2:1 dla Górnika to oczywiście powiedzielibyśmy, że był to jeden z najlepszych meczów wyjazdowych w ostatnich miesiącach. GieKSa nie pękała, grała swoją piłkę, stworzyła kilka sytuacji. Trudno jednak byłoby nie być znów zirytowanym, gdy ta dobra gra zostałaby zniweczona utratą dwóch goli w dwie minuty. A konkretniej – w 78 sekund! Absurdalna jest to sytuacja, bo przecież w tych 78 sekundach lwia część jest radość piłkarzy, więc czystej gry pozostaje minimum. Od wznowienia gry do utraty drugiego gola minęło około 40 sekund, a przecież jeszcze w tym czasie Chłań miał sytuację.
Przypomniała się Wisła Kraków. Tam co prawda było „dużo” dłużej, bo dwie stracone bramki dzieliło trzy i pół minuty. Ale i tak wszystko przecież tam też odbyło się błyskawicznie. Po utracie dwóch goli nie było czego zbierać i czasu oraz możliwości starczyło tylko na bramkę Bartlewicza. Jeśli w drugim meczu w początkowej fazie sezonu zawalilibyśmy sobie coś w przysłowiowe dwie minuty (uśredniając), to byłoby to coś więcej niż incydent.
Sytuacja zrobiła się piekielnie trudna psychicznie. Grasz na wyjeździe z wicemistrzem Polski i zdobywcą krajowego pucharu. Z drużyną, którą eksperci dokooptowali już do ścisłej czołówki ligi. Która ma za sobą 25 tysięcy kibiców, którzy nic sobie nie robią z niekorzystnego wyniku, tylko ciągle głośno wspierają swój zespół. I w ciągu tych kilku minut – począwszy od sytuacji po rzucie rożnym i zamieszania pod bramką – poziom decybeli systematycznie wzrasta. Podyktowany rzut karny. Gol Kacpra Urbańskiego. „My jesteśmy chłopcy z Zabrza” – wybrzmiewa coraz głośniej, bo jest śpiewane w pobramkowej radości. I z tej radości – w momencie gdy Josema strzela gola na 2:1 – wyłania się już absolutny ryk euforii, ryk, którego dawno nie słyszałem na polskim stadionie. Górnik momentalnie odwrócił losy meczu i dał sobie wszystko, żeby ruszyć z furią dalej.
Sprowadzenie w tym momencie tego meczu do takiego o „letniej” temperaturze było pierwszym zadaniem GieKSy. I tak to odbieram, że właśnie schłodziliśmy to spotkanie, mimo że znaleźliśmy się w fatalnej sytuacji. Oczywiście jakieś tam sytuacje jeszcze były – jak ta, gdy Jarosław Kubicki strzelał, ale ostatecznie – mimo że piłka spadła na poprzeczkę – bardzo dobrze zablokował go Pau Resta. Jednak Górnik nie poszedł za ciosem tak mocno, żeby sobie stworzyć 5-6 kolejnych sytuacji.
Tak więc schłodzenie się powiodło. A potem mieliśmy dwie podwójne zmiany i czas doliczony. Ciekawe, czy kibice Górnika plują sobie w brodę, że zadymili boisko tym zielonym czymś, bo to właśnie w tak mocno doliczonym czasie przez to GieKSa strzeliła dwie bramki.
Trzeba naprawdę docenić upór naszych zawodników. Rozgrywali tę swoją piłeczkę, a gdy była możliwość, zagrywali w pole karne. I to co było wielkim mankamentem w Lublinie, czyli niecelne, kompletnie niecelne dośrodkowania w pole karne – tym razem wykonane porządnie – dały niesamowity efekt. Kapitalne było to podanie Nowaka – choć trudno do dośrodkowanie nazwać, bo było raczej z centralnej części boiska. Ale wykończenie Ilji w tym momencie – majstersztyk. Trzeba naprawdę dobrze ułożyć głowę, żeby przy tak ostrym kącie skontrować piłkę. Pisałem niedawno o meksykańskim piłkarzu Jaredzie Borgettim, który kapitalnie układał głowę do strzału. Pisałem o tym przy okazji gola Mateusza Wdowiaka z Žiliną. Teraz Ilja oddał taki strzał, że Schulze nie miał co zbierać. Trochę to wyglądało, jak gol do pustej bramki – tak było precyzyjne. No a potem geniusz Alana, który dość zabawnie sobie przekładał piłkę na prawą nogę, ale zrobił to tylko po to, by po raz enty już zacentrować idealnie. O to w piłce chodzi – żeby zagrywać idealne zagrania, a napastnicy z tego kapitalnie korzystali. Tu zagrało i jedno i drugie. Oczywiście nie zapominamy o pierwszym golu, bo tam po raz kolejny Bartek Nowak zagrał tak niesamowitą piłkę, która minęła chyba z pięć czy sześć linii zabrzan. Eman co prawda trafił w bramkarza, ale świetnie ustawiony nasz Białorusin pewnie dołożył nogę.
Więc tradycyjnie, jeśli chodzi o Bartka.
Trenerze Urban. Ty wiesz co.
Oprócz wyniku, największym sukcesem tej drużyny jest to, że we wspomnianych niesprzyjających okolicznościach – nie złapała piłkarskiej depresji. Grali swoje, ciągle wierzyli, że mogą przynajmniej najpierw tę jedną bramkę strzelić. Po tym praktycznie nokautującym ciosie Górnika, remis nie byłby wynikiem złym. Wyjechalibyśmy z niedosytem, ale jednak z punktem. A tu nasz zespół strzelił dwa gole i wygrał to spotkanie.
Mieliśmy też w tym meczu trochę pecha i trochę szczęścia. Pecha, bo inaczej nie można nazwać spalonego w postaci pięty Ilji Szkurina w akcji, która zakończyła się golem Erika Jirki. 2:0 do przerwy to byłoby coś. I w erze przed-VARowej taki wynik po pierwszej połowie byśmy mieli. A szczęście? No jednak wydaje mi się, że Arek Jędrych faulował Prekopa na koniec pierwszej połowy, a skoro tak, jeden czy drugi sędzia mógłby rozpatrywać czerwoną kartkę. Wyszło więc na zero.
Nie będę analizował poszczególnych piłkarzy, tym zajmą się trenerzy – jedni zagrali lepiej, jedni trochę mniej, ale jako drużyna było naprawdę dobrze. Chcę tylko jeszcze pochwalić Kowala, bo wykonuje kapitalną robotę w środku boiska. Jak jeszcze zniweluje to dalsze kiwanie się, po okiwaniu dwóch przeciwników – to będzie naprawdę wielki piłkarz. On potrafi tak podziałać z piłką, że pojawia mu się przestrzeń przed nim, ale nie zawsze potrafi to dalej wykorzystać otwierającym podaniem. Ale na to przyjdzie czas. Od powrotu Mateusza na boisko, nasz środek zdecydowanie się ustabilizował.
Tym samym kończymy tę nieciekawą serię wyjazdów bez wygranej. W końcu więc na jakiś czas nie będziemy musieli na to psioczyć. GieKSa odniosła spektakularne zwycięstwo, bez dwóch zdań.
Dodatkowo przełamaliśmy to nieszczęsne Zabrze. Pamiętam to ostatnie zwycięstwo, bo byłem na tym meczu w 2003 roku, kiedy to również strzeliliśmy trzy bramki, a bohaterem był Marcin Bojarski. Pamiętam, jak rok później swoją pierwszą bramkę w GKS zdobył w deszczu przy Roosevelta Dawid Plizga, ale w doliczonym czasie gry gospodarze wyrównali. A potem mieliśmy już same wtopy i przez wiele lat nie potrafiliśmy strzelić tam bramki.
W końcu GKS wygrał też na wyjeździe przy bardzo dużej publiczności. Po awansie do ekstraklasy na tych większych stadionach dostawaliśmy w czapkę. W końcu potem wygraliśmy we Wrocławiu przy 21 tysiącach widzów. Wczoraj na meczu było ponad 27 tysięcy ludzi i również w tym aspekcie nastąpiło przełamanie.
W rundzie wiosennej mieliśmy bardzo dużo meczów, w których traciliśmy prowadzenie. Gdynia, utrata dwubramkowej przewagi z Rakowem, trzykrotnie z Lechem, także z Koroną czy Jagiellonią. W obecnym sezonie co prawda też nam się to zdarzyło z Žiliną, ale za to mecz z Górnikiem jest trzecim, w którym GKS w pewnym momencie przegrywa, a ostatecznie odnosi zwycięstwo. Tak było wcześniej z Radomiakiem i Hapoelem. To się naprawdę ceni.
No i w końcu nie straciliśmy walorów z Nowej Bukowej. Co prawda trener przyznał na konferencji, że trochę zmienili sposób gty bez piłki – rozumiem, że jest to cofnięcie się niżej. Jest to trochę ryzykowna taktyka, bo wiemy, że jak przeciwnik nas przygniecie to mamy duże problemy. Ale jeżeli nie ma zmasowanego ataku, to Katowiczanie dobrze radzą sobie w destrukcji. Przede wszystkim jednak w ofensywie dołożyliśmy ten animusz, który znamy z meczów u siebie. Akcja na 1:0 to właśnie było to, precyzja, energia i szybkość Emana, ale polecam zwrócić uwagę, jak Ilja poszedł do tej akcji. To było świetne.
W ogóle Ilja to nam wyrasta na ulubieńca katowickiej publiczności. Wygląda na to, że zawodnik poczuł ten projekt GKS Katowice, w zakresie nie tylko wykańczania akcji, ale też pracy w środku boiska. Ostatnio ta praca jest bardzo widoczna, robi kawał dobrej roboty w środku pola. A skoro tak, to sam daje kolegom okazję do tego, by potem odwdzięczyli mu się jakimś jednym czy drugim kapitalnym podaniem. Tak – powtórzę to, co pisałem już kilka razy – niech Katowice będą dla Ilji jego miejscem na piłkarskiej Ziemi.
Cieszymy się i prosimy o jeszcze. Przed nami dwa kolejne wyjazdy i trudne spotkania. Nikt nie wymaga kompletu punktów, choć byłoby to wspaniałe. Ale niech GieKSa utrzyma ten vibe z wczorajszego spotkania, a to automatycznie zwiększy prawdopodobieństwo zdobyczy punktowych.

uses
16 czerwca 2014 at 12:55
Mam troche obiekcji co do oceny Slawka Dudy, po pierwsze pozycja na ktorej gra On i Kufel czy tez Fonfi to najmniej doceniane miejsce na boisku,a po drugie wiem ze Slawek to gosc, ktory nie przechodzi obok meczu.(wiem bo kopalem z nim bale).
Shellu
16 czerwca 2014 at 15:42
Sławkowi nie zarzucamy braku chęci, ale rundę miał bardzo przeciętną.