Dołącz do nas

Piłka nożna

Gra obronna, czyli sala samobójców

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Po bramkarzach przechodzimy do analizy formacji obronnej. Na początek liczby: w 16 meczach tego roku GKS stracił 25 bramek, co daje średnią 1,56 bramki na mecz. Łatwo dojść do wniosku – oczywiście to uproszczenie – że jedna bramka strzelona w każdym meczu nie dałaby nawet remisu (dwie strzelone dałyby zwycięstwo). Z taką statystyką, a także faktem, że tylko w dwóch z tych szesnastu meczów udało się zachować czyste konto – nie dziwi, że udało się wygrać tylko dwa spotkania.

Podstawowy blok obronny tworzyli w tej rundzie Alan Czerwiński (prawa strona), Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski (stoperzy) i Rafał Pietrzak (lewa flanka).

Prawa obrona
Na tej pozycji od początku rundy grał Alan Czerwiński. Od zarania dziejów mówiliśmy, że ten zawodnik nie nadaje się na obronę, nie ma umiejętności defensywnych kompletnie, a najpierw trener Rafał Górak, a potem Kazimierz Moskal konsekwentnie go na obronie wystawiali, co skutkowało nieraz katastrofą. Ponoć gdy pierwszy raz Czerwiński był obserwowany w Rekordzie Bielsko-Biała, to akurat przypadkiem zagrał w obronie, bo wcześniej grał w pomocy (taka krąży historia po mieście). I wizja tego zawodnika jako obrońcy została. Generalnie ta runda w wykonaniu Alana nie była tak tragiczna jak poprzednie, ale nie ustrzegł się poważnych błędów zwłaszcza na początku wiosny. Od zawsze jego piętą achillesową były pojedynki 1 na 1 i to się potwierdziło co do joty już w ciągu pierwszy trzech meczów. Najpierw w Nowym Sączu dał się ograć „na raz”, dzięki czemu gdy już jechał na czterech literach po nieudanym wślizgu za boisko, rywal spokojnie strzelał gola. W meczu z Bełchatowem natomiast w ciągu trzech minut dwa razy identycznie dał się ograć Michałowi Makowi, który dośrodkowując w pole karne zaliczył asysty. Gdy po meczu zapytaliśmy Maka, czy cieszył się, że będzie znów grał przeciw Czerwińskiemu (wspominając katastrofalny mecz z Bełchatowa), ten tylko się uśmiechnął…

Po meczu z Bełchatowem trener posadził Alana na ławce rezerwowych i w Legnicy dał szansę Dominikowi Sadzawickiemu. Sadza grał w GieKSie po przyjściu za czasów trenera Góraka, ale potem poszedł w odstawkę. Spotkanie z Miedzą było więc znakomitą okazją do przypomnienia się kibicom. Niestety Dominik nie podołał temu zadaniu. Zagrał bardzo słabo, a przy pierwszym golu przegrał i piłkarsko, i czysto fizycznie z rywalem, który strzelił bramkę. W związku z tym jego udział w tym momencie zakończył się na jednym meczu.

Z Łęczną do składu powrócił Czerwiński, grał także z Arką. Zawodnik w tych meczach nie popełnił karygodnych błędów, ale nie było w ogóle tego, za co go chwalimy – czyli włączania się do akcji ofensywnych. Grał bojaźliwie, notował rekordową ilość podań do tyłu do Mateusza Kamińskiego. Możliwe, że także to zauważył trener Moskal, bo w Rybniku znów zabrakło Alana.

Na kolejne dwa mecze ponownie wskoczył Sadzawicki. Jak się później okazało – były to dwa mecze na zero z tyłu. Wielkiej roli w braku utraty bramki Sadza nie odegrał, z ROW Rybnik zagrał poprawnie, ale był jednym z najmniej wyróżniających się zawodników. W Ząbkach miał sporo problemów z szybkim Łukaszem Sierpiną, ale też nie popełnił karygodnych błędów.

Po wyjazdowej trylogii na mecz u siebie z Kolejarzem wrócił Czerwiński. Przy kuriozalnym golu Wojciecha Trochima nie miał wielkiego udziału, zaliczył natomiast świetną asystę przy golu Michała Zielińskiego. To dało nadzieję, że będzie próba gry do przodu w następnych meczach. I tak mogło być w Niepołomicach – kolejna świetna centra, ale fatalnie spartaczył ją Tomasz Wróbel. Coś zacięło się w meczu z Olimpią, gdzie jednak cała drużyna zagrała bardzo słabo.

Gdy stało się jasne, że GKS nie gra już o nic, trener postanowił spróbować czegoś nowego i na mecz z Niecieczą postawił na młodego Aleksandra Januszkiewicza. Zawodnik jak na debiut spisał się dobrze, był aktywny, próbował swoich sił także w akcjach ofensywnych. Niestety miał spory udział w utracie bramki, gdzie najpierw stracił piłkę, potem źle zastawiał pułapkę ofsajdową, w końcu dał uciec rywalowi. Zrzuciliśmy to na karb zmęczenia – to było widać. W meczu w Olsztynie natomiast po pół godzinie ujrzał drugi żółty kartonik i musiał przedwcześnie opuścić boisko. Zastąpił go na tej pozycji… Radosław Sylwestrzak i nic dobrego z tego nie wniknęło.

Nie poruszamy w tym artykule postawy Alana Czerwińskiego w pomocy – na to przyjdzie czas. Zasygnalizujemy tylko, że grając na prawej pomocy zaliczył naprawdę udane momenty, jak choćby gol z Tychami. O tym wkrótce.

Środkowi obrońcy
Tutaj – jak pisaliśmy – podstawowymi zawodnikami byli Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski. A jednak z powodu urazu Jurkowskiego jeszcze w okresie przygotowawczym na początku rundy z Kamińskim grał Adrian Napierała.

I taki duet wybiegł w Nowym Sączu. W pierwszych spotkaniach – także z Bełchatowem – większych błędów stoperzy nie popełnili, ale trzeba przyznać, że nie byli pewni. Z Okocimskim dawali puszczać często piłkę w uliczkę, nie uchronili zespołu przed utratą bramki z Brunatnymi nie ratowali sytuacji po błędach Czerwińskiego. Kiksów jednak nie było – ot zwykłe sytuacje boiskowe, choć dać sobie strzelić gola po kontrze najsłabszemu zespołowi ligi na swoim boisku chluby nie przynosi.

W meczu z Miedzią mieliśmy „one man show”, czyli performance Mateusza Kamińskiego. Zawodnik nie grał źle, ale miał niesamowitego pecha. Dwa gole samobójcze i honorowe zachowanie po meczu, kiedy cały zespół został oblany wiadrem pomyj pod sektorem gości a Kamyk pokazywał, że to jego wina.

W spotkaniu z Łęczną do składu wrócił Jurkowski, który zastąpił Napierałę. Aż do meczu z Tychami ten duet grał w każdym meczu – z wyjątkiem spotkania z Puszczą, kiedy na to jedno spotkanie Jurkowskiego znów zastąpił Napierała.

Był to zły okres naszych zawodników. W meczu z Łęczną mimo że udało się uniknąć większych błędów, to zaskakiwała nerwowość i elektryczność obu stoperów. Dodatkowo Jurkowski tak niefortunnie interweniował w polu karnym, że wyłożył piłkę rywalowi, który strzelił bramkę. Katastrofalnie obaj spisali się w Gdyni, gdzie po w dużej mierze indywidualnych błędach stoperów, rywale strzelili trzy bramki. Zaskakująco kilka dni później Kamyk i Jurkowski… świetnie zagrali z ROW. Grali pewnie dobrze i skutecznie, skutkiem tego było czyste konto po stronie strat. Również gola nie straciliśmy w Ząbkach, choć tutaj więcej było szczęścia niż rozumu – rywale ostrzeliwali poprzeczkę czy oddawali strzały tuż obok bramki. Nie zmienia to faktu, że to był dobry mecz obrońców.

Dobry obraz posypał się w meczu z Kolejarzem. Tragiczna postawa i stanięcie w polu karnym przy golu Trochima do dziś śni się kibicom po nocach. Niewytłumaczalne było zachowanie naszych zawodników, którzy może i założyli, że piłka opuściła boisko, ale to nie zwalnia ich od grania do gwizdka. Najwięcej mieli pretensji do sędziego, a nie do samych siebie. Kolejny beznadziejny mecz zdarzył się w Grudziądzu. Zawodnicy ofensywni rywali robili z naszymi obrońcami co chcieli. I tutaj katowiczanie stracili kuriozalną bramkę, kiedy to nagle w polu karnym lub tuż przed nim znalazło się czterech kompletnie niepilnowanych zawodników rywala. Wyglądało to tak, jakby żaden z obrońców nie wiedział, jakie ma zadania w polu karnym. Przypominamy jednak, że przy golu Roberta Szczota zawodnicy z pomocy kompletnie olali kwestię pomocy kolegom z defensywy, więc nie tylko na stoperach ciążyła odpowiedzialność. Jurkowskiemu nerwowość została w meczu z Niecieczą, gdzie momentami chyba myliły mu się pola karne i na przykład przepuszczał piłkę pod nogami we własnej szesnastce niczym napastnik w polu karnym rywala. Zawalił powrót przy straconej bramce. Kamyk natomiast strzelił swoją trzecią bramkę samobójczą w rundzie.

W meczach ze Stomilem i Tychami GKS stracił w sumie sześć bramek i duża część z nich była udziałem stoperów. W obu meczach grał Kamiński, w Olsztynie z Jurkowskim, w derbach z Napierałą. Nie ma sensu opisywać traconych bramek, ale znów należy powiedzieć, że rywale bez problemu rozmontowywali nasze defensywy.

W ostatnim meczu w Płocku z Jurkowskim zagrał Radosław Sylwestrzak i spisał się poprawnie.

Lewa obrona
Tutaj bezdyskusyjnie rządził i dzielił Rafał Pietrzak. Zagrał we wszystkich meczach oprócz tego z Bełchatowem i Miedzią (wszedł w drugiej połowie jako pomocnik). Różne miał momenty w tej rundzie – faktem jest, że ciężko jest wyjść ponad przeciętność czy raczej… słabość całej drużyny. Na minus na tym etapie rozwoju dla zawodnika są kwestie powrotów. Zapędza się w akcje ofensywne, ale często nie ma siły wrócić. Problem w tym, że wówczas brakuje w zespole asekuracji. Zabrakło go na przykład przy golu Okocimskiego na Bukowej. Po meczu z Arką pisaliśmy wręcz „Czasem można się zastanawiać, czy lewy obrońca w ogóle jest zainteresowany obroną. W tym spotkaniu nieraz jego stroną gdynianie przeprowadzali akcje, a Pietrzak gdzieś tam kilka metrów dalej truchtał sobie niezainteresowany”. A z Kolejarzem: „Gdzie był lewy obrońca przy pierwszej bramce? Prawdopodobnie cały czas przy polu karnym przeciwnika”. Te opisy mówią same za siebie.

W meczu z Łęczną kapitalnie włączył się do ofensywy i to nie na skrzydle, a w środku, i strzelił swojego jak na razie jedynego gola w GKS Katowice, a sytuację wykorzystał jak rasowy napastnik.

Generalnie notował przeciętne lub poprawne występy, a z Olimpią był jedynym, który pokazał cień ambicji. W międzyczasie podpisał nowy kontrakt z GieKSą, ale nie przełożyło się to na jakieś świetne występy. Ale i tak w perspektywie całej rundy był jednym z najlepszych zawodników, czy raczej najmniej złych.

Na lewej stronie zastąpił go w meczach z Bełchatowem i Miedzią Bartłomiej Chwalibogowski. Niestety zawalił jeśli chodzi o pilnowanie zawodników w polu karnym. Był aktywny z Bełchatowem, ale to rywale strzelali bramki w wyniku braku krycia.

Podsumowanie
Obrona poza bardzo dobrym (ROW), czy średnimi meczami (np. Dolcan, Chojniczanka) spisywała się generalnie bardzo słabo. Kuriozalne błędy, nerwowość, przegrywane pojedynki 1 na 1, brak powrotów i asekuracji, samobójcze bramki, krycie na kilometrowy radar we własnym polu karnym – to wszystko oglądaliśmy w tej rundzie w wykonaniu defensorów GKS.

Problemem w sezonie, jak i na nadchodzące rozgrywki jest brak zmienników. Kompletny brak. Bo na prawej stronie jest wybór Alan Czerwiński (nie nadaje się), Dominik Sadzawicki (przeciętny bardzo) czy Aleksander Januszkiewicz (musi się jeszcze bardzo dużo uczyć). Na stoperze dla wymienionej – przeciętnej piłkarsko – dwójki, alternatywą mógł być Adrian Napierała, który jest coraz mniej zwrotny i w ogóle prawdopodobnie nie będzie już czynnym zawodnikiem w GKS. Wycofywanie Radosława Sylwestrzaka czy Kamila Cholerzyńskiego będzie już kombinowaniem. Na lewej stronie póki co jest Rafał Pietrzak, ale po odejściu Chwalibogowskiego już zupełnie pozostanie bez zmiennika. Chyba, że powróci Bartosz Sobotka z wypożyczenia.

Wzmocnienia na obronę są więc niezbędne – zarówno, żeby zastąpić tych podstawowych zawodników, którzy nie gwarantują jakości, jak i po to, by byli w zespole jacykolwiek zmiennicy. Bo jak na razie to taki skład obrony tylko prosi się, aby dostawać bramkę za bramką…

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Wyzerowane atuty – diagnozy brak

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Szczerze mówiąc nie chce mi się pisać tego felietonu, bo myślę sobie, że znowu będę pisał to samo. Rozbieżność między wynikami meczów u siebie i na wyjeździe sięgnęła absurdu. GKS rozegrał w tym sezonie siedem meczów – u siebie wszystkie trzy wygrał, na wyjeździe wszystkie cztery przegrał. Suma tego jest taka, że z europejskich pucharów już odpadliśmy, a w lidze mamy trzy punkty po trzech kolejkach. Czyli słabo – bo to średnia mogąca nawet nie dać utrzymania.

Piszę to wielokrotnie i napiszę jeszcze raz, bo już wiele razy w przeszłości czy to piłkarze czy trenerzy obrażali się na mnie, bo coś tam skrytykowałem. Nie mówię o sytuacjach, kiedy pojechałem z koksem i tak czy inaczej kogoś nazwałem, bo za to obrazę rozumiem. Cóż, młodość (która trwa, ale już inna). Ale my nie możemy doprowadzić do zagłaskania naszej drużyny – za ekstraklasę, za kapitalną w niej postawę czy za puchary. Wszyscy wiemy gdzie byliśmy i co trener wraz z kolejnymi grupami piłkarzy w ostatnich latach nam dał i daje. Więc tu nie ma mowy o podważaniu projektu jako całości. Ale trzeba mieć w tym wszystkim krytycyzm, bo jeśli w którymkolwiek momencie ktoś uznał, że zdobyliśmy już tyle, że teraz po prostu możemy do końca kariery jechać na sukcesie – to jest to – delikatnie mówiąc duży błąd. Więc tak, doceniamy ekstraklasę, super jest jeździć na te wszystkie stadiony w najwyższej polskiej lidze. I niech ten projekt w tym kształcie, z obecnym trenerem trwa jak najdłużej.

No ale są defekty. I ta postawa na wyjazdach naprawdę każe się zastanowić nad kilkoma rzeczami. Bo to jest coś, co jakiś czas się w GieKSie powtarza, mamy powtórkę z czterech przegranych wyjazdów na początek sezonu z zeszłego roku. A w pierwszym po awansie do ekstraklasy sezonie, na wiosnę także przydarzyły się cztery wtopy z rzędu na delegacjach.

Ale to nie chodzi tylko o wyniki. Chodzi o grę, która co prawda nie zawsze ten wynik gwarantuje, a w perspektywie pewnego okresu czasu (raczej krótszego niż dłuższego) dobra gra statystycznie przynosi względnie dobre wyniki. U nas nie jest największym problemem to, że przegraliśmy cztery mecze z rzędu. Problemem jest to, że te mecze przegraliśmy zasłużenie, bo graliśmy bardzo słabo.

Wczoraj chciałem wierzyć, że jak długo ten mecz trwał, w końcu coś wciśniemy. Mecz z Motorem w naszym wykonaniu nie był aż takim paździerzem, jakie trochę razy ostatnio na wyjazdach oglądaliśmy. Przypomniał się mecz z Cracovią, kiedy wydawało się, że przy 0:0 na koniec spotkania pozostanie spory niedosyt. A rywal w końcówce nam wmontował bramkę i już nawet z remisu nie można było się „cieszyć”. Ostatecznie, choć wczoraj GieKSa nie była beznadziejna, to była jednak słaba. Tym bardziej martwi to, że naprzeciw mieliśmy drużynę mocno przeciętną, do tego skleconą naprędce po kadrowych zawirowaniach, z nowym trenerem. A my – stabilni i budowani od kilku lat – nie potrafiliśmy zrobić na tym boisku nic. Przecież, gdyby nie Ndiaye czy może jeszcze Simon, to by Pan Czubak piłkę oglądał z daleka i nie miał okazji zaprezentować swojego świetnego wykończenia. Motor był do bólu średni, ale swoim jednym czy drugim błyskiej robił różnicę.

U nas tym razem w obronie nie było „wesołego miasteczka”, choć oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów, po których padły bramki – najpierw nieuznana, a potem już prawidłowa. Jednak w tym meczu to nie obrona była naszym głównym problemem. Tym razem było to słabe/bardzo słabe/beznadziejne rozgrywanie ataku pozycyjnego. O kontrach nawet nie mówię, bo mam wrażenie, że jak my wyprowadzamy kontrę, to zaraz jeden czy drugi nasz zawodnik się zatrzymuje, robi kółeczko, wycofuje nie wiadomo gdzie i po kontrze nici.

Od patrzenia na nasze rozegranie piłki na połowie przeciwnika oczy bolały. Sposobności mieliśmy całe mnóstwo, bo Motor bronił się nieraz dość nisko – nie desperacko w swoim polu karnym – ale mocno na swojej połowie. My graliśmy po obwodzie – to na lewo, to na prawo. I często kończyło się do słabą wrzutką, z którą rywale nie mieli problemu. Przede wszystkim więcej w tym temacie oczekiwałem od Bartosza Wolskiego, bo naprawdę zawodnik ma większe umiejętności niż to, żeby zagrać leciutką piłkę à la serwis Pawła Zagumnego w pole karne i liczyć na czysty przypadek, że akurat trafi w nią ktoś z naszych, a nie przeciwników. Dlaczego nie ma mocnych, takich soczystych wrzutek? Dlaczego nie ma jakiejś próby większej precyzji? Nie mówiąc o tym, że nasi wahadłowi też chyba mocno zapomnieli, co to znaczy żwawość na boku. Nie ma dynamicznych pojedynków 1 na 1 na skrzydle na wysokości pola karnego, wejść w to pole karne. Jest to wszystko takie miałkie i nijakie i taka była ofensywa GKS w tym meczu. Naprawę zestawiając to z pojedynkiem z Motorem z rundy wiosennej i bramek, jakie GieKSa strzelała w tamtym meczu można… dostrzec różnicę.

Ostatecznie najlepszymi okazjami GKS był strzał Ilji w słupek i sytuacja, w której Ilja gola strzelił, ale Bartosz Nowak był w tej sytuacji na spalonym. Tak, był jeszcze strzał napastnika po dośrodkowaniu oraz uderzenie Mateusza Wdowiaka w boczną siatkę. I to tyle. Motor miał swoich groźnych sytuacji więcej.

Widać też, że trener szuka optymalnego składu, ale na razie większość zawodników swoją grą nie przekonuje, by zagościć w jedenastce na stałe. W pomocy kombinujemy. Bartek Nowak ma abonament na granie, ale wychodzi na to, że Bartek Wolski również. Chcieliśmy tego duetu, czekaliśmy na to, jaki zrobią oni techniczny zamęt w tej lidze. Na razie jednak to tylko mrzonki. Nie mamy twardości w środku pola. Jeszcze do tego dokładamy Marcela, który jest ambitny, szybki, ale też nie jest to skała. Do tego wygląda na to, że wczoraj przegrał z upałem, z ręką na sercu, jak widziałem, że podciąga sobie tę koszulkę i w ogóle miałem z daleka wrażenie, że jest cały czerwony, to pomyślałem, że Rafał Górak zrobi wyjątek i ściągnie piłkarza w przerwie. Tak też się stało.

Pamiętam jak w poprzednim sezonie po Górniku Zabrze trener zapowiedział, że coś musimy zmienić w samym podejściu do spotkania i strukturze gry na wyjeździe. Choć potem przegraliśmy jeszcze z Lechią, to za chwilę gra GKS na obcych stadionach zaskoczyła. GieKSa wygrała z Lublinie, Niecieczy, w Pucharze Polski z ŁKS. Na początek roku było zwycięstwo w Lubinie. Były te mecze z Rakowem i Lechem. Czyli da się. Problem jest taki, że jak drużyna wpadnie w wyjazdową otchłań bezradności i niemocy, to trudno z niej się wykaraskać.

Najgorsze jest to, że nie widać, aby był jeden mądry, który zdiagnozował, gdzie leży problem. A to musi być głębszy problem mentalny, bo przecież u siebie ci zawodnicy – zarówno indywidualnie, jak i jako cała drużyna – potrafią przecież grać w piłkę. Co się z nimi dzieje na wyjeździe i dlaczego? Może to jest coś na etapie samego wyjazdu na mecz, podróży, hotelu, dnia meczowe na wyjeździe? Może to tam trzeba poszukać, co się takiego dzieje z piłkarzami, że opada z nich cała ta agresja, moc i siła? Może gdzieś jest zbyt duże rozluźnienie, a może to rozluźnienie jest zbyt małe? Trzeba szukać, w każdym szczególe, w każdym posiłku, w każdej minucie spędzonej w autobusie.

Przyznam, że po tym kolejnym przegranym meczu nie mam smutku, żalu czy załamki. Jest po prostu po raz kolejny irytacja i taka frustracja, bo widzę tę bezradność piłkarzy i mi się udziela. Nie ma w życiu chyba gorszego poczucia niż to, że nie ma się wpływu. A gra GKS a wyjeździe wygląda tak, jakby zawodnicy nie mieli dostępu do swoich atutów, które dają różnicę, tylko próbowali sztampowych, oklepanych i zupełnie nieefektywnych na tym poziomie rozwiązań.

I trzeba coś z tym zrobić szybko, bo wkrótce czekają nas trzy trudne wyjazdy – Zabrze, Gliwice i Lubin. Tu już po prostu obowiązkowo będzie trzeba punktować.

A na razie Wisła Płock. Dobrze, że przynajmniej u siebie te atuty nie są zablokowane. Liczymy, że i tym razem tak będzie, GieKSa swoje gole będzie strzelała i trzy punkty zdobędzie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

A jak Nowa Bukowa – to koncert

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Żodyn się nie spodziewoł – żodyn. Że GKS Katowice na swoim boisku znów zagra bardzo dobry mecz. No dobra, ale żarty na bok. Bo mimo tych serii u siebie czy na wyjeździe – nigdy nie ma gwarancji, że u siebie stracimy w końcu jakieś punkty. Tak samo, jak nie jest przecież pewne, że na wyjeździe przegramy. Każde serie mają swój koniec i może to się wydarzyć w zupełnie dowolnym momencie. Dlatego trzeba było być czujnym przed meczem z Wisłą Płock i w żadnym stopniu nie przypisywać sobie trzech punktów przed pierwszym gwizdkiem tylko dlatego, że tak nakazuje statystyka.

Natomiast nie spodziewałem się, że GieKSa zagra aż tak dobrze. A wcale wynik nie musiał taki być. Bo to Wisła pierwsza w tym meczu zaatakowała i stworzyła sobie kilka bardzo groźnych sytuacji w pierwszych dziesięciu minutach meczu. Warto tu naprawdę zwrócić uwagę na pracę Ilji Szkurina w defensywie. To właśnie Ilja był naszym kluczowym obrońcą w tym momencie meczu, dwukrotnie stając na linii toru lotu piłki zmierzającej w światło bramki. To tylko pokazało coś – co mam wrażenie, że od kilku meczów jest obecne – że Ilja coraz lepiej pracuje na boisku i jak widać, także w destrukcji może być efektywny.

No i Wisła się w tej pierwszej połowie wyszumiała. Potem grała już tylko GieKSa. Pierwszą wisienką była bramka Emana Markovića. Emana, który póki co w tym sezonie nie notował udanych występów. Tutaj popisał się pięknym, precyzyjnym uderzeniem, trafiając w okienko bramki Leszczyńskiego. Ale cała akcja była kapitalna, bo przecież Eman przemieścił się z prawej strony boiska na lewą, rozprowadził tę akcję, a potem z pierwszej piłki pograł z Borją. Wszystko w tej akcji zagrało idealne. Potem Eman już grał bardzo dobrze, tak jakby coś mu się odblokowało. Był szybki, dynamiczny i dochodził do kolejnych sytuacji. Szkoda, że w tej, gdy minął bramkarza, nie podciął piłki i Halind-Sangré zdołał ją wybić.

Rzut karny. Absurdalna historia dla GKS Katowice. Mieliśmy dwie jedenastki na wyjeździe z Puszczą, potem na Rakowie w pierwszym sezonie w ekstraklasie. W poprzednich rozgrywkach w lidze mieliśmy… jedną jedenastkę w meczu z Górnikiem. I dopiero teraz przyszedł rzut karny. To, o cieszy – to że Arek Jędrych tak pewnie ją wykonał, podobnie zresztą jak z Hapoelem. Różnie to z tymi karnymi kapitana w przeszłości było, ale te dwa ostatnie były kliniczne.

Wisła przypuściła atak w drugiej połowie. Płocczanie zaczęli dominować, nabijali stałe fragmenty gry, kotłowało się pod naszym polem karnym, ale nie tak groźnie jak w pierwszej połowie. No i mieli tę sytuację sam na sam Hamulića. I choć piłka być może nie leciała w światło bramki, to Mateusz Kowalczyk nie mógł o tym wiedzieć. Instynktownie pobiegł ratować tę sytuację  i w spektakularny sposób wybił piłkę. Przy czym Kowal rozegrał świetny mecz i można jedynie powiedzieć, że… brakowało go. Brakowało właśnie tej wyrobniczej, twardej pracy w środku pola we wcześniejszych meczach. Tutaj jego praca była nieoceniona i pokazała, że musimy ciągle szukać tego balansu w środku pomiędzy technikami, a ludźmi od czarnej roboty. Bo to oni są podstawą dla technicznych zawodników, nie odwrotnie. Tak jak dobrą drużynę buduje się od tyłu, tak i w środku pola wszystko zaczyna się od neutralizowania ataków przeciwnika.

I wtedy ci artyści mogą grać. Jak Bartosz Nowak, który po ostatnich słabszych występach, wczoraj znów błysnął. Trzy asysty w drugiej połowie to było coś, co pokazuje, że on to ciągle ma. Dośrodkowanie z rzutu rożnego w punkt, a przecież odchodzącą piłkę jest nieco trudniej zagrać. Potem szybka reakcja po podaniu Sekulskiego, minięcie bramkarza i wypatrzenie Ilji w polu karnym. W końcu asysta do Jakuba Kokosińskiego. Znów Bartek zgłosił akces nie wiadomo gdzie, ale nie będę się na ten temat rozpisywał, bo już masa nerwów poszło na jednego trenera, który jest selekcjonerem.

GKS się otrząsnął z tej przewagi Wisły i właśnie swoje kolejne bramki strzelał. Wyszło tak, że Pau Resta miał tylko dołożyć głowę do tej zagranej z rzutu rożnego piłki i Hiszpan zaliczył swoje pierwsze trafienie w GKS. Bardzo cieszy bramka Ilji – i  jak mówimy, że GieKSa u siebie wygrywa, to nie sposób pominąć wkładu Białorusina, bo przecież w każdym z tych czterech meczów strzelił bramkę. I sama jego gra jest po prostu coraz lepsza. Należy mu kibicować, bo możemy mieć mnóstwo radości z jego poczynań.

No i ta kolejna wisienka na torcie. Gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski pokazał, że dolicza zaledwie jedną minutę – taki standard „światowych” sędziów przy wysokim wyniku – pomyślałem, że szkoda, że tak krótko. A w końcówce tej jednej minuty, w absolutnie ostatniej akcji meczu młody napastnik strzelił swojego gola i patrząc na szerszy kontekst, to wspaniała sprawa, bo to dołożony kolejny pozytywny punkcik do tego meczu, całej drużyny, psychiki zespołu. Takie rzeczy naprawdę cieszą, tym bardziej, że gola zdobywa wychowanek, co przecież u nas od wielu lat się nie zdarzyło.

Naprawdę dobrą drużynę, jaką jest Wisła Płock, wypunktowaliśmy. To nie był słaby przeciwnik. To GieKSa była po prostu tak skuteczna w swojej grze. Nie dość, że udało się zachować pierwsze czyste kontro w sezonie (bardzo dobra gra Gabriela Kobylaka), to jeszcze strzelaliśmy bramki, a sytuacji było kilka więcej. Ale z tych klarownych większość wykorzystaliśmy.

Ostatnie tak wysokie zwycięstwo GKS odniósł we wspomnianym meczu z Puszczą w Krakowie w 2024 roku. Wówczas pokonaliśmy rywali 6:0. Żeby poszukać ostatniej wygranej w ekstraklasie u siebie pięcioma bramkami, musimy cofnąć się 33 lata wstecz do marca 1993 i pojedynku z Szombierkami, które GKS wygrał też 5:0. Historia dzieje się na naszych oczach.

A Wisła Płock nie lubi Nowej Bukowej, oj nie lubi. Zagrali tu trzeci mecz w ciągu roku i zainkasowali bagaż 10 bramek. Najpierw w Pucharze Polski GKS wygrał 4:2, w lidze w poprzednim sezonie było 1:0, a teraz 5:0. Rafał Leszczyński w meczu pucharowym nie grał, więc zainkasował u nas sześć bramek. To i tak lepiej niż Filip Majchrowicz, który w trzech spotkaniach na Nowej Bukowej przyjął osiem gongów.

Teraz wypada mieć nadzieję, że wajcha w końcu została przestawiona i na wyjeździe GKS zagra przynajmniej w połowie to samo, co u siebie. To już będzie dużo. A zadanie za tydzień wydaje się najtrudniejsze pod kątem wyjazdów, bo jedziemy na wybitnie nieprzyjazny dla siebie teraz, gdzie od ponad 20 lat bramki nie strzeliliśmy i przegraliśmy wszystko. Okazja wydaje się więc idealna, żeby ten schemat zmienić. Mówiłem to przed meczem z Wisłą i mówię teraz – GieKSę stać na wielkie rzeczy. Trzeba po prostu mieć do nich dostęp. U siebie mamy, na wyjeździe póki co nie. Ale liga jest długa.

Trzy wyjazdy, na których będą się kolejne rozdziały historii tego sezonu zapisywać. Myślę, że czekają nas ekscytujące spotkania i GieKSa w końcu w nich zapunktuje na tyle, że wszyscy będziemy zadowoleni.

I wszystkiego najlepszego dla Wasyla, który miał wczoraj urodziny. I dla Bartka Nowaka, który ma jutro. I w sumie dla Matiego Wdowiaka, bo ma za cztery dni. I dla Ilji, bo miał tydzień temu. Spojrzałem sobie na roczniki. Ilja – rocznik ’99. Boże, jacy wy jesteście młodzi… Sto lat Panowie!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie popadać w euforię ani lament

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice – Wisła Płock wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów Rafał Górak i Adam Majewski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis całej konferencji prasowej w wersji audio.

Adam Majewski (trener Wisły Płock):
Muszę pogratulować zespołowi GKS wygranej. Patrząc z mojej perspektywy wydaje mi się, że zdecydowanie za wysokie zwycięstwo i nasza zbyt wysoka porażka. Początek meczu, do straconego gola, zresztą pięknego, prowadziliśmy grę, mieliśmy przewagę, stworzyliśmy sobie sytuacje i szkoda, że w tym momencie nie udało się zdobyć gola, bo być może to spotkanie wyglądałoby inaczej. Rozmiar jest więc szokujący. Patrząc statystycznie, choć statystyki nie grają, ale podobnie jak w meczu z Wisłą Kraków oddaliśmy dwadzieścia kilka strzałów, mieliśmy 11 czy 12 rzutów rożnych, posiadanie piłki 60 do 40 procent lub nawet więcej. Ale w najważniejszej statystyce GKS nas wypunktował, bo był bardzo skuteczny. Nam tego zabrakło, zabrakło jakości w polu karnym, bo swoje sytuacje mieliśmy. Dwa najważniejsze momenty, to możliwość prowadzenia 1:0, a potem gdy przegrywaliśmy 0:2 w drugiej połowie przejęliśmy inicjatywę, mieliśmy sytuację sam na sam. Być może gdybyśmy strzelili gola kontaktowego, obraz gry by się zmienił i walczylibyśmy o jeden punkt. Duże rozmiary porażki, ale nie zwieszamy głów, mamy następny mecz w piątek z Koroną Kielce. Patrząc na sposób gry, zaangażowanie i podejście to mimo takiej porażki idziemy w dobrą stronę. Ale musimy wykorzystywać sytuacje, bo inaczej się nie da. Na końcu indywidualne błędy w obronie, szczególnie przy czwartej bramce, powodują, że skończyło się to taki rezultatem, a nie innym.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gdy wygrywa się 5:0 to można dużo mówić i to górnolotnie, ale ja wolałbym odpowiadać na pytania. Jestem strasznie zadowolony ze zwycięstwa. To jest taka proza życia, nie ma co nic dorabiać, graliśmy dobre spotkanie, byliśmy skuteczni. Było jeszcze trochę tych sytuacji, rywal nie był banalny, żeby powiedzieć, że skoro 5:0, to co to tam dzisiaj było. Nie, to nie były łatwe zawody, bardzo się cieszę. Pytajcie, jestem do dyspozycji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga