Piłka nożna
Gra obronna, czyli sala samobójców
Po bramkarzach przechodzimy do analizy formacji obronnej. Na początek liczby: w 16 meczach tego roku GKS stracił 25 bramek, co daje średnią 1,56 bramki na mecz. Łatwo dojść do wniosku – oczywiście to uproszczenie – że jedna bramka strzelona w każdym meczu nie dałaby nawet remisu (dwie strzelone dałyby zwycięstwo). Z taką statystyką, a także faktem, że tylko w dwóch z tych szesnastu meczów udało się zachować czyste konto – nie dziwi, że udało się wygrać tylko dwa spotkania.
Podstawowy blok obronny tworzyli w tej rundzie Alan Czerwiński (prawa strona), Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski (stoperzy) i Rafał Pietrzak (lewa flanka).
Prawa obrona
Na tej pozycji od początku rundy grał Alan Czerwiński. Od zarania dziejów mówiliśmy, że ten zawodnik nie nadaje się na obronę, nie ma umiejętności defensywnych kompletnie, a najpierw trener Rafał Górak, a potem Kazimierz Moskal konsekwentnie go na obronie wystawiali, co skutkowało nieraz katastrofą. Ponoć gdy pierwszy raz Czerwiński był obserwowany w Rekordzie Bielsko-Biała, to akurat przypadkiem zagrał w obronie, bo wcześniej grał w pomocy (taka krąży historia po mieście). I wizja tego zawodnika jako obrońcy została. Generalnie ta runda w wykonaniu Alana nie była tak tragiczna jak poprzednie, ale nie ustrzegł się poważnych błędów zwłaszcza na początku wiosny. Od zawsze jego piętą achillesową były pojedynki 1 na 1 i to się potwierdziło co do joty już w ciągu pierwszy trzech meczów. Najpierw w Nowym Sączu dał się ograć „na raz”, dzięki czemu gdy już jechał na czterech literach po nieudanym wślizgu za boisko, rywal spokojnie strzelał gola. W meczu z Bełchatowem natomiast w ciągu trzech minut dwa razy identycznie dał się ograć Michałowi Makowi, który dośrodkowując w pole karne zaliczył asysty. Gdy po meczu zapytaliśmy Maka, czy cieszył się, że będzie znów grał przeciw Czerwińskiemu (wspominając katastrofalny mecz z Bełchatowa), ten tylko się uśmiechnął…
Po meczu z Bełchatowem trener posadził Alana na ławce rezerwowych i w Legnicy dał szansę Dominikowi Sadzawickiemu. Sadza grał w GieKSie po przyjściu za czasów trenera Góraka, ale potem poszedł w odstawkę. Spotkanie z Miedzą było więc znakomitą okazją do przypomnienia się kibicom. Niestety Dominik nie podołał temu zadaniu. Zagrał bardzo słabo, a przy pierwszym golu przegrał i piłkarsko, i czysto fizycznie z rywalem, który strzelił bramkę. W związku z tym jego udział w tym momencie zakończył się na jednym meczu.
Z Łęczną do składu powrócił Czerwiński, grał także z Arką. Zawodnik w tych meczach nie popełnił karygodnych błędów, ale nie było w ogóle tego, za co go chwalimy – czyli włączania się do akcji ofensywnych. Grał bojaźliwie, notował rekordową ilość podań do tyłu do Mateusza Kamińskiego. Możliwe, że także to zauważył trener Moskal, bo w Rybniku znów zabrakło Alana.
Na kolejne dwa mecze ponownie wskoczył Sadzawicki. Jak się później okazało – były to dwa mecze na zero z tyłu. Wielkiej roli w braku utraty bramki Sadza nie odegrał, z ROW Rybnik zagrał poprawnie, ale był jednym z najmniej wyróżniających się zawodników. W Ząbkach miał sporo problemów z szybkim Łukaszem Sierpiną, ale też nie popełnił karygodnych błędów.
Po wyjazdowej trylogii na mecz u siebie z Kolejarzem wrócił Czerwiński. Przy kuriozalnym golu Wojciecha Trochima nie miał wielkiego udziału, zaliczył natomiast świetną asystę przy golu Michała Zielińskiego. To dało nadzieję, że będzie próba gry do przodu w następnych meczach. I tak mogło być w Niepołomicach – kolejna świetna centra, ale fatalnie spartaczył ją Tomasz Wróbel. Coś zacięło się w meczu z Olimpią, gdzie jednak cała drużyna zagrała bardzo słabo.
Gdy stało się jasne, że GKS nie gra już o nic, trener postanowił spróbować czegoś nowego i na mecz z Niecieczą postawił na młodego Aleksandra Januszkiewicza. Zawodnik jak na debiut spisał się dobrze, był aktywny, próbował swoich sił także w akcjach ofensywnych. Niestety miał spory udział w utracie bramki, gdzie najpierw stracił piłkę, potem źle zastawiał pułapkę ofsajdową, w końcu dał uciec rywalowi. Zrzuciliśmy to na karb zmęczenia – to było widać. W meczu w Olsztynie natomiast po pół godzinie ujrzał drugi żółty kartonik i musiał przedwcześnie opuścić boisko. Zastąpił go na tej pozycji… Radosław Sylwestrzak i nic dobrego z tego nie wniknęło.
Nie poruszamy w tym artykule postawy Alana Czerwińskiego w pomocy – na to przyjdzie czas. Zasygnalizujemy tylko, że grając na prawej pomocy zaliczył naprawdę udane momenty, jak choćby gol z Tychami. O tym wkrótce.
Środkowi obrońcy
Tutaj – jak pisaliśmy – podstawowymi zawodnikami byli Mateusz Kamiński i Adrian Jurkowski. A jednak z powodu urazu Jurkowskiego jeszcze w okresie przygotowawczym na początku rundy z Kamińskim grał Adrian Napierała.
I taki duet wybiegł w Nowym Sączu. W pierwszych spotkaniach – także z Bełchatowem – większych błędów stoperzy nie popełnili, ale trzeba przyznać, że nie byli pewni. Z Okocimskim dawali puszczać często piłkę w uliczkę, nie uchronili zespołu przed utratą bramki z Brunatnymi nie ratowali sytuacji po błędach Czerwińskiego. Kiksów jednak nie było – ot zwykłe sytuacje boiskowe, choć dać sobie strzelić gola po kontrze najsłabszemu zespołowi ligi na swoim boisku chluby nie przynosi.
W meczu z Miedzią mieliśmy „one man show”, czyli performance Mateusza Kamińskiego. Zawodnik nie grał źle, ale miał niesamowitego pecha. Dwa gole samobójcze i honorowe zachowanie po meczu, kiedy cały zespół został oblany wiadrem pomyj pod sektorem gości a Kamyk pokazywał, że to jego wina.
W spotkaniu z Łęczną do składu wrócił Jurkowski, który zastąpił Napierałę. Aż do meczu z Tychami ten duet grał w każdym meczu – z wyjątkiem spotkania z Puszczą, kiedy na to jedno spotkanie Jurkowskiego znów zastąpił Napierała.
Był to zły okres naszych zawodników. W meczu z Łęczną mimo że udało się uniknąć większych błędów, to zaskakiwała nerwowość i elektryczność obu stoperów. Dodatkowo Jurkowski tak niefortunnie interweniował w polu karnym, że wyłożył piłkę rywalowi, który strzelił bramkę. Katastrofalnie obaj spisali się w Gdyni, gdzie po w dużej mierze indywidualnych błędach stoperów, rywale strzelili trzy bramki. Zaskakująco kilka dni później Kamyk i Jurkowski… świetnie zagrali z ROW. Grali pewnie dobrze i skutecznie, skutkiem tego było czyste konto po stronie strat. Również gola nie straciliśmy w Ząbkach, choć tutaj więcej było szczęścia niż rozumu – rywale ostrzeliwali poprzeczkę czy oddawali strzały tuż obok bramki. Nie zmienia to faktu, że to był dobry mecz obrońców.
Dobry obraz posypał się w meczu z Kolejarzem. Tragiczna postawa i stanięcie w polu karnym przy golu Trochima do dziś śni się kibicom po nocach. Niewytłumaczalne było zachowanie naszych zawodników, którzy może i założyli, że piłka opuściła boisko, ale to nie zwalnia ich od grania do gwizdka. Najwięcej mieli pretensji do sędziego, a nie do samych siebie. Kolejny beznadziejny mecz zdarzył się w Grudziądzu. Zawodnicy ofensywni rywali robili z naszymi obrońcami co chcieli. I tutaj katowiczanie stracili kuriozalną bramkę, kiedy to nagle w polu karnym lub tuż przed nim znalazło się czterech kompletnie niepilnowanych zawodników rywala. Wyglądało to tak, jakby żaden z obrońców nie wiedział, jakie ma zadania w polu karnym. Przypominamy jednak, że przy golu Roberta Szczota zawodnicy z pomocy kompletnie olali kwestię pomocy kolegom z defensywy, więc nie tylko na stoperach ciążyła odpowiedzialność. Jurkowskiemu nerwowość została w meczu z Niecieczą, gdzie momentami chyba myliły mu się pola karne i na przykład przepuszczał piłkę pod nogami we własnej szesnastce niczym napastnik w polu karnym rywala. Zawalił powrót przy straconej bramce. Kamyk natomiast strzelił swoją trzecią bramkę samobójczą w rundzie.
W meczach ze Stomilem i Tychami GKS stracił w sumie sześć bramek i duża część z nich była udziałem stoperów. W obu meczach grał Kamiński, w Olsztynie z Jurkowskim, w derbach z Napierałą. Nie ma sensu opisywać traconych bramek, ale znów należy powiedzieć, że rywale bez problemu rozmontowywali nasze defensywy.
W ostatnim meczu w Płocku z Jurkowskim zagrał Radosław Sylwestrzak i spisał się poprawnie.
Lewa obrona
Tutaj bezdyskusyjnie rządził i dzielił Rafał Pietrzak. Zagrał we wszystkich meczach oprócz tego z Bełchatowem i Miedzią (wszedł w drugiej połowie jako pomocnik). Różne miał momenty w tej rundzie – faktem jest, że ciężko jest wyjść ponad przeciętność czy raczej… słabość całej drużyny. Na minus na tym etapie rozwoju dla zawodnika są kwestie powrotów. Zapędza się w akcje ofensywne, ale często nie ma siły wrócić. Problem w tym, że wówczas brakuje w zespole asekuracji. Zabrakło go na przykład przy golu Okocimskiego na Bukowej. Po meczu z Arką pisaliśmy wręcz „Czasem można się zastanawiać, czy lewy obrońca w ogóle jest zainteresowany obroną. W tym spotkaniu nieraz jego stroną gdynianie przeprowadzali akcje, a Pietrzak gdzieś tam kilka metrów dalej truchtał sobie niezainteresowany”. A z Kolejarzem: „Gdzie był lewy obrońca przy pierwszej bramce? Prawdopodobnie cały czas przy polu karnym przeciwnika”. Te opisy mówią same za siebie.
W meczu z Łęczną kapitalnie włączył się do ofensywy i to nie na skrzydle, a w środku, i strzelił swojego jak na razie jedynego gola w GKS Katowice, a sytuację wykorzystał jak rasowy napastnik.
Generalnie notował przeciętne lub poprawne występy, a z Olimpią był jedynym, który pokazał cień ambicji. W międzyczasie podpisał nowy kontrakt z GieKSą, ale nie przełożyło się to na jakieś świetne występy. Ale i tak w perspektywie całej rundy był jednym z najlepszych zawodników, czy raczej najmniej złych.
Na lewej stronie zastąpił go w meczach z Bełchatowem i Miedzią Bartłomiej Chwalibogowski. Niestety zawalił jeśli chodzi o pilnowanie zawodników w polu karnym. Był aktywny z Bełchatowem, ale to rywale strzelali bramki w wyniku braku krycia.
Podsumowanie
Obrona poza bardzo dobrym (ROW), czy średnimi meczami (np. Dolcan, Chojniczanka) spisywała się generalnie bardzo słabo. Kuriozalne błędy, nerwowość, przegrywane pojedynki 1 na 1, brak powrotów i asekuracji, samobójcze bramki, krycie na kilometrowy radar we własnym polu karnym – to wszystko oglądaliśmy w tej rundzie w wykonaniu defensorów GKS.
Problemem w sezonie, jak i na nadchodzące rozgrywki jest brak zmienników. Kompletny brak. Bo na prawej stronie jest wybór Alan Czerwiński (nie nadaje się), Dominik Sadzawicki (przeciętny bardzo) czy Aleksander Januszkiewicz (musi się jeszcze bardzo dużo uczyć). Na stoperze dla wymienionej – przeciętnej piłkarsko – dwójki, alternatywą mógł być Adrian Napierała, który jest coraz mniej zwrotny i w ogóle prawdopodobnie nie będzie już czynnym zawodnikiem w GKS. Wycofywanie Radosława Sylwestrzaka czy Kamila Cholerzyńskiego będzie już kombinowaniem. Na lewej stronie póki co jest Rafał Pietrzak, ale po odejściu Chwalibogowskiego już zupełnie pozostanie bez zmiennika. Chyba, że powróci Bartosz Sobotka z wypożyczenia.
Wzmocnienia na obronę są więc niezbędne – zarówno, żeby zastąpić tych podstawowych zawodników, którzy nie gwarantują jakości, jak i po to, by byli w zespole jacykolwiek zmiennicy. Bo jak na razie to taki skład obrony tylko prosi się, aby dostawać bramkę za bramką…
Galeria Piłka nożna
GieKSa&Baník – 30 lat przyjaźni
Mecz GKS-u Katowice z Baníkiem Ostrava był wyjątkową okazją do świętowania trzech dekad kibicowskiej przyjaźni. Zobaczcie fotorelację, którą przygotował dla Was Marcin.
Piłka nożna
Mecz Legend GieKSy i Banika
W przerwie sobotniego Meczu Przyjaźni zostanie rozegrane spotkanie Legend GKS Katowice i Banika Ostrava. Będzie to nie lada gratka dla fanów obu drużyn. Ci starsi będą mogli powspominać piłkarzy, których pamiętają z przeszłości, a młodsi – zobaczyć Legendy, o których opowiadali im starsi koledzy.
Do pierwszego spotkania Legend GKS Katowice i Banika Ostrava doszło na Bazalach 27 czerwca tego roku. To właśnie wtedy na legendarnym stadionie Bazaly odbywał się kibicowski turniej Chachar Cup 2026, a w Ostrawie pojawiło się ponad 1100 kibiców GieKSy. Sam mecz Legend zakończył się remisem 6:6. Poniżej relacja wideo z oficjalnej telewizji klubowej.
W sobotę w trójkolorowych barwach będziemy mogli zobaczyć: Artura Andruszczaka, Adama Kucza, Marka i Piotra Świerczewskich, Andrzeja Nikodema, Zdzisława Strojka, Grzegorza Górskiego, Damiana Sadowskiego, Dominika Sadzawickiego, Dawida Plizgę i Jarosława Tkocza. Trenerem naszej drużyny będzie Piotr Piekarczyk.
Banik reprezentować mają: Nemanja Kuzmanović, Vít Baránek, Martin Lukeš, Aleš Neuwirth, Antonín Buček, Petr Zajaroš, Rostislav Pikonský, Marek Heinz, Jan Daněk, Michal Daněk, Jan Laštůvka, Michal Papadopulos i Pavel Besta.
Przypominamy, że cały czas dostępne są bilety na sobotni Mecz Przyjaźni. Najprościej wejściówki zakupić na www.bilety.GKSKatowice.eu.
Piłka nożna kobiet
Demolka stołecznej drużyny
Kibice długo czekali na powrót Ekstraligi do Katowic, jednak zawodniczki w pełni wynagrodziły dłuższy okres piłkarskiej pustki aż sześcioma bramkami.
Jeśli wracać po przerwie reprezentacyjnej, to tylko z takim hukiem, jak Patricia Hmirova! Po pressingu Kalaberovej i jej późniejszej centrze Hmirova tylko dołożyła nogę do pustej siatki, Nowak bardzo źle obliczyła sytuację i opuściła posterunek. Legia bardzo łatwo pozwalała wrzucać sobie długie piłki w boczne strefy, już chwilę później Nicola Brzęczek po takim zagraniu otrzymała piłkę na 12. metr od Klaudii Maciążki i tylko pozycja spalona pozbawiła ją szansy na bramkę. W 8. minucie po stracie McLaughlin wydawało się, że swoją szansę będą miały przyjezdne – nic bardziej mylnego. Błyskawicznie z Kalaberovą odzyskały posiadanie, a Hmirova ruszyła sam na sam w przegrany pojedynek z Nowak. Gra Legii zupełnie się nie kleiła w pierwszych akcjach, choć z każdą minutą udawało im się przedzierać coraz bliżej bramki Frankovej. W 13. minucie w końcu udało się stworzyć zagrożenie po błędzie przy przekazaniu krycia Zawadzkiej z Milovanović, choć golkiperka GieKSy zdawała się mieć wszystko pod kontrolą. Po przerwie spowodowanej urazem nastąpił rzut rożny, po którym Julia Przybył idealnie odnalazła głowę McLaughlin – nie udało się Legii dobrze zablokować jej wbiegnięcia. W 26. minucie złe wybicie Milovanović powinno zakończyć się przynajmniej sytuacją bramkową, jej błąd naprawiła Marcjanna Zawadzka zablokowaniem uderzenia. Dwie minuty później, po centrze Maciążki, o krok była Hmirova od wykorzystania równie nieudanego wybicia defensorki, która zdołała jednak w porę się obrócić i tym razem skutecznie wyekspediować piłkę na połowę gospodyń. 32. minutę rozpoczęła Julia Przybył od ciętej wrzutki na 7. metr, najmniejszy błąd przy próbie wyjaśnienia akcji spowodowałby ogromne zamieszanie. Chwila oddechu, wrzut z autu pomocniczki przerodził się w błyskawiczny zwód Hmirovej i podanie wzdłuż bramki do Kalaberovej, która wślizgiem dopełniła formalności. Zupełnie Legia odpuściła krycie przy tym fragmencie gry, jakby od początku nie wierzyły w możliwość jego obrony. Samodzielnie odpowiedziała Materek, oddając celny i kozłujący, acz lekki strzał w pobliże słupka bramki Frankovej. Podwyższyć mogła Maciążka po podaniu McLaughlin za linię defensywy, liniowa uniosła jednak chorągiewkę. Po rzucie rożnym nieco później znów było groźnie, Hmirova huknęła w bliższe okienko i Nowak bardzo dobrze interweniowała. Poprawka Słowaczki spod drugiej chorągiewki i Amerykanka głowkowała w poprzeczkę, znów było bardzo blisko. W 42. minucie po podaniu z pierwszej piłki Hmirovej przez całą szerokość boiska Maciążka na pełnym spokoju zmyliła trzy przeciwniczki, posyłając piłkę obok bezradnej golkiperki. Już w doliczonej części McLaughlin wypuściła prawą półprzestrzenią Kalaberovą, Nowak zdołała w porę zareagować i wyjść z własnej bramki.
W 49. minucie kapitalną interwencją wykazała się Nowak, McLaughlin po centrze Hmirovej zupełnie niepilnowana odnalazła się w szesnastce i huknęła pod poprzeczkę. Kolejny rzut wolny i tym razem to słupek uratował Legię przed utratą bramki, po niecelnym strzale Zawadzkiej do piłki dopadła jeszcze Jaszek i minimalnie zabrakło jej do szczęścia. Rzut rożny to jednak coś, z czym Legia sobie nie mogła poradzić – Przybył odnalazła Molly McLaughlin, a ta skorzystała z prezencji Dżesiki Jaszek angażującej defensorki i sfinalizowała centrę. W 59. minucie bardzo wysoko z bramki wyskoczyła Nowak, mimo kiksu skutecznie zażegnując kontrę Kalaberovej. Kilka podań i już jednak drugą flanką gnała Julia Przybył, ostatecznie posyłając „rogalika” na dłuższy słupek i wcale nie zabrakło wiele do ładnego trafienia. W 65. minucie GieKSa zmarnowała przynajmniej 2.0 łącznego xG: po wrzutce Maciążki przed samą bramkarką nie trafiały czysto kolejno Kalaberova, Jaszek i ostatecznie Hmirova. Takie pudła spotkały się z zasłużonym ostrzeżeniem, gdy Kinga Bużan huknęła z dystansu w poprzeczkę bramki Frankovej. Swojego szczęścia spróbowała także Kazanecka, po udanym dryblingu uderzając w stronę krótkiego słupka. W 80. minucie strzał po zgraniu Jaszek oddała Vojtkova, piłka po rykoszecie znalazła się w rękawicach Nowak. Chwila nieuwagi w końcówce, i już Hmirova podaniem odnalazła wybiegającą Klaudię Maciążkę. Wiktoria Nowak zdołała uprzedzić jeszcze Dżesikę Jaszek, lecz dobitą piłkę bezlitośnie wpakowała do bramki Amelia Bińkowska.
Legia Ladies do Warszawy wraca z bagażem aż sześciu trafień, a komplet punktów zostaje w Katowicach!
26 września 2026 rok, Katowice
GKS Katowice – Legia Ladies 6:0 (4:0)
Bramki: Hmirova (3), McLaughlin (23, 53), Kalaberova (33), Maciążka (42), Bińkowska (90).
GKS Katowice: Fraňková – Milovanović, Zawadzka, Kłoda – Kaláberová (74. Bińkowska), McLaughlin (65. Vojtkova), Šurnovská (46. Kozarzewska), Przybył (65. Turkiewicz) – Maciążka, Brzęczek (46. Jaszek), Hmírová.
Legia: Nowak – Sokołowska, Grabowska (24. Zielińska), Kurzelowska, Prochowska, Materek (59. Grosicka), Bużan, Drożyńska (46. Koźmińska), Nestorowicz, Kazanecka (59. Jankiewicz), Dubiel.
Kartki: Kłoda.


Najnowsze komentarze