Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Dobra passa dobiegła końca. „GieKSa” ukarana za brak skuteczności – opinie mass mediów o porażce GieKSy ze Zniczem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień na temat wczorajszego meczu Znicz Pruszków – GKS Katowice 2:1 (0:0).

 

sportslaski.pl – Dobra passa dobiegła końca. „GieKSa” ukarana za brak skuteczności

Brak odpowiedniego wykończenia akcji oraz dwa błędy w defensywie spowodowały, że piłkarze GKS-u Katowice przegrali pierwsze ligowe spotkanie od 25 sierpnia.

[…] Pierwsza połowa potwierdzała jednak, kto w ostatnim czasie znajdował się w lepszej dyspozycji i dlaczego GKS ma nad swoim rywalem aż trzynaście punktów przewagi. Podopieczni Rafała Góraka znacznie częściej przebywali na połowie przeciwnika, imponowali swoją organizacją gry i starali się wykorzystywać sporo wolnej przestrzeni, którą pozostawiali zawodnicy Znicza.

Katowiczanie mieli jednak problem z odpowiednim wykończeniem tworzonych przez siebie akcji. Goście szukali swoich szans na otwarcie wyniku niemal z każdej pozycji, od uderzeń z dystansu po próby wykańczania szybkich wrzutek w pole karne. Aktywni w ofensywie byli m.in. Maciej Stefanowicz i Kacper Michalski, ale z ich próbami zza pola karnego zdołał poradzić sobie Piotr Misztal. Blisko pokonania bramkarza był również Radek Dejmek, który w 33. minucie najlepiej odnalazł się w polu karnym i był bliski wykorzystania dobrego dośrodkowania ze stałego fragmentu. Uderzenie głową doświadczonego obrońcy zatrzymało się tylko na poprzeczce.

Dominacja gości nie podlegała dyskusji, ale mimo to podopieczni Piotra Mosóra byli w stanie odgryzać się rywalowi pojedynczymi kontrami. Jedna z nich mogła zostać zwieńczona bardzo efektownym golem – w 40. minucie piłkę na linii pola karnego otrzymał Paweł Tarnowski i bez wahania zdecydował się oddać mocny strzał w stronę bramki Szymona Frankowskiego. Golkipera, który w Pruszkowie zastępował powołanego do kadry U-20 Bartosza Mrozka, uratował słupek.

Druga połowa przy ul. Bohaterów Warszawy zwiastowała spore emocje, gdyż „GieKSa” nie chciała zadowolić się tylko jednym punktem i zamierzała w końcu wykazać się lepszą skutecznością. Niespodziewanie dla wielu to gospodarze weszli w drugą część gry znacznie lepiej, wykazując się znacznie większą odwagą w ofensywnych poczynaniach. Ich starania bardzo szybko przyniosły wymierny skutek. W 53. minucie Paweł Moskwik wykorzystał dalekie podanie Marcina Rackiewicza z własnej połowy i popisał się celnym strzałem głową. Zadanie skrzydłowemu ułatwiło jednak nieporozumienie pomiędzy Arkadiuszem Jędrychem a wychodzącym z bramki Szymonem Frankowskim.

Stracona bramka wyraźnie wytrąciła katowiczan z równowagi, natomiast Znicz miał szanse błyskawicznie podwyższyć swoje prowadzenie za sprawą Karola Noiszewskiego. Młody pomocnik w 56. minucie zdecydował się na uderzenie zza pola karnego, które z trudem sparował bramkarz GKS-u. Zespół Piotra Mosóra prezentował się znacznie lepiej niż w pierwszej połowie, a swoich szans na zmianę wyniku szukał przede wszystkim w grze z kontry. Gdy wydawało się jednak, że goście są bliscy powrotu na odpowiednie tory i zaczynają powoli zyskiwać przewagę, Znicz zdobył drugiego gola. Po szybkiej i składnej akcji w polu karnym przeciwnika odnalazł się Arkadiusz Pyrka. Co prawda jego pierwsze uderzenie zostało jeszcze zablokowane, ale wobec dobitki obrona „GieKSy” była już bezradna.

Od tego momentu sytuacja na placu gry zmieniła się o 180 stopni. To Znicz spokojnie kontrolował przebieg rywalizacji, natomiast podopieczni Rafała Góraka wyglądali jak zespół, niemający pomysłu na choć częściowe odrobienie strat. W końcówce katowiczanie postawili wszystko na jedną kartę i udało im się złapać kontakt, ale dopiero w doliczonym czasie gry. W 92. minucie do wybitej z pola karnego piłki dopadł Adrian Błąd i pokonał Misztala mocnym strzałem po ziemi. Tuż przed ostatnim gwizdkiem piłkę meczową na swojej nodze miał jeszcze Arkadiusz Woźniak, ale jego uderzenie ze skraju pola karnego zostało wybite z linii bramkowej.

 

sportdziennik.com – Koniec świetnej serii. GieKSa zatrzymana w Pruszkowie

Katowiczanie rozpoczęli rundę rewanżową od porażki 1:2 ze Zniczem, wskutek której trzej najwięksi rywale w walce o awans delikatnie jej uciekli.

[…] Katowiczanie oba gole stracili w drugiej połowie – i oba w bardzo prosty sposób. Mieli prawo do przełożenia tego meczu, jako że do reprezentacji Polski U-20 powołany został Bartosz Mrozek. Nie uczynili tego i między słupki znów wskoczył 18-letni Szymon Frankowski, który w październiku w analogicznej sytuacji udanie zastąpił Mrozka w konfrontacji z Elaną Toruń (2:0). Tym razem czystego konta nie zachował, a pierwsza bramka bardzo go obciąża. Jeden z obrońców Znicza zagrał „długą” piłkę w kierunku pola karnego GKS-u. Frankowski wyszedł z bramki i czekał na skraju szesnastki, aż będzie mógł złapać futbolówkę. Z młodym bramkarzem nie zrozumiał się Arkadiusz Jędrych. Stoper GieKSy (rodowity pruszkowianin i wychowanek Znicza!) nie zapobiegł temu, by do bezpańskiej piłki dobiegł Paweł Moskwik i głową wpakował ją do siatki.

Bramka na 2:0 była nieco mniej kuriozalna, ale też nie powinna się przytrafić. Katowiczanie zostali skontrowani po… własnym rzucie rożnym. Dariusz Zjawiński odegrał do Arkadiusza Pyrki, a ten płaskim strzałem nie dał większych szans Frankowskiemu. Tym samym katowiczanie znaleźli się na łopatkach, ale my śmiemy twierdzić, że w równie mocnym stopniu o ich porażce zadecydowała pierwsza, bezbramkowa połowa. Znicz pozwalał im wtedy na bardzo wiele, podopieczni Rafała Góraka dominowali, bardzo długo utrzymywali się przy piłce na połowie gospodarzy, ale nie przełożyło się to na dużą liczbę strzeleckich okazji. Najbliżej szczęścia GieKSa była, gdy Dawid Rogalski główkował po dośrodkowaniu Arkadiusza Woźniaka, a miejscowych uratował słupek. Po przeciwnej stronie boiska nie działo się praktycznie nic, ale raz katowiczanie też mogli mówić o farcie, gdy efektownie z dystansu w słupek bramki Frankowskiego kropnął Paweł Tarnowski.

W drugiej połowie, kiedy obraz gry był już nieco bardziej wyrównany, GKS okazji miał dużo więcej. „Setki” zmarnowali Kacper Michalski (przy stanie 1:0) i wprowadzony z ławki Mateusz Kompanicki (przy stanie 2:0), którzy pudłowali z klarownych pozycji. Emocje były do końca, bo w doliczonym czasie gry (4 minuty) zapachniało happy endem. Najpierw kontaktowego gola strzałem zza pola karnego zapewnił gościom Adrian Błąd, a w dosłownie ostatniej akcji meczu z bliska (tyle że ostrego kąta) uderzał Arkadiusz Woźniak. Obrońca Znicza wybił piłkę z linii, a kilkanaście sekund później arbiter gwizdnął po raz ostatni!

[…] GKS nie wygrał drugiego kolejnego meczu (tydzień temu zremisował 2:2 z Resovią), co zdarzyło mu się dopiero drugi raz w tym sezonie. O żadnym kryzysie nie może być jednak mowy, bo pewnie na 10 takich spotkań, jak to w Pruszkowie, katowiczanie przegraliby jedno, góra dwa. Można zażartować, że nie służą im telewizyjne transmisje. TVP pokazywała w tym sezonie trzy ich starcia i wszystkie zakończyli na tarczy.

 

sportowefakty.wp.pl – 11 meczów i koniec passy. GKS Katowice pokonany przez Znicza Pruszków

Radosna niedziela dla drugoligowców z Mazowsza. Znicz Pruszków wygrał 2:1 z GKS-em Katowice, a Pogoń Siedlce zwyciężyła 2:1 ze Stalą Rzeszów.

Znicz Pruszków przystąpił do pojedynku z katowiczanami po czterech porażkach z rzędu, natomiast GKS po 11 spotkaniach ligowych bez przegranej. Dużo zmieniło się w obu obozach od czasu inauguracji sezonu, kiedy to piłkarze z Mazowsza triumfowali przy Bukowej. Dlatego ponowna wygrana Znicza jest małym zaskoczeniem. Gole padły w drugiej połowie. Do bramki gości przymierzyli Paweł Moskwik i Arkadiusz Pyrka. GKS odpowiedział dopiero jedną bramką Adriana Błąda w doliczonym czasie.

 

polskieligi.net – GKS Katowice przegrał ze Zniczem Pruszków

[…] Od początku spotkania to GKS Katowice był bardziej aktywny i wykazywał większą inicjatywę, chcąc dzięki temu jak najszybciej otworzyć wynik spotkania. Pierwszą okazję już w 4. minucie miał Maciej Stefanowicz, lecz ten nie zdołał pokonać Piotra Misztala.

Po niespełna dziesięciu minutach, szczęścia spróbował Kacper Michalski, lecz błyskawicznie z jego uderzeniem poradziła sobie defensywa Znicza Pruszków. Spadkowicz z Fortuna 1 ligi wciąż narzucał tempo i w 20. minucie znów było gorąco pod bramką miejscowych. Na bramkę uderzał Arkadiusz Woźniak lecz ponownie z tym uderzeniem poradził sobie wychowanek Olimpii Warszawa.

Goście bardzo dobrze radzili sobie tego dnia, ale brakowało niestety najważniejszego, czyli bramek. Tych bliżej byli katowiczanie, choć Znicz z czasem także atakował, jednak czujny w bramce był Szymon Frankowski. Młody golkiper wybronił bardzo mocny strzał Pawła Tarnowskiego.

Po przerwie obraz gry nie ulegał zmianie, jednak bardziej konkretni byli gospodarze, którzy w 53. minucie wyszli na prowadzenie. Marcin Rackiewicz zagrywał do Pawła Moskwika, a ten strzałem głową umieścił piłkę w siatce, dając sporo radości swojej drużynie.

Ta sytuacja dodała skrzydeł Zniczowi, który chciał pójść za ciosem. Karol Noiszewski zdecydował się na strzał, lecz z trudem wybronił go wychowanek Stadionu Śląskiego Chorzów. Katowiczanie jednak nie zamierzali się poddawać, jednak gospodarze byli bezlitośni, bowiem w 69. minucie gola zdobył Arkadiusz Pyrka.

Żółto-zielono-czarni cały czas szukali gola, jednak miejscowi bardzo dobrze prezentowali się w obronie. Katowiczanie w końcu jednak dopięli swego, a miało to miejsce już w doliczonym czasie gry, kiedy to Adrian Błąd świetnym uderzeniem pokonał golkipera miejscowych, ustalając wynik meczu.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Mariusz-Resovia

    18 listopada 2019 at 12:53

    Jestem kibicem Resovii…uważam ,że GKS najlepiej gra w tej lidze ma pecha tak jak było u nas w Rzeszowie…w Pruszkowie tak samo byli lepsi od Znicza ale niestety musimy powiedzieć jedno tak wygląda nasz liga piłkarsko w całym kraju!!!Pozdrowienia dla Katowic.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Žilina jest jak żmija

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wraz z tryumfem Hiszpanii na mundialowych boiskach dobiegł końca maraton nocnych meczów za oceanem, a uczestniczący w nich piłkarze udali się na zasłużone urlopy. Natomiast nasi ulubieńcy są już zwarci i gotowi, aby rozpocząć rozgrywki, które będą nas przyprawiać o zdecydowanie szybsze bicie serca niż sam Mundial. Jednak zanim z kopyta ruszy Ekstraklasa, GKS napisze pierwszy i – mamy nadzieję – jeden z wielu rozdziałów w Lidze Konferencji Europy. Jak wysoka jest pierwsza przeszkoda, jaką los postawił na naszej drodze? O MŠK Žilina opowiedział nam Piotr Słonka, użytkownikom Twittera szerzej znany jako BuckarooBanzai – pasjonat piłki nożnej, groundhopper, wnikliwy obserwator futbolu w wydaniu ukraińskim, czeskim i właśnie słowackim. W ubiegłym sezonie na meczach MŠK bywał częściej niż niejeden niedzielny kibic na stadionie swojej lokalnej drużyny, więc to właśnie jego poprosiliśmy o przybliżenie sylwetki pierwszego rywala GieKSy w kwalifikacjach Ligi Konferencji.

Na ile łaskawy był dla nas los przydzielając nam MŠK Žilina jako pierwszą przeszkodę na drodze do Ligi Konferencji Europy?
W ubiegłym sezonie widziałem na żywo kilkanaście meczów MŠK, a po raz pierwszy pojechałem do Żyliny 17 lat temu na decydujący o wejściu do Ligi Europy mecz z Partizanem. Od tego czasu co najmniej kilka razy w roku bywam na tym stadionie, a jeśli jestem w Polsce, to nawet kilkanaście. Wielokrotnie próbowałem scharakteryzować ten zespół, jednak nie jest to łatwe. Na ten moment Žilina jest przede wszystkim zespołem niekompletnym, w permanentnej budowie, wielokrotnie wyprzedawanym i uzupełnianym nowymi piłkarzami. Zdarzało się, że kluczowe zmiany kadrowe zachodziły w trakcie kampanii eliminacyjnej do europucharów. Podobnie może być i w tym sezonie. Priorytetem zarządu jest zarabianie na piłkarzach, aczkolwiek dziś nie widzę tam gracza o wysokim potencjale sprzedażowym. Jest za to kilku bardziej doświadczonych zawodników, którzy mają gwarantować stabilizację zespołu, jednak są to gracze przeciętni nawet na ligę słowacką. Dlatego moim zdaniem to GKS jest faworytem – o ile w pierwszym meczu scenariusze mogą być różne, to ostateczny awans powinien stać się udziałem GieKSy. Žilina jest jak żmija, która może ukąsić każdego, ale koniec końców te rany nie powinny być dla GKS-u zabójcze.

Ubiegły sezon ligi słowackiej zakończył się bezdyskusyjnym tryumfem Slovana Bratysława, a Žilina skończyła dopiero na czwartym miejscu. Jak w porównaniu do Ekstraklasy oceniasz potencjał całej ligi, jej mistrza i naszego najbliższego rywala?
Na Słowacji mamy ligę z hegemonem w postaci Slovana, który pędzi niczym TGV, a gonią go kiepskie ciuchcie, które co rusz trzeba reperować. Nie przysparza to kibicom zbyt wielu emocji. Sam mistrz Słowacji byłby wysoko w tabeli Ekstraklasy, jednak ciężko to ocenić, skoro w swojej lidze gra zazwyczaj na 30% możliwości, których pełnię pokazuje dopiero w Europie. W lidze nie musi wrzucać czwartego biegu, o piątym nawet nie wspominając. Nawet mecze na szczycie są po prostu nudne. Piłkarze z Bratysławy mogą przespać większą część meczu i przycisnąć dopiero w końcówce, co i tak zwykle wystarcza do zwycięstwa. Na tym tle Žilina wypada znacznie słabiej i gdyby chciała nawiązać rywalizację, to musiałaby zmienić politykę transferową. Ma wprawdzie super akademię, lepszą niż wiele polskich klubów, bardzo dobrze pracując z młodymi zawodnikami, którzy przez rezerwy trafiają do pierwszego zespołu i szybko wypływają na szersze wody. Samymi młodymi talentami nie utrzymałaby się jednak w Ekstraklasie. Mając natomiast budżet, jakim dysponują polskie kluby, mogłaby szybko podnieść swój poziom.

Przepustkę do Europy MŠK zdobył dzięki tryumfowi w krajowym pucharze. Jak w Żylinie oceniono ubiegły sezon, który w lidze nie poszedł po ich myśli?
Drużyna na boisku prezentowała się chimerycznie – chociażby z Rakowem w pewnych fragmentach wyglądała bardzo dobrze, by ostatecznie przegrać w dwumeczu 1:6. Podobnie zresztą było ostatnio z Hajdukiem – w pierwszej połowie w Splicie mogli trafić do siatki, co się jednak nie udało i skończyło się stratą dwóch goli. Nawet z ligowymi outsiderami zdarzało im się gubić punkty. Tak się jednak zdarza drużynom opartym na młodzieży – często brakuje stabilności. Czwarte miejsce w lidze nie było więc rozpatrywane w klubie jako porażka, bo filozofia klubu się nie zmienia. Z kolei wygrany finał Pucharu Słowacji, rozgrywany właśnie w Żylinie, był wielkim świętem dla klubu, który od wielu lat nie włożył nic do gabloty. Ten sukces przykrył nienajlepszy sezon w lidze.

Wspomniałeś już o dwóch pojedynkach, które mogą interesować kibiców GieKSy. Pierwszy to ubiegłoroczna rywalizacja w kwalifikacjach LKE z innym zespołem z Polski, czyli Rakowem. Tuż przed tym spotkaniem rozmawiałem z Michałem Cybulskim z Częstochowy, który ostrożnie podchodził do słowackiego rywala. Tymczasem Medaliki bez większych problemów pokonały tę przeszkodę.
Žilina mogła objąć prowadzenie w pierwszej połowie meczu w Częstochowie, jednak typowo dla siebie zmarnowała dogodne sytuacje. Słowacy nie byli jednak w stanie grać całego meczu na tak wysokich obrotach i w drugiej połowie gospodarze zrobili swoje. Mecze, w których Żylina atakuje od pierwszego do ostatniego gwizdka zdarzają się, ale należą do wyjątków. Najczęściej są to krótkie okresy, w których przejmują inicjatywę. Jeśli więc nie wykorzystuje się wypracowanych w tym czasie sytuacji, to kolejnych może już nie być. MŠK chce grać ofensywnie, próbuje atakować i dawać radość kibicom. Często przekłada się to jednak na dziury w obronie i tak też było z Rakowem.

Tymi samymi słowami można by scharakteryzować kolejny dwumecz, o którym chciałem porozmawiać, a więc niedawną rywalizację z Hajdukiem.
Scenariusz był bardzo podobny. W pierwszej połowie meczu w Splicie Słowacy mieli dwie doskonałe okazje na gola, których jednak nie wykorzystali, a kilka chwil później przegrywali już 0:2 i nie wyglądali zbyt dobrze. Strata przed rewanżem była więc spora i mimo że u siebie od początku grali lepiej, to pierwszego gola zdobył Hajduk. Po przerwie dominowała już jednak Žilina: padły dwa gole, był też strzał w poprzeczkę i jedna doskonała sytuacja, niewykorzystana przez Roginicia. Było to jednak za mało, aby odrobić straty z Chorwacji.

Z jednej strony wygrana z Hajdukiem może świadczyć o dobrej dyspozycji MŠK, z drugiej jednak nasi kibice mogą w nią powątpiewać, skoro o sile rażenia Žiliny decyduje Marko Roginić, który przed laty w ataku pierwszoligowej GieKSy delikatnie mówiąc nie zachwycał.
Żylina bazuje na wychowankach, co szczególnie nasiliło się w okresie kowidowym, kiedy mocno ograniczono wysokość pensji zawodników. Zespół budowano na bardzo młodych graczach, a piłkarzy bardziej doświadczonych można było policzyć na palcach jednej ręki. Wyjątkiem było okienko transferowe przed poprzednim sezonem i to właśnie wtedy sprowadzono Marko Roginicia. Dziwiłem się temu ruchowi, oceniając go jako krok w tył dla klubu. Tymczasem Chorwat okazał się graczem idealnie sprofilowanym pod potrzeby zespołu. Z przodu wygląda bardzo dobrze – jak na warunki ligi słowackiej jest szybki, nie unika walki fizycznej z obrońcami, a do tego jest w miarę skuteczny. Mimo że czasem zawodzi w prostych sytuacjach, to w ataku MŠK prezentuje się zdecydowanie lepiej niż obwoływany przed laty wielkim talentem Dawid Kurminowski. Z drugiej strony świadczy to o poziomie ligi słowackiej, w której dobre noty zbiera zawodnik zupełnie niewyróżniający się w polskiej 1. lidze.

Skoro tak, to czy dla słowackiego piłkarza transfer do Polski jest celem i spełnieniem sportowych ambicji? A jeśli tak rzeczywiście jest, to co w Żylinie robi Fabian Bzdyl, który wybrał odwrotny kierunek?
Zdecydowanie, transfer do Polski jest kierunkiem, o którym myśli wielu zawodników z ligi słowackiej, szczególnie w ostatnim okresie, gdy Ekstraklasa pnie się do góry w europejskich rankingach. Sam nie mogę się nadziwić i jestem bardzo szczęśliwy z tego powodu, że dziś mamy szansę wprowadzić dwa zespoły do Ligi Mistrzów, a w europejskich pucharach gramy coraz więcej i coraz lepiej. Dlatego dla każdego zawodnika ze Słowacji transfer do Polski to sportowy awans. Z kolei Fabian Bzdyl nie grał zbyt dużo w Cracovii, mimo że zadebiutował dość wcześnie, bo w wieku 16 lat. Transfer do Żyliny był moim zdaniem najlepszym na tamten moment wyborem, bo pokazuje się tu z bardzo dobrej strony. Doskonale odnajduje się w środku, nie ustępując pola starszym zawodnikom. Pod względem umiejętności piłkarskich zachwyca tutejszych obserwatorów i zanosi się, że w przyszłości będzie jednym z droższych transferów wychodzących. Dlatego mimo że zamiana Polski na Słowację może się wydawać krokiem w tył, to Bzdyl znalazł tu świetne warunki do rozwoju i pokazania swoich umiejętności. Žilina jest doskonałym oknem wystawowym dla takich graczy jak Fabian – często zaglądają tu skauci z Włoch, Niemiec czy krajów Beneluksu. Jego nazwisko z pewnością znalazło się w notesach niejednego z nich. W Żylinie wiedzą jak pracować z młodymi zawodnikami.

Wspomniałeś wcześniej, że dziś nie ma w Žilinie „gwiazd” z wielkim potencjałem sprzedażowym. Na kogo więc, oprócz Bzdyla i Roginicia, zwracać szczególną uwagę w pojedynku z GieKSą?
Poprzednia generacja młodych talentów została w zasadzie w całości wyprzedana, a do gry powoli wchodzi kolejna: Bzdyl, František Kóša czy Rumun Andrei Florea. Sztab stawia sobie za cel promowanie takich zawodników, którzy dostają sporo szans, nawet z bardziej renomowanymi przeciwnikami. Oprócz Roginicia z przodu jest jeszcze Michal Faško, a za ich plecami gra z kolei Miroslav Káčer – mózg drużyny, który odpowiada za współpracę wszystkich formacji. Jest to piłkarz kluczowy dla systemu gry Žiliny. Z kolei dyspozycja dnia młodzieży zawsze pozostaje pewną niewiadomą.

Jak oceniasz sam fakt, że piąty pucharowy slot dla Polski zgarnęła właśnie GieKSa?
Oglądałem w całości kilka ostatnich meczów GKS-u w poprzednim sezonie. Jako osoba śledząca europejskie rankingi chciałem, aby do pucharów awansowały zespoły z wysokimi współczynnikami. Najważniejsze dzieje się jednak na boisku, którego odzwierciedleniem jest tabela. GKS zapracował na to piąte miejsce. Poza tym w Katowicach zawsze jest doskonała atmosfera – trybuny praktycznie wypełnione kibicami w żółtych barwach, głośno reagującymi na boiskowe wydarzenia, co dodaje kolorytu telewizyjnej transmisji. Fani jeżdżą też za tym klubem na wyjazdy i nie inaczej będzie w czwartek. Byłem na waszym starym stadionie, pamiętam GKS z historycznych meczów. Nie waham się powiedzieć, że macie status legendy w polskich realiach i życzę wam, aby GKS nawiązał do najlepszych czasów, pracował na swój ranking i za rok znów awansował do europejskich pucharów, pokazując super formę, którą mam nadzieję zobaczyć w najbliższych meczach przeciwko Żylinie i kolejnym rywalom. Wiem, że o awans do fazy ligowej może być ciężko, ale jeśli zagracie na swoim najwyższym poziomie, jak wiosną z Lechem czy Rakowem, to nie jesteście bez szans.

Spora liczba kibiców GieKSy wybiera się w czwartek do Żyliny. Jak w tym aspekcie prezentuje się nasz rywal?
Jeśli uda się dojść do porozumienia, to jest szansa, że miejscowi oddadzą GieKSie całą trybunę za jedną z bramek, podobnie jak było w przypadku Rakowa. Barwy obu klubów są podobne, więc stadion będzie się pięknie prezentował pod względem wizualnym. Niemniej jednak, niezależnie od tego ile miejsc dostaną kibice GKS-u, to i tak tylko oni będą słyszani w trakcie meczu. Od wielu lat kibice MŠK są w konflikcie z zarządem. Po awansie klubu do Ligi Mistrzów w 2010 roku właściciel wprowadził kolosalne podwyżki cen biletów. Doprowadziło to do wielkiej kłótni i mimo weryfikacji cen wejściówek konfliktu nie zażegnano. Nie tylko ultrasi, ale i zwykli kibice przestali przychodzić na stadion. Było kilka prób pojednania, ale do dziś się to nie udało. Na mecze chodzi około 2 tysięcy widzów, wśród nich sporo dzieci i młodzieży, która próbuje pociągnąć doping, natomiast wciąż wygląda to słabo.

Jaki twoim zdaniem przebieg będzie miał czwartkowy mecz i kto ostatecznie wyjdzie zwycięsko z całej konfrontacji?
Moim zdaniem Žilina zacznie bardzo mocno i wiele będzie zależało od tego, jak ułoży się początek meczu. GKS będzie faworytem, ale jeśli gospodarze zdobędą jednego lub dwa gole, uzyskując wyraźną przewagę, to szanse na awans mogą się wyrównać. Jeżeli jednak GieKSa przetrwa początek bez dotkliwych strat, to z czasem przejmie inicjatywę i będzie dyktować warunki, zarówno w czwartkowym meczu, jak i w całej rywalizacji. Zakładam remis lub minimalne zwycięstwo GieKSy na Słowacji i spokojne doprowadzenie do awansu w rewanżu w Katowicach. Przewaga GKS-u nad MŠK będzie moim zdaniem większa niż Hajduka w poprzedniej rundzie.

Jaki wynik padnie więc w czwartek?
1:0 dla GKS-u.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Nie możemy tak działać

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu Wisła Kraków – GKS Katowice wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Mariusz Jop i Rafał Górak. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Gratulacje dla Wisły pierwszego zwycięstwa po powrocie do ekstraklasy. Duże wydarzenie na trybunach, imponująca sprawa. Dziękuję naszym kibicom za bardzo dobre wklejenie się w to wszystko. Kapitalny doping, ważne, że kibice umieją się docenić, mimo dużych animozji, ale tak to powinno wyglądać. Wielkie gratulacje dla jednej i drugiej społeczności kibicowskiej.

Co do meczu to wiadomo że jeśli początek sezonu, to wiadomo, że im krócej, tym lepiej. Na razie nie ma co robić górnolotnych wywodów.

Mogliśmy bezapelacyjnie wyciągnąć więcej z tego spotkania, graliśmy tak jak założyliśmy pierwszą połowę. Szukałem tylko możliwości zdobycia bramki, te sytuacje były, wydawało mi się, że będą coraz bliższe, ale w drugiej połowie po raz drugi nam się to przydarza, bo szybko w drugiej połowie tracimy bramkę.

Nie możemy w taki sposób dzisiaj działać, że taki karny, który jest podyktowany – nie mamy nic na obronę, nie powinniśmy się tak zachować. Druga bramka, gdy jest jeden piłkarz Wisły w polu karnym, a moich trzech obrońców mają zająć punkty referencyjne i powinni dziesięć na dziesięć razy taką sytuację wybronić. Stąd dużo we mnie piłkarskiej złości i chęci, by od jutra mocno wziąć się do pracy i wziąć na siebie odpowiedzialność w szatni za każdą pomyłkę, za każde niedopatrzenie, bo  mówimy o straconych bramkach, ale też mieliśmy swoje sytuacje pod bramką Wisły i mogliśmy je zamienić na gole. I mogło być zgoła odmiennie. Tak to bywa, wracamy bez punktów, wracamy do siebie, mamy krótki czas i musimy w czwartek załatwić sprawę z Żiliną, mamy rywala blisko – jedną bramkę straty i zrobimy wszystko, aby to spotkanie wygrać.

Mariusz Jop (trener Wisły Kraków):
Gratuluję zespołowi, było to ciekawe spotkanie, sporo emocji. Były momenty, że spotkanie było otwarte z obu stron. Myślę, że początek meczu trochę dla rywala, pierwsze 15 minut, kilka strat mieliśmy i napędziliśmy tym przeciwnika. Rywal stwarzał sytuacje po fazach przejściowych, bardzo dobrze w jednej takiej sytuacji zachował się Marcel.

Później uporządkowaliśmy tę grę, szczególnie druga połowa była bardzo dobra w naszym wykonaniu, wyszliśmy wysoko, zamknęliśmy rywala w polu karnym, szkoda, że trzecia bramka nie została uznana, bo na pewno byłoby nam łatwiej kontrolować to spotkanie. Za szybko i za nisko się cofnęliśmy, nie wykorzystaliśmy momentów, w których przejmowaliśmy piłkę w obronie niskiej, za dużo było nerwowości i trochę strat.

Podsumowując bardzo cieszymy się ze zwycięstwa, pierwszy mecz jest zawsze niewiadomą. Było to dobre widowisko, myślę, że dobry impuls daliśmy sobie i kibicom. Gratuluję kibicom świetnego dopingu, to naprawdę było wydarzenie.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Piłka to gra momentów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Gdy GieKSa straciła gola na 0:3 to ręce mi opadły najniżej jak się da, a niesmak i złość była potężna. Po rozegraniu niezłej pierwszej połowy, stracenie trzech bramek w siedem minut zakrawało o skandal i totalną rozsypkę. Już byłem załamany po tych dwóch golach, ale po odwołaniu bramki przez VAR poczułem ulgę. Ulgę na razie wynikającą z tego, że unikamy kompromitacji.

Potem było już trochę lepiej. Wisła już tak nie napierała, a GKS strzelił gola i mógł to spotkanie wyrównać. Niestety ostatecznie liczy się efekt, a ten był niekorzystny. Zespół przegrał drugi mecz z rzędu na początek sezonu i tytuł mojego poprzedniego felietonu jest już nieaktualny. Ale mimo wszystko – patrzę szerzej – lepiej przegrać 1:2 niż 0:3, bo taka wtopa dla psychiki zespołu byłaby dużo gorsza na tym etapie.

Cudów od tej drużyny nie wymagam, ale chciałbym, żeby była rzetelna i mitycznie „powtarzalna”. Na razie ta powtarzalność to niekoniecznie ta, o którą nam chodzi. Czyli jakiś meltdown – większość pierwszej połowy w Żilinie oraz pierwsze dwadzieścia minut drugiej w Krakowie. Sprokurowany rzut karny. W końcu – wynik meczu. Oba mecze w pewnych aspektach podobne, choć różne.

Najgorsze albo najlepsze (już sam nie wiem) w tym wszystkim jest to, że GKS nie zagrał na Wiśle jakiegoś złego meczu. Wystarczy spojrzeć na trzy ostatnie wyjazdy z poprzedniego sezonu – Kielce, Gliwice, Szczecin. Uważam, że spotkanie z Wisłą w wielu aspektach było lepsze od każdego z nich. W pierwszej połowie mieliśmy swoje znakomite sytuacje, w końcówce też mogliśmy po raz drugi strzelić gola Wiśle. Znów gdyby wyjąć te feralne powiedzmy 10 minut to moglibyśmy uznać, że nie jest źle, a i wynik mógłby być pozytywny.

Problem polega na tym, że piłka to gra momentów. Możesz przez 80 minut grać dobry mecz, ale jeśli nie jesteś skuteczny, a przeciwnik swoje 10 minut wykorzysta, to przegrasz. Wisła grała solidnie przez całe spotkanie, była dynamiczna żwawa, a jak im nagle zaczęło wychodzić i wchodzić wszystko, to było po meczu. Żadna filozofia, taka jest piłka. My popełniliśmy katastrofalne błędy, a oni wykorzystali sytuacje. Za to oni takich błędów nie popełnili.

No właśnie – te stracone bramki to była katastrofa. Znów nie popisał się Gabriel Kobylak, który nie wiedzieć czemu sparował lekką i prostą wydawałoby się piłkę – chyba jej nie wiedział. No a potem niezrozumiałe zachowanie Marcina Wasielewskiego, który objął w pół przeciwnika stojącego tuż przed bramką. Nie wiem, o czym myślał Marcin, ale chyba się po prostu zapomniał. Karny więcej niż ewident i było 1:0. A po chwili nasi środkowi obrońcy zachowywali się tak, jakby Sanchez był na spalonym, więc go odpuścili. Problem był taki, że zaraz piłka poszła do przodu i to ona wyznaczała linię spalonego – nasi zawodnicy już się nie cofnęli i niepilnowany piłkarz Wisły trafił do siatki. Ostatecznie przyznam, że dość specyficzna sytuacja, ale nie popisali się nasi stoperzy. I naprawdę miałem wielkie „uff”, że po chwili jednak nie było 3:0.

Niektórzy zawodnicy nie prezentują się najlepiej na początku sezonu. Bramki tracimy – to jedno. Nie dają nam zbyt wiele wahadła, Borja Galan i Marcin Wasielewski są kompletnie nieefektywni. Bartek Nowak póki co nie jest sobą. Ilja niestety póki co nie ogarnął się i w dotychczasowych dwóch meczach nie dał wiele drużynie. Mowa bardziej o meczu w Krakowie, bo w Żilinie w pierwszej połowie był mocno odcięty od gry. Debiut Pau Resty – przeciętny.

Jest też chyba coś w tym, że nowi zawodnicy muszą się nauczyć pewnych zasad. Ale może dotyczy to też niektórych starych? Nasi zawodnicy czasem wyglądają tak, jakby nie zakładali, że przeciwnik może zastosować taki aspekt piłki nożnej jak pressing czy inny doskok. Stoją z piłką przy nodze, bez takiej czujności, bez takiego napięcia – podbiega przeciwnik i wygarnia futbolówkę spod nóg. To się zdarza choćby Bartoszowi Wolskiemu, a przecież techniczni zawodnicy właśnie są na to narażeni bardziej, gdy zapominają o pressingu rywala. Z Bartka będziemy mieli jeszcze wiele pożytku, ale tych taktycznych niuansów musi się jeszcze nauczyć.

Chciałbym pochwalić za to Kacpra Łukasiaka, uważam, że ten zawodnik zagrał naprawdę dobre zawody i wygląda na to, że właśnie sobie wywalcza miejsce w podstawowym składzie. Pracował na szerokości, doskakiwał, jest aktywny i agresywny, choć nie przesadza z tą agresją. No i Szymon Bartlewicz wszedł i zdobył swego gola.

Tak więc GKS przegrał ten mecz w dużej mierze na własne życzenie. Gdyby nie te głupstwa w obronie, z taką grą – nawet mimo mankamentów – była szansa na remis, a może nawet zwycięstwo. To są rzeczy, które absolutnie nadal wymagają pracy, bo z tym pressingiem to nie pierwszyzna, a i jak rywal włącza wyższy bieg, to my zwykle się gubimy – tak było w poprzednim sezonie, tak jest i teraz.

Z rzeczy pobocznych, ale pewnie też istotnych. Absolutnym skandalem jest doliczenie do tego meczu tylko czterech minut. Sam sobie to sprawdziłem na relacji z Canal Plus – od podyktowania karnego do strzału minęło dokładnie 2,5 minuty, a od trzeciego gola, do wznowienia gry po jego anulowaniu około 5,5 minuty. Same te dwie sytuacje to już 8 minut. A do tego przecież 10 zmian. To nie jest błąd typu karny czy coś w tym stylu, ale przecież do cholery jakieś tam kolegium sędziów powinno się przyjrzeć takiej sytuacji, bo wygląda na to, że sędzia skrócił to spotkanie o co najmniej 5 minut! A GieKSa przecież nacierała i wcale nie jest tak niemożliwe, że w tym czasie nie strzeliłaby gola.

Tym samym przegrywamy czwartą ligową inaugurację z rzędu. Przerywamy passę ligowych meczów bez porażki. Już na wstępie.

Jednak było, minęło. Zawaliliśmy ten mecz po całości, podobnie jak ten w Żilinie. Ale dziś jest poniedziałek, zaczyna się nowy tydzień i nowe wyzwania. W sporcie i piłce nie zawsze wszystko idzie gładko. Mieliśmy swoje euforie i radości na koniec poprzedniego sezonu, teraz trochę zimnej wody się na nasze twarze wylało. Jednak póki co nie zdarzyła się kompletnie żadna katastrofa. Mecz ligowy to jeden z wielu, a straty ze Słowakami można odrobić. Naprawdę więc wiele w kwestii mentalnej, ale też w kontekście „ułożenia” tego sezonu będzie zależało od czwartkowego meczu. Tam już nie będzie miejsca na potknięcie. GKS zagra w końcu na swoim stadionie, a wiemy, że u siebie wygląda to inaczej. I jeśli zdołamy tę Żilinę przejść – nastroje znacząco się poprawią.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga